Skryjmy się w cieniu
dla wytrwałych.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział pierwszy.
Lato tego roku było wyjątkowo gorące i niebezpieczne. Upał dawał się we znaki w całym kraju, ale główne zagrożenie płynęło z innych wyładowań atmosferycznych, jak letnie burze obfitujące w potężne i głośne pioruny. Grzmoty rozrywały niebo na strzępy, jednak biorąc pod uwagę częstotliwość ich bicia, rzadko kiedy wyrządzały realną krzywdę i dla ludzi były przeważnie czymś naturalnym co działo się gdzieś w tle. Oczywiście słyszało się, że gdzieś kogoś poraziło, jednak były to bardzo odosobnione przypadki i nie zaprzątały ludziom głowy. To, w jaki sposób można było przyczynić się do ściągnięcia na siebie wyładowania, schodziło na dalszy plan w porównaniu z wizją utraty danych z nośników swoich komputerów. Firmy specjalizujące się w data recovery, miały ręce pełne roboty. Ludzie zdawali się nie dbać o siebie w takim stopniu jak o swoje maszyny i tony wirtualnych śmieci, ściąganych codziennie z internetu i miało się wrażenie, że jest to wszystkim o co powinniśmy się dziś troszczyć. Próbując oddalić od siebie gdybanie; czy jest tak w istocie, czy jednak nie, wyszedłem z klatki. Oddychało się ciężko i czuło się gorące powietrze na karku, uszach i w oczach. Spoglądając na niebo wokół siebie widziałem tylko błękitną przestrzeń. Brakowało fantazyjnych cumulusów; białych niby lekkie, nadmuchane kłębki waty, które z gracją przechadzały by się po niebie, jako zwiastuny jeszcze piękniejszej pogody. Niebo jednak rozciągało się błękitne i czyste i w taki dzień, domyślałem się, że ładniej już nie może być. Wyobrażałem sobie, że na wysokości przynajmniej dziesięciu kilometrów, na najwyższym piętrze, zaczynają kłębić się, gęste chmury wysokie, które niczym chordy złego imperatora, w jednej chwili najadą na ogromną przestrzeń nieba, zasnuwając ją jako gęsty dywan. Jednak nic takiego się nie działo i okiełznując moją wyobraźnię ruszyłem przed siebie. Naszło mnie, że z najwyższych siedemnasto piętrowych budynków miasta, mógłbym dostrzec góry beskidzkie. Słyszałem od pewnego znajomego, że w tatrach pojawili się ludzie chodzący na morskie oko i dalej na szczyty, w japonkach i lekkich sandałkach, a szwendali się tam tylko po to by w każdym miniętym schronisku wyżłopać galony piwa i ruszyć dalej do kolejnego. Dla prawdziwych miłośników górskich szlaków, było to irytujące, głupie i niebezpieczne -dla mojego znajomego także. Idąc szerokim, osiedlowym parkingiem, kierowałem się w stronę chodnika, który biegł równolegle do dwupasmowej zatłoczonej ulicy. Zboczyłem na trawę i wszedłem na chodnik w miejscu, gdzie umieszczona została sygnalizacja świetlna i przejście dla pieszych. Ruszyłem ponownie, gdy zielony; niezwykle jasny w słońcu ludzik, uznał, że można teraz przechodzić i nikt na tym nie ucierpi. Jeszcze rok temu, całą jesień przechodziłem z myślą, jak to jest, zostać uderzonym przez rozpędzony samochód. Będąc na mieście i schodząc na ulicę, nigdy nie opuszczało mnie to niepokojące uczucie, że ktoś zaraz wbije się we mnie z nadmierną prędkością. W jednej sekundzie dopadał mnie gwałtowny strach, jakby ktoś znienacka mnie wystraszył, czułem zapadający się w środku ciężar i czekałem na nagłą i gwałtowną falę bólu, która łamie mi miednice. Po kolejnych dwóch sekundach przekonywałem się, że nic takiego nie następuje i przechodziłem, zawieszając uparcie wzrok na samochodach nadjeżdżających z oddali i mając je ciągle na widoku wstępowałem na chodnik. Ciężar znikał do czasu kolejnej większej dwupasmówki i dobrze było, gdy nie wylatywała ona ostrym zakrętem. Próbując być sam dla siebie psychologiem, wymyśliłem, że wynika to z tego, że miałem o ludziach często złe zdanie i widząc co potrafią wyprawiać na co dzień, uznałem ich za jeszcze niebezpieczniejszych w szybkich samochodach. Możliwe, że na wiosnę, nie później, pozbyłem się tej fobii i zawierzyłem zielonym ludzikom. Ufałem im bezgranicznie, czasem jeszcze tylko się zastanawiając, czy taki ludzik kiedykolwiek nawalił, zbierając nieświadomie żniwo. Mijałem właśnie nowo wybudowany supermarket. Właściwie nie wiedziałem do końca jakim słowem można było go prawdziwie określić. Na supermarket był stanowczo za duży – na hipermarket za mały. Był to po prostu kolejny zagraniczny, większy sklep, w którym znajdowało się wszystko i wszystko tanie w swojej wszystkości, nastawionej na handel na szeroką skalę. Chodnik prowadził obok marketu, pod górkę, do kolejnego osiedla bloków. Mijałem rampy załadowcze, przy których stał tir z nową dostawą towarów. Jakaś uliczka wyjazdowa przecinała moją trasę, a za nią chodnik wyraźnie się poszerzał tworząc plac z szaro-wiśniowej kostki brukowej. W tym miejscu stał nowy, niewysoki, lecz podłużny i zagięty w podkowę blok, którego cały parter zajmowały lokale użytkowe, z dużymi, jasnymi witrynami. Dwa salony odnowy, biura kredytowe, stomatolog, ginekolog i jeszcze paru innych prywatnych lekarzy biznesmanów. Klatki schodowe dla mieszkańców umieszczone zostały w wewnętrznych stronach budynku, a z racji ramion budowli, zaginających się równolegle do siebie, w śrdoku powstał ładny, zakryty od zewnątrz placyk. Chodnik prowadził na dół i idąc obserwowałem pracownicę salonu kosmetycznego uwijającą się przy kliencie. Chwilę później, będąc niżej minąłem pomieszczenie z kontenerami na śmieci, umieszczone pod szerokimi schodami i zabezpieczone siatką. Obok, na trawie, stał duży krzyż ogrodzony niewysokim płotkiem. Wiszący Jezus jak zawsze utkwił smutny wzrok w ziemię...a wyraz twarzy mówił "za co Mi przyszło umierać..." Na prawo od nas, kilkadziesiąt metrów dalej, stał nowopowstały kościół, nad którym prace budowlane trwały ponad sześć lat. Zbudowali go na bazie szerokiego kwadratu, który nagle zaczynał schodzić się ostro do góry, jednak tam sklepienie, mniej więcej w połowie, przechodziło w ogromną kopułę, wysadzoną ozdobnymi szybami. Na jej czubku umieszczony został srebrny krzyż. W środku, centralną nawę, otaczały cztery, duże i białe łuki żelbetonowe, przecinające się ze sobą w połowie swej długości i biegnące do miejsca, gdzie zaczynała się kopuła i tam przytwierdzone. Łuki miały charakter dekoracyjny, i dobrze wyglądały rozpinając się w ogromnym wnętrzu. W środku, wewnętrzną stronę kopuły wyłożono jasnymi panelami, a wyżej białym tynkiem. Pamiętam, że raz, podczas mszy, jasny snop światła wpadł przez szyby kopuły, i oświetlił Eucharystię, w momencie, gdy ksiądz uniósł ją do góry. Było to bardzo efektowne i robiło się dziwnie w duszy. Przy głównym wejściu stały dwie kolumny podtrzymujące spadzisty daszek, nad którym wbudowany został w dekoracyjną beżową cegłę, szeroki, półkolisty witraż. Kościół posiadał także własną dzwonnicę, z czterema dzwonami, z których czwarty, dodany na jubileusz ważył półtora tysiąca kilogramów. Świątynia została urządzona z wielkim rozmachem i wszystko było w niej świeże. W piwnicach znajdowała się aula Jana Pawła II, kaplica, sala parafialna, biblioteka, a nawet siłownia dla osiedlowej młodzieży. Na zewnątrz przy domu parafialnym działał ośrodek Christoforos, ze stołówką dla potrzebujących. Tuż przy kościele znajdowało się także profesjonalne i ogrodzone boisko do gry w piłkę nożną. Do wynajęcia za darmo. Spoglądając na kościół pomyślałem, że kiedyś zachodziłem tam częściej, a dzisiaj częściej niż kiedyś przechodziłem obok niego. Tuż za krzyżem chodnik przechodził w gorszą, porozrywaną alejkę; obsadzoną akacjami i doszedłem nią do jedenasto piętrowego starego bloku. Działał tutaj niewielki zakład fryzjerski, który czasem odwiedzałem. Miał tylko dwa stanowiska i raczej nie mógł konkurować z wielkimi salonami fryzjerskimi, ale prowadziła go bardzo miła kobieta i wyglądało to tak, że każdego dnia miała napięty grafik. Przychodziłem tutaj chociaż w moim bloku także była fryzjerka. Obcinała głównie emerytów i rencistów, którym często oferowała spore zniżki. Gdy byłem dzieckiem nie mieliśmy w bloku jeszcze fryzjera i mama co trzy miesiące zabierała mnie wraz z dwoma braćmi do innego zakładu fryzjerskiego, ulokowanego sto metrów dalej w jednym z trzech najwyższych wieżowców miasta. Prowadził go stary małomówny mężczyzna, i pamiętam, że obcinał nie patrząc czy ma pod nożyczkami ludzką głowę czy głaz. Uwijał się z robotą byle szybciej, i nieważne co mu się powiedziało przed rozpoczęciem strzyżenia, bo i tak zawsze obcinał w ten sam sposób. Brał zapłatę, opierał się i zastygając niby posąg - czekał na kolejnego klienta. Był nazbyt twardy i nie potrafił obchodzić się z ludźmi. Jako starszy już chłopak, moją pierwszą „dorosłą” decyzją, okazała się właśnie zmiana fryzjera. Myśl ta naszła mnie kiedyś niespodziewanie i byłem nią początkowo zaskoczony, a później zdumiony, że nie wpadłem na to wcześniej. Zacząłem chodzić do nowo otwartego zakładu w moim bloku, gdzie młoda kobieta była delikatna przy pracy, ale cięcia miała identyczne jak staruch. Możliwe, że przebywała kiedyś u niego na praktyce i możliwe, że dlatego przychodzili do niej sami podstarzali ludzie. Po tylu latach twardego życia, to w jaki sposób zostaną ostrzyżeni nie miało dla nich istotniejszego wpływu. Dopiero mając lat dziewiętnaście, zawędrowałem do pani Haliny, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Ucieszyła się teraz, gdy tylko zauważyła mnie na progu, ale kręciła się żwawo przy stałej klientce, która mieszkała nad zakładem i dowiedziałem się, że jeśli nie sprawiałoby mi to problemu, musiałbym poczekać z dziesięć minut. Przytaknąłem na te słowa i wyszedłem na zewnątrz. Osiedle było wyjątkowo ładnie zazielenione, chociaż bloki stare z lat siedemdziesiątych. Do jednego długiego szeregowca dobudowali spory parking, a wzdłuż chodnika posadzili drzewa między którymi znajdowały się dwie brązowe ławki. Kiedyś często siadałem na tych ławkach i gadałem długo o niczym istotnym. Mieszkały tu moje dwie znajome i kolega, którzy wraz z jeszcze innymi ludźmi tworzył moją paczkę i dawniej włóczyłem się z nimi wieczorami po pubach i knajpach, wydając kieszonkowe na alkohol. Koleżanki wkrótce pokłóciły się ze sobą o jakąś pożyczoną bluzkę, a kolega aktualnie spodziewał się dziecka, i mieszkał teraz w malutkim mieszkanku ze swoją żoną, na drugim końcu miasta. W swoim czasie, bardzo podobała nam się jedna z tych koleżanek i wszyscy się do niej przymilaliśmy; oprócz nas także inni z jej osiedla. Prawdę mówiąc bardzo trudno było wskazać chłopaka, który poznając ją nie wpadł w sidła jej zabójczego uroku. Na nieszczęście wszystkich, nie potrzebowała ona jednak faceta, tylko kumpli do zabawy, od których mogła pożyczać płyty z muzyką, rzadko je z resztą oddając; jednak potrafiła tak cię skokietować swoim zmysłowym i niewinnym wyglądem, że z chęcią dałbyś jej całą resztę swojej kolekcji i niektórzy ciężko przez nią cierpieli w nocy, a jeden z chłopaków oberwał tak straszliwie, że równie dobrze mógłby leżeć na łóżku szpitala polowego i pośród bezgwiezdnej nocy, wydawać głośne jęki i zawody spowodowane granatem, który bez ostrzegawczego świstu wybuchł w środku jego klatki piersiowej, rozrywając jego młodzieńcze serce na strzępy. Ja również kiedyś wiłem się z takiego bólu i pamiętam, że fryzjerka próbowała mnie rozweselić, i chociaż byłem dla niej oschły, ona ani na moment nie straciła uśmiechu i pogodnego nastawienia do mnie. Od tamtej pory stałem się jej regularnym klientem. Spojrzałem na klatkę, gdzie mieszkał niegdyś mój dobry kolega, i przypomniała mi się noc, kiedy to zajechaliśmy pod tą klatkę srebrnym jeepem z prostytutką i jej ochroniarzem. Kolega urządzał wieczór kawalerski, i jego znajomi z pracy, oznajmili że nie może być wieczoru kawalerskiego bez striptizerki dla pana młodego. Dzień wcześniej zapytali mnie czy złożę się na nią, a że nie byli z okolic Tychów, zapytali także, czy wiem gdzie mamy tutaj dom publiczny. Na drugi dzień podczas trwania wieczoru, wyszliśmy pod pozorem kupienia dodatkowego piwa i pojechaliśmy po striptizerkę. Dom publiczny nie był daleko, a ja miałem trochę stracha, bo nigdy nie przebywałem w takim miejscu i nie byłem pewien czego tak naprawdę mogłem się po nim spodziewać. Na siatce wisiała tabliczka informująca, że teren jest uzbrojony, i gdy zobaczyłem szerokiego mężczyznę o spłaszczonym czole na wejściu, uwierzyłem, że teren rzeczywiście taki jest. Panowie starali się być mili i po wyjaśnieniu im sprawy wprowadzili nas do głównej sali z prośbą byśmy usiedli. Panienki miały za chwilę zejść z góry i mogliśmy sobie wybrać którąkolwiek z nich. Trzeba przyznać, że lokal był urządzony lepiej niż niejedne ekskluzywne puby w mieście i podobał mi się. W sali panował półmrok przesycony czerwonym, jaskrawym kolorem obić loży i kanap. Barek natomiast był długi i iście imponujący pod względem ogromu kolorowych trunków. Gdyby nie fakt, że to burdel, wpadałbym tutaj na piwo. Po kilku minutach wszystkie dziewczyny zostały zebrane i stały teraz przed nami w rzędzie. Dwudziestoparolatki, ubrane w kuse spódniczki i sukienki. Przez chwilę zrobiło się nam naprawdę gorąco, i zaczęliśmy oswajać się z sytuacją, że jedna z nich rzeczywiście dla nas zatańczy i pokaże swoje ciało. Trzy kobiety były naprawdę ślicznymi, szczupłymi brunetkami i z istoty swojej urody bardziej nadawały się do salonu sieci Era niż do przydrożnego burdelu. Reszta dziewczyn nie sprawiała już takiego wrażenia. Chłopaki nie potrafili się zdecydować i robili dużo zamieszania jakby chcieli przeciągnąć spotkanie ze wszystkimi dziewczynami i ostatecznie ja dokonałem wyboru. Pomyślałem, że nada się rasowa blondynka o zgrabnej figurze jednak, po wieczorze, każdy miał mi chyba za złe ten wybór. Nikt nie powiedział mi nic wprost, bo podczas wieczoru i tak dostarczyła wszystkim emocji, ale nie do końca tego się spodziewaliśmy. Dziewczyna od samego początku sprawiała wrażenie niezadowolonej, że padło właśnie na nią. Było już późno, a ona właśnie skończyła z klientem i najwyraźniej myślała, że odpocznie, albo nawet pójdzie spać. - Tylko zabaw ich tam dobrze Iris – rzucił na pożegnanie jeden z mężczyzn. - Nie musisz mi mówić jak się to robi. – odrzekła pewnie. Jednak taniec był krótki i dziwny. Owijała się wokół pana młodego szybko i niezgrabnie, zasłaniając udami to co miała najcenniejszego i popatrzyliśmy tylko na jej piersi, o których z resztą także mieliśmy inne, efektowniejsze wyobrażenie. Ludzie z burdelu zgarnęli kasę, my cieszyliśmy się, że panienka pokazała nam się prawie nago i piliśmy dalej. Był to jedyny wieczór kawalerski, na jakim byłem. Zauważyłem, że kobieta wychodzi od fryzjera i gdy była w przejściu zerknąłem przez jej ramię do środka. - Proszę panie Tomku – zawołała fryzjerka. Po chwili rozsiadłem się wygodnie w dużym fotelu. - Dobrze że przyszedł pan rano – zaczęła – później, to już w ogóle mam nawał pracy i poumawianych klientów – poinformowała zdejmując z palców nożyczki. Nigdy nie dzwoniłem do niej, że mam zamiar się zjawić. Mówiła donośnie i wyraźnie. Posiadała oryginalną barwę głosu, jak najbardziej do niej pasującą. Wzięła inne nożyczki i zbliżając się do mnie, wyglądało to tak jakby były jej naturalną częścią ciała. Włosy farbowała na czarno, z jednym czerwonym pasemkiem, przechodzącym przez długie włosy z przodu. Była szeroką, postawną osobą w różowym fartuchu, ale jej twarz nie była nalana, raczej bardzo miła i ładna. - No to panie Tomku zaczynamy ! - a ja wyjaśniłem, żeby skróciła jak zawsze. Gdy pojawiłem się u niej pierwszy raz, zapytała mnie o imię, a potem, o to jakbym chciał zostać obcięty. Od tamtej pory zawsze zwracała się do mnie panie Tomku. Była miłą, swojską i rozmowną kobietą, i czasem wypytywała mnie czym się zajmuje i opowiadała o swoich wakacjach z rodziną w górach. Lubiłem jej słuchać. Szalenie spodobał się jej fakt, że przychodzę do niej z drugiego osiedla. Uwijała się przy kliencie, niezależnie czy dopiero zaczynała pracę czy była po piętnastu strzyżeniach. Umiała obchodzić się z człowiekiem, a strzygła zawsze tak, jakby nożyczki ledwo co muskały końcówki włosów. Jej ruchy były niezwykle częste i szybkie, a nie spadało prawie nic. Wpatrywałem się wtedy w swoje odbicie w szerokim lustrze, czując przyjemne mrowienie w głowie i uczucie; czasem wręcz błogiego spokoju. Koił mnie także szybko następujący po sobie odgłos strzękających metalicznie nożyczek. - A pan, panie Tomku, skończył już studia ? – zapytała, zajmując się włosami z tyłu. - Tak. Za miesiąc jadę odebrać dyplom. - Aa, no to ładnie. Tak trzymać – ucieszyła się – ale chyba nie zamierza pan wyjeżdżać z kraju ? – miała zawsze niezwykle donośny sposób mówienia, jak gdyby próbowała porozumieć się ze słabiej słyszącym. - Nie, raczej nie. - Teraz to wszyscy wyjeżdżają. - No, chyba – odparłem - Po studiach, czy nie po studiach, to już nie robi im różnicy. W takim tempie stracimy wszystkich młodych ludzi, którzy przydali by się temu krajowi. - Ma pani racje. - Mówię, panu panie Tomku, takiego czegoś jeszcze nie widziałam. Kipi od skandali politycznych, granice się otwierają, i wszędzie tylko mowa o tym jak to cudownie jest na wyspach i zachodzie. - A, no płacą dobrze to młodzi ludzie nie chcą siedzieć, na darmo w Polsce. - Tak, tak panie Tomku, bo nie mają perspektyw. W tym kraju to przybywa jedynie kolejnych skandali i nie ma perspektyw. Na chwilę zamilkła robiąc mi miejsce na moje spostrzeżenia, ale zamyśliłem się. Miała rację z tym skandalami, ale mimo to sądziłem wtedy u niej, że wreszcie do władzy doszli porządni ludzie i nastał czas zmian. Większość społeczeństwa chciałaby, żeby na drugi dzień od przejęcia władzy, partia spełniła wszystkie swoje punkty i założenia programu. Ja zdawałem sobie sprawę; albo i nie, ile potrzeba czasu na reformy w tylu instytucjach. Biurokracja, walka z poprzednikami, odmienne zdania ministrów, posłów, i całej tej podejrzanej świty politycznej utrudniała przeforsowanie czegokolwiek. Czułem, że będziemy szli naprzód realizując konsekwentnie plan, nie widząc nic poza nim, ale wiedziałem, że ocean tak po prostu się nie rozstąpi. W końcu chodziło o cały kraj, ze służbami publicznymi, instytucjami i całą masą spraw do załatwienia, na które trzeba było wyczarować pieniądze, nie podnosząc podatków, które i tak były jednymi z najwyższych w Europie. Wierzyłem, że kończy się era machlojek i wycieków ogromnych sum pieniędzy do prywatnych kieszeni wątpliwych polityków, czy instytucji, które trwoniły je w sposób bezsensowny. Skandale głównie związane były, z odwoływaniem na nic nie przydających się i kombinujących mężów stanu, których przeszłość i teraźniejszość hamowała ten kraj. Natomiast nasz nowy, samotny premier, był naprawdę sprytny na tym placu boju i widziałem, że naprawdę zaparł się w sobie by zrobić coś z tym państwem. Zawsze spokojny, opanowany, klarowny - a zarazem zabójczo konsekwentny w działaniu. Wraz ze stanowiskiem spłynęła na niego władza potrzebna do walki i świetnie to wykorzystywał. Na początku, zawiązał koalicję, z wszystkimi tymi, którzy nie nadawali się do rządzenia tym krajem. Mógł mieć ich blisko siebie, kontrolować, a gdy przyszedł odpowiedni moment, usunąć jednym precyzyjnym ruchem i wyrzucić na przedsionek sceny politycznej. Wiedział, że było to niezbędne by ruszyć z jakimikolwiek reformami i teraz dopiero zaczynała się jego właściwa praca. Niektórzy w kraju zauważali to tak przejrzyście jak on, a mnie podobało się, że pojawił się tam człowiek, z którym nie ma żartów i nic nie ujdzie na sucho. Gdy fryzjerka spostrzegła, że nie kwapię się do żadnej odpowiedzi, nie uraziła się i kontynuowała tą samą głośną tonacją. - Dla mnie to jest trochę dziwne panie Tomku. No bo jeżeli ja potrafię sobie poradzić dobrze w tym kraju jako skromna fryzjerka, to czemu tacy wykształceni ludzie po studiach nie? Coś w tym jest pomyślałem. - Ma pani rację. - Niby nasza elita umysłowa, ale niewdzięczna dla tego kraju - mówiła - I nie dziwię się im – odrzekłem - Ja też nie panie Tomku, ale tutaj można sobie poradzić. - Tak ma pani chyba rację. - Ale wszyscy to by chcieli tylko szybko i dużo. Nie mają cierpliwości, w dodatku inne kraje ich kuszą swoją gospodarką. - Trafiła pani w sedno – powiedziałem - Z czym? - Że nie mają cierpliwości. Ucieszyła się, że przyznaje racje jej poglądom. Może czekała by właśnie ze mną porozmawiać na te tematy. Widziałem, że strzygło się jej jak zawsze dobrze i jak zawsze była w pogodnym nastroju. Już takie miała usposobienie. Milczeliśmy, do ostatniego cięcia. - No panie Tomku, skończone – oznajmiła zadowolona. Chciałem się odpiąć, jednak zauważyłem, że odkłada nożyczki i sięga po jakąś tubkę. Oparłem się z powrotem. - Jeszcze tylko odżywka na koszt firmy, i jest pan wolny !. Zapomniałem, że zawsze mi ją nakładała, czochrając włosy we wszystkie strony swoimi pulchnymi dłońmi. - I teraz panie Tomku -- jest pięknie ! – doniosła głośno – Proszę zsiadać, drzwi zamykać i do następnego razu – kontynuowała swoim teatralnym podniosłym tonem. Była dzisiaj naprawdę w dobrym humorze. Rzeczywiście, wyglądałem i czułem się niezwykle świeżo z przystrzyżonymi włosami. Popatrzyła jeszcze na równo z cieniowane boki, postrzępioną grzywkę, i życzyła mi miłego dnia, a ja podałem jej dziesięć złotych. Poszła na zaplecze i po chwali wręczyła mi dwa złote. - A pan, panie Tomku, zjawił się dużo wcześniej niż zazwyczaj – zwęszyła - Z reguły włosy kłębiły się panu zachodząc na uszy, a dzisiaj nie miałam zbyt wiele pracy. Były jeszcze całkiem przyzwoite. Zauważyłem, że w gruncie rzeczy jej orginalny głos wychodzi także z tego, że kobieta lubi przeciągać ostatnie sylaby. - Ma pani rację – odrzekłem. – Ale nie wiem kiedy będę miał sposobność przyjść znowu i zdecydowałem się na wcześniejszą wizytę. - A coś się stało, wyjeżdża pan gdzieś ? – zapytała zaciekawiona. - Tak Trudno powiedzieć jaki wyraz przybrała jej mina, ale była chyba trochę zawiedziona. - Jadę pracować do innego miasta – oznajmiłem. Uśmiechnęła się. Jej przypuszczenia, się nie sprawdziły. - Myślałam panie Tomku, że pan też za granicę – znowu była głośna. - Tak sobie myślę – zacząłem wolno - że i tak co jakiś czas będę odwiedzał rodziców w Tychach, to ze strzyżeniem, poczekam właśnie na te dni. Ucieszyła się, i widziałem, że mi wierzy. I ja sobie wierzyłem. Nie powinien to być żaden problem. - Zatem postanowione. Następnym razem opowie mi pan, panie Tomku jak się żyje w innym mieście. Przytaknąłem, podziękowałem i życząc jej także udanego dnia wyszedłem na zewnątrz. Poczułem ciepłe powietrze na skórze głowy. Wsadzilem sobie słuchawki od mp3 w uszy i poleciał stary dobry i napełniający taką pozytywną i radosną energią blues, że chciało sie samemu zasiąść za pianinkiem albo szaleć po ulicy. Wracając tą samą drogą dostałem także wiadomość. Wyciągnąłem telefon komórkowy z kieszeni spodni i odczytałem informację: Miś ten pociąg, jest tak jak mówiłam Ci wczoraj ? Możesz sprawdzić ? Dobrze wie jak jedzie ten pociąg – pomyślałem. Wiele razy już nim podróżowała, jednak niektórzy mają taki nawyk, że jeśli chodzi o pociągi to przed odjazdem strasznie się denerwują tym, czy aby na pewno na niego zdążą. Jeśli chodzi o autobusy i komunikację miejską, to ludzie mieli już zgoła inne podejście. Często wychodzą na przystanki w ostatniej chwili, nie myśląc nawet o biletach. Jeszcze nigdy nie napisała mi, żebym sprawdził jej autobus. Wystarczy, że ona go sobie sprawdzi. Z pociągami było inaczej – zawsze się gorączkowała. Odbywało się to w ten sposób, że nawet jeśli sprawdzała trzy razy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Boro
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…