Sławek Rdestowicz
Takie mlodzieńcze bazgroły sprzed paru lat;) Oceniajcie!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sławomir Rdestowicz wychodził za szkoły. Wtem zaatakowało go kilku dryblasów. Uciekając, potknął się o kamień i wpadł do przszkolnej sadzawki. Zawirowało mu przed oczami i zapadł w dziwny letarg. Sławek siedział w namiocie wraz z kilkoma innymi ludźmi. Namiot był dziwny, bo po pierwsze przebywały w nim co najmniej groteskowe istoty (o czym za chwilę), po drugie był dziwnie zbudowany. Okrągły kształt oczywiście dziwić nie może, ale na przykład pędy winorośli z wszystkimi możliwymi kwiatami od lilii wodnej po róże zamiast prętów podtrzymujących konstrukcję daje do myślenia. Poza tym wnętrze obłożone ołowianymi panelami z tylko jednym okienkiem, za którym widać było widać raki udające Wikingów obżerające się krewetkami. Właśnie w to okienko wpatrywali się ludzie. A było ich dużo, od niemowlaka drącego się ciągle "Rekin! Rekin!" po brodatego pana ubranego w fioletowy beret. Ale najbardziej zwracały uwagę niebieskie lwy w żółte ciapki oraz rachujące coś seledynowe goryle. Obok goryli siedział lutniarz śpiewający opery i wygłaszający poematy. Co jakiś czas ubrany w łachmany chłopak wciskał lutniarzowi do kieszeni pęk banknotów studolarowych. Siedzieli tak już od kilku godzin, ziewając. W którymś momencie do namiotu wszedł rak-generał i rzekł: -Dżudo, masz tu przyjść natychmiast! Od tylu godzin cię wołam, a ty, zamiast opracowywać strategii na gawrony i teriery, studiujesz jakąś kolejną teorię Janka. Za mną marsz! Wszystkie goryle podniosły się ciężko, założyły smycze lwom i kazały iść za nimi. Namiot został opuszczony gęsiego. Tak, ale to nie był namiot! Sławek obejrzał się za siebie i zamiast namiotu zobaczył spróchniały pniak! Ludzie i lwy goryle zostawiły w ptaszarni. Tamtejsze papugi opowiadały głupie dowcipy, a jeśli kto im przerwał mówiły, że nie przerywa się w pół słowa, a kiedy "pozbawiony manier" spytał , za kogo się uważają odmawiały podania swego wieku. Lutniarz znalazł w budkach ptasich ubrania Wikingów, w które już po chwili wszyscy byli ubrani. Uciekli z ptaszarni i zasiedli razem z rakami do biesiady pod gołym niebem. Objadali się krewetkami, bo nic innego nie było na stole oprócz krewetek i słonej wody morskiej. Nad stołem latały mewy zabierając jedzenie biesiadnikom. A raki śpiewały basem powolną pieśń:
Biesiadujemy razem z rakami, Biesiadujemy i z Wikingami, Mewy dostaną w łeb bosakami, Bo biesiaduje rak z Wikingami!
Zajadamy się krewetkami, I stukamy się kieliszkami, Mewy dostaną w łeb bosakami, Bo biesiaduje rak z Wikingami!
Nie zajmujemy się kociakami, Lecz zajmujemy się najazdami. Mewy dostaną w łeb bosakami, Bo biesiaduje rak z Wikingami!
Ale tak naprawdę trudno było ustalić, kto jest rakiem, a kto Wikingiem. Początkowo brodaty pan w fioletowym berecie sprawdzał, kto śpiewa, a kto nie (raki nie śpiewają), ale śpiewali wszyscy bez żadnych wyjątków (Oczywiście uciekinierzy z namiotu tylko udawali, kłapiąc ustami, bo skąd mogli znać pieśń raków i Wikingów?). Wtedy wkroczyli starzy przyjaciele z namiotu - goryle i lwy. Wyciągnęli z tłumu Sławka i innych ludzi i zanieśli na salę sądową. Na sali rzucało się w oczy ogromne pudełko po butach na którym siedzieli rzędami sędziowie - goryle i raki. W samych butach ustawionych po bokach sali siedziały eleganckie, pozłacane sztućce, które zdawały się pełnić rolę ławę przysięgłych. Sami oskarżeni - ludzie z namiotu - siedzieli okrakiem na połamanych wierzbowych stołkach. Zamiast drzwi była dębowa brama z wyrzeźbionymi wagami i wielbłądami której strzegły lwy. Oskarżyciel - jeden z goryli - wygłosił mowę: -Oskarżeni dopuścili się ucieczki z ptaszarni, obrażenia papugi, kradzieży ubrania i przyjścia na biesiadę bez zaproszenia. Sugeruję karę zesłania do Badylowa Dzikiego. -Popieram - krzyknęły chórem goryle - Zaraz, zaraz jeszcze świadkowie, szanowni panowie - rzekł któryś rak. - Niech ci będzie. Skrzyp-Nożyk, do głosu! - Biesiadowali, jak biesiadowali, byłem dwa stoły od nich... - rzekł Skrzyp-Nożyk - Skąd tyle wiesz, cwaniaku? - Bo widziałem, jak żeście go wynosili. Jak widać argumenty raka były na tyle przekonujące, że sędziowie po półgodzinnej debacie wezwali następnego świadka: - Strażnik, do głosu! -Ja widziałem, jak popełnili wszystkie przestępstwa. Zesłać ich do Badylowa Dzikiego! -Zatwierdzono! - wrzasnęła ława przysięgłych. Oskarżeni zostali wyniesieni z sali sądowej, która od zewnątrz wyglądała jak namiot cyrkowy. Razem ze strażnikami szli wąskim trotuarem. Przyszli na dworzec i zapłacili za wstęp. Siedli na pufach z zasuszonych dyń. Czekali na pociąg do Ananasowa, Viking Express. Nagle z megafonu dał się słyszeć komunikat:
Halo! Za chwilę Viking Express! Łapać bilety. Ku-ku! Ku-ku! Trele- diju-diju, ach łapać bilety, bilety! Prędko! Ratunku! Ratuj się kto może!
Zaraz potem zwaliła się na dworzec lawina książek telefonicznych. Na szczęście wszyscy skazańcy i strażnicy zdołali jedną złapać. Nadszedł czas, by jechać; pociąg przyjechał na peron. Zaistniał jednak problem: otóż pociąg przywiózł na dworzec kury, które błąkały się po peronie, po czym wchodziły do pociągu i znów wychodziły i wracały, znacznie utrudniając i wydłużając wchodzenie nowych pasażerów. Z pociągu wychodziły też zbrojne w rusznice* teriery. Na szczęście dzięki kogutom-kolejarzom po mniej więcej godzinie wszyscy weszli do parowego wehikułu. Pociąg powoli ślimaczył się do Ananasowa. Niestety, okazało się że strażnicy i skazańcy trafili do przedziału, gdzie siedziały już warzywa i tylko dla strażników starczyło miejsc siedzących. Co do warzyw rzodkiew nudziła, że w Ananasowie nie ma prądu i wodociągu i wymieniała wszystkie tego minusy, ogórek, pomidor i marchewka smacznie spali głośno chrapiąc, a kalafior palił cygaro okropnie kopcąc. Nie zakończył też się problem z kurami: nadal błąkały się po przedziałach plotkując. Kilka nawet wfrunęło przez okno z dachu do przedziału. W którymś momencie przyszedł chłopak sprzedający colę i batony taszcząc za sobą skrzypiący wózek. Kupili sobie trochę na poprawienie humoru, jednakże i tak nieopatrznie zaczęli zrzędzić o wyjątkowo złych warunkach jazdy, coraz bardziej popierając rzodkiew. Strażnicy początkowo nie protestowali, ale potem, gdy spojrzeli na rachunek , ich oczy zalały się łzami. Z korytarzyka wynurzył się pół borsuk-pół koczkodan. Na początku dokładnie obejrzał po kolei wszystkich pasażerów przez swoje okulary przeciwsłoneczne i przez wiele innych swoich par okularów , a tych par miał chyba dwieście. Dla przyśpieszenia procedury zakładał na nos po cztery okulary na raz. Później nabazgrał w notesie portrety wszystkich pasażerów z przedziału, a następnie sprawdził wszystkim książki telefoniczne. Wychodząc zabrał ze sobą warzywa, po miały książki telefoniczne sprzed pięciu lat. Gdy skazańcy mieli siąść, przez korytarz przebiegły tłumy przestraszonych pasażerów. Szybko uciekli z przedziału i jakoś dobrali się do wyjścia. Wyszli i zobaczyli -most się zawalił! Lokomotywa utonęła w odmętach jeziora, ale na szczęście wszyscy trzej maszyniści zdołali wspiąć się na zbocze i stali wpatrując się w zwisający smętnie pusty wagon z węglem. Kury od razu mało przezornie rzuciły się do jeziora; właściwie wszyscy skoczyli za nimi i nikt nie został brzegu. Wszyscy opici wodą pasażerowie wyglądali jak przysłowiowe zmokłe kury, oczywiście oprócz kur, o który można było to rzec dosłownie. Powitały ich jastrzębie, które siedziały na gałęziach drzew lasu, w który by teraz wjechali zmoknięci pływacy. Największy jastrząb rzekł: -Nieźle się żeście potopili, jestem ciekaw, czy Edek sprawdził dokładnie wasz pociąg jeszcze w Garnkowie Morskim. Biedacy, nie zmarzliście? -Odkąd wywalili cię z pracy w kolei marudzisz jak stara zrzęda - odparł inny -Co się stawiasz ?- nastroszył się pierwszy -Czy musicie zawsze się pokłócić? - wtrącił powoli, dobitnie trzeci. - Chłopaki, chodźcie pokażemy topielcom nasze tunele. -Myślę, że to niezły pomysł. Darek i Edek nie będą mieli pretekstu do kłótni. - powiedział najstarszy, już w okularach. Po kilkunasto minutowej debacie przyznano podróżnym strawę w postaci dwunastu zajęcy na wagon i, po nieplanowanym pikniku zaprowadzono do głębokiego, ciemnego rowu. Jedynym oświetleniem były dyndające z góry sznurki nasączone żywicą. Jastrzębie długo targowały się z kotami, które tam mieszkały, bo kto inny przewiózł by niefortunnych pasażerów? I znów musieli zapłacić, tym razem kotom. Tunel był bardzo mały, ledwo, przechodził przez niego kot z jednym z klientów. Po bokach były okienka, w których koty sprzedawały hot dogi i picie, co utrudniało ruch: raz po raz ktoś się zatrzymywał i powodował uciążliwe korki. Jednemu lwu omal spłonęła grzywa, gdy przejeżdżał pod sznurkiem oświetleniowym. Jednakże nie mieli wyboru. Kto chciał zostać z jastrzębiami? Na pikniku kłóciły się, godzili, po czym znów się kłócili, i tak dalej, a czasu na rozmowę z przemokniętymi jeszcze podróżnikami nie mieli. Ciągle tylko kłótnia-zgoda-kłótnia-zgoda-kłótnia... Podczas przechodzenia stracili poczucie czasu, a okazało się, że trafili do Ananasowa nocą. Na ławce siedział półprzytomny strażnik, który nagle się ocknął: -Hasło! -Ananas! - odpowiedziały chórem koty. -Rewelacyjny owoc! - westchnął nocny stróż z wyraźnie wymuszonym uśmiechem. Strażnik sam był ananasem, a jego nogi były ogórkami. Miał brązowe spodnie i czarną płachtę, którą zarzucił sobie na plecy. I oczywiście lampę naftową. Sam Ananasów składał się z domków kształcie ananasów, dróg wyłożonych bananami i tu i ówdzie rosnących palm. Jednak teraz w Ananasowie nie paliły się nawet lampy uliczne (Ananasów nie miał jeszcze lamp ulicznych), więc strażnik zaprowadził podróżnych do swojej budki, która oczywiście miała kształt ananasa. Wtedy właśnie skazańcy spytali pilnujących ich strażników, którzy początkowo fukali na nich, żeby nie przerywać użalającym się na zmianę strażnikom i stróżowi nocnemu, ale w końcu na pytanie odpowiedzieli: -Dlaczego właściwie jesteśmy w Ananasowie, a nie w Badylowie Dzikim? -To wy nie wiecie, że Badylów Dziki jest setki, jeśli nie tysiące kilometrów nawet stąd? Chyba nie narzekacie za duże poinformowanie. O świcie strażnicy wynajęli najtańszy pokój w hotelu, ale i tak skończyły im się wszystkie pieniądze. Wysłali więc skazańców na trzy dni, by zarobili na powóz, który miał ich zawieźć w dalszą drogę. Na początku ludzie zeszli w boczny zaułek, który był wyłożony jedynie liśćmi palmowymi, by się naradzić. I ustalili, że Sławek miał pożyczyć od jakiegoś farmera byka na wyścigi byków, lutniarz zaproponować właścicielowi powozu z osłami powożenie jego pojazdu na wyścigach powozów osiołkowych, brodaty pan ubrany w fioletowy beret miał wyciągnąć dzika z lasu i sprzedać go do ZOO, a chłopak w łachmanach z niemowlakiem miał zbierać datki na dziecko pogryzione przez rekina. Plan był sprytny, ale to tylko plan... Sławek poszedł na ulicę szukając jakiejś farmy, ale niczego nie widział, tylko domki w kształcie ananasa i palmy, liczne markety w kształcie kokosów, ale farm ani śladu. W końcu zapytał jakiegoś mieszkańca w jego wieku: -Dzień dobry, gdzie tu są farmy? -Na przedmieściach. A dlaczego pytasz? -Bo szukam farmy którą mógł by kupić mój tata, do widzenia. - skłamał Sławek. Zszedł z głównej ulicy, która jak zobaczył była ulicą Obrońców Ananasowa, i na ławce zaczął rozmyślać jak trafić na przedmieścia. Najpierw uznał, że przedmieścia okalają same miasto ze wszystkich stron, a więc w którą stronę by nie iść i tak trafi się na przedmieścia. Intuicyjnie określił w którą stronę pójdzie i ruszył przed siebie. Trafił na ulicę Stolarską, z której zszedł w Leśną i skręcił na Farmerską. Właśnie w Farmerską! Tu też stały domki w kształcie ananasa, ale ogrodzone płotami z bananów. Słychać było chrumkanie świń, a całe stada kur chodziły po piaskowej ulicy. Sławek wybrał gospodarstwo na chybił-trafił. Zapukał. -Dzień dobry. Nazywam się Sławomir Rdestowicz. Chciałbym pożyczyć od pana byka na trzy dni -Ha, wiem, wiem, dzisiaj wyścigi klasy junior. Mi się już byki skończyły. Ale idź do farmy naprzeciwko, powołaj się na mnie. Ja jestem Ryszard Ananasocki. Do widzenia. -Do widzenia. Sławek skierował się do gospodarstw naprzeciwko. Również zapukał. -Dzień dobry. Przysłał mnie Ryszard Ananasocki, a ja nazywam się Sławomir Rdestowicz. Chciałbym pożyczyć od pana byka na trzy dni. -Aha, ma kawaler szczęście, mam ostatniego. Będziesz na wyścigach po raz pierwszy? -Tak, proszę pana. -To może cię za opłatą nauczyć? -Nie, już kiedyś jeździłem, ale nie na zawodach. Niech mi tylko pan powie jak się popędza wierzchowca. - A, właśnie, jeszcze bat. Zaczekaj tutaj, zaraz przyprowadzę byka. Sławek czekał jakiś kwadrans, rozmyślając, jakie ma szczęście i jak wypadnie na zawodach. -Oto twój byk. - rzekł farmer. -Tylko proszę pana, dokąd mam iść? -Jak tylko go tobie pożyczę, leć szybko na Stolarską i skręć w Kolejową. -Do widzenia. -Do widzenia. Pierwszej lokaty i miłej zabawy! Sławek dosiadł byka i zawrócił go na Stolarską, gdzie naprzeciwko Leśnej była Kolejowa. Po drodze pozdrowił lutniarza, który ścigał się po ulicach Ananasowa. Wjechał na miejsce zapisywania się, zapisał się. Po kwadransie wszyscy byli nad Burtą, rzeką przepływającą przez Ananasów. Start był 20 metrów od bram miasta. Zadaniem było spławienie siebie i byka na drugi koniec miasta rzeką w jak najmniejszym czasie. Gdy wszystkie załogi się ustawiły, sędzia spytał: -Wszyscy gotowi? -Jak ananas w piekarniku! -No to... start! Sam nie wiem czy można no uznać za bieg, czy za gonitwę pływacką. Nic nie było widać ani słychać, bo wielkie, dziesięciometrowe fale wszystko zasłaniały, a wśród niewyobrażalnego plusku nic nie dało się usłyszeć. Koniec wyścigu! Doskonała wiadomość! Sławek trzeci! Znalazł przypadkowo lniany worek i ukradkiem schował go do kieszeni. Nagle usłyszał: -Trzecie miejsce... Uwaga... Sławomir Rdestowicz! Proszę do mnie. Sławek osłupiały podniósł się, podszedł do podium i stanął na trzecim stopniu. Jego mina była na tyle śmieszna, że widownia wybuchła śmiechem. Dostał kwiaty i nagrodę pieniężną, po czym usiadł do stołu. Wyjął lniany worek i jedząc potajemnie wkładał jedzenie do worka. Gdy wrócił, skazańcy zjedli kolację i położyli się spać. Po trzech dniach wrócili do strażników, którzy dorabiając w więzieniu przenieśli się do trzygwiazdkowego hotelu. Natychmiast pojechali taksówką na przedmieścia i wynajęli wóz drabiniasty do pobliskich lasów. Po całym dniu jazdy po drodze polnej wjechali do lasu. Wkrótce potem zatrzymali się, zjechali na pobocze, spętali konie i rozpalili ognisko. W świetle płomieni sklecili kilka nędznych szałasów i zgasili ogień. Po krótkiej rozmowie po ciemku wszyscy zasnęli. Obozowiczów obudził śpiew porannych ptaków. Ruszyli w dalszą drogę. Nagle woźnica zatrzymał konie i dokładnie przeczytał napis na przydrożnej tabliczce:
W którą stronę byś nie poszedł, trafisz do braci Orłów. Najlepiej jednak skręć w prawo.
Woźnica spytał zdziwiony: -Dokąd my właściwie jedziemy? -Do leśniczego. -Jak nazywa się leśniczy? -Henryk Orzeł. -Aha. Woźnica skręcił w prawo i po kilku sekundach nagłych turbulencji trafili przed chatę. Jeden strażnik zszedł z wozu i, powstrzymując innych ręką, zapukał. Z drzwi wyłonił się ubrany w zielono-brązowe ubranie orzeł. -Jak się masz, Adam! Znów przywozisz jakichś łobuzów? Co nabroili? -Nie pamiętam, w każdym razie narazili się małpiszonom i tych, i wiesz, tych od Eryka i Huberta. -Słuchaj, co będziemy tutaj sobie plotkować jak Wanda z Ananasowików, zaproś tu kumpli i skazańców. Wszyscy weszli do środka dwuizbowej chaty. Oprócz witającego ich Mirosława był jeszcze Henryk, o charakterze mniej żywiołowym, studiującego mapy. Zaraz potem napili się ciepłego kakao. Henryk przyniósł mapy z poddasza (oprócz dwóch izb na dole była jeszcze sypialnia na górze). Na tej mapie było zaznaczone wiele ciekawych miejsc: Jezioro Brzozowe z którego wypływa Burta, góry Tumeny, zamki Stanisława i Mścisława oraz państwa: Wieńczysława i Romutrów. Strażnicy z pomocą leśniczych nakreślili ołówkiem dalszą drogę w której miał im towarzyszyć Mirosława. Mieli jednak spędzić tutaj następne dwa dni przygotowań. Następnego dnia dowiedzieli się o strasznych rabusiach - krzakołazach. Miały one tułów węża, zminiaturyzowaną głowę lwa i setki, jeśli nie tysiące małych odnóży wielkości szpilek. Gdyby nie głowa i nogi powiedziałbyś: wyjątkowo długi wąż ogrodowy. W dzień krzakołazy łaziły po krzakach w poszukiwaniu robaków. Ale w nocy... Rabowały ludzi, dzikie ule, dziuple wiewiórek i dzięciołów, nory królików i chomików, a nawet gawry niedźwiedzi i gniazda jastrzębi (jeszcze jastrzębie, które uratowały pasażerów Viking Express skarżyły się na krzakołazy). Gdy wszyscy zaczynali pakować torby, ktoś zapukał do drzwi. "Ksakołazy!" - ryknęło niemowlę. Leśniczy otworzył drzwi spokojnie. Weszło kilku myśliwych. -Czy możemy zapolować w pana lasach na dziki? Dziś zarząd koła łowieckiego ogłosił początek okresu polowania na dziki, który skończy się za tydzień. Tylko... Mógłby nam pan pożyczyć kilku ludzi na nagonkę? -Musimy porozmawiać, niech panowie siądą do stołu. - odpowiedział Henryk. Nie dziwne było, że myśliwi przyszli tak wcześnie. Polowania musiały odbyć się przed południem, bo po południu mieszkańcy Ananasowa przychodzą do lasu na spacery. Sławek i uciekinierzy umilali dobie czas obgadywaniem wyczynów najstarszego z myśliwych z fajką. Na początku palił fajkę spokojnie, co się jednak po chwili skończyło. Odszedł od stołu i zaczął energicznie nią machać, co robił przez minutę, po czym siadł do stołu ze speszoną miną. Zamyślony tak długo trzymał fajkę w ustach, że rozdymała mu się cała twarz. W końcu wyjął ją i jednym chuchnięciem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sosjerka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…