Wróć do katalogu

Rzeź "niewiniątek"

Coś o alkoholikach i dziadostwie jakie robią swoim bliskim i wreszcie o interwencji "z góry".

andriosz, opublikowano , 19 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rzeź "niewiniątek"

Opowieść tę pozwolę sobie zacząć od przedstawienia siebie samego i mojego brata. Ja nazywam się Maro a mój brat to Jaro. Jesteśmy bliźniakami jednojajecznymi. Mamy po trzydzieści lat. Większość życia przeżyliśmy w wielkim mieście na jednym z ohydnych bokowisk, jakie nasz piękny kraj dostał w spadku po komunie. Mimo upływu lat i zmiany ustroju w Polsce pewne rzeczy na tych betonowych osiedlach się nie zmieniły. Praktycznie niezmienne pozostały małe delikatesy, oprócz asortymentu rzecz jasna, obite blachą trapezową i ich klientela, to znaczy ta, która większość swojego nędznego i wszawego życia spędza na skwerach, przy murkach, ławeczkach parkowych itp. upijając się tam codziennie i niezmiennie od dziesięcioleci. Mieliśmy z bratem to wyjątkowe nieszczęście, że nasz ojciec również należał do tej pijackiej grupki. Pił odkąd pamiętam. Pił i bił notabene ale to bicie wcale nie było najgorsze. Najgorsze dla mnie było to, że ten degenerat i wałkoń nic mi ze swego ojcostwa nie dał. Kompletnie nic! O przepraszam, jednak coś mi dał ale całkiem przypadkowo i bynajmniej niezamierzenie – dał mi mojego brata, z którym razem szliśmy przez życie. Razem się uczyliśmy, razem studiowaliśmy, razem ćwiczyliśmy sztuki walki i kulturystykę i razem otworzyliśmy firmę zajmującą się programowaniem bo to również była nasza wspólna pasja. Firma stała się bardzo rentowna i wkrótce stać nas było na wybudowanie domów, do których przeprowadziliśmy się wraz z żonami i dziećmi. Mieszkaliśmy w malowniczym zakątku pełnym zieleni lasu, gdzie niedaleko szerokim łukiem przepływała rzeka. Ja i Jaro nie byliśmy jednak tylko intelektualistami w okularach, garniturach i z laptopami pod pachą, było bowiem coś więcej. A mianowicie każdy z nas miał wygląd atlety a naszą pasją były sztuki walki, które mimo obowiązków firmowych i rodzinnych uprawialiśmy regularnie od wielu, wielu już lat. Ja, przy wzroście metr dziewięćdziesiąt kilka, ważyłem nieco ponad sto kilogramów, ale na moim ciele nie było widać zbędnego tłuszczu. Na brzuchu miałem wciąż ten sam kaloryfer. Wyciskałem na klatkę sto pięćdziesiąt kilo i robiłem dwadzieścia podciągnięć na drążku, aha no i osiemdziesiąt pompek na minutę. Mój brat zresztą podobnie, a do tego obaj mieliśmy czarne pasy w karate i w ramach hobby jeździliśmy mniej więcej raz w miesiącu na turnieje walk w tzw. klatkach. Raz nam szło lepiej, raz gorzej ale zawsze było co wspominać no i mieliśmy satysfakcję z wygranych walk, a trzeba powiedzieć, że zdecydowana większość walczących tam zawodników była bardzo zawzięta, bezwzględna i żądna krwi. Nie było więc taryfy ulgowej. Ale teraz wróćmy na osiedle naszych rodziców. Czasem ich odwiedzaliśmy i wtedy przyjeżdżaliśmy na to ich ciasne blokowisko i za każdym razem baliśmy się czy wracając będziemy mieli wszystkie koła w samochodach, lusterka, anteny, tablice rejestracyjne no i w ogóle czy zastaniemy jeszcze nasze samochody pod blokiem bo tam młodociani złodziejaszkowie nigdy nie próżnowali. Na nasze szczęście z reguły obywało się bez większych strat a to pewnie dlatego, że nigdy nie zostawialiśmy wozów na noc. Najważniejsze było jednak to, że mogliśmy spotkać się z mamą i chciałoby się powiedzieć również z ojcem ale tego powiedzieć nie można, bowiem on zawsze miał gdzieś nasze odwiedziny, chyba że przywieźlibyśmy flaszkę wódki i razem z nim urżnęli się w trupa. Tak jednak nigdy się nie stało. Ja i Jaro, owszem alkohol piliśmy ale w umiarkowanych ilościach i upiliśmy się tylko raz w życiu – kiedy obroniliśmy egzamin magisterski na Politechnice, zresztą z wyróżnieniem. W mieszkaniu mamy było ciasno ale mimo tego nie chciała się przeprowadzić do któregoś z nas na zielone przedmieścia. Wolała żyć dalej z tym wałkoniem, który czasem ją zdzielił po głowie. Nam się nigdy nie uskarżała, ale to pewnie z litości dla swego niewiernego męża - zdradzał ją przecież z wódką, a to też zdrada. Mama miała bowiem świadomość, że spuścilibyśmy mu niezłe lanie z bratem, gdyby coś powiedziała. Jednak tego dnia, kiedy do niej przyjechaliśmy, zastaliśmy w domu krajobraz po burzy. Jak się później dowiedzieliśmy, mama chciała nakłonić tatę aby posiedział razem z nami. Ten jednak był nieugięty i na kolejne jej prośby zareagował agresją, palnął ją dłonią w twarz, tak że mama straciła równowagę i upadając na ziemię uderzyła głową o blat stołu w ciasnej kuchni. Polała się krew. Kiedy mama się podnosiła wrzasnął na nią ze złością, jaka towarzyszyła mu zawsze wtedy, gdy był niedopity: - Co się tak zataczasz ty kurwo jedna? Pijana jesteś, czy co? – po czym zwinął jej z portfela wszystkie pieniądze, jakie miała i wyszedł z domu by zanurzyć się po raz kolejny w rozkoszy wspólnego picia pod sklepem z podobnymi siebie koleżkami. Parę minut później przyjechaliśmy my i zastaliśmy mamę płaczącą z zakrwawioną głową. Kiedy dowiedzieliśmy się, co się stało, bo mama jak widać nie miała tym razem ochoty ukrywać prawdy, spojrzałem tylko badawczo na Jara i już wiedziałem, co się stanie. Już nie raz planowaliśmy to, co nazywaliśmy rzezią „niewiniątek”. Minęło kila dni ale czas nie uleczył już naszych ran ani nie poskromił naszego gniewu – rzeź miała nieuchronnie nastąpić. Wybraliśmy na nią dzień, kiedy listonosz roznosi emerytury bowiem wtedy moczymordy wypełzają najliczniej i piją najwięcej bo jeszcze mają za co. Zresztą, wbrew pozorom, nawet całkiem spora emerytura potrafi bardzo szybko stopnieć w pijackich rękach, zwłaszcza gdy w przypływie pijackiej hojności jest trwoniona na prawo i lewo ku uciesze sponsorowanych nicponiów. Pijacka wataha na osiedlu naszych rodziców liczyła około piętnastu popuchniętych, czerwonych i tępych gęb, łącznie z parszywą i wredną mordą naszego starego. Kiedy ich zastaliśmy owego dnia na skwerze pod kasztanami, nasz ojciec właśnie donosił piwko z drugim wałachem, jak ich określaliśmy. Reszta nygusów, siedząc na ławkach już z oddali cmokała z zachwytu. Jeden nawet leżał za ławkami na trawie i obcował w innym wymiarze świadomości. Pozostali wciąż walczyli. I tak było codziennie od zawsze. Ławki, na których zasiadały pojszczynogi znajdowały się niedaleko wojskowego cmentarza, zacienione dzięki gałęziom starych drzew. Od niepamiętnych czasów to były ich ławki i nikt inny tam nie siadał. Właściwie tam - pod kasztanami - była cała ich aleja i zwykli przechodnie chodzili tam niechętnie. Z reguły ochlapusy nie byli agresywni ale zawsze coś tam głośno komentowali lub podpytywali, kiedy ktoś koło nich przechodził. A że trzeźwy nie zrozumie pijanego i odwrotnie, ludzie woleli omijać to miejsce. A co na to stróże prawa czyli policja? Ano nic. Czasem tam chodzili, obserwowali ale wiadomo, że pijacy mają więcej czasu, więc chowali zwoje zapasy i czekali aż tamci sobie pójdą. Tamci niebawem odchodzili bo nic groźnego się nie działo a pijusy kontynuowali swój codzienny rytuał. W dniu, kiedy miała nastąpić rzeź „niewiniątek” podjechaliśmy moim dużym białym Mercedesem, tak na marginesie Jaro miał takiego samego, w stronę osiedla rodziców. Zaparkowaliśmy dla zmylenia przeciwnika pod drugiej stronie ulicy i wyposażeni w odzież sportową i czarne kominiarki udaliśmy się w kierunku terenów zajmowanych przez tutejszych pijaków. Dopiero tam założyliśmy sobie na głowy nasze kominiarki aby nikt nas nie mógł rozpoznać, a zwłaszcza nasz kochany staruszek. Kiedy czarne przyłbice zakrywały już nasze twarze, ruszyliśmy bez słowa w stronę ławeczek pod kasztanami. Nie musieliśmy już nic ustalać - scenariusz mieliśmy od dawna w głowie. Wszystko było jasne. Pierwszy cios zadałem ja bowiem ja urodziłem się kilka minut wcześniej niż Jaro i jak by nie było to ja byłem synem pierworodnym. Jaro nie oponował. Moją ofiarą był Heniek, stary pijak, który grywał swego czasu z nami w nogę, to znaczy tylko wtedy, kiedy był pijany rzecz jasna, a my, to znaczy osiedlowi chłopcy nie mogliśmy nic na to poradzić, nie bardzo chcąc z nim grać. Tym razem role się odwróciły bo to ja wszedłem nagle do gry, jednak rozpocząłem ją wbrew pozorom dość delikatnie ale mimo to, po tym niezbyt mocnym ciosie w szczękę Heniek odmówił posłuszeństwa i złożył się jak scyzoryk pod ławką. Zaraz po moim ciosie padł cios mojego brata, który za cel upatrzył sobie czerwony łeb Gienka – również starego pijusa, który ponoć w pijackim uniesieniu wykorzystywał seksualnie nie tylko swoją żonę ale i trzy córki, jakimi hojnie obdarzył go Pan Bóg. Również i on po ciosie Jara nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko upaść na chrzczoną od wielu lat pijackim moczem ziemię i zasnąć na parę ładnych minut. Tak więc w kilka sekund z piętnastu zawodników w przeciwnej drużynie zostało już trzynastu a nasz skład wciąż był ten sam. Zaraz po naszym nagłym wejściu podniosły się okrzyki sprzeciwu i gniewu ale nie zrobiło to na nas większego wrażenia i kolejna ofiara po ciosie nogą w szczękę leżała już na trawie. Było ich już tylko dwunastu, niczym dwunastu apostołów gromadzących się codziennie wokół swego zbawcy, którym w tym układzie było wszystko to, co miało przynajmniej te kilka procent alkoholu i powodowało to przyjemne zaćmienie umysłu i zwiększoną gibkość ciała. Ale właśnie ruszył na mnie z pięściami zawsze skory do bójki Wasyl, jednak nigdy nie miał

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych