Wróć do katalogu

Sklep z marzeniami

...

nihil, opublikowano , 18 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Człowiek idący uliczkami Małego Paryża zwykle nie dostrzega uroku starych domów. Nie widzi zdobień frontonów stanowiących kiedyś dumę ich właścicieli. Najczęściej prawie biegnie przed siebie, spiesząc się do pracy lub radośnie wraca do domu. Mija stare bramy pełne żuli, modląc się, aby nie usłyszeć ich cichej prośby. - Panie, pożycz na flaszkę. Zabrakło sześćdziesiąt groszy. Czasem jedynie, ktoś, komu obecne zwariowane czasy nie odebrały wrażliwej duszy, jakby na przekór wszystkim, stanie i z zachwytem spojrzy się na te stare mury. Obudzi śpiące, prawie martwe, jakby pozabijane kulami wystrzelonymi w czasie ostatniej wojny, smutne dusze starych kamienic. Wskrzesi ich radość swoim życzliwym okiem i podziwem, jakiego dawno nie mogły odczuć. I właśnie w takich chwilach zapominają one o ranach zadanych wybuchami granatów, których przez sześćdziesiąt lat nikt nie chciał usunąć. Nie myślą o tych od pocisków wystrzelonych z karabinów maszynowych czołgów T 34 w 1970. Ale także o tych najnowszych, wyrytych rylcem nierozsądnych dzieciaków: „ Ziutek I love you”. Gdzieś wśród tych zakamarków, wśród tej ludzkiej nędzy i biedy, pośpiechu i pogoni za życiem, gdzieś w głębi kwartału utworzonego przez ulice Krzywoustego i Wojska Polskiego, zaraz za skrzyżowaniem utworzonych przez dwie wąskie ulice jest mały sklepik. Schowany jakby w piwnicach, zabezpieczony przed śmiechem profanów, czeka na ciebie. Wystarczy abyś zszedł kilka schodków. Na niepozornych drzwiach możesz zobaczyć napis. Sklep z marzeniami. Czynne od 9.00-17.00. A wchodząc do środka zawsze spotkasz starszego uśmiechniętego człowiecza i usłyszysz jego ciepły głos. - Czym mogę Panu służyć?

*** Nasza historia zaczęła się wiele lat temu. Byliśmy małymi chłopcami wychowanymi w małym miasteczku. Ot psotne chłopaki miejscowego establishmentu. Przynajmniej tak kiedyś mogło się wydawać. Syn dyrektora PGR’u, syn nauczyciela, inżyniera czy lekarza. Nasze pojęcie o bogactwie odbiegało od tego, co o pieniądzach się mówi dzisiaj. Mieszkaliśmy w jednym, tym samym wielkim bloku. Nasze mieszkania czasem mieściły się naprzeciw mieszkań meneli i razem z ich dziećmi kopaliśmy piłkę na podwórku. Nie byliśmy też rozpieszczonymi beztroskimi bachorami, takimi jakich widzicie dzisiaj za oknem. Chodziliśmy długo w tych samych spodniach, bo by kupić inne, trzeba było odstać swoje w kolejce albo przepłacić na rynku. Nie mieliśmy też wszystkiego. Każdy drobiazg oznaczał wielogodzinne stanie w kolejkach, listy społeczne i prawie zamieszki, gdy pojawiło się coś nagle, niespodziewanie w naszym osiedlowym sklepiku.

Nasze ferie były nudne. W telewizji nic nie leciało, na zimowisko jechać nie mogliśmy, wiadomo rodzice za bogaci, a pogoda nie zachęcała do zabaw. Taka typowa pomorska zima. W myśl starego powiedzenia: „Pada śnieg, będzie błoto”. Właściwie nie wiedzieliśmy co robić. Całymi dniami graliśmy w tysiąca, gry planszowe i namierzaliśmy Wolną Europę. Bardziej śmiejąc się z zakłóceń fundowanych nam przez partię, niż słuchając „objawianych” nam przez „wolny świat” wieści. Robiliśmy różne głupoty, choćby jak rzucanie jajkami w przechodniów. Wywaliliśmy też z fuzji ojca Fleta. Wypaliliśmy wielką dziurę w dywanie i zrobiliśmy w ściennej mozaice, dumie jego staruszka, dużo drobnych dziur po rykoszetach śrutem. Oczywiście nie można też pominąć największego trofeum tego wybryku. Zzieleniałej ze strachu twarzy Chudego, gdy wyciągał z mozaiki drobiny śrutu, które dziwnym trafem powbijały się po obu stronach jego postaci, nie robiąc mu najmniejszej krzywdy.

Właściwie na pomysł wpadł Fletu. Mieliśmy iść do kina. W naszym miasteczku były dwa. Wtedy jeszcze były, niestety dzisiaj jedno się zawaliło, a w drugim jest sklep spożywczy. Ale wtedy pracowały pełna parą. Oczywiście grały głównie szlagiery produkcji radzieckiej. Często je oglądaliśmy na przymusowych szkolnych spędach. Nazywaliśmy je między sobą radzieckim filmem pornograficznym: „Wania rozbiera traktor”. Jak widzisz, nasze miasteczko nie miało zbyt wielu uciech dla nas, dzieciaków. Co innego wielkie miasto w pobliżu. Tam można było porzucać kamieniami na demonstracjach i przy okazji dostać pałką po głowie. Poza tym było tam więcej kin. Wtedy puszczali chyba pierwszą albo druga część Indiany Jonesa. Film jeździł po całej Polsce w dwóch albo trzech kopiach, tak więc musielibyśmy czekać jakieś pół roku, aż trafi do nas. Poza tym, to kino „Kosmos”. Magia tego miejsca, dziś już zupełnie zapomnianego, powoli zarastającego dzikimi drzewami, zgodnie z wolą konserwatora zabytków, na nas działała. Chwytaliśmy jego dyskretny czar, hipnotyzujący nasze umysły i wyzwalający wyobraźnię. Szliśmy do „Kosmosu”. Film..., film był tylko dodatkiem.

Czekałem całą noc myśląc, a właściwie modląc się, aby rano do tysiąca i jeden drobiazgów nie rzucili proszku do prania albo szamponu do włosów. Babcia by nie darowała. Cały dzień bym spędził w kolejce. Ale mieliśmy szczęście. Tego dnia panie sklepowe mogły, jak co dzień, ziewać z nudów i mówić jak katarynka. – „ Nie ma, nie wiem kiedy będzie.” Nam zaś przypadł zaszczyt zajęcia tylnych miejsc w rozklekotanym autobusie marki Autosan, wlokącym się z szybkościom żółwia w kierunku wielkiego miasta. Mróz oszronił szyby, a wyłączona instalacja ogrzewanie nie podnosiła wcale temperatury wewnątrz. Jedynym piecykiem był kolega trzęsący się, jak ty, z zimna. Oczywiście, jak to wtedy bywało, podróż nie mogła obyć się bez przygód. Chociaż takie przygody, to i dzisiaj nie byłyby niczym niezwykłym. Autobus ogłosił strajk na wysokości Heliosa, ówczesnej dumy propagandy, największego składu pustych półek w wielkim mieście. Dla małych chłopców, jakimi wtedy byliśmy, dalsza droga środkami komunikacji miejskiej, z kilkoma przesiadkami, prawie w poprzek najdłuższego miasta polski, była wręcz wyprawą. Mimo to, po przeprawie z miejskimi tramwajami i autobusami dotarliśmy do centrum. Niestety o 11.00. Następny seans o 12.00, a już nie było biletów. Kupiliśmy je na 14.00, potem poszliśmy na paszteciki. Oczywiście z jajkami, mięso było na kartki. Udało nam się znaleźć automat z nie urwaną słuchawką. Dawno nie było żadnej demonstracji. Nasi staruszkowie nie dostaną zawałów. Nie wiedzieliśmy co robić. Odwiedziliśmy „Lucynkę i Paulinkę” i błąkaliśmy się bez celu wśród zrujnowanych domów Małego Paryża. Wtedy było tam jeszcze dość bezpiecznie. Wprawdzie żule, jak i dziś, stali w tych samych bramach, jednak wtedy, czasem musieli wytrzeźwieć i pojawić się w zakładzie pracy. Poza tym właściwie byli spokojniejsi. Jeden telefon z komitetu i dostawali po grzbiecie. Kręciliśmy się nawet po tych zakamarkach, gdzie dziś nikt nie wchodzi. Co by nie mówić o komunie, żyło się troszkę bezpieczniej. Przynajmniej w okolicy Małego Paryża. Znaleźliśmy te małe schodki. Ciekawe, ale jeśli nie wiesz, że tam jest ten sklepik, nigdy nie dowiesz się o jego istnieniu. Przejdziesz obok, nawet się nie domyślając co jest w małym okienku, przez które tamten staruszek obserwuje ulicę. - Zobaczcie. Tu pisze: Sklep z marzeniami. Wchodzimy. - Dawaj. Zobaczmy co jest w środku. Weszliśmy. Na ścianach wisiały różne przedmioty. Stare nikomu nie potrzebne bibeloty, kilka medalionów i talizmanów. Różne, po prostu dziwne. Kręciliśmy się kilka minut podśmiewając się trochę z kolekcji sklepu, zanim podszedł właściciel. - Czym mogę wam służyć? - Nie. My tylko oglądamy. - Wiem, kiedyś miałem tyle lat co wy. Człowiek w waszym wieku nie potrzebuje marzeń. Ma ich pełne kieszenie. - Tak mamy dużo własnych marzeń.- do dziś nie wiem, kto z nas to krzyknął. Potem robiliśmy głupie udając, że to żaden z nas. - Tak chłopcy. Macie ich dużo. Ale kiedyś, wiem, że ich wam zabraknie. Wtedy zapraszam do mnie. Na pewno znajdę coś dla was.

*** Mieszkam od wielu lat w tym wielkim mieście. Jest to ciekawe, że mimo, iż znam każdy jego zakamarek, zawsze mam kłopot z odnalezieniem sklepiku staruszka. Wydaje się, jakby od ciebie uciekał, chował się. Jedynie, gdy ty, albo osoba z którą idziesz macie jakiś problem, nieoczekiwanie wyrasta spod ziemi.

Kiedyś znalazłem go w czasie studiów. Szedłem z dziewczyną. Nie była ładna, ale nie była też brzydka. Ot normalna brunetka, jakich wiele możesz zaczepić na ulicy. Nie chodziliśmy z sobą, ale mimo to było miło iść po zajęciach razem do kawiarni i przegadać pół dnia o niczym. Ciekawe, że mężczyzna może rozmawiać z kobietami o niczym. Nawet z najlepszym kumplem musieliśmy mieć jakiś wspólny temat, a z kobietami.....

Przechodziliśmy znaną mi uliczką, gdy przypomniał mi się sklepik tego starego wariata. - Dorota, czy byłaś

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych