Sens istnienia
Czy aby na pewno śnimy i czy kiedy śnimy nie śni się nam tylko, że akurat śnimy? Drugie, niezależne opowiadanie z cyklu "Sezon na Pierwiosnka".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W ciasnym, ale za to bardzo przytulnym lokum na trzynastym piętrze pewnego znanego mieszkańcom New Warsaw City wieżowca rozgrywała się scena co najmniej niecodzienna, rzec by można komiczna. Oto na rozkładanym, teatralnym krześle siedział prezes firmy, natomiast wokół krążył jego podwładny, wściekły jak stado szerszeni i klął, na czym ezoteryka stoi. - Ja tu chyba czegoś nie rozumiem! – wykrzyczał podwładny. - Ależ to jest proste… - zaczął czarownik w stroju mistrza zboru, ale brutalnie mu przerwano. Krążący wokół krzesła satelita czerwieniał na twarzy z minuty na minutę. - Szefie, tyś chyba na głowę upadł! – Drugi miotał się po pokoju agencji jakby go raki w jądra szczypały. - Ależ mój drogi Second, mamy już szmal i możemy sobie na to pozwolić! – oponował coraz silniej Pierwszy. – Nie zapominaj, że jestem tu szefem... - Ech, i co ja mam z wami zrobić? Najpierw Grubcio, teraz ty…! – Drugi opadł bezsilnie na krzesło. No tak: szef ma zawsze rację! Z drugiej jednak strony zamysł mistrza nie był aż tak szalony. No, może byłby, gdyby nie fortuna, jaka na nich nieoczekiwanie spłynęła. Dawna Spółdzielnia Czarownicza „1001 Życzeń”, a obecnie spółka z wielce ograniczoną odpowiedzialnością, była teraz jedną z najlepiej prosperujących firm na świecie. W normalnych warunkach można by ją sprzedać za naprawdę duże pieniądze i do końca życia żyć sobie wystawnie tylko i wyłącznie z procentów. Na przykład na takich sobie Seszelach... Był tylko malutki problem: wszyscy trzej magowie orzekli zgodnie chórem, że chętnie by raz na jakiś czas powygłupiali się realizując co bardziej szalone zlecenia. Drugi problem był bardziej prozaiczny: niewielu odważyłoby się kupić firmę mającą swoją siedzibę na trzynastym piętrze nawet najbardziej ekskluzywnego drapacza chmur w New Warsaw City. - Słuchaj, dołączymy do Grubcia i Charlotty na Seszelach, a tymczasem interes będzie prowadził twój bratanek. – jeszcze raz powtórzył wszystko od początku Pierwszy. Tak dla pewności. - Pierwiosnek jest za młody! – postać na krześle machnęła rękami w dezaprobacie. - Schrzani każdą robotę, słowo daję! I jeszcze wstydu nam narobi! - Nie unoś się, bo sufit jest nisko. – szef spróbował uśmiechu numer trzy. – To dobry chłopak, może trochę narwany, ale za to sprytny i uzdolniony. No i pod kuratelą jednego z najporządniejszych gliniarzy w City. I tu Pierwszy miał rację. Pierwiosnek pomimo, że nie ukończył żadnej wyższej uczelni ezoterycznej, posiadał duży talent czarowniczy. Gorzej było ze sprytem, czego mógł być dowodem nadzór policyjny. - No niech ci będzie. – niechętnie zgodził się Second. – Ale na twoją wyłączną odpowiedzialność! Boję się tylko, że nikt nie przyjdzie załatwiać zleceń do młodzika z tak potężną kartoteką. Pierwszy zaczął udawać zamyślonego. - Niech sam się martwi o marketing. Młodszy czarownik wstał z krzesła, przesunął rękawem po szklanej kuli, która błyskawicznie zmatowiała i zrezygnowany ruszył do wyjścia. - Dobra, idę po Lynn. – mag popatrzył na słońce majaczące wśród chmur za oknem. - Za godzinkę przyjdzie twój pupilek, to wprowadź go w arkana prowadzenia firmy. Co potem? Mistrz uśmiechnął się promiennie. - Seszele. W końcu po to je kupiliśmy, Vice.
***
Śledczy Eskulap Wontorek nie przepadał za swoim podopiecznym. Od kiedy ustalono nadzór nad tym notorycznym rozrabiaką, wielokrotnie dawał mu popalić. Mały człowieczek z zalążkami łysinki gdzieś w okolicy krótkich włosków siedział przy biurku w pomieszczeniu spółki. Tuż pod nieśmiertelnym wąsikiem tkwił jeszcze bardziej nieśmiertelny papieros z serii sto pięćdziesiąt, najdłuższy z dostępnych na rynku. Tuż przed nim, po drugiej stronie biurka siedział młodzieniec średniej budowy ciała, o szarych oczach i złotych włosach. - Jak widzisz, drogi Eskulapie, wszystkie przedstawione dokumenty są w jak najlepszym porządku. – przerwał niezręczną chwilę milczenia Pierwiosnek. Mały człowieczek poruszył wąsikami i wypuścił kącikiem ust kłąb dymu. - Taaak. A gdzie to wujowie wyjechali w takim pośpiechu, że zostawili ci cały ten majdan, nawiasem mówiąc, wart całkiem sporo? – twarz detektywa zdradzała zrozumiałą podejrzliwość. - Wyjechali na Seszele. - Te Seszele ? A może te koło Szwajcarii Kaszubskiej? - Te właściwe Seszele. Ich Seszele. - Jak to „ich Seszele”? – zdziwił się policjant. - Kupili je sobie. - No tak. – mały człowieczek znów poruszył wąsikami wracając do lektury dokumentów firmowych. – Brakuje zaświadczenia o terminowym odprowadzaniu podatków. Czy mógłbym je zobaczyć? - Ależ oczywiście! Gość w dom, syf w dom! – palnął młodzieniec i z czarującym uśmiechem otworzył szufladę. Wyciągnął plik dokumentów i podał detektywowi ponad magiczną, szklaną kulą, która ich rozdzielała. Obraz w kuli rozjaśniła błękitna poświata ukazując Trzeciego z iście marsowym obliczem. - Ostrożnie ofiaro! – krzyczał Grubcio na ekranie. – Trzymaj rękawy przy sobie! - Hmmm, hmmm.... Twój wujo coś mówił do ciebie? – Wontorek zwyczajowo poruszył wąsikami. - Nie. – zaprzeczył głową Pierwiosnek i wzruszył ramionami. – To tylko zwykły wygaszacz ekranu. Taki pro memoria. To już szósty raz dzisiaj. Detektyw złożył papiery i podał młodemu czarownikowi. - No cóż, dokumenty przekazania wydają się być w porządku. – westchnął i podał papiery z powrotem zahaczając niechcący rękawem o szklaną kulę. - Ostrożnie ofiaro! – krzyczał ponownie Grubcio na ekranie. – Trzymaj rękawy przy sobie! - Bardzo mi przykro Eskulapie, ale tym razem to było do ciebie. – młodzieniec z trudem powstrzymywał uśmiech. - Interesuje mnie tylko – ciągnął niezrażony detektyw delektując się dymem ze swojej stopięćdziesiątki – jak kryminalista przyciągnie klientów do firmy zarządzanej przez siebie? Chłopak skrzywił się demonstrując swoją niechęć do wypowiedzi detektywa. - Kryminalista? A fe, Eskulapie! Jestem tylko wielokrotnie notowany! Kolejny kłąb czarnego dymu poszybował pod sufit. - Dokładnie trzysta dwadzieścia osiem razy. To już chyba recydywa, prawda? - Więc pytasz, jak ? – mag zręcznie zmienił temat. – Promocja, trochę darmowych czarów, a tak na marginesie, to jestem pewien, że mi pomożesz... - Po moim trupie! – policjant zazgrzytał zębami. - Phi, to da się załatwić, ale już pomogłeś. Masz, obejrzyj sobie „The Warsaw Time”. – i z uśmiechem rozłożył przed Wontorkiem poranną gazetę. Tuż na drugiej stronie ogłoszenie formatu C-5 informowało:
„1001 Życzeń Sp. z w.o.o. Czarnoksiężnik Pierwiosnek jedyny mistrz magii po stronie prawa pod nadzorem detektywa Eskulapa Wontorka”
- Pierwiosnek! – policjant posiniał na twarzy. – Ja cię kiedyś uduszę! - Łapy przy sobie, mówiłem! – przypomniał obraz w szklanej kuli. - I wyłącz ten cholerny wygaszacz! - Jaki wygaszacz? – zapytał wygaszasz wybitnie oburzony. - Ciebie, głupolu jeden. Zamknij się po prostu! – rzucił podenerwowany Eskulap i już chciał coś dorzucić ze słodkości w kierunku swojego podopiecznego, gdy Grubcio w kuli zaczął bardzo głośno protestować. - Ja sobie wypraszam tego „głupola”! – trajkotał mag. - Mam dyplom dwóch wyższych uczelni ezoterycznych i doktorat honoris causa Wyższej Szkoły Polinekromancji! – po chwili dodał już zupełnie spokojnie – Jest Pierwiosnek? - Cześć wujku. Właśnie miałem się z wami kontaktować, aby ustalić strategię marketingu... I gdy tak gaworzyli sobie o duperelach związanych z prowadzeniem firmy, śledczy Eskulap Wontorek, nadal czerwony na twarzy, ulotnił się jak niepyszny.
***
- I cóż mój drogi Eskulapie słychać? – przywitał ciepłym słowem swojego gościa czarnoksiężnik. - Stara bieda w nowej oprawie, czyli nadzór nad tobą i całą resztą tego parszywego świata... – skwitował ze skwaszoną miną detektyw. Po chwili wyciągnął ulubione papierosy i zakleił sobie jednym z nich nadajnik, by wycedzić przez zęby – Tak sobie sprawdzam, jak leci mojemu pupilkowi. - Za godzinę otwieram. - Wiem. - Dziś dzień otwarty... - Wiem. - Trochę prostych czarów za darmo... - Wiem. - To po co przyszedłeś ? – zdziwił się młodzieniec. - Z czystej sympatii do ciebie. – dalej cedził przez zęby Wontorek. – Jakiś wysoko postawiony dyletant zarządził kontrolowanie ciebie, jakby myślał, że to takie proste. Pierwiosnek usiadł i uśmiechnął się na wspomnienie setek razy, kiedy to wystrychnął detektywa na dudka. Z drugiej jednak strony trochę mu współczuł tak niewdzięcznego obiektu inwigilacji. - Darujesz mi chyba te niewinne żarciki?... - Oczywiście! – żachnął się detektyw. – Szczególnie, że twoje krotochwile czasem przeradzają się w krokodyle!... - O przepraszam, krokodyl w śpiworze podczas wycieczki w góry był jak najbardziej naturalny. – stwierdził Pierwiosnek. - Niech zgadnę: przez lata dorastał w górskim strumieniu w otoczeniu bobrów i świstaków? To już wiem, po kim nabrał tak złych manier! - Przestań się pieklić o dawno zakończone sprawy. Powiem ci, co mam dzisiaj w programie... - Aha, cwaniaczku! Jeżeli myślisz, że wysłucham tych bajeczek i sobie pójdę, to się grubo mylisz. – odpalił policjant. Mag uśmiechnął się jak najbardziej szczerze. - Ależ możesz sobie tu ze mną zostać aż do końca dniówki! Dziś w menu mam kilka darmowych prostych czarów, ale tylko dla sześciu pierwszych klientów. „Sens istnienia”, „Tajemnica życia” i „Zagadka nieśmiertelności”. Wszystkie sprowadzają się do wprowadzenia klienta w trans na poziomie theta –15 i wywołania prostych wizji na podstawie przecieków synaptycznych. Gwarantuję ci, że każda z tych wizji będzie w odczuciu klienta zupełnie jak rzeczywiste wydarzenia, w których uczestniczył. - Aha. – Wontorek zaciągnął się głęboko dymem. – Coś jak przestrzeń czaro-wirtualna? Policjant popatrzył na trzymanego w ręku papierosa, który najzwyczajniej w świecie zgasł. - Dokładnie tak. - Gdy tu wchodziłem, widziałem sporą kolejkę na dole. Portier, ten Knappke, który kiedyś u nas robił będzie ich wpuszczał pojedynczo... to może byś już tak otworzył ? Mag popatrzył na archaiczny chronometr. Po chwili narzucił roboczy płaszcz czarnoksięski, złożył ręce i wymamrotał proste zaklęcie. Pomiędzy jego dłońmi zaczęła się kształtować malutkich rozmiarów kobietka ze skrzydełkami jak u ważki. - Wypróbujmy to. – rzekł Pierwiosnek. W tym momencie malutka kobietka podfrunęła do zdumionego detektywa, zatrzepała niewyobrażalnie długimi rzęsami i wyszczebiotała : - Zapraszam miłego klienta. – i rozprysła się jak bańka mydlana. - Niezłe demo zapraszające, co? – zapytał mag zbaraniałego Wontorka. – Sam pisałem kod źródłowy zaklęcia! Podszedł do kuli i potarł ją na tyle delikatnie, na ile go było tylko stać. W kuli ukazał się człowiek w wieku około lat czterdziestu, skromnie ubrany, z siwiejącymi włosami i nawiedzonym wyrazem twarzy. - A niech to Belet kopnie! – zaklął Pierwiosnek. – Zdewociały prawnik zaniedbujący swoją żonę. Nieźle jak na początek, ale i tak stawiam, że wybierze „sens istnienia”. Dasz piątaka Eskulapie? - Za mało mi płacą za dozór nad tobą. – mruknął zdegustowany detektyw i ponownie odpalił niesamowicie długiego papierosa.
* * *
GODZINA ZERO: PRÓBA - Wiec jesteś. - było to raczej stwierdzenie, niż pytanie. - Tak, jak widzisz. - odparł w stronę, skąd dobiegał głos. - Wiesz, że dla mnie "widzieć", a raczej "nie widzieć" to pojęcie względne. - Wiem. - odparł krótko. - Czego chcesz? - Mam prośbę.... - Inaczej nie prosiłbyś o audiencję. - Chciałbym znowu żyć na Ziemi. - wyrzucił z siebie. - Przemyślałeś to? - zapytał głos. - Tak. - Kobieta? - Tak. - Jacy wy wszyscy jesteście żałośni...! Czy uważasz, że się nadajesz? - Tak. - Na pewno? - Chyba.... - A widzisz. - głos zasiał niepewność. - Wystaw mnie na próbę. - podjął. - Wiesz prze... - Tak, wiem. Przysługuje ci, ale takich jak ty są miliony. Mam mało przydziałów. - Daj mi szansę. - domagał się. - Dobrze. - usłyszał po chwili. - Kiedy? - Zaraz. Zaczynasz w południe 28-go lutego, kończysz w południe 1-go marca. - Dzięki ci.... - Uważaj - usłyszał ostrzeżenie.- Świat się bardzo zmienił od tamtej pory... - Domyślam się. Coś jeszcze? - Tak. Pouczenie. Masz to. - Z wysokości spłynęła mała fiolka. Wiedział, co w niej było. Trucizna. - Gdybyś się chciał wycofać, wiesz co masz zrobić. - Wiem. - odparł, ale nie wziął fiolki. - Nie będzie mi to potrzebne. - Jak chcesz. Możesz już iść.
GODZINA PIERWSZA: SMUTEK (28 luty 2036 roku. Południe) Szara ulica umierała. Niegdyś wspaniała, teraz spowita mgłą zapomnienia. Od czasu do czasu silniejszy powiew zimnego wiatru przemieszczał mętne opary unoszące się nad ziemią oraz sterty śmieci, które pod naporem wiatru odsłoniły w końcu zwłoki młodego mężczyzny w zaawansowanym stadium rozkładu. Tak jak przed chwilą zniknął w śnieżnobiałej bieli nicości, tak pojawił się na ulicy. Brnął poprzez ciemnożółta chmurę, mieszaninę mgły i zanieczyszczeń. Spojrzał ze zgrozą na trupa, którego jeszcze częściowo przykrywały odpadki. Ominął go i skierował się w stronę odrapanego domu, a raczej tego, co z niego zostało. Wybite okna spoglądały na niego pustymi oczodołami; niektóre zabite deskami sprawiały wrażenie niedbale opatrzonych. Obskurna futryna bez drzwi, które ktoś kiedyś ukradł na opał, stosy gnijących resztek, potarganych, brudnych szmat, papierów, powykręcane w konwulsjach kawałki zardzewiałego metalu...To wszystko. To wszystko było kiedyś jego. Powoli, z wyrazem bólu na twarzy wszedł na przysypane gruzem schody i zajrzał do środka. Tak odrażający widok, a zarazem tak bliski - to był kiedyś jego dom. Jego i jej. Wszedł w chłodny mrok klatki schodowej. Zerwane schody uniemożliwiały penetrację piętra. Zajrzał więc do jednego z dwóch mieszkań na parterze, gdzie, jak mu się zdawało, usłyszał jakiś odgłos. Straszliwy fetor uderzył go w nozdrza. Źródłem tego smrodu były nieczystości, które ktoś skrupulatnie zgromadził wokół dębowego stołu o trzech nogach, a który wyrastał ze ściółki śmieci jak dorodny grzyb. Pod ścianą miedzy rozbitymi szafkami przykucnęło dziecko w przydługim, ciemnozielonym płaszczyku ściskając czwartą nogę od stołu jako swoją jedyną broń. - Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. - Wyciągnął ręce do dziecka, które porzuciło swój oręż i dało się podnieść na ręce. - Chodź maluchu, poszukamy mamy. - Nie ma już mamy. - odparło bezbarwnym szeptem. - W takim razie jesteś sam tak, jak ja. Poszukamy czegoś do jedzenia?
GODZINA DRUGA: PRZERAŻENIE Robiąc wielkie kroki przedarł się przez sterty śmieci, zapadając się co jakiś czas w przykryte odpadkami dziury w asfalcie. Zupełnie nieświadomie podążał w kierunku, gdzie mieszkali jego rodzice. Wiedział, że ona jest gdzieś tutaj w pobliżu. Opuszczone domy straszyły pustymi otworami po oknach. Część z nich widział po raz pierwszy. Gdy stąd odchodził, jeszcze ich nie było. Przeszedł jeszcze jakieś sto metrów i skręcił w stronę ogrodzonego żelaznym parkanem skweru. Umarłe drzewa nadal rzucały cień, tylko że teraz idealnie pasował on do miejsca. Powykręcane w agonii konary skrywały stary cmentarz. Ostrożnie, tuląc dziecko do piersi, przeszedł przez obszerną, kutą bramę. Minął kilka rzędów zapadających się grobów i postawił dziecko na ziemi. - Nie odchodź daleko. - nakazał po ojcowsku. Dziecko natychmiast przemknęło miedzy grobami i pobiegło do nowszej części cmentarza. Spojrzał na grób, nad którym stał.
ŚWIĘTEJ PAMIĘCI .... URODZONY .... ZMARŁ TRAGICZNIE DNIA ... POKÓJ JEGO DUSZY."
Uśmiechnął się odczytując znane imię i nazwisko. Tak dawno go nie używał, że już prawie zapomniał, jaki był kiedyś z niego dumny. Zebrał połamane gałęzie i złożył symboliczny bukiet na wzgórku, tuż pod pękniętym krzyżem. Z lekkim uśmiechem przeżegnał się, jak zwykł to czynić dawniej. Groteska - modlił się nie wiadomo do czego, i to nad własnym grobem... Ale czasy się zmieniły. Trzy lata temu nie uwierzyłby, że przyjdzie mu odwiedzić miejsce swojego spoczynku. Z pełną świadomością, bo kiedyś już to zrobił. Nieświadomie. Jako niemiecki żołnierz. A na to musiał czekać prawie 150 lat! Ale inni czekali po wielekroć dłużej. Przez krótką chwilę przemknęła mu przed oczami chwila, kiedy prowadził samochód. Nigdy nie dojechał. Z myślą o tamtym dniu opuścił rząd grobów i skręcił w główną aleję cmentarza. "Gdzie ten dzieciak polazł?" Zapuszczał się coraz głębiej, groby nosiły coraz to świeższe daty, aż doszedł do miejsca, gdzie w odkrytych dołach piętrzyły się ludzkie szkielety. Takich odkrytych, zbiorowych mogił było wiele. Przy ostatnim z nich dostrzegł ruch. "A wiec to tam zakradł się ten brzdąc!". Kiedy podszedł bliżej, musiał naciągnąć szal na nos. Smród rozkładających się ciał był prawie nie do zniesienia. Przy trupie młodej kobiety przykucnął dzieciak. Zbliżył się. Z przerażeniem zobaczył, jak zęby dziecka zatapiają się w martwej dłoni. Stał tak przez parę chwil patrząc, jak skamieniały. Odgryzłszy palec z srebrnym pierścionkiem dziecko podeszło do niego. - Wyrzuć to! - nakazał. - Nie. - Dlaczego?! - spytał zirytowany. - To było mamy.
GODZINA TRZECIA: ROZCZAROWANIE Otępiały zobaczył jak mija ich jakąś postać w szarym łachmanie, który kiedyś zapewne był prochowcem.. Stary człowiek nachylił się nad jednym z nieboszczyków. Wyjął nóż. Pomacał, ale w końcu zdecydował się na ciało kobiety. Zaczął niezdarnie odkrawać rękę powyżej łokcia. - Nie! - zakrzyknął trzymając dziecko mocno za rękę. - To była jego matka! - No to co? Mięsa starczy dla wszystkich! Przystąpił do staruszka i uderzył go na odlew. Prosto w twarz. Starzec zatoczył się i uciekł ze skowytem. Obrócił ciało kobiety, aby się jej przyjrzeć i na moment zapomniał o wszystkim. Znalazł ją, ale za późno. Nie miał już czego szukać. Postanowił ją pochować, tak jak zasługuje na to każdy człowiek. Znalazł pusty dół i delikatnie złożył w nim ciało. Następnie zrył ziemie wyrwanym stalowym krzyżem i zasypał dół. Teraz jest bezpieczna. Na razie. Wziął dziecko za rękę, gdy nieoczekiwanie gdzieś z tylu odezwał się miękki, lecz chrapliwy zarazem męski głos. - Witaj w nowym świecie.
GODZINA CZWARTA: ZROZUMIENIE - Witaj. - powtórzył nieznajomy, a zarazem znajomy. Miał około pięćdziesiątki, krótkie, szpakowate włosy. Był wysoki, o pociągłej twarzy, pełnej powagi i dostojeństwa. W jego czarnych oczach tlił się dziwny, tajemniczy ognik. On widział go po raz pierwszy, lecz miał nieodparte wrażenie, że znają się bardzo dobrze. - Na próbnym? - zagaił przerywając niezręczną ciszę. - Aha. - potwierdził. "Czyżby to był A. Tylko że kontrolerzy już od dawna nie odwiedzali tego świata!". - Masz problem. - było to raczej stwierdzenie oczywistego faktu. - Nie. - skłamał. - Nie kłam. I tak wiem wszystko. Wysłał cię na próbny na 24 godziny. Ale on wiedział, że przybędziesz za późno i że zginiesz. - Skąd o tym wiesz? - Wiem i tyle. Musi ci to wystarczyć. Myślisz, że wszyscy są jego ograniczonymi sługusami? - Nie mam zamiaru ginąć. Wytrwam. - Zginiesz. Kiedy powrót? - 1-go marca w południe. Za 20 godzin. - A zginiesz za 30 godzin. Wykiwał cię, biedaku! I to na całej linii. Słyszysz? Hossana, alleluja! Wiesz, który mamy teraz rok? 2036! W tym roku luty ma 29 dni! - Skur....! - Nie martw się - ciągnął nieznajomy. - Mnie też wyrolował. Po tym wszystkim on się wycofał, a ja musiałem zostać tutaj. Bez prawa do powrotu. Jestem skazany na bezsens; bez niego nie mogę zaistnieć w pełnym tego słowa znaczeniu, a jednak istnieję! - Jesteś kontrolerem? - zapytał nieśmiało. - Nie. - odpowiedz go bardzo zdziwiła. Nieznajomy odwrócił się by odejść w swoją drogę. - No cóż. - rzucił przez ramie. - Jeśli chcesz się z nim spotkać, to musisz podążać ku swemu przeznaczeniu. Musisz! Ha! To dobre! - odwrócił się - Przecież ten despota wszystko sam to ukartował! Żegnaj, nieszczęśliwy człowieku! Masz jeszcze 30 godzin. - Czekaj! - krzyknął za nim - Kim ty, u licha, jesteś?"! - Kiedyś zwali mnie Arymanem, Setem, Szatanem... Teraz już jestem nikim. Ha, ha, ha! A to dobre - szkoda tylko, że takie prawdziwe!
GODZINA PIĄTA: UKŁAD "A wiec i ten najgorszy został teraz nikim. Daliśmy się wyrolować. Zeszmacił nas!" - Słuchaj! - Szatan zbliżył się do niego. - Masz racje, zeszmacił nas. No i co z tego? - mimo wszystko zachował swoją potężną moc i był w stanie odczytać myśli każdego stworzenia na Ziemi. - Coś sugerujesz? - Sugeruję, sugeruję! Nawet nie wiesz, jak bardzo. Chce ci zaproponować układ. - Przez twarz czarta przebiegł chytry uśmieszek na wspomnienie dawnych transakcji. - Chcesz kupić moją duszę? To chyba w obecnej sytuacji nie najlepsza lokata ... - Nie, chcę ciało. Źle, twoją powłokę cielesną oraz twój identyfikator, który ułatwi mi przedostanie się poza bramę. - A co w zamian? - zapytał zadziwiony propozycją. - Dam ci moją moc, panowanie nad tym padołem, który będziesz mógł odbudować wedle własnego widzimisie. - Nie, nie chcę już tu być. Mam dosyć tego miejsca! - Czekaj, nie wiesz, co tracisz! Wskrzeszę ci ją! Zgoda? - Tak. Umowa stoi. Coś jeszcze? - Identyfikator. Daj mi go. - W oka mgnieniu ten, który mówił o sobie "nikt" zmienił postać na jego oczach. Stał teraz obok swojego lustrzanego odbicia. - Masz teraz moc kreacji i destrukcji. Korzystaj z niej mądrze! A teraz żegnaj. - Stój! A ona?... - Obejrzyj się... - uśmiechnął się "nikt" i odszedł drogą przeznaczenia. Powoli odwrócił się. Ich ręce się spotkały. Znów mógł spojrzeć w jej piękne, zielone oczy...
GODZINA TRZYDZIESTA CZWARTA: POWRÓT Nawet nie widział tego, który zadał cios. Nie widział, chociaż wiedział, że atak nastąpi. "Zbyt dużo mocy mu oddałem!" - pomyślał jeszcze, pomimo pełnej świadomości faktu, że była to jedyna droga aby wyrwać się z tego piekła. Odpłynął ku górze patrząc jak napastnik z przerażeniem uciekł od ciała, które zaczęło płonąć jasnym płomieniem magnezji. Światło dnia przygasło,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil nyhariel
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…