"Śmierci nie ma"
Pierwsze.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Człowiek automatycznie się uczył, że to, co wolno, jest potwornie nudne, a ciekawe tylko to, co zabronione...”
Christiane Felscherinow, „My, dzieci z dworca ZOO”
22 września 1999 r.
Diane przetarła oczy, po raz kolejny ziewając. Męczyło ją już siedzenie w studiu i powtarzanie ciągle tego samego. Chciała stamtąd wyjść, wyrwać się. Dokądkolwiek. Nie pamiętała, kiedy ostatnio się wyspała. To chyba było bardzo dawno temu. Za grubą, szklaną ścianą dostrzegła Tommy’ego. Tommy był jej managerem i producentem, chyba wszystkim, co zostało jej z tego, co znała, zanim stała się tym, kim była teraz. Nieprzystępny introwertyk, chyba nie mógł pogodzić się z własną przeszłością. I chociaż bardzo chciała do niego dotrzeć, za każdym razem coś stawało jej na drodze. Diane wiedziała, że denerwuje go swoją infantylnością, nieodpowiedzialnością i roztrzepaniem. Robiła wszystko, aby on zauważył w niej coś więcej niż tylko koleżankę. Czasami, siedząc w mieszkaniu myślała, jak pięknie byłoby mieć przy sobie kogoś takiego. W ogóle kogoś mieć. Kogoś, kto pomógłby jej w trudnych chwilach, kto wsparłby ją, kiedy była atakowana. Diane była samotna. Jej matka zmarła, kiedy miała czternaście lat. Ojciec, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią najbliższej mu osoby szukał ratunku w alkoholu. Zaczęły się awantury. Nawet w lecie nosiła golfy i długie spodnie, aby ukryć sińce i zadrapania. Dwa lata później uciekła do miasta. Znalazła małe, obskurne mieszkanie na przedmieściach. Zatrudniła się w pobliskim barze, gdzie zabawiała podpitą publikę swoim śpiewem. Tam usłyszał ją jeden z łowców młodych talentów. Zaproponował jej nagranie jednej lub dwóch piosenek. Zgodziła się. Potem wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie. Odnalazła swoje miejsce. Swój własny mały świat. Taki inny od tego, co znała do tej pory, ale tak do tego podobny. Już po kilku dniach dano jej ciężką lekcję życia. Jeśli chcesz tu przetrwać, nie wierz nikomu. Nigdy nie wiesz, o co naprawdę chodzi ludziom, a jeśli nie wiesz, o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze. Im wszystkim chodzi o pieniądze. Nie miała już chyba nikogo, komu ufała do końca. Komu mogłaby powiedzieć wszystko. Zrezygnowana spojrzała na Tommy’ego, który pokazał jej tylko, że na dzisiaj koniec, po czym wyszedł z pokoju. Westchnęła cicho, zamykając za sobą drzwi studia nagrań. Spojrzała w niebo, wciąż żywiąc nadzieję, że zobaczy tam coś, co podniesie ją na duchu. Anioła, który pokaże jej dokąd iść. Padało. Nienawidziła takiej pogody. Była dokładnie taka, jak jej życie. Szara. Wietrzna. Nikt nie wiedział, co stanie się potem. Ona też nie wiedziała. Czuła, że siły nie starczy jej na długo. Była jak spadająca gwiazda. I to właśnie teraz, kiedy nagle drzwi do kariery otworzyły się przed nią na oścież. Wszyscy chcieli ją poznać, choćby dotknąć, porozmawiać z nią. Tłumy przychodziły na każdy jej koncert, a ona czuła się coraz bardziej wypalona i sfrustrowana, zmęczona życiem. Bo co przecież mówi się o gwiazdach? A, tak, że zawsze spadają nie w porę. Ona była jedną z nich. Zatrzasnęła drzwi do mieszkania. Najchętniej spędziłaby tam resztę życia, nie pokazując się nikomu. Usiadła na podłodze, nogi podwijając pod siebie. Posiedzi tu sobie. Jeszcze tylko parę godzin, a znowu będzie musiała stąd wyjść. Do ludzi. Wsiądą w samochód i pojadą do następnego miasta. I tak ciągle. Błędne koło. Diane nie radziła sobie z własnym życiem. Starała się sprostać temu, czego od niej wszyscy oczekiwali. Ukryta pod maską pewnej siebie, wyszczekanej dziewczyny ukrywała wszystko to, co ją bolało. Prawdziwe uczucia odgradzała od świata grubą ścianą. Miała nadzieje, że to pomoże jej stać się twardą i odporną na wszystko. Myliła się. Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Przyszedł jej ratunek, jej ucieczka od rzeczywistości. Jej skrzydła, które pozwalały jej się unieść tak wysoko, jak jeszcze nikt inny nie sięgnął. Które nie pozwalały jej na spotkanie z ziemią. Heroina. Wiedziała, że to co robi, jest złe. Ale co to znaczy złe? Dla tego, czym była sława była w stanie poświecić nawet własne zdrowie. Nie myślała o tym jako o śmierci. Była ona dla niej pojęciem abstrakcyjnym i na tyle odległym, aby się nim nie przejmować. Wcześniej była oczywiście amfetamina. Do tej pory ją brała, ale teraz już w mniejszych ilościach, tylko przed koncertami, kiedy potrzebowała, oprócz uspokojenia myśli, jeszcze dodatkowej porcji energii. Mimo to okres ten wspominała z pewnym sentymentem. Na amfetaminie ciągnęła ponad pięć miesięcy, była ona pierwszym narkotykiem, z jakim się zetknęła. Dzięki niej utrzymywała się na nogach po osiemnaście, często dwadzieścia godzin, codziennie, miesiąc w miesiąc, w ciągłym biegu. Wciąż do przodu. Dalej. Nie poddawaj się. Głupie zdania, bez sensu. Każdy je powtarzał, ale nikt w nie nie wierzył. Tak, amfetamina załatwiała wszystko. Gorzej było wtedy, kiedy przestawała działać. Zaczęły się stany lękowe. Moralny kac. Sięgnęła po heroinę. Gdy wzięła działkę, nerwy się uspokajały. Tak wspaniale... Zanurzyć się we własnej senności, choćby tej fikcyjnej. Co było jeszcze piękniejsze? To, że wcale nie czuła się uzależniona. Jeśli nie miała heroiny, zawsze był Anafranil. Po nim umysł był rześki, a wszystkie dolegliwości znikały, wsiąkały w ziemię. Wcisnęła dilerowi plik banknotów i zamknęła za nim drzwi. Nareszcie. Jest. Znów będzie tą samą Diane. Zimną. Silną. Twardą.
29 września 1999 r.
Popatrzyła na Tommy’ego, który krzątał się przy kablach. Uśmiechnęła się lekko. Denerwował się jeszcze bardziej niż ona. Tak. Był perfekcjonistą do granic możliwości. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Dianie nie zwracała na to uwagi. Wydawało jej się to nieważne i zupełnie niepotrzebne. Ale ona była uśpiona narkotykiem. Na odlocie. Dzisiaj podziałało na nią niesamowicie szybko. Nogi i ręce stały się lekkie i ciężkie zarazem. Razem z tym przyszło uczucie niesamowitego zrelaksowania, zobojętnienia na wszystko. Jej asystentka kilkakrotnie proponowała jej coś do zjedzenia, ale Diane nie mogła nic przełknąć. Ostatnio coraz częściej jej się to zdarzało. Nie dość, że jedzenie ją odrzucało, to do tego kiedy coś zjadła, najczęściej zaraz to zwracała. Kolejny objaw uzależnienia, którego podobno nie ma. Czule pogładziła miejsce po ostatnim nakłuciu. Mówią, że przez heroinę całe życie zamienia się w gruzy, a u niej ciągle było lepiej i lepiej. Powoli zaczynała myśleć, że naprawdę staje się silniejsza. Tommy kiwnął głową. Zaraz koncert się zacznie. Znów stanie w świetle reflektorów. Niezniszczalna. Niepokonana nawet przez narkotyk. To ona kontrolowała to, co się z nią dzieje, nie heroina. Wyszła na scenę, gdzie powitał ją ryk tłumu. Uśmiechnęła się radośnie, jakby bycie tam, występowanie dla nich naprawdę było tym, czego naprawdę chciała. Bo to tego właśnie pragnęła, prawda? To był jej cel... Nie była pewna. Coś kołatało jej w głowie, sprawiając, że myśli były ciemne i nieprzeniknione, jak mgła, którą tak często widywała w swoim rodzinnym mieście. Tylko... Gdzie to było? Czy naprawdę te wspomnienia były tak odległe, że pamięć zdążyła odsunąć je tak daleko? A może po prostu nie chciała pamiętać... Boże, pozwól się obudzić. Nie. On nie pozwoli. Gdzie jest? Nie wiedziała. Patrzył na nią z góry, jak stacza się na samo dno. Nie zrobił nic, aby jej pomóc. Nic, by ją ocalić? Naprawdę? A może... Może nawet tego nie dostrzegła. Zamiast czystego sumienia wolała mieć coś innego. Też czystego. Kogo jak kogo, ale ją stać na coś więcej niż tylko brown sugar – heroinę najniższej jakości. Tak, miała przywilej bycia ponad tym. Jak długo? Póki nie spadnie na samo dno, jak każdy ćpun, na ulicę. Umrze w jakiejś obskurnej toalecie na dworcu, z żółtaczką albo HIV. Jezu, po co ona o tym myśli? Czy przypadkiem nie za dużo już tu tych znaków zapytania? Raz, dwa trzy. To już. Już. Koniec. Może iść. Wrócić. Do czego? Przecież nie do rzeczywistości? Nie, na to jest jeszcze za wcześnie. Przerwa. Tommy coś mówi, ale ona nie rozumie, co. Wie, że może zejść. Ma godzinę, jeśli nie więcej. Do konferencji. Potem znowu wrócą mikrofony. Uśmiechnięte twarze obcych jej ludzi, pławiących się przed nią. Daliby jej się podeptać, ale jednocześnie sami ją deptali. Wbijali w ziemię. To ich wina! Zmusili ją. Nie. Nieprawda. Diane sama tego chciała i była tego świadoma. Mikrofony. Pamiętała, że zanim zaczęła brać, nie odrzucały jej. Nie miała wrażenia, że wszystko, co dzieje się wokół niej jest chore. Świat widziała normalnie, nie tak jak teraz. Diane nie lubiła sformułowania „zanim zaczęła brać”. Wmawiała sobie, że to nie przez to. Bo czy nie dzięki temu może żyć tak, jak teraz i być tym, kim jest? Bez tego wciąż byłaby nikim. Skazana na małe, wiejskie życie. A ona chciała dużo więcej. Usiadła na kanapie, rozkoszując się chwilą spokoju. Nie chciało jej się iść do lustra. Kiedyś, po każdym koncercie, kiedy była na heroinie biegła do toalety, aby sprawdzić, czy nie widać po niej, że jest naćpana. Teraz już nie miała takiej potrzeby. Bardziej martwiła się o to, co było przed występami, czy ma jeszcze jedną działkę, aby uspokoić skołatane nerwy. Dziękowała Bogu, że ma ciemne oczy. Nikt nie zwracał uwagi na albo maleńkie, albo rozszerzone do granic możliwości źrenice, w zależności od tego, czy była naćpana, czy na głodzie - Dobrze się czujesz? – zapytał ktoś zatroskanym głosem. Obok siebie zobaczyła Tommy’ego. Pokiwała głową. Popatrzył na nią niepewnie. Nie wierzył jej. No cóż, sama też by sobie nie uwierzyła. Zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nie narkotyki. Teraz czuła, że może wyjść, usiąść przed nimi i dać im to, czego od niej oczekiwali. Bo właśnie w tym momencie ponad setka reporterów siedziała tam i czekała na nią. Na show specjalnie dla nich. Spojrzała na Toma. Powinna mu powiedzieć? On jeden mógłby ją zrozumieć. Może pomóc jej z tego wyjść. Diane odsuwała od siebie tę myśl jak najdalej. Tak, chciała, aby przy niej był, ale nie z litości. Chciała, aby kochał ją tak samo, jak ona jego. Dlatego mu nie powie. Przecież nie można pokochać ćpunki. Wciąż czuła na sobie jego wzrok. - Naprawdę nic mi nie jest – mruknęła cicho. – Jestem tylko trochę zmęczona. – powiedziała, uśmiechając się lekko. Ot, taki uśmiech na pokaz. Tommy kiwnął głową, nie chcąc chyba dłużej dręczyć tego tematu. Była mu za to wdzięczna. I tak nie dowiedziałby się niczego, ale w duchu dziękowała mu, ze jej odpuścił zanim sama nie powiedziała mu, ze już dość. - Dobrze. Nie mów, jak nie chcesz. Za piętnaście minut wchodzimy. – odrzekł odchodząc. Piętnaście minut. Mało czasu, a ona czuła, jak uchodzi z niej cała energia. A może... On wiedział, co się dzieje? Zamknęła oczy. Usiadła przed mikrofonami, uśmiechając się promiennie. Jeśli chcesz utrzymać się w branży, musisz świetnie grać. Kątem oka dostrzegła Tommy’ego, zajmującego miejsce obok niej. Posypały się pierwsze pytania. Takie same jak zawsze. Tak, jakby odpowiedzi nie można było wyciąć z poprzedniego numeru. Dwadzieścia po dziesiątej, wpół do, powinni powoli kończyć. Tak, to już teraz. Wstaje, Tommy niechętnie pozwala na ostatnie pytanie dziennikarzowi, który dotąd siedział tylko, obserwując całe to przedstawienie z tajemniczą miną. - Czy to prawda, że masz problemy z uzależnieniem od narkotyków? Słyszałem, i pewnie nie ja jeden...– pyta młody reporter, wyciągając rękę z mikrofonem w jej stronę. Oczy Diane rozszerzają się gwałtownie. Łapie za kant stołu, tracąc równowagę. Cisza, po raz pierwszy cisza gorsza od tego okropnego hałasu wokół. - To jakieś brednie... – odpowiada za nią Tommy, obejmując ją ramieniem. Nie wie. Albo... Kłamie? Ratuje jej wizerunek, czy swój własny. Diane uśmiecha się do dziennikarza. Pewna siebie i tego, o czym zapewniał jej producent. Z miną udowadniającą, że to rzeczywiście wymysł jakiegoś nieprzyjaznego jej pismaka. Jednym słowem, szybka zmiana frontu. Nie dać się zaszczuć. Tommy patrzy na nią dziwnie. – Jeśli szuka pan taniej sensacji, to może nie tutaj, dobrze? – dodaje. Zrezygnowany reporter usiadł, a ona wyszła z sali. Zaraz za nią szedł jej manager. Czuła na sobie jego spojrzenie, ale nie odwracała się. Wiedziała, że nie spodziewał się po niej takiej reakcji. On też jej takiej nie znał. Nikt już chyba nie pamiętał tej prawdziwej Diane, zamkniętej w sobie, cichej, spokojnej. Miała tylko nadzieję, że nie zaczął się domyślać, dlaczego tak nią to wstrząsnęło. Usiadła na sofie i ukryła twarz w dłoniach. Powoli zaczynała zauważać, jakie zniszczenia poczyniła w jej organizmie heroina. Ziemista cera. Szklane oczy. Drżące ręce. Najgorzej było, kiedy nie miała działki. Wtedy wszystkie objawy uderzały ze zdwojoną siłą. Jej myśli cały czas krążyły wokół strzykawki. Nie miała już miejsca na teksty, jakie kiedyś pisała z takim zapamiętaniem. Nie widziała już muzyki. Była odrażająca, szczególnie po większej dawce, bo heroina wyostrza zmysły. Nie zauważyła, kiedy Tommy znalazł się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Amphette.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…