Sen czy jawa?
Druga część opowiadanka "Widzieliście kiedyś własną śmierć?". Więcej nie powiem. You have to read it :>
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sen czy jawa? Pogoń za życiem
I
Kurwa!! Zaraz padnę a to cholerstwo wskoczy na mnie i już nigdy nie ujrzę zachodu słońca... Taaa przekrwionego zachodu słońca niczym moja własna krew krzepnąca na paszczy mojego oprawcy. Goni mnie to chociaż jeszcze? Niezbyt mam ochotę uciekać przed nieistniejącym niebezpieczeństwem. Chociaż z drugiej strony... jeśli się odwrócę stracę kilka cennych sekund na niepotrzebne obracanie się, zwolnię bieg... i już nigdy nie otworzę oczu gdyż właśnie ten moment wykorzysta ten felerny potwór na drapieżny skok prosto na swoją ofiarę. Nie, dzięki, obejdę się bez takiego scenariusza. A może ja przesadzam? Kto wie, może to tylko zwykły kundelek złakniony za chwilą zabawy? Czy kundelki mają czerwone, świecące się oczy, wydłużoną paszczę z wielkimi, ostrymi kłami i do tego trzy pary odnóży? Nie... chyba jednak wolę stracić wszystkie siły podczas biegu niż głupio sprawdzić czy to przypadkiem nie jest tylko mały, niegroźny piesek... - Hejka! Zmęczony i przerażony nawet nie zauważyłem tego, kto wydał z siebie ten jakże człowieczy odgłos. W końcu istnieje też możliwość, że drapieżca próbował w ten sposób mnie przechytrzyć. Biegłem więc co sił dalej... - Ej no! Nie ładnie tak ignorować damę! Znowu nie spojrzałem na osobę, która mnie wołała, ignorując ją kompletnie. Chociaż tym razem wyraźnie usłyszałem, że był to dziewczęcy głos. Z głową zwieszoną w dół i z przymkniętymi oczami leciałem przed siebie niczym stado bawołów. Jeśli nic mnie nie goniło, a to rzeczywiście była tylko zwykła nastolatka, to musiała mieć niezły ubaw. - Jeśli myślisz, że pozwolę ci się ignorować, to jesteś w grubym błędzie, kolego! – usłyszałem, po czym nagle wpadłem na coś miękkiego, odbiłem się od tego i upadłem na ziemię. Otworzyłem oczy i spojrzałem przed siebie zdziwiony. Przede mną stał, a właściwie siedział, ogromny pluszowy miś z czerwoną kokardką na szyi... To na niego musiałem wpaść. Na szczęście nie wyglądał na groźną bestię... Opierała się o niego uśmiechnięta dziewczyna. Była bardzo ładna. Miała szczupłą sylwetkę, ciemno brązowe włosy sięgające prawie do pasa, bursztynowe oczy z jakimś dziwnym żarem. Patrząc na nią aż miałem ochotę odwzajemnić jej uśmiech. Ubrana była w krótkie, jeansowe spodenki i żółtą, bawełnianą koszulkę na ramiączkach. Nie miała butów. Jej bose stopy zwinnie poruszały się po trawie, kiedy do mnie podchodziła. Będąc już przy mnie, schyliła się i wyciągnęła dłoń. W tym momencie przypomniałem sobie o goniącej mnie bestii. Przerażony, odwróciłem szybko twarz do tyłu jednocześnie zrywając się z ziemi. Jednak za mną nie było żadnego potwora. Musiałem jednak zgubić go po drodze. Co za ulga... - Zero manier normalnie! – obruszyła się dziewczyna – Ja tu chcę pomóc a ten nie tylko mnie ignoruje ale jeszcze udaje, że wcale mnie nie zauważył i patrzy zupełnie gdzie indziej! - Co? – no cóż, nie mam jak widać genialnego refleksu, dopiero po chwili skapałem się, o czym ona w ogóle mówi... – Aaaaaa Sory... Znaczy się, no, tego... Potwór mnie gonił... – cholera, ale to musiało debilsko wypaść! Co ona sobie o mnie pomyśli? Jakby dla potwierdzenia moich myśli, dziewczyna zmrużyła oczy patrząc na mnie podejrzliwie. - Mam nadzieję, że to nie ja jestem tym potworem... - No co ty! Kto by uciekał przed taką ładną dziewczyną? Chyba tylko jakiś idiota... – broniłem się, a ona zachichotała. - Miło słyszeć! Bo nie powiem, ale jednak odniosłam dziwne wrażenie, że niezbyt masz ochotę na rozmowę ze mną... - Nie dziwie się... Nie no, po prostu byłem przekonany, że goni mnie takie straszne coś i bałem się zatrzymać... – szczerze mówiąc, nie zdziwiłbym się, jakby wzięła mnie za pierwszej klasy debila. Stanowczo nie tak się podrywa dziewczyny! Ona tymczasem znowu się roześmiała i na jej twarz powrócił ten radosny, szczery uśmiech, który widziałem wcześniej. - A to miałeś koszmar, kolego! – zażartowała – W takim razie powinieneś mi być wdzięczny, że dzięki mnie nie uciekałeś przez następne kilometry... - Wiesz, że masz rację? Jakby się tak zastanowić, to ja prawie, że nóg już nie czuję... - Oooo musiałeś długo zwiewać... - No owszem, nie będę zaprzeczał... – potwierdziłem te słowa również skinieniem głowy – a właśnie, co to za wieki miś? To znaczy, skąd on się tu wziął? - Jak to skąd? Musiałam cię jakoś zatrzymać a chyba lepiej dla ciebie, że użyłam do tego pluszowego misia, a nie betonowej ściany? - O, tu masz całkowitą rację... chociaż wciąż nic nie rozumiem... - Hihihi... zrozumiesz w swoim czasie – powiedziała słodko, po czym mrugnęła i... znikła. Zamrugałem. Nic mi to nie dało. Dziewczyny wciąż nie było. Co, do kurwy nędzy, tu się dzieje?! Zastanowiłbym się dłużej nad tą okolicznością, jednakże w tym samym momencie usłyszałem groźne powarkiwanie... I postanowiłem wziąć nogi za pas.
II
Obudziłem się zlany potem - cholerny potwór w końcu mnie dopadł. Na dworze już się przejaśniało, więc nie mogło być bardzo wcześnie. Spojrzałem na zegarek. Piąta rano. Suuuper. Ale miałem ochotę spać dalej, nie ma co. Położyłem się jednak z powrotem, tyle, że nie zamknąłem oczu. Wpatrując się w biały sufit zacząłem myśleć o tym, co dopiero przed momentem mi się śniło. Przerażająca gnida i śliczna dziewczyna. No, zapomniałbym o wielkim bracie, eee znaczy się misiu. Wielkim misiu. Ale to bezsensownie brzmi. Dobrze, że to był tylko sen... Sny, w rzeczy samej, często są bzdetne. I straszne. Nie lubię koszmarów... Ale teraz, jak już się obudziłem, nawet nie bolą mnie nogi... Ciekawe czy biegnąc we śnie traci się kalorie? Tak rozmyślając, w końcu zasnąłem ponownie. Jednakże nie proście mnie nawet. Nie ma siły, która by mnie zmusiła do przypomnienia sobie, co mi się u licha wtedy śniło. Kiedy otworzyłem oczy, dochodziła już dziesiąta. Zacząłem się zastanawiać, czy mam dziś coś do roboty. W końcu doszedłem do wniosku, że mogę cały dzień spędzić na siedzeniu przed kompem. Wstałem, po czym potknąłem się o własną poduszkę. - Cholera no! – zakląłem pod nosem. Schyliłem się, aby podnieść poduszkę, jednakże nagle usłyszałem dochodzące niewiadomo skąd kwilenie, wystraszyłem się i straciłem równowagę. Wylądowałem oczywiście na podłodze. Dłonią trafiłem na coś małego i twardego. Zerknąłem na to i od razu się załamałem nad swoją głupotą. Wstałem i po drodze do drzwi wyrzuciłem do kosza odchody Świnka. - Świnek, ty małpo, wystraszyłeś mnie... Aby wszystko było jasne – świnek nie jest małpą, ale świnką morską. Nie ma też na imię małpa. Po prostu się na niego wkurzyłem, a słowo „małpa” posłużyło tu za wyzwisko... Po drodze do łazienki włączyłem stopą komputer. Nie zatrzymałem się jednak przy nim, lecz poszedłem prosto pod prysznic. Śmierdziałem potem. Dzień, tak jak podejrzewałem, spędziłem głównie siedząc na necie. Aż dziwne, że rodzice jeszcze nie wyrzucili na śmietnik komputera...
III
Kap. Kap kap kap. Odgłos odbijających się kropel wody. Nie wiedziałem skąd wziąłem się nagle w jakimś domu, jednakże nie zastanawiałem się nad tym. Ruszyłem przed siebie za dźwiękiem, jakby był najwspanialszą na świecie muzyką. Minąłem kuchnię i doszedłem do przedpokoju. Przede mną rysowały się drzwi. Najprawdopodobniej do łazienki, gdyż to zza nich dobiegało kapanie. Położyłem dłoń na klamce. Nasłuchiwałem. Ktoś brał prysznic. Albo przynajmniej tak to brzmiało. Pchnąłem powoli drzwi. Na szczęście nie zaskrzypiały jak w horrorach. Znalazłem się w niezbyt wielkiej łazience. Ściany były pokryte kafelkami do połowy. Jedynie góra była pomalowana na biało. Płytki były delikatnie różowe, z białymi falami. Przede mną znajdowała się umywalka i wanna. Po lewej stronie miałem szafkę. Z tej strony właśnie dochodziło pryskanie. Zrobiłem dwa kroki w przód i spojrzałem w lewo. Była tam wnęka w ścianie a w niej kabina prysznicowa. Za szklaną szybą dojrzałem niewyraźną, kobiecą sylwetkę. Woda odbijała się od jej ciała i pryskała na boki. Dziewczyna myła głowę. Wtem obróciła ją w moją stronę. Odniosłem wrażenie, jakoby jej wzrok przeszywał mnie na wylot, chociaż nawet nie mogłem dostrzec przez szybę jej oczu. Jej ręce przestały się jednak poruszać. Cała sylwetka zastygła w bezruchu na moment. Niechcący wstrzymałem oddech. Tylko woda wciąż grała swą muzykę. Kiedy spostrzegłem, że nie oddycham, dziewczyna nagle wyłączyła wodę i chwyciła brzeg drzwiczek od kabiny. Nie wiem dlaczego, jednakże cofnąłem się krok w tył. Wzroku jednak nie mogłem oderwać od kobiety. Jednym szarpnięciem otworzyła drzwiczki i ujrzałem jej twarz, po której spływały kropelki wody. Była to ta sama dziewczyna, która śniła mi się poprzedniego dnia. Tym razem jednak była naga, cała pokryta kropelkami wody. Mokre włosy przykleiły jej się do szyi i piersi. Poprzez otwartą kabinę widziałem tylko połowę jej ciała. Jednakże już to wystarczyło... Nie mogłem wydać głosu. Głośno przełknąłem ślinę. - No, nareszcie! – wykrzyknęła dziewczyna, po czym jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech – znudziło mi się już to czekanie, aż wreszcie uśniesz! - Eee że co? – o czym ona gada? I czy nie mogłaby przynajmniej czegoś na siebie włożyć? Jak ja mam się skupić skoro ona TAK wygląda?! - Doszłam do wniosku, że chciałabym cię jeszcze raz zobaczyć... więc to zaaranżowałam – rany, ale ona się słodko uśmiecha. Dziewczyno, czy ty sobie nie zdajesz sprawy z tego, jak wyglądasz...? Ja chciałbym złożyć do kupy swój umysł... - Co zaaranżowałaś? – wykrztusiłem w końcu. Chociaż i tak już zaczęła się na mnie dziwnie patrzeć... - No, to spotkanie bo niby co innego? – rzuciła spode łba jakby wkurzona, po czym jakby sobie coś przypomniała, i, już uśmiechnięta, dodała – a racja! Przecież ty nawet nie wiesz, że śnisz... - Śnię...? – Nie pytajcie, czemu nie dałem rady wyrzucić z siebie czegoś inteligentniejszego, gdyż nie znam na to pytanie odpowiedzi... - Tak, właśnie. Śnisz. Ja tymczasem wczoraj odwiedziłam twój sen. A dzisiaj... sprawiłam, że ty wszedłeś do mojego – zachichotała. Czyżby śmiała się z mojej miny...? Mam nadzieję, że nie zrobiłem aż tak beznadziejnej... – Tak, to jest mój sen. To, co widzisz, to jest dom, w którym kiedyś mieszkałam. We śnie... mieszkam w nim dalej. - Mhmm – wow, jaka wyjątkowo inteligentna odpowiedź... ale chwila... czy ona wcześniej nie powiedziała, że chciała mnie jeszcze raz spotkać?! Więc nie zrobiłem aż tak złego wrażenia...? - Coś ty taki ponury? A, właśnie! Mógłbyś się odwrócić? Chciałabym coś na siebie włożyć... - A, jasne – burknąłem, i rzeczywiście zrobiłem w tył zwrot. Usłyszałem, jak dziewczyna zamyka za sobą kabinę. Potem nie słyszałem już nic... dopóki w pewnej chwili czyjeś zimne dłonie nie chwyciły mnie za kark. Podskoczyłem. I znowu chichot... - Coś ty taka wesolutka, co? – wydukałem, zakłopotany. Dać się wystraszyć zwykłej dziewczynie, co ze mnie za facet?! - Śmiech to zdrowie głupolu – rzuciła z uśmiechem. - Trzeba było się poślizgnąć, a nie straszyć mnie, wtedy może i ja bym zdobył trochę tego zdrowia – odparłem. Jednak ręcznik zrobił swoje. Mogłem już trzeźwo myśleć... No dobra – w MIARE trzeźwo. - Czy ja mówiłam, że zależy mi na twoim zdrowiu? – rzuciła obrzucając mnie zalotnym spojrzeniem. Zrobiło mi się gorąco. Mrugnęła do mnie. Parzy... Woda wciąż kapała jej z włosów. Zimne kropelki świeciły się na jej skórze... - Rozumiem, że jako egoistka, zależy ci tylko na swoim własnym – zażartowałem. Czy w moim głosie dało się usłyszeć nutkę paniki? - Bingo! – roześmialiśmy się. Ufff chyba się jednak nie dało. - O, właśnie. Jak ci na imię? – powinienem pisać podręczniki „Jak poprowadzić interesującą konwersację z nieznajomą”... - Kasia – odpowiedziała, wciąż się uśmiechając – a tobie? - Mirek. Czy ty zawsze jesteś taka radosna? - A ty taki ponury? - Mhmm zazwyczaj. - Po – nu – rak! – przesylabizowała dobitnie z uśmiechem. - Skoro tak mówisz... ale jednak, chyba wolałbym, żebyś zwracała się do mnie po imieniu... - Możesz pomarzyć ponuraku – rzuciła i pokazała mi język schylając się jednocześnie. Niespecjalnie spojrzałem na jej dekolt. Przełknąłem ślinę. Zapewne bardzo, bardzo głośno. - Super – chyba kupię sobie książkę „jak nie zapomnieć języka w gębie?”. Myślicie, że w ogóle taka jest? - Widać, że czegoś ci w życiu brakuje – orzekła po chwili Kasia. - Tak? - Tak. A ja nawet wiem czego – uśmiechnęła się po czym przyłożyła delikatnie palec do ust. - Czego? - Za – sta – nów się! Zniknęła. Znowu. Drugi dzień pod rząd. Choroba. Czego mi brakuje? A kogo to obchodzi? Rozejrzałem się. Nie, tu nie ma nic ciekawego. Wyszedłem z łazienki. Przedpokój był pusty. W kuchni było parę mebli. Wydawało mi się jednak, że wcześniej było ich więcej. Nic nie rozumiejąc, znalazłem drzwi wyjściowe. Otworzyłem je. I znalazłem się w innym śnie.
IV
Krzyk. Skąd dochodzi? Gdzieś z lasu... Dziecięcy głos. Trzeba się śpieszyć. Wzniosłam się w powietrze. Poczułam chłodny powiew wiatru na twarzy. Ruszyłam w stronę, z której dochodził wrzask. Już po niedługiej chwili zauważyłam gdzieś w dole biegnącą bestię. Wyglądało mi to na wielkiego tygrysa szablozębnego. Czemu dzieciaki zawsze wymyślają potwory, które nie istnieją w realnym świecie? Spojrzałam trochę dalej. Parę metrów przed zwierzęciem biegł mały, przerażony chłopczyk. Niczym Piotruś Pan podleciałam do chłopca, chwyciłam go pod pachami i uniosłam w górę. Tygrys stanął, spojrzał na nas i niemogąc nas dosięgnąć, zawarczał groźnie. Po chwili dał sobie spokój i pobiegł dalej. Chłopiec otworzył oczy i wbił je w moją twarz. Uśmiechnęłam się do niego. - Potwór już sobie poszedł. Jesteś bezpieczny – oznajmiłam. Jejuniu, ale ze mnie super women normalnie... - Naprawdę? – spytał, po czym rozejrzał się dookoła. Widok najwyraźniej zrobił na nim dobre wrażenie, gdyż już weselej, dodał – dziękuję! - Proszę cię bardzo, słonko – odparłam radośnie, po czym wylądowałam na ziemi. Puściłam dzieciaka. Jego twarz rozchmurzyła się kompletnie, kiedy poczuł pod stopami stały grunt. A ja zawsze myślałam, że dzieci uwielbiają przygody. Chyba jednak nie wszystkie... Z drugiej znowuż strony, po takim koszmarze... Czemu nie mogę wejść w jakiś miły sen? Zawsze muszę kogoś ratować z opresji... - Dziękuję! – powiedział jeszcze raz chłopczyk i pobiegł w odwrotną stronę, niż wcześniej zwierz. Mam nadzieję, że nie spotka tam drugiego... Hmmm i co teraz? Wypadałoby wyjść z tego snu... Pstryk.
V
Czego mi brakuje? Kasy, zapewne. Ale można chyba cieszyć się z życia bez niej? Nie, raczej nie o to jej chodziło... Dobra, wyniosłem śmieci, co tam jeszcze miałem zrobić? A, tak. Pozmywać, odkurzyć i umyć okna. Po śmierci ojca ciągle muszę coś robić. Matka się załamała nerwowo i teraz tylko mówi mi, co mam robić. Nie śmieje się, nie rozmawia ze mną. Tylko „zrób to, zrób tamto”. Ale nie mam prawa jej osądzać... Minęło dopiero pół roku. Muszę dać jej czas na otrząśnięcie się po tej tragedii... A ja? Czy ja się otrząsnąłem? Czego mi brakuje? Ojca? W sumie wcześniej też niezbyt często bywał w domu, a nawet jak był, to nie szukał mojego towarzystwa. Chyba nigdy nie chciał mieć dzieci. Ale z matką rozmawiał. Czasami zdarzało mi się nawet przyłapać ich w „tej” sytuacji... Więc ona na pewno była z nim bardziej związana niż ja. Pewnie dlatego nie może się pozbierać. Tak... Czego mi brakuje? Matki? Owszem, wcześniej byłem z nią w dobrym kontakcie. Często razem się śmialiśmy. Zawsze wszystko jej mówiłem. No, prawie wszystko. Tak, brakuje mi dawnej mamy. Ale czy to o to chodzi? Nie sądzę. Skąd ona miałaby o tym wiedzieć? To od czego by tu zacząć? Najcięższe jest mycie okien więc zostawię to na koniec... Zacznę od odkurzenia, potem mogę rozerwać się przy zmywaniu naczyń... Czego mi brakuje? Czasu. To jest pewne. Ale co to ma do radości? No, nie mogę narzekać na brak zajęć. Zarówno fizycznych jak i umysłowych zresztą...
VI
Latałam po snach jak opętana. Musiałam znaleźć ten, o który mi chodziło. O JEGO sen. Ale jak na złość nie mogłam go znaleźć. Może jeszcze nie poszedł spać? Plaża. Niedaleko mnie jakaś para pływająca w morzu. Dżungla. Jakieś dzieci bawiące się na drzewach. A może małpy? Jezdnia. Jakiś wypadek. Chyba nie śni mu się coś tak normalnego? Pełno tu gapiów ale nie wyczuwam go tutaj... Ofiara... nie, to nie on. Jakaś kobieta. To jej sen. Czuję to. Dom. Róż. Wszędzie róż. Nie, to nie może być sen chłopaka. Łazienka. Moja? Drzwi. Czyjeś kroki... Śni mu się moja łazienka? - Au! – musiał tak nagle otwierać te drzwi?! - O! To ty – wow, normalnie eureka!! - Nie no, co ty, święta Teresa jestem... - Kiepski dowcip. - Myślałam, że dla ciebie w sam raz. - Gdzie twój radosny uśmiech, co? - Gdzie moja skóra na nosie, co? – rzuciłam spode łba. Boooli... - Sorki, nie chciałem przecież – przeprosił, tyle dobrego... - No niech ci będzie, nawet nie będę się złościć... chociaż w sumie to mógłbyś mi pomóc wstać – ach ten mój sarkazm, ciekawe, kiedy mi się za niego oberwie? - Sorki, już pomagam... Moje wychowanie jak widać poszło na wakacje, razem zresztą z rozumem... ale nie powinnaś być zła bo sprawił to twój widok – zażartował Mirek. Chyba muszę częściej na niego najeżdżać, od razu mu wtedy rośnie poziom inteligencji... - Spoko, obejdę się chyba bez tych części ciebie. Ale jesteś pewien, że przed tą wycieczką na pewno takie coś jak rozum miałeś? - Nie mogłaś naskoczyć na wychowanie, co? Wtedy mógłbym zwalić na rodziców, którzy niedostatecznie się mną zajmowali... a tak to co mi zostaje? No, w sumie mogę obarczyć winą geny ale chyba niezbyt mi to pomoże... - I tu masz rację, stary – stwierdziłam z uśmiechem. Oj, chyba mi wraca dobry humor! - Ja?! Stary?! No bez przesady! Tu mnie trafiłaś prosto w serce... Ach, zaraz umrę... – po czym wykonał piękną pantomimę. Aż normalnie można by uwierzyć, że umiera... - Twoje poczucie humoru też chyba gdzieś polazło... Przecież patrząc na ciebie jest oczywiste, że nie mogłabym cię wziąć za starego... Co najwyżej na jakieś dwanaście, no, może piętnaście lat... – no, teraz to chyba powinnam go wkurzyć. Ale ja jestem okropna, nie ma co... - Wygląda na to, że pasujemy do siebie, bo ja bym ci dał jakieś dziesięć... A dziewczyny chyba wolą starszych facetów, co? – i tu mnie ma. Mhmm lipa z wkurzenia... To dobrze czy źle? - Chyba tak. Chociaż nie. Różnie. Kiedyś chodziłam z młodszym. Świetny był. To raczej od charakteru zależy... - Skoro tak mówisz... Pozostaje mi tylko uwierzyć ci na słowo... - Oj, uwierz uwierz! – roześmialiśmy się. Jak dawno nie śmiałam się tak naprawdę... A mówiłam, że to jemu czegoś brakuje. Chyba raczej nam obojgu... – wiesz już, czego ci brakuje, piękny? - Nie mam zielonego pojęcia. Ale powiem ci, że nawet trochę o tym myślałem... - Trochę? Ja ci dam trochę! – powiedziałam po czym wyczarowałam poduszkę, którą następnie rzuciłam prosto w Mirka. Ale miał minę zdziwioną, żałujcie, że jej nie widzieliście... - Jak to zrobiłaś? – spytał. Hmmm mam udawać głupią? W sumie bardzo lubię za takową robić... - Co? - No to! – a ten umie tłumaczyć o co mu chodzi! W ten sposób to nigdy nie dojdziemy do porozumienia... już chciałam to powiedzieć, kiedy jednak coś dodał – W jaki sposób wyczarowałaś tę poduszkę? - Siłą woli. Tak samo jak umiem przemieszczać się między snami. Mogę zrobić tu wszystko. Przecież to tylko sen – uśmiech moi mili! Otworzył usta, że aż mu ślina zaraz poleci. Zwrócić mu na to uwagę? - Może i tylko sen ale jednak... Ja tego nie potrafię – ale nowość, nie no! Ale patrzcie, w sumie usta zamknął... No, dobra, nie przesadzajmy, zachowujmy się normalnie... w końcu, czyż ja nie jestem zwykłą, inteligentną, śliczną i zabawną dziewczynką?! - Nie masz wprawy. Jakbyś spał tyle co ja... – ups, chyba za dużo powiedziałam – znaczy się, jakbyś był takim śpiochem jak ja... to byś pewnie w końcu do tego doszedł. Znasz pewnie ten tekst – sen, przyjaciel człowieka... – ale ja gadam pierdoły! Co się ze mną dzieje? - Nie znam ale nieważne... Więc mówisz, że możesz tu zrobić wszystko? Ile ty śpisz? – robi się gorąco... trzeba zrobić przerwę na reklamy. - Wiesz, czego ci brakuje? Miłości. – Pstryk. Ulica. Ludzie, dużo ludzi. Ktoś biegnie między nimi uciekając przed drugą osobą. Dajmy na to, że mu pomogę...
VII
Miłość? Może i jest w tym jakaś racja? Myślałem o ojcu, który, jakby nie patrzeć, nigdy mnie nie kochał. Myślałem o matce, której miłości nagle mi zabrakło. I brakuje mi jej... Nie mam dziewczyny, jedynie paru przyjaciół. Czy możliwe, żebym dlatego właśnie się nie uśmiechał? Może. A w ogóle to ta dziewczyna jest dziwna. Podróżuje między snami? A może ona jest po prostu gdzieś we mnie, może to wszystko to były zwykłe sny? Tak, pewnie tak.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Aneshia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…