Wróć do katalogu

Sanktuarium cz.3

W próbującym podnieść się po ciężkiej wojnie świecie ludzie szukają lekarstwa na rosnący problem przeludnienia. Odkryty przypadkiem portal daje nadzieje na rozwiązanie problemu...co odkryją zesłańcy po drugiej stronie bramy? Tylko to czego szukają...

FTure, opublikowano , 39 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Sanktuarium cz.3

Wartości wyższe (~~)

„Sen. Istotą snu jest to, że się kiedyś kończy. Nie kończą są tylko koszmary. Co czyniło świat tak nieprzyjaznym miejscem? Co sprawiało, że przez wieki człowiek był dla drugiego człowieka wrogiem? Ludzie umierali, walczyli i zabijali dla pieniędzy czy władzy. Już przed setkami lat krew była nieporównywalnie tańsza od monety. Świat właśnie dlatego stał się koszmarem bo wierzyliśmy w niewłaściwego boga. W końcu upadły cywilizacje piszące na swoim złocie w komu naprawdę ufają, a ich upadek i tak nie zmienił obrazu planety. Człowiek nie może istnieć bez bólu i cierpienia. Bez chorób, zdrady i płaczu. Bez gorszego dzisiaj nie ma nadziei na lepsze juto, a bez nonsensu nie da się odnaleźć sensu. Wszystkie te reguły mogą się sprawdzić w domu na ziemi, ale każda z nich traci po kolei znaczenie właśnie tu. Może to jest piekło? Miejsce, na które zasługujemy, swoim dotychczasowym żywotem, uczynkami? W tym świecie natomiast nie ma pieniądza ani władzy. Żyjemy z dnia na dzień martwiąc się jak tylko przeżyć. Sen z powiek spędza myśl o tych co skończyli marnie na naszych oczach i jak nie skończyć tak jak oni. Pozostawieni sami sobie mimowolnie pozbywamy się świadomości zbiorowej, nikt już nie pamięta jak istnieć jako społeczność, a skoro dalej trwamy w zbliżony sposób to tylko dlatego, że w grupie łatwiej się obronić. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w chwili śmierci stajemy się częścią tego miejsca. Kawałkiem furii ścigającej jakiegoś innego człowieka z własnej tylko zawiści. Nasiąkamy tym światem jeszcze za życia. Sen jest jak woda. Niewiadomo gdzie się zaczyna a gdzie kończy. Tak oczywisty, tak namacalny gdy w nim jesteśmy, tak jasny do zapamiętania. Odkrywa nowe perspektywy, wynalazki, możliwości, ale znika. Sen wydaje się być jak to miejsce – nierealny. Gdybym mógł tylko wrócić do domu zostałbym pisarzem i zbił majątek na opowiadaniu mojej historii. Kiedy jednak wyraźne granice snu znikają, kiedy się budzę to miejsce powraca do mnie niczym młot rzeczywistości krzycząc, że koszmar to sen z którego nigdy się nie obudzę. Mój sen to to miejsce. Nie wiem tylko dlaczego fatygowali się nazwać je inaczej niż piekło. Czuję jednak, że to nie wszystko. Czegoś jeszcze nie wiem, to wciąż mi umyka…”

Eskalacja 4.1

Nathaniel nie wiedział dlaczego pomimo tego co usłyszał zmorzył go sen. Nie wiedział ile z tego co usłyszał od doktor Dion jest prawdą, a ile gadaniem kobiety w szoku. Śniła mu się Jasnowłosa Eva czekająca na niego daleko w domu na Ziemi. Smutna wrocławska kamienica, której jego ukochana zdawała się być jedyną ozdobą. Eva błądziła po pustym budynku szukając Nathana. Sprawdzała po kolei mieszkania, pozbawione światła klatki schodowe. Gdzie niegdzie natrafiała na skamieniałe postacie, zastygłych w różnych pozach zmęczonych sąsiadów, listonoszy, śmieciarzy. Wszyscy zdawali się tak trwać od wieków, zrośnięci z posadzką i oplecione bluszczem. Na końcu ostatniego korytarza stała figura Nathaniela Doe odwrócona do Evy plecami. Postać zdawał się patrzeć przez okno. Eva podeszła bliżej aż zobaczyła strumień światła padający na twarz Nathana. Tylko, że to nie był już on. Wyglądał raczej na kamiennego gargulca z jakiejś gotyckiej wierzy, twardo wrośnięty w ciemną kamienicę. Był już tylko kawałkiem kamienia. Nathaniel śnił dalej, był teraz w ramionach doktor Dion. Odmienionej doktor. Chociaż wciąż miała potargane włosy, podarte ubranie i ubrudzoną twarz, to nie zachowywała się jak wcześniej. Dokładnie wiedziała czego chce, a chciała kochać się z Doe. Robili to, być może na podłodze ambulatorium, w szybie wentylacyjnym albo nawet w lochach średniowiecznego zamku – nie miało to w tym momencie znaczenia. To były jego marzenia, jego rzeczywistość i jego ucieczka od całego świata, każdego ze światów jakie znał. Tylko ona i on będący w sobie, słyszący swój oddech, czujący swoje ciepło, wdychający swój zapach. Oboje na zawsze rozdzieleni ze swoimi partnerami. „To mój sen” pomyślał. On decydował o wszystkim co w nim jest, to co było i będzie. Ale nie kończą się tylko koszmary. Sny tak.

4.2

Nie zdawał sobie sprawy jak długo spali. Nie wiedział co z jego snu było prawdą , a co tylko marą. W momencie kiedy zobaczył, że Carmen śpi skulna obok niego pod jakimś starym kocem, a jej ciało w dalszym ciągu momentami wstrząsają drgawki był pewien, że to pierwsza część snu była bardziej prawdziwa. Dopiero kiedy doktor obróciła się w jego stronę, kiedy koc zsuną się z niej, a jego oczom ukazało się nagie ciało kobiety, zrozumiał co się naprawdę stało. Nathaniel też był nagi. Carmen otworzyła oczy, w których jasno dało się dostrzec, że objawy szoku zniknęły. Myślała już naprawdę trzeźwo. - Przepraszam… - Zaczęła szeptem – tu jest tak zimno, myślałam…to znaczy, to było jak sen, miły sen, myślę, że nie powinniśmy byli… - To ja przepraszam, nie wiem jak mogłem na tym nie panować…nie bardzo wiem co powiedzieć. To co zrobiliśmy rzeczywiście było miłe… Żadno z nich nie wiedziało co robić, cały ten zapał i nocna pewność siebie gdzieś się ulotniły. - Sytuacje…takie sytuacje wywołują u ludzi pierwotne potrzeby i instynkty. W chwili zagrożenia łatwiej się do kogoś zbliżyć. J…ja straciłam wczoraj kogoś bliskiego. - Wiem…przykro mi, uwierz… Przerwała mu. - Nie myśl o mnie źle po prostu potrzebowałam bliskości i nie byłam wtedy sobą… Ucichła. - Nie chcę żebyś się tłumaczyła…spędziłem tu klika miesięcy, które wydawał się trwać jak lata… Carmen nie wyglądała na zakłopotaną sytuacją, jej oczy nie były oczyma kobiety, która czegoś żałuje. Po prostu chyba musiała coś powiedzieć, w końcu straciła wczoraj męża. Tylko Nathaniel nie był pewien jak bardzo i czy w ogóle była z nim wtedy blisko. Skazaniec mówił dalej – Chodzi mi o to, że to miejsce zmienia ludzi niemal natychmiast, po zaledwie kilku godzinach jesteś już kimś innym – A po kliku miesiącach człowiek sam już nie wie kim jest. Wie to natomiast ta „planeta”. Zna ludzkie lęki i pragnienia. Tego właśnie Doe bał się najbardziej, tym bardziej przerażające stawało się to teraz. Milczeli przez chwilę, patrząc się na siebie nawzajem. Po czym zbliżyli się do siebie i pocałowali. Trwali tak przez chwilę dopóki do Nathana nie dotarło jak bardzo zapomniał gdzie jest i na jak wielce ryzykowna jest ta sytuacja. - Musimy się wynosić! – Warkną cicho ale przekonywająco. - Gdzie… - Natychmiast!!! Spojrzał w stronę szyby, za którą pierwotnie stał strażnik - nikogo tam nie było.

Miejsce, do którego odchodzą uczucia 5.0

„Chciałem jej powiedzieć o wszystkim. Ale nie potrafiłem.” - Obiecaj, że wrócisz Nicolaj, obiecaj mi! A podobno miał nic już nikomu nie obiecywać, Ana była jedyną osobą, której prośbom nie mógł odmówić. Co noc wychodził i w nadziei na leprze życie, a to na przekór prawu, ogólnie przyjętym przez społeczeństwo zasadom, pracując dla Borysa „Kikuta” Sawy nieoficjalnego króla złodziei w dzielnicy. Ana prosiła by porzucił swój „fach”, zajął się czymś legalnym, pracą w kopalni, hydrauliką czy ochroną. Nikołaj obiecywał to sobie zawsze przed nadejściem nocy, przyrzekał, że to już ten ostatni raz i…nie dotrzymywał słowa. Ten ostatni raz musiał jednak przyjść w ten czy inny sposób. Złapany na gorącym uczynku przy próbie okradzenia tajnego agenta rządowego spędził pięć lat, dwa miesiące i trzynaście dni na ciężkich robotach w paśmie Atlasu przemienionym przez strumienie neutronów w góry ze stali jeszcze podczas wojny. Upokarzające przeżycie, ciężkie do zrozumienia dla ludzi z zewnątrz, wręcz niemożliwe do przetrwania bez uszczerbku na zdrowiu zarówno fizycznym jak i psychicznym. Tylko jedno go utrzymywało przy zdrowych zmysłach, tylko jedno powstrzymywało przez odebraniem sobie życia i pakowaniem się w dalsze kłopoty. Nie było mowy o żadnej resocjalizacji. Wielu mieszkańców Euroazji było zbędnych w tamtych czasach, wielu zupełnie niepotrzebnych, a już na pewno więźniowie nie stanowili obiektu rządowej troski. Tak było jeszcze przed otworzeniem portalu. Surowa kara, lecz Nicolaj czekał cierpliwie. Upokarzany, bity, wykorzystywany, do granic ludzkiej wytrzymałości. Listy od Any na pewno by pomogły, złodziej był pewny, że pisałaby gdyby poczta była dozwolona w tym więzieniu. „ Ana przepraszam, zmarnowałem Ci tyle lat, ale rzucam to, od teraz obiecuje, nie wrócę już do Kikuta, zobaczysz będziemy szczęśliwi tylko…” Nicolaj ćwiczył te pierwsze parę zdań jakimi uraczy ukochaną zaraz po wyjściu z tego „piekła” przez małe „p”. Liczył, że będzie trudno wypowiadać tego typu kwestie z Aną uwieszoną na jego szyi i całującą go namiętnie ze szczęścia. Tylko że, gdy nadszedł upragniony dzień na płycie lądowiska helipadów powracających z obozu Kendor 22 w górach Atlas, nie było nikogo. Nawet w terminalu nie czekał na niego nikt znajomy. Kobieta w zajmowanej niegdyś przez Nicolaja i Anę suterenie, jedząc śmierdzącą rybę, oświadczyła, że zajmuje ten lokaj po jakimś małżeństwie zamordowanym przez włamywacza kilka miesięcy temu i nic nie wie o wcześniejszych lokatorach. Nicolaj nie był już tym samym człowiekiem, postarzał się, okrzepł, nie zastanawiał się nad wieloma rzeczami. Ana odeszła gdzieś, zabrano mu ją. Żeby chociaż znał prawdę to coś w środku nie bolałoby tak bardzo. Mógłby pogodzić się ze stratą, jakoś zapomnieć, zacząć żyć na nowo. Nawet gdyby już nie żyła zrobiłby porządek ze swoim życiem – ona by tego na pewno chciała. Nicolaj starał się, ale znalezienie pracy dla byłego skazańca nie jest łatwe. Udał się jednak, nic wielkiego, hydraulika zupełnie tak jak chciała Ana. W przeciwieństwie do Nowego Stare Miasto miało jeszcze prymitywną, przedwojenną sieć wodociągów. Taką z metalowymi, psującymi się co chwilę rurami. Wizyty nie był częste, pieniądze marne, ale Nicolaj żył. Praktycznie nie wychodził na zewnątrz jeżeli nie musiał - tylko do pracy i po zakupy. Po tych wszystkich latach pamiętał szczególnie jeden dzień, późne popołudnie, wizytę w jednej z lepszych części dzielnicy. Standardowe wezwanie, telefon, w nim ciepły żeński głos informujący, że szwankuje kran i kobieta byłaby wdzięczna jakby Nicolaj załatwił to zanim mąż wróci z pracy. Nicolajowi wypadły trzy inne zlecenia ale nie wiedzieć czemu wybrał właśnie to, pozostałe zaś przesuną na następny dzień. Ubrał się w kombinezon, spakował potrzebne narzędzia, a gęste posiwiałe włosy przykrył firmową czapką. Długa jazda metrem na drugi koniec dzielnicy i wreszcie kilkuset metrowy spacer do jednego z droższych w tej części miasta szeregowców mieszkalnych. Kiedy zadzwoni do drzwi zdał sobie sprawę, że dzisiaj mija dokładnie sześć lat od momentu jego osadzenia. „Trzeba to będzie oblać jakimś kiepskim piwem” Pomyślał. Po kilku sekundach dało się słyszeć głosy z za drzwi. Jeden na pewno był kobiecy. Drzwi otworzyła mu jednak mała dziewczynka w szkolnym mundurku. -Dzień dobry, jestem hydraulikiem, czy to numer 78? Dziewczynka patrzyła tylko patrzyła się na Nicolaja z trudną do rozszyfrowania miną. Patrzyła i nie mówiła nic. -ee..Mamo przyszedł jakiś pan w śmiesznej czapce – krzyknęła, odwróciła się na pięcie i pobiegła w głąb mieszkania. Po chwili Nicolaj usłyszał kobiecy głos, ciepły dźwięczny, ten sam co przez słuchawkę telefonu kilka godzin wcześniej – Proszę wejść, zaraz do pana przyjdę, kran jest w kuchni – Krzyknęła, po czym kobieta mówiła już ciszej, najprawdopodobniej do dziewczynki. Nocolaj wszedł do mieszkania, minął przedpokój i po chwili znalazł się w kuchni. Lokal był naprawdę ładny, czysty, urządzony w starym stylu i ze smakiem, nie to co jego pokój w starej piwnicy. Widać było tu kobiecą rękę. Postawił swoją torbę z narzędziami obok zlewu i rozpakował ją. Chciał jak najszybciej zrobić swoje i wyjść. Nie znosił takich miejsc, przypominały one o życiu którego sam nie miał, chociaż bardzo chciał. Uklęknął przed szafką i otworzył ją by zobaczyć rurę pod zlewem. Nachylił się do wnętrza szafki… - Ciasteczka psze pana… - Nicolaj uderzył się w głowę o jakiś kant. Z tyłu stała dziewczynka z tacą ciastek i z tą samą miną co w drzwiach. Coś go w jej wzroku intrygowało, zastanawiało, może dlatego, że już od dawna nie widział dziecka. - Dziękuję – powiedział ciężkim, zachrypniętym głosem i wziął jedno ciastko. Przez chwile nie spuszczał wzroku z twarzy dziecka po czym zaczął się powoli odwracać w stronę kranu wzrokiem informując, że musi wracać do pracy. - Mam pięć i pół roku – stwierdziła dumnie dziewczynka blokując „ucieczkę” Nicolajowi. - To jesteś już duża – Odpowiedział bezmyślnie. Nie potrafił rozmawiać z dziećmi, nie interesowało go to co maja do powiedzenia, nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę z nią. „Kiedy się rodziłaś siedziałem w przejebanym pierdlu” Pomyślał i omal się nie zaśmiał. Zaczął się krztusić ciastkiem. - Emily przestań przeszkadzać panu i przebierz się w codzienne ciuchy, już do pana idę…- oświadczył kobiecy głos zbliżając się. Emily odłożyła tacę na stół i pobiegła do innego pokoju. Nicolaj wrócił z ulga do badania rur. Życie bywa dla jednych bardzo szczodre, dla innych…hmm troszkę mniej. Dały się słyszeć kroki z górnego pietra. - To pewnie dla pana drobnostka, ale ja kompletnie nie mam o tym pojęcia – głos się zbliżał – Powinnam poczekać z tym na męża ale on też jest bardzo zajęty – Kobieta weszła do kuchni, Nicolaj zauważył jej sukienkę kiedy szła korytarzem. Była jesień, ale na tyle ciepła, że pani domu mogła spokojnie założyć letnią zwiewną sukienkę na ramiączkach z bardzo kobiecym wzorem w niebieskie, raczej nieznane Nicolajowi kwiaty. Mężczyzna powiódł wzrokiem od rąbka falbanki wzdłuż jej ciała poprzez szyję aż do pięknej oblanej kruczoczarnymi włosami twarzy. Kobieta spojrzała na niego i uśmiechnęła się zgrabnie. Nicolaja zmroziło coś w środku. - Dzień dobry, przepraszam, że dopiero teraz pana witam ale musiałam się przebrać, jestem… - Ana… - przerwał jej cicho, zachrypniętym głosem, jednak na pewno nie mogła tego zrozumieć. - Słucham? Przepraszam pana, niedosłyszałam. Nicolaj ściągnął czapkę z głowy i odgarnął włosy do tyłu odsłaniając nieco twarz. - Ana wpatrywała się przez chwilę z niezrozumieniem sytuacji, po czym zakryła usta w geście niedowierzania. Nicolaj posępniał, ochota, na wypowiedzenie tej ćwiczonej w celi formułki dawno mu przeszła. Patrzyli tak na siebie przez minutę lub dwie aż do momentu kiedy dał się usłyszeć odgłos otwieranych drzwi frontowych. - Już jestem skarbie - Po kilku sekundach do kuchni wszedł Diko Sawa, młodszy brat Kikuta, z płaszczem na ramieniu przeglądając listy ze skrzynki pocztowej. Przerwał oglądanie poczty i popatrzył się na oboje. - Co tu się dzieje Ana? Zapytał Diko. Nicolaj Barosh z powrotem włożył swoją firmową czapkę na posiwiałą głowę.

Od świtu do nieskończoności 6.0

„Pierwsze morderstwo zwykle przychodzi z wieloma wątpliwościami. Ja nie pamiętam już tego pierwszego razu. Nie przypominam sobie żebym miał wyrzuty sumienia albo problemy z zaśnięciem. Możliwe, aczkolwiek niekoniecznie. Ale ten dźwięk, zapamiętuje się dźwięk, ostatnie odgłosy ofiary kiedy uchodzi z niej życie – najczęściej bardzo osobliwy dźwięk. Taki…cielesny.” Odgłos, który wydała opadająca na ziemie głowa przypominał stłumione pacnięcie. Zaraz za nią o posadzkę uderzyło bezwładne ciało żołnierza z obstawy Patriego. Nad nim stał Nicolaj Barosh trzymający w rekach ociekający krwią drut kolczasty. Twarz skazańca wydawała się być bezbarwna, pozbawiona wyrazu, zanikająca w półmroku. Ale jego oczy błyszczały w ciemnych korytarzach. Zdawało się, że można w nich wyczytać imiona wszystkich jego ofiar. A na pewno to, że było ich dużo. Rozejrzał się wokoło, uwolnił jedną rękę z drutu i chwycił trupa za nogę. Pociągną go do otwartego szybu wentylacyjnego. Wrócił po głowę. Był pewny, że tym świetle nikt nie zauważy krwi na podłodze pod ścianą. A ciało zamknięte w bocznym szybie znajdą dopiero wtedy gdy zacznie śmierdzieć. Tylko, że Barosh nie zamierzał bynajmniej zostawiać nikogo do szukania. Żołdaków przybyłych z pułkownikiem było ośmiu, z czego jeden właśnie chłodniał w szybie. Drugiemu poderżną gardło przed ambulatorium, a potem przyglądał się jak Doe pieprzy panią doktor w takt pośmiertnych drgawek żołnierza. Było mu nawet do śmiechu. „Z gołąbeczkami rozprawię się potem” – pomyślał.

6.1

- Półkowniku Patrie, jak pan zamierza rozwiązać nasz mały problem? – Spytał Porucznik Blake. Patrie siedział przy stole odwrócony doń tyłem. W ręku trzymał kartkę noszącą ślady kilkakrotnego złożenia. - Sam się rozwiąże – powiedział po dłuższym namyśle. Na wyblakłym kawałku papieru widniały rozkazy z dowództwa Azylu: „ …eskortować Doktor Carmen Dion do Azylu…świadkowie…zbyteczni…wyeliminować załogę posterunku…” Patrie zgniótł kartkę w dłoni i powtórzył w myślach - „Sam się rozwiąże”. Jego koncentrację przerwał szeregowiec wbiegający do Sali. - Nieżyją…poruczniku nie mogę znaleźć naszych ludzi…tylko Polkowa… - Żołnierz był spanikowany i zdyszany. - Powoli Kriush, co siedź dzieje? Patrie nie wydawał się bynajmniej zaniepokojony, a przynajmniej nie pokazywał tego po sobie w obecności podwładnych, jak z resztą wypadało w przypadku oficerów dowodzących. Szeregowiec łapał przez chwilę oddech rozumiejąc spokój przełożonego jako aprobatę ku temu. - Półkowniku naszych żołnierzy nie ma na wyznaczonych posterunkach, znalazłem tylko Pulosa z poderżniętym gardłem w szafce przed ambulatorium. – Zaczął wreszcie mówić. - A Doktor Dion !? – tego Patrie nie mógł w sobie zdusić – Co z kobietą w ambulatorium!? - Zniknęła sir, zdaję się, że to jeden z więźniów, albo oni wszyscy. Pułkownik spojrzał na Balkea, który od jakiegoż czasu już zdawał się odwzajemniać wzrok. - Zablokować drzwi i łączyć mnie Azylem. Natychmiast!

6.2 Tymczasem w innej części twierdzy przyszła pora na dokończenie pojedynku. - Szczęście mi ostatnio nie sprzyja chłopcze – żalił się Baurer, mający jeszcze świeżo w pamięci przegrane z Baroshem w kości. Nosh był już właściwie znudzony ta grą. Ale współwięzień nie dawał mu spokoju od dłuższego czasu. - Mam już dość Baurer! Słyszysz?! Gramy w to od kilku tygodni. Nie nudzi cię to już? – Poirytowany rzucił kości o stół. Baurer wykrzywił twarz w grymasie złości. Jego przygotowania do wygłoszenia jakiejś wulgarnej i prowokującej kwestii przerwały otwierające się drzwi. - Masz swoje kościane nemezis, a mi daj już kurwa spokój. – Wstał od stołu i odszedł w stronę jakiejś starej maszyny, po czym zaczął czyścić którąś z jej część. Baurer uśmiechną się nieprzyjaźnie na widok Barosha stojącego w półmroku. W pomieszczeniu paliły się tylko dwie lampy, jedna nad stołem a druga oświetlała maszynerię, nad którą ślęczał pochylony Nosh. - Cieszę się, że na twój widok. To ty Barosh? Chociaż w tym świetle ledwie cię widzę. Usiądź ze mną przy kościach. Nosh w dalszym ciągu nie zwracał uwagi. Baurer wskazał ręką na miejsce przy stole ale Barosh nie siadał. W takim świetle nikt nie mógł zauważyć ciężkiego klucza hydraulicznego, który skazaniec trzyma za plecami. Baurer nabierał irytacji, czego nie mógł ukryć na swojej twarzy. - Jak twoja ręka? Wszystko w porządku? Wiesz, te bydlaki gryzą mocno ale widzę, że szybko doszedłeś do siebie. Nic w dalszym ciągu nie trafiało do Barosha. Tylko stał ze świecącymi w cieniu oczami. Baurer nie wytrzymał. - Słuchaj skurwysynu! Nie obchodzi mnie twoja trauma. Nie interesują mnie twoje obrażenia. Byle byś tylko miał siłę rzucić kośćmi. Obchodzi mnie tylko wyrównanie z tobą rachunków, tak więc siadaj na dupie i nie udawaj idioty Barosh! Ten powoli ruszył w stronę stołu i siedzącego przy nim Baurera. - Wiedziałem, że jak chcesz potrafisz być rozsądny… Barosh zatrzymał się tuz przed stołem. - Myślisz, że…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych