Sobotni wieczór
Troche satyry, odrobina lekko kiczowatego horroru, a wszystko stara się przemycić pouczające treści... całość z lekkim przymrużeniem oka;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Sobotni wieczór, większość na dźwięk tych słów przechodzi lekki dreszczyk podniecenia. To właśnie sobotni wieczór jest niemal bezwarunkowym przywilejem każdego współczesnego człowieka, drobnym azylem od szarości dnia powszedniego, w którym problemy życia codziennego chwilowo bledną, ustępując miejsca niezbyt górnolotnym przyjemnościom. Biblia dniem wypoczynku wyznacza niedziele, jednak współczesna cywilizacja coraz częściej przesuwa ten termin o jakieś dwanaście godzin, tak że w świadomości ludzkiej to właśnie sobotni wieczór staje się synonimem wypoczynku i przyjemności. Nikt nie chce by coś pokrzyżowało jego plany na tę noc, człowiek prędzej przejdzie obojętnie obok potrzebującego niż pozwoli, aby pomoc komuś, odebrała mu „niepodważalne prawo” do niewinnej przyjemności. W ten właśnie sposób rodzi się obojętność, przekleństwo dzisiejszych czasów. Człowiek będąc...”
-Felo! Felo stary druhu co Ty wyprawiasz?! Czy ja dobrze widzę...czytasz książkę?! Pokaż mi to... „Dokąd zmierza ten świat – filozoficzne rozważania na temat ludzkiej cywilizacji”?! Co to za bzdury? Jedziemy na disco, obiecałeś że będziesz prowadził! Masz tu kluczyki, wziąłem auto ojca, to ten czarny BMW 525, tylko nic mu nie mów, jak się dowie to mnie zabije! Ha ha ha! Zbieraj się szybciej, jest przecież sobota! *** Wybiła już dwudziesta druga, jednak miasto wcale nie było spowite mrokiem. Ciepły letni wietrzyk w połączeniu ze światłem księżyca w pełni, tworzyły specyficzny klimat na wpół jasnej nocy, jakie trafiają się tylko w czasie wakacji. Na ulicach panowała dziwna jak na sobotni wieczór atmosfera podejrzanie cichej monotonii. Wiele osób wyległo na ulicę, co mogło wróżyć dużo pracy dla policji i straży miejskiej, jednak jak na razie żaden z funkcjonariuszy nie mógł odnaleźć w swej pamięci tak spokojnego patrolu co tego wieczoru. Na ławce w centrum parku siedziała dwójka młodych ludzi, chłopak i dziewczyna. Oboje byli maturzystami z pobliskiego liceum, gdzie poznali się w pierwszej klasie. Od dwóch lat sobotnie wieczory spędzali w tym właśnie miejscu, uważając iż widok oglądanego stąd, nocnego nieba ani trochę nie stracił na swej romantyczności od czasów ich pierwszej randki. - Marcin, rozmawiałeś już z rodzicami o naszej wspólnej stancji we Wrocławiu? - spytała nieśmiało dziewczyna, nie odrywając wzroku od księżyca, świecącego jasno na przejrzystym niebie. - Znowu zaczynasz z tą stancją? Nie, nie rozmawiałem i nie będę rozmawiał. Przecież już się zgodziłaś, że zamieszkamy z moją siostrą. - odparł z lekka znużony Marcin, starając się jednak by w jego głosie nie dało się wykryć poirytowania ciągłymi sprzeczkami na ten temat. - Wiesz przecież jakie są moje stosunki z Twoją siostrą... - przerwał jej odgłos kroków, dobiegający z trawnika za ławką. - Słyszałeś to? Marcin nie odpowiedział , gdyż już od paru chwil jego uwagę całkowicie zajmowała spacerująca w cieniu drzew kilka kroków za ich plecami postać. Podejrzany osobnik zdawał się w ogóle ich nie zauważać, spuszczona głowa sugerowała iż szukał on czegoś na ziemi. Po dłuższej chwili postać podeszła bliżej, stając w świetle księżyca, które ujawniło zgarbioną sylwetkę siwego starca. - Przepraszam pana. Czy coś się stało? - zapytał Marcin ośmielony wątłą posturą mężczyzny, który w cieniu zdawał się być znacznie „groźniejszy” i budził w chłopcu lekki niepokój. Staruszek podniósł twarz ukazując swe dygocące, pełne przerażenia obliczę, na którym odznaczały się roziskrzone oczy szaleńca. Po jego policzkach spływały ciężkie krople łez. - Nie znalazłem! Nic nie znalazłem! - zaniósł się rozpaczliwym krzykiem starzec, padając na kolana i unosząc ku górze pokryte zaschłą ziemią dłonie. - Nie ma już ratunku! - Co się stało? Proszę spokojnie opowiedzieć! Jeśli trzeba mogę zadzwonić na policję. - dopytywał się, zaaferowany nie na żarty Marcin. - Matko Boska! - krzyknęła przerażona dziewczyna dostrzegając tuż obok ławki innego mężczyznę, który z zawziętością wściekłego zwierzęcia, gołymi rękami wygrzebywał dół w ziemi. - Co do... - nie dokończył chłopak, zauważając iż jeszcze kilka chwil wcześniej pusty park, zaroił się nagle od ludzi, błąkających się w identyczny sposób co przed paroma minutami zrozpaczony starzec. - Chodźmy stąd! - powiedział Marcin i chwytając dziewczynę za rękę, chciał udać się w stronę bramy... *** Bar „Paradoks” był dość popularnym lokalem wśród „spokojnej” części społeczeństwa. Zawdzięczał to swemu położeniu, po drugiej stronie ulicy znajdował się komisariat policji, toteż wszelkiej maści chuligani omijali go szerokim łukiem. Utarło się już, że przychodził tu każdy kto szukał względnego spokoju, z dala od zaczepek i bijatyk, które bądź co bądź i tu czasami się zdarzały. Dzisiejszego wieczoru „Paradoks” pękał w szwach, jednak o dziwo nie było tu wcale gwarno. Z każdego kąta wyzierała melancholia, która w połączeniu z nerwowymi minami i spojrzeniami, stwarzała dziwną atmosferę niepokoju. - Hej, Robert! Spójrz na ten tłum. Wspaniały wieczór dla mojego lokalu! Popatrz jaki spokój! Ha! Już dawno czegoś takiego nie widziałem, siedzą cichutko i żłopią wódę. Słowo daje, jak na stypie . Może dziś jakaś żałoba narodowa? Ha! Wszystko jedno, ważne że nie rozrabiają i wpadnie trochę kasy! - szepnął z podekscytowaniem stojący za barem mężczyzna zacierając ochoczo ręce, jak handlarz który zwietrzył świetny interes. Był to trzydziestodwuletni brunet, średniego wzrostu, rozglądając się nerwowo po całym lokalu, nie patrząc na rozmówcę, zdawać by się mogło, iż go ignoruje, jednak konwersacja ze starym znajomym, jak do tej pory kleiła się nad wyraz dobrze, co mogło świadczyć o niezwykłej podzielności uwagi barmana. - Cieszysz się z tego? - odparł zamyślony mężczyzna siedzący przy barze z kieliszkiem wódki w ręku. Był wysoki i dobrze zbudowany, kilkutygodniowy zarost i nieskładnie opadające na twarz, długie ciemne włosy zdradzały, iż przynajmniej ostatnimi czasy nie dbał on zbytnio o swój wygląd. Wyraz jego twarzy ukazywał wielkie strapienie, zaś w oczach błyskała smutna melancholia. Ogólnie sprawiał godne pożałowania wrażenie pogodzonego ze swoim losem skazańca. - A Ty nie? Rany! Człowieku co się z Tobą dzieje przez te ostatnie tygodnie?! Nie powiesz mi chyba, że to przez tę panienkę, która Cię wystawiła wyjeżdżając do Poznania? -- niebezpodstawnie oburzył się barman, który był dobrym znajomym Roberta już od czasów liceum. Od jakichś kilku tygodni obserwował on dziwne zmiany zachodzące w koledze, który z dnia na dzień popadał w coraz głębszą depresje. - Ona nie wyjechała! Ona... - przerażająco demoniczny błysk zajaśniał w oku Roberta. W tym właśnie momencie na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech, sprawiający iż wyglądał jak człowiek całkowicie pewny swoich słów, a zarazem żałujący tej pewności. - ...ona nie żyje! - Stary! Przerażasz mnie takim gadaniem. Coś Ty sobie ubzdurał, nie rozumiem jak możesz być taki naiwny. Wybacz, że będę teraz brutalny, ale musze Ci to w końcu wygarnąć. Usprawiedliwianie jej zdrady, poprzez jakąś durną historyjkę o tragicznej śmierci, niczego nie zmienia! Ona WYJECHAŁA! Wyjechała, a nie zginęła! A wiesz dlaczego?! Odpowiedź jest prosta: bo była zwykłą KURW... - nie dokończył mówić, gdyż musiał uchylić się przed lecącym wprost na jego twarz kieliszkiem, który chybiając celu rozbił się o ścianę - Jasna cholera! Co ty Robert?! Co ty sobie myś... - tu znowu nie dokończył, Robert chwycił go za ubranie i przeciągając do połowy nad blatem baru, spojrzał mu prosto w oczy. - Nie waż się więcej tak o niej mówić! Nic nie rozumiesz i nawet nie wiesz jak bardzo Ci tego zazdroszczę! - w tym momencie podeszła do nich wysoka brunetka. Była to Żenata, bardzo charyzmatyczna i dość atrakcyjna studentka matematyki, dobra znajoma zarówno Roberta jak i barmana. Jedynie ona zwróciła uwagę na całe zajście, żaden z pozostałych klientów nawet nie spojrzał w ich stronę. Dziewczyna kładąc dłoń na ramieniu Roberta, delikatnie acz stanowczo usadziła go z powrotem na stołku. - Daj spokój Robert! Nie bierz do siebie gadaniny Andrzeja, biedaczek przepracowuje się od jakiegoś czasu, pewnie sam już nie za bardzo wie co mówi. - jej ciepły i przyjazny głos, był jednocześnie bardzo stanowczy. Obaj dobrze znali oraz szanowali Żenatę, jako osobę niezwykle uczynną i sympatyczną, toteż jej obecność była świetnym sposobem na załagodzenie sytuacji. Andrzej z obrażoną miną sięgną po butelkę wódki, po czym zabrał się za obsługiwanie klienteli, zostawiając Roberta i Żenatę samych. Żenata stała oparta o bar, wbijając wzrok w niewzruszone oblicze Roberta, jak gdyby chciała z twarzy odgadnąć jego myśli i strapienia. Po dłuższej chwili, poirytowana całkowitym fiaskiem odgadywania czegokolwiek, postanowiła przerwać bezowocne milczenie: - Dawno się nie widzieliśmy. Może opowiesz co nieco o tym czym się zajmowałeś przez te pół roku? - chciała trochę okrężną drogą wypytać go o przyczynę zmartwień. Robert jednak nieugięcie trwał z kamienną miną i wzrokiem wbitym w plamę wódki na ścianie, pozostałość po rzuconym kieliszku. - Wiesz przecież, że jedyne czego chcę to Ci pomóc. Ludzie opowiadają różne historię, na przykład że to przez tę dziewczynę, która ponoć wyjechała do... nie pamiętam, do Krakowa?- Żenata nie zamierzała szybko się poddać. - Jeśli nie powiesz mi prawdy, będę musiała uwierzyć tym durnym plotkom, ale przecież wiem że Ty nigdy byś się tak nie przejął „jakąś” dziewczyną. Znam Cię przecież już tyle lat, nie wmówisz mi że to faktycznie tak jak mówią ludzie. - Masz racje, bo nie zamierzam Ci niczego wmawiać. - rzucił jakby od niechcenia Robert, odwracając się na moment w jej stronę. Zapadło dłuższe milczenie, zza okna dobiegały stłumione krzyki. „Pewnie jakaś pijacka awantura z policją” - przemknęło Żenacie przez głowę. Uznała, że dalsza rozmowa nie ma sensu i jeśli teraz jej się nie uda to zostawi Roberta w spokoju, później wiele razy żałowała tej ostatniej próby, jednak niby skąd miała wiedzieć jak to się skończy. - Myślisz, że cierpienie w samotności Cię uszlachetnia? Jesteś samolubnym durniem! - mimo, iż widziała wcześniejszy wybuch swego rozmówcy, zaryzykowała mocniejsze słowa, bo jak uznała nie było już nic do stracenia, albo dowie się czegoś w taki sposób, albo nie dowie się niczego. - Chcesz mi pomóc? Ha, zawsze perfekcyjna panienka z dobrego domu! Tym razem przecież też nie chodzi o mnie tylko o Ciebie. Chcesz mi pomóc żeby samej poczuć się lepiej, by potem móc powiedzieć „Ci mało miasteczkowi idioci mają takie błahe problemy!”. Chodź za mną to Ci pokażę jakie problemy ma „samolubny dureń”. - mówiąc to wstał i wyszedł z lokalu, nie czekając na Żenatę, która pożegnawszy się z barmanem, pobiegła za nim *** - No nie możliwe, Feluś! Na pewno nie chcesz załyczyć? No daj spokój, stary! Co z tego że prowadzisz? Noooo.... mój chłopak! Może chcesz też dyma? Ha! Widze że nie dasz się prosić!! Wracajmy na parkiet, trzeba wyrwać jakieś laski, bo bez kociaków nie ma zabawy! *** - Dokąd tak właściwie idziemy? Robert! Nie mam całej nocy na jakieś bezsensowne schadzki, powiedz o co chodzi? - Żenata…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil stiven_89
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…