Śmierdząca błyskotka
Proszę o komentarze, choćby takie: "Początek do bani, nie chce mi się dalej czytać."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Przyj, serdeńko, przyj! - wysyczał do wybranki serca, leżącej na trawie i wijącej się z bólu. Skóra przyszłej matki połyskiwała w prażącym słońcu, krzyk bólu niósł po lesie tęgi wiatr. Każda chwila, okupowana nieopisanym cierpieniem, przybliżała parę do oczekiwanego od dawna szczęścia. Po ponad pół godzinie przyszło na świat młode. Poród zwieńczył płacz rodziców, nieposiadających się z radości. Jak się okazało, krótkiej. Paszcze wężowej pary wykrzywiły się w zdziwieniu. Oto dojrzeli wreszcie owoc swojej miłości. Niespotykanie długie i grube jak na właśnie urodzonego węża ciało. I jakże nielicująca z resztą jego cienka górna część i łebek, mniejszy chyba od dzikiej poziomki! Rodzice, powodowani zdziwieniem i strachem, trwali w bezruchu, podczas gdy młody boa obracał naokół pyszczkiem i poznawał nowy świat. Pękł wówczas potężny konar dalekiego dębu i spadł z łomotem na ziemię. Dziecko ochrzczono więc Hukiem.
Mijały tygodnie, a Huk coraz bardziej różnił się od rówieśników. Łebek wężyka rósł wolno, chociaż reszta ciała potężniała z każdym dniem. Prędko rozniosła się po lesie wieść o niezwykłym dziecku, głównie za sprawą legendy, według której każdy jedynak boa został przeklęty przez Boga. Zabobonne węże omijały Huka szerokim łukiem, zaś dzieci, które przejęły od nich uprzedzenia, niekiedy jawnie drwiły z nieszczęśnika. Pomimo odmienności syna i sprzeciwu lwiej części mieszkańców kniei, rodzice obdarzyli go szczerą miłością. Stał się oczkiem w głowie kochającej się pary, która przeżywała każdą radość i smutek dziecka, czy to zalewając się łzami wzruszenia, kiedy zabił pierwszego szczura, czy pomstując na złośliwych rówieśników, gdy obrzucili Huka wyzwiskami. Tak to mijały miesiące, w ciągu których niezmienne pozostawały proporcje wyjątkowego gada oraz uprzedzenia innych węży. Stający się już młodzieńcem Huk nieustannie napotykał na kose spojrzenia okrutnych zwierząt, a niekiedy słyszał ściszone głosy nieuważnych: „Ten stwór to pomiot szatana! Pacholę jeszcze, a już dłuższe od nas! To tylko kwestia czasu, jak stanie się dłuższy od spadłych sosen i wyrżnie w pień wszystkie węże!” Pozbawiony przyjaciół i stale piętnowany przez społeczeństwo, nieraz myślał, aby skończyć z sobą. I najpewniej gdyby nie wsparcie rodziców, zsunąłby się z wysokiej skarpy lub zakopał w mrowisku. Płynął czas, a Huk przeklinał Boga za swoje brzemię.
Słońce kryło się za górami, już tylko rumiany rąbek oświetlał knieję. Zasmucony Huk piął się ku szczytowi rozłożystego drzewa, by tam zastanowić się nad sensem życia oraz powspominać doznane przykrości. Nawet piękne ptasie trele, którymi zwykł się zachwycać, irytowały go, zaś bujna korona rośliny nie przykuwała wzroku węża, lecz tylko uświadamiała mu jego szpetotę. Dotarł nareszcie na wierzchołek i omiótł spojrzeniem okolicę. Wśród niższych drzew hasały rozbawione małpy. Bezchmurne niebo przecinał klucz ptaków, podążających najpewniej za wielkie morze; ciało przy ciele, jak jeden organizm, doskonale zgrany. Na dalekiej zaś gałęzi spoczywały dwie puszyste wiewiórki, wtulone w siebie i szepcące co chwila czułe słówka. Marzył Huk, by choć na dobę stać się kimś innym i doświadczyć miłości, przyjaźni i wynikającej z nich radości. Od pacholęcego już wieku powracał do tej mrzonki, kojącej skołatane serce nieszczęśnika. I w miarę upływu czasu coraz bardziej wątpił w szczęście. Zapadła noc, gdy skąpany w piekących wspomnieniach udał się ku domowi i rodzicom, jedynym na świecie przychylnym mu gadom.
Dniało już, gdy wyspany i skryty w zaroślach Huk czyhał na nieostrożne gryzonie. Uciekały mu raz po raz, gdyż nadal trawił w myślach doznane niedawno przykrości. W końcu zrezygnował z posiłku i wspiął się na pobliskie drzewo, aby osłaniany przez liście wylegiwać się i czekać na kolejne sny, gaszące przeznaczone mu chyba nader częste cierpienie. Wtem dosłyszał przyjazny syk; odwrócił się i dojrzał Barkę, przepiękną, acz okrutna gadzinę, która miesiąc temu skradła mu serce. Wpatrywał się w samice, czekając na ciąg dalszy niespodziewanych wydarzeń. - Huku! – odezwała się ponownie. Głos jej, delikatny jak aksamit, ociekał wprost zmysłowością. – Huku mój złoty, chodź no tu do mnie. Ach! Ach, chyba mi jaki kamyk wpadł między zębiska, tak że go sama nie mogę wyjąć. Zbity z pantałyku wąż, krępowany wpierw wstydem, pognał w końcu ku gadzinie, tonąc w blasku przepięknych jej oczu. Gdy już przy niej leżał, tak blisko, że czuł bijący z pyska zapach śliny, Barka ukazała garnitur zębów, równych i białych jak mleko. Przybliżył malutki łebek, by znaleźć kamyczek, lecz nadaremno. - Kiedy... – zdziwił się, jak stłumiony wydał głos, jak żałosny. – Kiedy tam nic nie ma... - Ach! – zapiszczała prawie. – Ach, jest, jest, musi być. Przecież czuję wyraźnie! Aj, jak boli, jak się wraża w delikatne dziąsło... I ponownie rozwarła paszczę. I gdyby nie za mały łebek, potężny Huk niechybnie ucałowałby gadzinę. Wężowy chichot, dochodzący zza drzewa i zupełnie nielicujący z romantycznym spotkaniem, przywołał samca do rzeczywistości. Pełen podejrzeń, pomknął ku źródle odgłosów. Zamarł jak rażony piorunem, gdyż ujrzał pokładających się ze śmiechu złośliwców. - Ha, ha, głupolu! – dobiegł go z tyłu głos Barki, już wyzuty ze zmysłowości, a ociekający gniewem. – Naprawdę myślałeś, że pozwoliłabym się zbliżyć do siebie komuś takiemu jak ty? Jesteś nikim! Nikim!! I przy wtórze śmiechów znikł prędko w gąszczu krzewów. Potem mknął już przez łąkę, skryty w wysokich trawach i kwiatach. Mijał myszy. Przerażone do żywego zbiegały, piszcząc jak zarzynane. Nie zwracały uwagi Huka. Zaszkliły się oczy węża, tak że widział już tylko rozmazany obraz. Mimo to parł przed siebie jeszcze szybciej. Wtem rozpętała się burza. Puszyste obłoki przysłoniły widnokrąg i stało się ciemno. Zimne krople natarły na łąkę. Rozległy się błyski, a sercem gada także trzaskały pioruny. Roślinność rzedła. Podłoże stawało się twardsze i coraz częściej wąż napotykał na kamienie. Nie wymijał ich zawczasu, lecz także na ból nie zwracał uwagi, gdyż jego serce palił nieopisanie większy. W oddali dojrzał skarpę. Choć brakło mu sił, przyspieszył znacznie. Zadął tęgi wiatr i krople waliły o ziemię mocniej. Spad był już blisko. Huk nie zwolnił tempa. Gdzieś ułamał się konar i spadł z łomotem i pluskiem na mokrą glebę. Bez chwili wahania wąż osunął się w przepaść.
- I pognał wtedy jak szalony, o, tam, w krzaki! Tyle go widzieliśmy! – urywane głosy młodych węży, przepełnione strachem, tylko bardziej zirytowały rodziców Huka. Już przeszło dzień nie widziano zguby i choć wszystkie niemal gady cieszyły się w sercu, udawały trwogę, gdyż bały się gniewu załamanej pary. Ta nie ustawała w poszukiwaniach, byleby znaleźć choćby mały ślad ostatniej obecności syna w lesie. Ojciec Huka omal nie zagryzł przyzwanych gadów, gdy wygonił ich z domu. Potem wtulił się w żonę i zalali się łzami. Najpewniej przepłakaliby cały boży dzień, gdyby nie nadzieja, że syn nadal żyje, tylko skrył się gdzieś z dala od wężowego okrucieństwa. Zrozpaczeni, ruszyli niebawem w głąb lasu na poszukiwania, a przewodziło im skołatane serce.
- Sen to? Czy śmierć? – wysyczał pogruchotany gad. Palący ból rozsadzał mu łebek i promieniował w dół. – Ależ nie! To jawa! Poczekał, aż obraz okolicy się wyostrzy. Uświadomił sobie wówczas, że nie zginął i znajdował się na małej półce skalnej, parędziesiąt metrów poniżej miejsca, z którego się osunął. - Długo spadałem. – rzekł Huk, spojrzawszy w górę. – Powinienem był umrzeć! Leżał oto sam, z dala od rodzinnego lasu, a jeszcze dalej od śmierci, czekającej nań na samym dole. Na kawałku ziemi z garstką grzybów i licha trawką. Bez szansy powrotu. - Ja... – wysyczał słabym głosem – Nadal chcę umrzeć. Ale wpierw... – zwątpił już w słuszność zamiaru i zaczął szukać usprawiedliwienia dla zwłoki. - Wpierw muszę się posilić. I napełnił żołądek dziwnymi grzybami. Smakowały okropnie, jednak, wygłodzony, zjadł je w okamgnieniu.
- Huku! Huku kochany, gdzie jesteś? – syczeli rodzice tak głośno, jak tylko mogli. Głosy im słabły coraz bardziej, a brak odzewu nadwątlał nadzieję. Jednak nie przyznawali się do tego przed samymi sobą i wzmagali wysiłek. Tymczasem dzień się kończył. Większe zwierzęta uciszyły rodziców Huka pod groźbą zadeptania. Radzi nieradzi, powrócili do domu.
Kocham życie! - myślał Huk. Cały świat krążył wokół węża, drzewa w oddali wyginały się jak trawy na wietrze. Wszystko było piękne, a gada rozpierała energia. Ujrzał pośrodku nieba czarny punkt. Jak na życzenie, ów zaczął się zbliżać i już po chwili gad mógł rozpoznać obiekt. - Barka! – krzyknął. Frunęła na białych jak śnieg skrzydłach. Gdy byli blisko siebie, wykrzywiła paszczę w zmysłowym uśmiechu. - Czego chcesz, gadzino?! – zasyczał ze złością Huk. - Przyszłaś się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil perkoz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…