Wróć do katalogu

Śmierć na przyjęciu

W St. Cloud's dochodzi do morderstwa. Sprawę rozwiązuje detektyw Ray Sparrow. /Klimaty a'la Christie/

czarna27opublikowano 18 listopada 200933 min czytania 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pani Blueberry kiwała z zadowoleniem głową. Przyjęcie się udało. Musiało się udać. W końcu przyszły wszystkie miejscowe osobistości. Cynthia Blueberry wydała to przyjęcie z myślą, ze się uda. W jej życiu wszystko się udawało. Skończyła renomowaną szkołę dla dziewcząt, wyszła za mąż za szanowanego lekarza, a teraz wydawała przyjęcia, jak przystało na dobrą panią domu.

Ronald Blueberry był od niej starszy o czternaście lat. Nie interesowały go przyjęcia, ogród, ani najnowsze przepisy na ciasto z owocami. Lubił za to przebywać w towarzystwie miejscowych osobistości. Czuł się do tego właśnie stworzony. Sam w końcu tez był miejscową osobistością.

Właśnie dzisiaj świętował dwudziestolecie praktyki lekarskiej, co Cynthia wykorzystała do wydania tego przyjęcia. W St. Claud’s każdy powód był dobry do wydania przyjęcia.

Pani Bleuberry spoglądała z dumą na gości. Oni również spoglądali na siebie z dumą. Pastor Wells i pułkownik MacPeters zajęci byli rozmową na tematy wagi państwowej. Pastorowa wymieniała uwagi na temat obyczajów dzisiejszej młodzieży z panią Levercoy, siostrzenicą lorda Irvinga. Inspektor Maroon rozprawiał z Terrym Mascombem, aptekarzem, o truciznach i trucicielach. Pozostali goście nie byli już takimi osobistościami, ale Cynthia lubiła ich lub szanowała.

Jedyną osobą, na którą spoglądała z dezaprobatą, był Raymond Sparrow. Inspektor przebywał w St. Claud’s na urlopie i chętnie przyjął zaproszenie pani Blueberry, jednak pod warunkiem, że będzie mógł przyjść ze swoim przyjacielem. Raymond był owym przyjacielem. Czarne włosy sięgające do ramion miał związane tasiemką. Nosił niewielką bródkę, a na pociągłej, opalonej twarzy nieustannie gościł tajemniczy uśmiech. Jego garnitur był nienaganny, maniery również, jednak Cynthia bardzo chętnie pozbyłaby się go ze swojego domu. Gdy spoglądał na nią swoimi ciemnymi oczami przeszywał ją dreszcz. Gdyby ktoś zapytał, jak jej zdaniem wygląda wielokrotny morderca bez zastanowienia wskazałby na Ray’a Sparrowa.

Kiedy ostatni gość opuścił dom Blueberry’ch, Cynthia odetchnęła z ulgą. „To było naprawdę udane przyjęcie” pomyślała raz jeszcze. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku usiadła z mężem w salonie przy filiżance herbaty. Coś jednak nie dawało jej spokoju.

- Ron, czy Milly wyszła wcześniej? – zapytała w końcu. – Nie przypominam sobie, żebym się z nią zegnała. - Nie wiem, moja droga. Wiesz, ze nie zwracam uwagi na Milly. Osoby jej pokroju irytują mnie. Cynthia nie powiedziała już ani słowa, nie chcąc, żeby mąż rozpoczął wykład na temat „osób jej pokroju”. Milly była żoną mleczarza. Nie należała do miejscowych osobistości, ale była bardzo uczynną, ciepłą kobietą. Niestety była również mało inteligentna i wyjątkowo naiwna. Cynthia bardzo ją lubiła i nie zwracała uwagi na Rona, który nie tolerował osób niewykształconych lub nie działających aktywnie w jakimś kierunku. - Moja droga, na pewno ktoś znowu się poskarżył na któregoś z jej chłopaków i musiała iść wyciągać go z kolejnej opresji. Jej synowie są wprost niemożliwi. Nie mają w sobie nic z ojca. Połóż się spać, moja droga, i nie myśl już o tym. Ja pójdę jeszcze popracować do gabinetu.

Cynthia skierowała swoje kroki do sypialni. Jakieś niewyraźnie przeczucie nie dawało jej spokoju. Kiedy stanęła w drzwiach pokoju, zobaczyła Milly śpiąca na łóżku. - Kochana, zdrzemnęłaś się! – wykrzyknęła. – Już myślałam, że coś ci się stało. Powinnaś wracać do siebie, Willie na pewnie bardzo się denerwuje twoją nieobecnością. Milly! Jednak kobieta nie odpowiadała. Cynthia podeszła i dotknęła jej ramienia. Skóra Milly była nienaturalnie blada. Wyglądała, jakby spała, jednak były to tylko pozory. Nie żyła. Cynthia przez chwilę stała bez ruchu. Jej serce zamarło. Nie rozumiała tego, co zobaczyła. Wydało jej się to koszmarnym snem. W końcu puściła ramie Milly, wybiegła z sypialni i co sił w nogach zbiegła po schodach. Półprzytomna z przerażenia otworzyła drzwi do gabinetu doktora Blueberry’ego. - Milly... ona... w naszym łóżku... Och, Ron! – wykrzyknęła i padła zemdlona w ramiona męża.

Ronald zadziałał błyskawicznie. Ocucił żonę i podał jej proszki na uspokojenie. Już sam jego głos działał jak lekarstwo. - Już dobrze moja droga. Tutaj nic ci nie grozi. Jestem przy tobie. Powiedz mi, co się stało? - Milly... ona nie żyje... Ron, nie patrz tak na mnie, nie wymyśliłam sobie tego – podniosła głos, widząc niedowierzanie w oczach męża. – Proszę cię, idź do sypialni i sam zobacz – nie chciał jej zostawić samej, nie był pewien, co się z nią dzieje, jednak ona nie pozwoliła mu w wahanie. – Idź. Ja tu zaczekam.

Doktor Blueberry niechętnie wyszedł z gabinetu i skierował swoje kroki na piętro. Nie wierzył żonie. Wiedział, ze denerwowała się całym tym przyjęciem i że mogło jej się coś po prostu przywidzieć z wyczerpania.

Zamarł jednak, gdy stałą w drzwiach sypialni i spojrzał na łóżko. Milly rzeczywiście tam leżała. Podszedł do niej i sprawdził puls. Nawet bez tego wiedział, ze kobieta rzeczywiście nie żyje. Miał ochotę cofnąć teraz wszystko, co pomyślał żonie. Cynthia nie wpadała w panikę bez powodu. Wrócił do gabinetu. - Przepraszam kochanie. Miałaś rację. Ja... ja nie wiem, jak to mogło się stać. Zawiadomię sierżanta Robinsona. Myślę, ze ten inspektor ze Scotland Yardu tez będzie chciał się temu przyjrzeć. Ty, moja droga, powinnaś się położyć. Ja się wszystkim zajmę, na pewno nie będą chcieli cię teraz niepokoić.

Cynthia bez słowa wyszła z gabinetu. To było dla niej za dużo jak na jeden dzień. Chciała zasnąć i zapomnieć o tym wszystkim. Łudziła się, ze okaże się to jedynie koszmarnym snem. Pogrążyła się we śnie niemal natychmiast po tym jak tylko położyła się w pokoju gościnnym. Niemałą zasługę miały w tym pigułki podane przez męża.

Pół godziny później przed domem Blueberrych pojawił się sierżant Robinson w towarzystwie inspektora Maroona i Ray’a Sparrowa. Doktor zdziwił się trochę obecnością trzeciego z mężczyzna, ale nie protestował. Wiedział, ze Scotland Yard ma swoje metody. Podobnie jak żona nie miał jednak zaufania do tego obcokrajowca.

- Doktorze Blueberry, czy jest pan w stanie określić, kiedy mógł nastąpić zgon i co go spowodowało? – zapytał inspektor, podczas, gdy sierżant zajmował się sprowadzeniem na miejsce morderstwa odpowiednich posiłków. - Tak, oczywiście. To musiało się stać jakieś cztery do pięciu godzin temu. Śmierć nastąpiła wskutek uderzenia w kark jakimś ciężkich, kanciastym przedmiotem. Dla pewności ktoś uderzył prawdopodobnie trzy razy.

Ray, który stał z boku i nie zabierał głosu, rozejrzał się po pokoju. Nie natrafił na nic, co mogłoby być wykorzystane jako narzędzie zbrodni. Poza tym ofiara leżała ułożona na wznak, a ciosy zadano jej od tyłu. Ktoś zadał sobie wiele trudu, bo usunąć ją z rzeczywistego miejsca zbrodni. Milly była wysoką, odrobinę otyłą kobietą. Przetransportowanie jej martwego, bezwładnego ciała było nie lada wyczynem.

Ray opuścił sypialnię i rozejrzał się po pozostałych pomieszczeniach domu. W końcu znalazł to, czego szukał. Zanotował też w pamięci kilka istotnych szczegółów dotyczących rozmieszczenia pokoi. - To jest chyba idealne narzędzie zbrodni Howardzie – powiedział do inspektora, który przerwał rozmowę z doktorem i natychmiast spojrzał na trzymany przy Ray’a przedmiot. Była to odlana z brązu rzeźba przedstawiająca króla Jerzego V na koniu. Jej prostokątna podstawa miała kształt odpowiadający zadanym ranom. Ronald Blueberry spurpurowiał. - Jak pan śmiał?! Jak pan śmiał przeszukiwać mój dom?! Kim pan w ogóle jest?! Oskarżę pana o włamanie! - Doktorze, pańskie zachowanie świadczy na pana niekorzyść – powiedział Ray, uśmiechając się ironicznie. - Ekm, winien jest panu wyjaśnienie doktorze. Pan Ray Sparrow to jeden z najlepszych detektywów, jaki współpracuje ze Scotland Yardem. Ma on moje upoważnienie do wszelkich działań. Doktor z trudem się opanował. Wyglądał, jakby chciał natychmiast uciec i sprawdzić, czy nie zostawił na miejscu zbrodni innych obciążających go śladów. Tak przynajmniej myślał inspektor. - No to mamy już narzędzie zbrodni, a także miejsce popełnienia morderstwa – powiedział beztrosko Ray, odstawiając trzymaną przez chustkę rzeźbę króla Jerzego na komodę. - Dobrze, rozejrzyjmy się tam. Powiedz chłopcom na dole, że mogą zabrać ciało. Ronald Blueberry niechętnie poprowadził inspektora i sierżanta do swojego gabinetu i wskazał miejsce, z którego Ray zabrał rzeźbę. Na podłodze nie było śladów krwi. Nie było też śladów włamania. - Czy przechowuje pan tutaj coś, co mogłoby zainteresować mordercę? Czy coś zginęło? - Tutaj są tylko akta pacjentów. Jedyną godną zainteresowania rzeczą jest ta szafka z lekarstwami. Dla jakiegoś morfinisty byłaby ona zapewne wartym zachodu celem. - Czy to okno otwiera się tylko od wewnątrz? – zapytał milczący dotąd Ray. Po prezentacji dokonanej przez inspektora doktor nie mógł go dalej ignorować. - Tak, chociaż nie wiem, co to ma do rzeczy. - A czy było zamknięte, kiedy po przyjęciu pan tu przyszedł? - Tak. Na pewno. Chwileczkę... – inspektor przyglądał mu się z zaciekawieniem. – Zawsze zamykam okno, kiedy wychodzę z gabinetu. Kiedy przyszedłem otworzyłem, jednak teraz sobie przypominam, że nie było zamknięte na klamkę, a jedynie przymknięte. - Tak myślałem – mruknął do siebie Ray, głośno powiedział jednak coś innego. – Czy znam pan kogoś, kto mógłby chcieć śmierci pani... - Ona nazywała się Milly Hoskins. Nie, nie znam. Moja żona będzie mogła panom na ten temat więcej powiedzieć, jednak... - Oczywiście, nie będziemy jej teraz niepokoić – pospieszył ze swoim zapewnieniem Ray. Celowo zadawał pytanie, które nie miały ze sobą związku. Czekał, aż doktor się potknie, jednak jak na razie się na to nie zanosiło. – Pana tez nie będziemy już dzisiaj niepokoić, prawda inspektorze? – Maroon kiwnął głową.

Ciało zostało zabrane, a wszyscy przedstawiciele służb policyjnych opuścili dom Blueberrych. Howard Maroon i Ray Sparrow wynajmowali dwa skromne pokoje i odległym końcu wioski. Teraz podążali wolnym krokiem w tamtym kierunku, oddychając rześkim, nocnym powietrzem. Żaden z nich nie powiedział ani słowa. Zajęci byli układaniem najbardziej prawdopodobnej teorii dotyczącej morderstwa Milly Hoskins. Obaj widzieli tę zbrodnię inaczej i gdzie indziej szukali podejrzanych.

Tymczasem doktor Blueberry jeszcze raz, dokładnie sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. W końcu położył się spać. „Ta głupia gęś, Milly, musiała im przeszkodzić, chociaż raz się do czegoś przydała, a ten natręt Sparrow niczego nie zauważył” – pomyślał z zadowoleniem i zasnął. Jak na razie jego planom nic nie zagrażało.

Inspektor zatrzymał się przed drzwiami do swojego pokoju. - Ray, nie masz ochoty na szklaneczkę whisky? Detektyw spojrzał na przyjaciela z uśmiechem. Chwilę później popijali whisky i omawiali sprawę morderstwa. - Ja w ogóle nie wiem, czy powinienem w to mieszać Scotland Yard. Robinson to dobry policjant poradzi sobie. Poza tym jesteśmy na urlopie. Sprawa nie wydaje się skomplikowana. - Nie? Hmm, co skłoniło cię do takich wniosków. - Morderstwo na tle rabunkowym. Bluebarry zapomniał zamknąć okno i jakiś amator morfiny z tego skorzystał, ale został przyłapany przez tą nieszczęsną kobietę. Ewentualnie sam doktor miał coś do ukrycia. Dziwnie się zachowywał. - Zgadzam się, ze ten ktoś wszedł przez okno. Zostawił nawet ślady. Kazałem je zabezpieczyć. Jednak jestem prawie pewny, ze okno było zamknięte. Mogę się założyć, że już przynajmniej raz nasz doktorek stracił zapas narkotyku, zresztą Robinson na pewno będzie to wiedział. Bluebarry należy do ludzi skrupulatnych i obowiązkowych. Wątpię, żeby zostawił okno otwarte. Chyba, ze współpracował z kimś. - Powiedzmy, że mnie przekonałeś. Jednak nie zaprzeczysz, że on coś ukrywa. - Nawet ci powiem, gdzie to ukrywa – roześmiał się Ray. – Przyglądnąłem się większości pomieszczeń w tym domu. Nigdzie nie było sejfu. Nie sądzisz chyba, że tak zamożny człowiek nie ma w domu sejfu? - Gabinet? – Sparrow pokiwał tylko głową. – Jednak, nie jesteś pewien, prawda? Nie wdziałeś go. - Widziałem miejsca, w których na pewno go nie ma, a gdzieś być musi. Zajrzałem nawet do doktorowej. Spała jak niemowlę. Mąż musiał jej zaaplikować solidną dawkę jakiegoś narkotyku. Swoją droga ciekawe, dlaczego za niego wyszła. Jest od niego znacznie młodsza - Przestań – przerwał mu inspektor. – Dlaczego ciebie zawsze najbardziej interesują kobiety? - W końcu urodziłem się w ojczyźnie Casanovy. Musisz kiedyś odwiedzić Wenecję. Wtedy zrozumiesz – gromiące spojrzenie Maroona sprowadziło jego wypowiedź na właściwy temat. – Kiedy doktorek zobaczył w moich rękach rzeźbę miłościwe nam panującego króla był przerażony. Wystraszył się, ze odkryłem to, co on ukrył. To oznacza, ze rzecz, po którą przyszedł morderca nadal jest w jego posiadaniu. - Twoja teoria zaczyna być fantastyczna. Coś czego nie ma, w sejfie, którego nie ma. Ja uważam, że się zdenerwował, bo jest mordercą. - Czy nie sądzisz, ze jako lekarz upozorowałby na przykład zawał serca? Zastałaby stwierdzona śmierć z przyczyn naturalnych i doktorek miałaby czyste ręce. - Ray, mam dość twoich teorii. - Dobrze już sobie idę. Jutro złożę naszemu doktorowi i jego żonie wizytę. Robinson na pewno podzieli się ze mną zdobytą wiedzą. - Robinson nie jest kobietą – mruknął inspektor, ale Ray nie mógł już tego słyszeć.

Detektyw wstał wcześnie rano. Wbrew przypuszczeniom Maroona udał się długi spacer. W wiosce pojawił się dopiero na obiad, który zamówił w gospodzie Pod stuletnim dębem. Dopiero wtedy złożył wizytę Robinsonowi, który mimo, ze nie był kobietą chętnie podzielił się z nim swoimi spostrzeżeniami. - Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Morderstwo na tle rabunkowym wydaje się rozsądnym wyjściem, jednak który morfinista zaniósłby ciało Milly Hoskins na piętro i po co?

Było to całkiem logiczne pytanie. Ray zapewnił sierżanta, ze znajdzie na nie odpowiedź. Zgodnie z jego przypuszczeniami doktor już trzykrotnie stracił zapasy morfiny, jednak ostatni z tych wypadków miał miejsce siedem lat temu. Od tamtej pory skutecznie strzegł swojego gabinetu. Podczas przesłuchania przekonywał jednak Robinsona, że jedynym możliwym motywem jest właśnie włamanie, a Robinson nie był na tyle głupi, żeby tak jawną sugestię uznać za właściwą.

Sierżant zamienił z doktorową jedynie kilka słów. Nie otrząsnęła się jeszcze z szoku spowodowanego znalezieniem trupa i raczej nie była w stanie odpowiadać na jego pytania. Raport lekarza policyjnego potwierdzał słowa Blueberry’ego. Śmierć miała miejsce miedzy osiemnastą, a dziewiętnastą. Rzeźba rzeczywiście okazała się być narzędziem zbrodni, jednak wszystkie ślady starannie z niej starto.

Odcisk buta niewiele dawał. Włamywacz miał na sobie popularnie używane obuwie sportowe. Taki sam rozmiar nosiła połowa mieszkańców St. Cloud’s, zarówno wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet. Na pewno nie należał do doktora, ponieważ był on wysokim i potężnie zbudowanym mężczyzną, a co za tym idzie miał dużą stopę. „Zresztą nie mógł się przecież włamać sam do siebie” pomyślał Ray.

Uzyskawszy niezbędne informacje od Robinsona, Sparrow postanowił odwiedzić doktora. Blueberry niechętnie wpuścił go do domu. - Może mi pan cały czas patrzeć na ręce, jeśli pan chce – rzucił pojednawczo Ray. - Nie omieszkam. - Prosiłbym jeszcze o otwarcie drugich drzwi. Doktor spełnił jego prośbę i po chwili drzwi prowadzące do poczekalni zostały otwarte. Sparrow wyszedł na zewnątrz, obszedł dom dookoła, podszedł do furtki, a potem do drugich drzwi. Potrząsną z niezadowoleniem głową. Wyszedł do ogrodu i znalazł drugą furtkę. Wracając wszedł do domu przed drzwi prowadzące do poczekalni i gabinetu doktora. Teraz był zadowolony.

Krótki korytarz pełniący funkcję poczekalni kończył się drzwiami, które nie były zamykane na klucz i łączyły poczekalnię z drugim korytarzem prowadzącym do frontowych drzwi. W miejscu, gdzie łączyły się oba korytarze były schody prowadzące na piętro. Najbliżej gabinetu znajdowały się drzwi do salonu. W salonie jednak przebywali goście, więc morderca musiał się przemknąć z ciałem Milly na górę. Tylko tam mógł je ukryć. Ray wszedł na piętro i otworzył najbliższe klatce schodowej drzwi. Była to sypialnia. Wybór wydawał się więc logiczny. Gdyby któryś z gości wszedł tam przez przypadek, stwierdziłby, ze Milly się zdrzemnęła.

Blueberry po chwili obserwowania wyczynowych spacerów Ray’a uznał go za niegroźnego i wrócił do swojego gabinetu. Pukanie oderwało go od pracy. - Przepraszam bardzo, ale chciałem zapytać, czy mogę porozmawiać z

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych