Śledź
Jest to dość długie opowiadanie o Śledziu, który nie chce być zjedzony, przez co jego życie jest bardzo "urozmaicone". Nie jest już wyłącznie śmieszne, jak moje pozostałe opowiadania, ale też można się uśmiać :D.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ś l e d ź
Na samym dnie morza, w małej chatce z wodorostów żył sobie pewien Śledź. Nie grzeszył on urodą, nie był filozofem, ani robotnikiem. Był po prostu jednym z wielu innych śledzi, którzy nie robili nic i byli grupą tak zwanych „przynętek”. Ich głównym celem życiowym było podtuczenie się i wylądowanie na czyimś talerzu. Nasz główny bohater, nie pogodził się jednak ze swoim losem i za wszelką cenę próbował uniknąć wpadnięcia w zastawioną nań sieć. Jednak pewnego razu, kiedy wypłynął ze swojego domku na „przechadzkę” zaplątał się w zarzuconą bardzo głęboko sieć rybacką. Zaczął się szamotać ze wszystkich sił, ale im bardziej próbował się wywinąć tym bardziej jego ogon zaplątywał się w sieć. W końcu poddał się i spokojnie wraz z innymi rybkami został odholowany na powierzchnię. Trafił na bardzo duży statek o nazwie „Santa Monica”. Śledź wraz z innymi rybami został wpuszczony do wielkiej balii, w której odbywała się selekcja. Trzech młodych chłopców, oddzielało grubsze ryby od małych płotek. Śledź nie należał jak wiadomo do płotek. Był potężną, spasioną rybą, którą nie wzgardziłby żaden rybak. Śledź jednak nie chciał skończyć jako smaczna potrawa, więc wymyślił pewien plan. Podpłynął do skraju bali, gdzie pracował najmłodszy z chłopców.
- Hello! Hi! Jestem Śledzik! Jak ci na imię? – zagadnął nasz bohater.
Chłopiec wytrzeszczył na niego oczy. Oglądnął się, lecz pozostali chłopcy pilnie pracowali i nie zwracali na niego najmniejszej uwagi.
- Ty... ty... mówisz... i do tego po angielsku... – powiedział drżącym głosem chłopczyk pochylając się tak nisko, że końcem nosa prawie dotykał powierzchni wody.
- Jasssne! Umiem każdy język. Dużo się ich osłuchałem – odparł Śledź, nonszalancko machając ogonem.
- A umiesz mówić po norwesku? – zapytał zaciekawiony chłopiec. - Ja stamtąd pochodzę.
- Jasne... Følg påbud og råd fra helsemyndighetene i oppholdslandet. Norské... piękny kraj... – powiedział Śledź z nienagannym norweskim akcentem i przymknął oczy, przywołując jakieś wspomnienie.
- Ale ty jesteś przecież śledziem... one nie potrafią mówić. – powiedział po chwili chłopak.
- Kolego... nie widziałeś nigdy gadającego śledzia? Nie dobrze z tobą, oj nie dobrze – odparł Śledź i odpłynął w stronę przeciwnego brzegu balii.
- Ej! Śledziu! Nie obrażaj się... – powiedział trochę za głośno chłopak.
Jeden z jego kolegów zaśmiał się i zapytał.
- Gadasz z rybami, Toni?
- Tak... – przyznał ze wstydem chłopczyk.
- To nie gadaj tylko pracuj! – krzyknął tamten i rzucił w Toniego jedną, pokaźną rybą. – O! Może sobie i tą pogadasz? Ha ha ha...
Chłopak chwycił jedną rybę i zbliżył ją do twarzy Toniego.
– Cześć! Może się zapoznamy? Zostanę twoją rybką Toni! Tylko mnie nie zjedz czasem! Ha ha ha – powiedział udając że jest rybą.
Po chwili chłopcy wrócili do pracy. Toni szukał Śledzia w bali, ale było tam mnóstwo ryb i nie mógł go odnaleźć. Śledź podpłynął jeszcze raz do Toniego.
- To ty – szepnął chłopiec.
- No ja, zgadza się – odparł Śledź.
- Nie obrażaj się. Jesteś wyjątkowym śledziem – powiedział zachwycony Toni.
- Jednym z wielu... – odparł skromnie. – I tak skończę na talerzu.
- Mogę sprawić, że tak nie będzie.
- Niby jak? – w oczach Śledzia błysła chciwość. – Ten chłopak może mi pomóc – pomyślał.
- Przemycę cię jakoś. Musisz mi tylko obiecać, że będziesz mój – powiedział Toni.
- Jasssne. Oczywiście mój panie. Zrobię co mi rozkażesz – powiedział uprzejmie Śledź.
Mały Toni uśmiechnął się radośnie.
- Ale naiwniak... – pomyślał Śledź i też się uśmiechnął.
Toni spełnił swoją obietnicę. Kiedy skończył swoją pracę przeniósł Śledzia do beczki z wodą, ratując w ten sposób jego życie. W beczce razem z naszym bohaterem pływało jeszcze wiele innych ryb. Kiedy Toni już sobie poszedł, Śledź rozglądnął się w około. Obok niego przepłynął inny śledź.
- Oszust – rzucił.
- Jaki oszust? A ty co tu niby robisz? Hę? – odparował obruszony Śledź.
- Ja jestem specjalnym zamówieniem. Płyniemy do Polski.
- Do Polski? – zapytał zdziwiony. – Zaraz zaraz... gdzie jest Polska... A! Już wiem.
- A ja nie wiem i mnie to nie obchodzi. Co za różnica kto mnie zje?
- Mnie nikt nie zje! Nie pozwolę na to – powiedział nasz bohater.
- Ha ha...
Płynęli dwa dni i dwie noce. Codziennie rano i wieczór przychodził do nich Toni. Rozmawiał ze Śledziem i obiecywał mu, że kiedy tylko przybiją do brzegu ucieknie razem z nim ze statku i zbiją fortunę na przestawieniach przed publiką.
- Pamiętaj Śledziku, jesteś wyjątkowym śledziem, moim śledziem – mówił Toni.
Wreszcie nadszedł dzień, kiedy „Santa Monica” przybiła do brzegu. Toni obserwował port przez małe okienko i powiedział do Śledzia.
- Teraz Śledziku nastąpi przeładowanie towarów. Kiedy znajdziemy się na lądzie wykradnę cię i uciekniemy do tego miasta.
- A umiesz polski, że tak zapytam? – powiedział Śledź po polsku.
- Co powiedziałeś? To było w jakimś innym języku, tak? – zapytał Toni.
- Tak, jak się spodziewałem. Nie umiesz po polsku – odpowiedział załamanym głosem Śledź.
- Nic nie szkodzi, przecież ty umiesz – powiedział niczym nie zrażony Toni.
- Ale nie za dobrze – odpowiedział Śledź.
- Ale wystarczająco dobrze, żeby sobie poradzić z Polskimi widzami – uspokoił go Toni. – Kiedy trochę zarobimy, pojedziemy w trasę po całej Europie, a potem może i do Ameryki.
Śledź nic nie odpowiedział, przestało mu się to wszystko podobać.
- Ale lepsze to niż dać się zjeść – pomyślał.
Chwilę później zaczęło się wyładowywanie. Śledź nic nie widział ze swojej beczki, ale słyszał różne odgłosy, po których mógł rozpoznać co się dzieje na zewnątrz. Beczka w której się znajdował z głośnym hukiem wylądowała, na ziemi. Po długiej chwili jej wieko uchyliło się i Śledź ujrzał twarz Toniego.
- Jeszcze chwilkę Śledzik – szepnął chłopiec.
- Dobrze, mój panie – odparł z uśmiechem Śledź.
Śledź czekał bardzo długo, aż w końcu Toni pojawił się znowu.
- Już czas Śledziku – powiedział.
Nagle jakiś wielkiej postury mężczyzna odepchnął go.
- Spadaj szczylu – warknął.
- Ale tam jest mój Śledzik... – rozpłakał się Toni.
- Co? Spadaj i żebym cię tu więcej nie widział! – odpowiedział tamten.
Do nieprzyjemnego mężczyzny podszedł jakiś inny w garniturze. Nie pasował bardzo do otoczenia, ale najwyraźniej się tym nie przejmował.
- Dzień dobry. Czy to świeża dostawa? – powiedział po angielsku, choć z dziwnym akcentem i Śledź domyślił się że to Polak.
- Tak. Te są żywe. Dostawa na nazwisko Łęczycki – odpowiedział gburowaty mężczyzna, z trudem wymawiając polskie nazwisko.
- Tak, to mój pracodawca. Nakazał mi nadzorować ładunek towaru, bo ostatnio kiedy zamawiał żywe ryby, dostał bardzo nieświeże – powiedział gość w garniturze, z wyrazem twarzy, jakby jeszcze teraz pamiętał wspomniane ryby.
- Jak pan widzi te są żywe i w niezłym stanie – odburknął tamten.
- Tam jest mój Śledzik! – krzyknął poprzez łzy Toni.
- Zamknij się bachorze i wracaj na statek w tej chwili! – krzyknął na niego gbur.
Toni ostatni raz spojrzał zapłakanymi oczami na ryby w beczce i ujrzał znajomy kształt. Odwrócił się i pobiegł w stronę statku.
- O czym ten dzieciak mówił? – zainteresował się przybysz.
- To mało istotne....
- W takim razie proszę zapakować beczkę do furgonetki. Tylko ostrożnie!
Długie chwile w ciemności całkowicie odebrały nadzieje Śledziowi. Choć dalej nie mógł pogodzić się ze swoim losem, nie mógł również nic zrobić. Czuł się fatalnie. Przypomniały mu się lata dzieciństwa, kiedy to pływał sobie beztrosko po różnych wodach i poznawał świat. Teraz nie mógł znieść ciasnoty w beczce, ani myśli, że już za niedługo podadzą go do stołu w różnych przyprawach. Nagle jego rozmyślania przerwał silny wstrząs. Ktoś postawił beczkę na ziemi. Byli już na miejscu. Słyszał jak wnoszą beczkę do jakiegoś pomieszczenia, zapewne kuchni. Słyszał czyjeś głosy, lecz wszystko tłumiła gruba ściana beczki. I potem wszystko ucichło. Przez długie godziny nic się nie działo. W końcu w pomieszczeniu w którym się znajdował, wraz z innymi rybami, ktoś zaświecił światło. Wszystkie ryby, które jeszcze żyły zaczęły śpiewać starą pieśń ryb, którą każda ryba nuciła przed zabiciem. O ile zdążyła, oczywiście. Śledź nie umiał tej pieśni. Była w starożytnym języku, którym ryby porozumiewały się z trytonami. Przyłączył się jednak do innych i nucił smutną melodię. Wieko otwarło się. Ryby dalej śpiewały. Śledź ujrzał głowę nieprzyjemnego kucharza, w wielkiej białej czapce z ogromnym nieprzyjaznym nożem w ręce. Wybierał on jedną rybę za drugą, kładł na stole i zabijał. W końcu w beczce został już tylko Śledź i dwie inne ryby. Kucharz właśnie sięgał po Śledzia.
- Oszczędź mnie, panie!! – krzyknął Śledź po polsku.
Kucharz znieruchomiał. Po chwili jednak uznał, że się przesłyszał i sięgnął jeszcze raz po Śledzia.
- Daruj mi, panie!! – krzyknął znowu Śledź.
- Ty mówisz? – zapytał zdziwiony kucharz.
- Tak, wielmożny panie. Umiem mówić. W każdym języku jaki sobie pan zapragnie – odparł gorliwie Śledź.
- Albo ja zbzikowałem, albo to prawda – powiedział, odwrócił się i krzyknął. – Zdzisiek! Zdzisiek! Chodź tu szybko!
Chwilę później do kuchni wpadł młody chłopak, pewnie syn owego kucharza.
- Słuchaj ten śledź gada. No powiedz coś mały – powiedział kucharz zachęcająco patrząc na Śledzia.
Śledź patrzył na niego swoimi
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil anovi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…