Rozmawiając z Butem
Znacie jakieś buty? A z którymś rozmawialiście? Nie? Czemu? Taki but może mieć całkiem ciekawą osobowość. Zapraszam do chodzenia (w butach) po Paryżu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozmawiając z Butem
Fred zaczynał dzień dość wcześnie. W zasadzie w ogóle nie spał, przez co noce dłużyły mu się niezmiernie. Starał się wtedy wyłączyć i pogrążyć świecie fantazji. Marzył głównie o tym, aby grać w zespole jazzowym na gitarze basowej, co było dla niego zupełnie nie osiągalne i zdawał sobie z tego sprawę. Mimo to, im bardziej zdawał sobie z tego sprawę, tym częściej o tym marzył. Fantazjował oczywiście i o innych, bardziej przyziemnych rzeczach, jak nowe, czarne wiązania, czy większa półka na buty. Jeszcze o tym nie wiedział, ale niektóre z tych pragnień miały się ziścić podczas najbliższych świąt. Ze snu, który przecież faktycznie nim nie był (chociaż o przebywaniu na jawie także nie mogło być mowy), wyrwał go Pier. Nie było żadnego dzień dobry, a jedynie delikatne szturchniecie stopą. - Wstawaj staruszku, już czas iść do pracy – powiedział cicho Pier. - Taaak? – odparł Fred z ociąganiem. Nawet nie zauważył nadchodzącego świtu. W swoich myślach właśnie odbywał tournee po Włoszech i nie był zbyt szczęśliwy, że musi je zakończyć. Rozejrzał się leniwie po przedpokoju oraz kawałku kuchni, który mógł zobaczyć ze swojego legowiska. Pier kończył pakować śniadanie. Fred zeskoczył z półki i poczłapał do swojej toalety. Znajdowała się ona tuż obok. Stanowiło ją kawałek szorstkiej wykładziny, o którą mógł wytrzeć swą podeszwę oraz przymocowana na stałe do ściany miękka szczotka i pojemnik na pastę do butów. Miał też do dyspozycji niewielkie, kieszonkowe lusterko w którym mógł zobaczyć, czy jest już wystarczająco przygotowany do wyjścia. Od niego zresztą zaczynał poranny ceremoniał. Przejrzał się z lewej i z prawej. Zauważył nieco zaschniętego błota prawie na samym końcu, koło obcasa. Odwrócił się do szczotki i zaczął się weń wycierać. Pier, który siedział już obok na stołku i zakładał prawy but, uśmiechnął się. Ta czynność zawsze przywodziła my na myśl szorowanie się ręcznikiem poniżej pleców. - Gotowy? - zapytał. Fred przejrzał się jeszcze raz w lustrze po czym odparł: - Gotowy. Możemy iść. Wskoczył Pierowi na stopę i sam zawiązał swoje sznurówki. Szli teraz wąskimi, rzadko odwiedzanymi przez turystów uliczkami, w kierunku Montmartre. Obaj pracowali na Place du Tertre. Teoretycznie jedynie Pier coś robił - był portrecistą - ale rozmowny but bez wątpienia ścigał klientelę. Fred był brązowym, skórzanym i dość dystyngowanym półbutem. Zawsze chciał być czarny, gdyż takie buty wyglądały jeszcze bardziej dystyngowanie i dlatego używał dość ciemnej pasty. Stanowił swego rodzaju fenomen i zdawał sobie z tego sprawę. Nie pamiętał zbyt dobrze swego dzieciństwa. Jakieś strzępy świadomości dochodziły do niego dopiero z dość niespokojnego okresu, który został potem nazwany drugą wojną światową. Jedyne wspomnienia jakie rysowały się w jego umyśle z tego czasu, wiązały się z niebezpieczeństwem. Raz o mało nie zginął pod walącą się ścianą, która przygniotła, jak podejrzewał, jego pierwszego „nosiciela”. Miał też w pamięci widok jakiegoś płonącego miasta oraz ogromny huk wydobywający się z okrętu którym chyba płynął. Przez wiele lat nie odzywał się do nikogo, aż w końcu trafił na Mitula. Był z niego półkrwi Indianin i kawał drania, który często go wykorzystywał. Mimo to coś ich jednak łączyło. Uzmysłowił to sobie wtedy, kiedy postanowił pójść swoją drogą. Mitul nie miał może i zadatków na zbyt dobrego człowieka, ale jakoś raźniej było wałęsać się po Ameryce we dwójkę. Potem spotykał jeszcze wielu ludzi. Z niektórymi na chwilę zostawał, inni nie chcieli się od niego odczepić. Kolejnego przyjaciela znalazł dopiero w Ashland, niewielkim, górskim miasteczku w stanie Oregon. Był koniec lat sześćdziesiątych i Piera nie było wtedy jeszcze na świecie. Tak naprawdę to Steva Nuggetsa poznał poprzez jego małżonkę Mary, która zwróciła na niego uwagę, gdy starał się zarobić parę dolarów stepując przy jednym z okolicznych sklepów. Nie wyglądał wtedy najlepiej, a jego sznurówki były w opłakanym stanie. Steve z początku nie chciał, jak się wyraził - Tego starego kapcia – ale z czasem obaj bardzo się polubili. Inaczej sprawa wyglądała z Mary. Jej początkowa sympatia – Do biednego bezdomnego bucika – poczęła kończyć się w momencie, w którym jej mąż zaczął poświęcać więcej czasu jemu niż jej. Mimo to z Nuggetsami spędził wiele wspaniałych lat. Po śmierci żony, Fred namówił pogrążającego się w melancholii Steva, aby wyjechali do Europy. Miał to być początek nowego życia, które oderwałoby go od tak wielu rzeczy, jakie były związane z Mary w Ashland. Zamieszkali w Mennecy, niedaleko Paryża. Tam też poznał Piera. Był on dzieciakiem z sąsiedztwa, który lubił przychodzić do Steva, gdyż ten uczył go rysować. Rysowanie stanowiło jeden z niewykorzystanych w pełni talentów Steva. Sam nigdy nie zarabiał w ten sposób, chociaż z pewnością mógłby, gdyby życie potoczyło się dla niego trochę inaczej. Traktował on swe szkice głównie jako niezobowiązujące hobby. Dla Piera miało to stanowić w przyszłości główne źródło utrzymania. Kilka lat temu Steve opuścił ten świat, zapisując Pierowi w testamencie swój stary, poczciwy but. Była to jednak czysta formalność, dokonana ze względów urzędowych. I tak oto Fred i Pier dochodzili właśnie do miejsca swej pracy. Przywitali się z innymi portrecistami, którzy bywali tu codziennie, po czym rozstawili swój niewielki kramik, składający się głównie z dwóch, rozkładanych krzeseł oraz kilku naszkicowanych podobizn znanych osób i oczekiwali na chcących się sportretować turystów. Fred jeszcze raz sprawdził, czy sznurówki na pewno są zawiązane w elegancką kokardę. Dzień był pogodny, prawie bezwietrzny, a słońce przyjemnie grzało twarz, czy też schowany za sznurówkami język. W momencie pojawiania się potencjalnych klientów, Fred zwykle zaczynał mówić niby to do Piera: - Nie wiem po co marnujesz swój talent w takim miejscu. Człowiek z twoimi zdolnościami powinien wystawiać się w najznamienitszych galeriach, gdzie jego kunszt zostałby należycie doceniony. Była to jedna z typowych gadek Freda, mających na celu przyciągnięcie ludzi. W rzeczywistości Pier nie miał większych szans na wystawianie się w najznamienitszych galeriach, ani też zbytnio tego nie pragnął. Jego miejsce było tutaj – na Montmartrze. Turystów także zwabiała nie tyle sama treść wypowiedzi Fredna, co zaskakujący obrazek gadającego buta. Obaj doskonale o tym wiedzieli. Tak czy inaczej nigdy nie narzekali na brak klientów. Niektórzy z nich przychodzili nawet kilkakrotnie, aby jeszcze raz usłyszeć but. - No, no Pier, twoje dzieła są coraz lepsze. Ciekawe ile będą warte za parę lat? – Fred z głosem wytrawnego znawcy zachwalał kolejny obraz przed pozująca klientką, która nie mogła już doczekać się obejrzenia ów dzieła z sobą w roli głównej. – Madam, myślę że będzie pani oczarowana. Sportretowane przez Piera osoby nigdy nie były zawiedzione. Po części z powodu całkiem dobrego warsztatu Piera, ale i z uwagi na komentarze Freda, które nastrajały bardzo pozytywnie osoby portretowane. W swym bucim życiu napatrzył się już na tyle osób, iż bez większych trudności potrafił odgadnąć czego oczekują od drugiego człowieka, w tym od portrecisty. - Myślę, że obraz ten oddaje cały pański charakter. – Tym razem zwracał się do grubego, amerykańskiego turysty w średnim wieku z założoną niedbale czarną, skórzaną kamizelką oraz niebieskich, lekko postrzępionych dżinsach. – Nikt nie powiedziałby, że został namalowany w Paryżu. Raczej podczas wyprawy w górę Amazonki. Prawdziwy twardziel. Kolejny klient odszedł zadowolony, przyglądając się narysowanemu samemu sobie. Czas płynął, dochodziło południe. - Czas na małą przerwę. – Pier wyjął z plecaka torebkę z cruasantami. - Istotnie. – Fred rozluźnił nieco sznurówki, zeskoczył ze stopy i zaczął się rozciągać. – Nieco zesztywniałem. Mógłbyś trochę ruszać nogą podczas rysowania. - Dobrze, jeśli chcesz. Leki uśmiech pojawiał się na twarzy Piera. Znał Freda już tyle czasu, a przyglądając się niektórym jego czynnościom, nie mógł się nadziwić, iż faktycznie zna żywego buta. W dodatku but ten był bez wątpienia mądrzejszy swym doświadczeniem od niego. - Bardzo dobrze znasz ludzi, wiesz? Prawie zawsze odgadujesz, co chcą zobaczyć w sobie na portrecie. Fred spojrzał z ukosa, nie przerywając rozciągania. - Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. Znasz buty bardzo słabo. – I kiwnął języczkiem w kierunku prawej stopy Piera. Znajdował się na niej prawy but. Był to zwykły adidas, mocno już zużyty i zdawał się nigdy nie być choćby lekko przetarty szmatką. Pier nie dbał o buty. Oczywiście z wyjątkiem Freda. W ogóle niezbyt dbał o swój strój, ale o buty szczególnie. Bardzo mu to odpowiadało. Uważał, że taki kontrast pomiędzy dwoma butami nie tylko zwraca uwagę, ale i podkreśla jego duszę artysty. - Myślę, że znam potrzeby butów bardzo dobrze, ale mam po prostu inny styl, wymagający nieco poświęceń ze strony buta – zażartował Pier - Właśnie po tym poznaję wasze charaktery. Przywiązujecie ogromne znaczenie do ubioru. Jakbyście chcieli nim przedstawić całe wasze wnętrze – Fred wpadł w profesorski ton. - I kto to mówi? Panie elegancki. - Ja to co innego. Jestem butem który nadaje się na przykład do garnituru i moim obowiązkiem jako takiego jest schludność. Wymaga tego także mój wiek. Poza tym, swego czasu poznałem co to znaczy być brudnym butem i nie chciałbym do tego wracać. - Ok, ok, ale czy nie uważasz, że i ludzie czasami muszą się ubierać inaczej niż chcą? - Nie tutaj. W tym miejscu często są daleko od domu, rozluźniają się i nie muszą udawać kogoś innego. – Fred rozejrzał się sentymentalnie dookoła. – W takich miejscach są naprawdę wolni. - I w ogóle nikogo nie udają? – zapytał podchwytliwie Pier. Uwielbiał gdy Fred roztaczał przed nim swój czar doświadczonego obserwatora. - Oczywiście, że udają! – Faktycznie było to dla Freda oczywiste. – Ich strój ma bardziej uwidaczniać ich tam gdzie tego pragną. Ale nawet jeśli, to gdzieś w nich musi tkwić ta cząstka ich osobowości, która ich do tego skłania. Najprawdopodobniej gdyby mieli takie możliwości ułożyli by swe życie tak, że ów cząstka byłaby głównym elementem ich charakteru. W ich podświadomości... - Jaki zabawny bucik. To pański? – pewna wysoka pani przerwała wywód Freda. Zniesmaczony Fred zmierzył ją wzrokiem. Był zupełnie samodzielnym butem, a nie czyjąś własnością. I jak można tak nieelegancko przerywać komuś zdanie?! - „Wysoka i wyniosła” - pomyślał. - To mój przyjaciel – poprawił Pier. – Pracujemy tutaj razem. Może zechce się pani sportretować? - Ojej, ma pan przyjaciela bucika? Pewnie się nim pan opiekuje. To takie miłe – prawie zapiszczała kobieta. - „Wysoka, wyniosła i do tego idiotka”. – Analizował Fred, który był nadal nieco zły. Postanowił jednak zachowywać się profesjonalnie. - Szanowna pani myślę, że ktoś o takiej urodzie powinien... co ja mówię, powinien, musi! Skorzystać z tej nadążającej się okazji, aby zostać uwiecznionym przez tego tu mistrza. – Głos Freda brzmiał nieco fałszywie, z lekką nutką ironii, której jednak kobieta nie wyczuła. - Hi,hi,hi i jaki zabawny. A będę mogła z nim porozmawiać? – mimo przemowy Freda, cały czas zwracała się do Piera, jak do właściciela małego psiaka. - Jeśli tylko będzie pani miała ochotę – odparł Pier z uśmiechem, po czy dodał, starając się udobruchać przyjaciela - Fred jest bardzo elokwentnym butem. Kobieta przysiadła na krześle, stojącym naprzeciw Piera, a ręką pogłaskała Freda. - „A niechże ją...” – myślał wzburzony Fred, ale na głos powiedział: - Rozmowa z panią będzie prawdziwym wyzwaniem. – Znowu nie wychwyciła złośliwości w jego głosie. Pier wyjął nową kartkę z tekturowej teczki, położył ją na drewnianej podkładce którą trzymał na kolanach i zaczął rysować. Wysoka kobieta traktowała Freda cały czas jak małego szczeniaka i wszelkie pytania, które go dotyczyły, kierowała do portrecisty. Jeśli w ogóle zwracała się do „milusiego bucika” to w tonie typu: - Jaki masz ładny języczek. A pomerdasz sznuruweczkami dla pani? Na początku Fred myślał, że pęknie ze złości, ale starał się zawsze nad sobą panować i nie chciał robić awantury na cały plac. Wyrzucał więc z siebie jedynie zdawkowe odpowiedzi lub zupełnie ignorował rozmówczynię. Ta zresztą zdawała się tym nie przejmować. Gadający but stanowił dla niej jedynie jedną z turystycznych atrakcji, o których zapominała już po piętnastu minutach odkąd znikały z jej pola widzenia. Tym czasem eleganci półbut, rozglądając się po okolicy, wypatrzył grupę biegających dzieciaków. Znał je z widzenia, bo często się tutaj bawiły. Musiały mieszkać niedaleko. Lubił patrzeć, jak gnają przez Place du Tertre śmiejąc się, a czasami kłócąc i zupełnie nie zważając na pracujących malarzy, czy potrącanych niechcący turystów. Z rzadka ktoś na nie krzyknął albo nawet pogonił, ale po kilu dniach wracały jakby nic się nie stało. Zazdrościł im beztroski dzieciństwa. - „Czy kiedykolwiek byłem dzieckiem?” - ponownie zadawał sobie w myśli pytania, na które nigdy nie potrafił znaleźć odpowiedzi. – „Odkąd pamiętam zawsze miałem ten sam rozmiar, ale czy to wystarczy, aby być dorosłym butem? Kiedyś na pewno byłem bardziej niedorosły.” Jeden z chłopców podbiegł i przykucnął za pobliskim portrecistą. Widać była to związane z jakąś zabawą. Fred przypatrywał mu się, aż zwrócił jego uwagę. Chłopak zaczął przyglądać się butowi, a następnie skierował wzrok na rysującego Piera, który siedział tyłem do niego. Po woli, coraz bardziej wychylał się ze swej kryjówki i zaczął przypatrywać się pilnie, tworzonemu portretowi. - Ta pani wcale nie jest taka ładna, jak na tym obrazku – rzekł wreszcie z rozbrajająca szarością. Na te słowa Fred rozpromienił się wewnętrznie, ale na głos wyrwało mu się jedynie: - Khym, khym. Kobieta wybałuszyła oczy w pełnym zaskoczeniu. Z kolei Pier był nieco zakłopotany. Zawsze nieco retuszował portrety swoich klientów, usuwając z nich drobne niedoskonałości. Tym razem faktycznie musiał przyłożyć się nieco bardziej. - Podczas rysowania kogoś, trzeba uchwycić nie tylko jego piękno zewnętrzne ale i duszę – powiedział w końcu z lekkim zażenowaniem. Po minie chłopca widać było, że ta odpowiedź go nie usatysfakcjonowała. Pomogła natomiast kobiecie - przestała się wybałuszać i znów spokojnie oparła się o krzesło. Nie była już jednak tak swobodna jak poprzednio. Siedziała w milczeniu oczekując z niepokojem na efekt końcowy pozowania. Pier, lekko zaniepokojony sterczącym mu teraz nad ramieniem dzieciakiem, starał się skupić na rysowaniu, a jednocześnie obawiał się kolejnych, niespodziewanych uwag. - „Nigdy nie wiadomo, co tym dzieciakom zaraz przyjdzie do głowy” – myślał. Fred także nic nie mówił. Chętnie by zabrał głos w tej dyskusji, ale wiedział, że nie wypada wypowiadać zdania, które miał na ten temat. Chłopak tym czasem bacznie obserwował pracę Piera. Zapanowała trudna do zniesienia cisza. Cały plac żył pełnią dnia, wydając z siebie odgłosy rozmów, szurgotu stóp i pracy aparatów fotograficznych, ale wokół naszej grupki powstała swego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Falcor
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…