Wróć do katalogu

SPADEK cz.4

Co sie kryje za drzwiami piwnicy? Czy zagraża mieszkającej w kamienicy dziewczynie? Zapraszam do lektury. ABujak

ABujakopublikowano 17 stycznia 20101 godz. 3 min czytania 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ 12

Megi odruchowo poderwała się z łóżka i wyłączyła sygnał. Przez okno wpadało chłodne orzeźwiające powietrze, przynosząc ze sobą uliczne odgłosy. Dziewczyna przez chwilę siedziała na skraju pościeli, zaspanym wzrokiem wpatrując się w cyfry zegarka. Minęła ósma rano, co oznaczało, że za niecałą godzinę zaczyna dyżur w przychodni pediatrycznej. Ziewając przeciągle wstała z łóżka i sięgnęła po rzucony na podłogę szlafrok. Kiedy zawiązywała sznurek zadzwonił dzwonek przy drzwiach na dole. Przecierając oczy zeszła na dół, zerknęła przez wizjer i otwarła Jankowi. - To ja – powiedział, wchodząc do środka. – Chciałem zobaczyć, co u ciebie zanim zacznę tyrać w herbaciarni. - Wszystko w porządku – powiedziała. – Chcesz kawę? - Jasne. – Wspiął się po schodach i zasiadł w kuchni na jednym z krzeseł przy stole. – Jak minęła noc? Zanim zdążyła odpowiedzieć, Janek zauważył, że rąbek jej koszuli nocnej jest rozerwany. - Co się stało? – Zapytał, pokazując palcem dół jej koszuli. – Jak to roztargałaś? Megi zdziwiona spojrzała na poszarpany materiał i dopiero wtedy sobie przypomniała wszystkie wydarzenia z nocy. Całe wspomnienie spadło na nią tak mocno, że zawirowało jej w głowie i musiała podeprzeć się ręką o blat. Janek w okamgnieniu znalazł się przy niej i pomógł dziewczynie usiąść na fotelu. W ciągu ułamka sekundy przyniósł z kuchni szklankę wody, żeby się napiła. Usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Po chwili na pobladłych policzkach dziewczyny pojawiły się delikatne rumieńce. Uśmiechnęła się niepewnie do zaniepokojonego Janka. - Dziękuję. Już wszystko dobrze – usiadła sztywno wyprostowana. Chłopak odsunął się nieco, wciąż jednak uważnie ją obserwując. Megi przypomniała sobie o zniszczonej koszuli. - Boże, aż trudno mi uwierzyć – oglądała porwany rąbek materiału. – Myślałam, że to był tylko sen. - Dosyć realny – Janek wskazał brodą na jej odzienie. – Dobrze, że moje sny nie stają się realne. – Dodał po chwili z poważna miną. – Przynajmniej nie zawsze… - Myślę, że to przez ten woreczek, który wczoraj dostałam w sklepie. Nigdy wcześniej nie przydarzyło mi się coś takiego… - Jaki woreczek? – Zrobił się nagle bardzo czujny. Megi trochę przestraszyła się jego dość ostrej reakcji. - Przy małym rynku natknęłam się na taki sklepik z rzeczami… ezoterycznymi – zająknęła się kilka razy nim wypowiedziała całe zdanie. Janek stanął nad nią z założonymi rękami i surową miną. Poczuła się jak uczennica, która coś nabroiła i zaraz otrzyma srogą karę. Zagryzła wargi i wbiła wzrok w podłogę. - I co się stało dalej? – Zapytał, starając się opanować zdenerwowanie. Kucnął przed fotelem by zajrzeć jej w oczy. - Nooo, w tym sklepiku była taka sprzedawczyni. Marianna. A nazwisko miała takie jakieś… szkockie. Kątem oka zobaczyła, jak twarz Janka drgnęła. - Była taka sympatyczna… opowiedziałam jej o wszystkim, co się tutaj wydarzyło. To była pierwsza osoba, która moją historię potraktowała poważnie – mówiła coraz ciszej. - Dała mi woreczek z ziołami i powiedziała, żebym wsadziła go pod poduszkę, to wtedy zapamiętam sny i być może dzięki temu będę wiedziała, czego ode mnie chcą te duchy… Ostatnie słowa wyszeptała tak cicho, iż była prawie pewna, ze Janek nie był w stanie ich zrozumieć. Myliła się. Oprócz tego, że był bardzo szybki i silny, miał też słuch idealny. - Gdzie teraz są te zioła? - Pod poduszką w sypialni – odparła drżącym głosem. Janek natychmiast zniknął za drzwiami salonu i po chwili wrócił, trzymając w dłoni mały mieszek. - Lepiej tego już nie używaj - ostrzegł. – Jesteś zbyt wrażliwa. - Co? – wybuchła, podrywając się z fotela. – Zbyt wrażliwa? Niby na co? - Nieważne! – Uciął i usiadł na swoim miejscu przy stole, biorąc do ręki kubek z resztą herbaty. - A co ci się dokładnie śniło? Megi pokrótce opowiedziała przyjacielowi o ludziach, którzy zostali ukryci w jej piwnicy, przez młodą kobietę. - Poznałaś którąś z osób? Może ktoś wydał ci się znajomy? Dziewczyna chwilę zastanowiła się nad pytaniem Janka. - Nie – odparła w końcu. – Chociaż ta kobieta w szlafroku… - Co z nią? – Chciał wiedzieć jak najprędzej. Megi potarła dłonie. - No, wydawała mi się jakaś znajoma. Mam wrażenie, że skądś znam jej twarz. A jeden z mężczyzn był Żydem. Miał pejsy. - To już jakiś znak. Może ta kobieta chciała ukryć żydowską rodzinę? - Możliwe – Megi przytaknęła. – Rzeczywiście ich ubrania wyglądały na takie… z połowy ubiegłego wieku. Zwłaszcza uczesanie i koszula tej kobiety. - Trzeba by sprawdzić, czy tutaj nie byli ukrywani jacyś ludzie w czasie wojny – Powiedział Janek dopijając kawę. – Może po pracy umówimy się w bibliotece i przejrzymy dokumentację? - Będę dopiero późnym popołudniem – Megi zerknęła na zegarek. – Muszę się zbierać, bo nie zdążę na dyżur. - Ja mam jeszcze trochę czasu. Biegnij w takim razie do łazienki, a ja sprzątnę kubki. Dziesięć minut później Megi była gotowa do wyjścia. Kiedy stanęła w drzwiach kuchni, ubrana w ciemną, krótką sukienkę i z upietymi w koka włosami, Janek z wrażenia upuścił jeden z kubeczków. - Och, przepraszam – jęknął, natychmiast zabierając się do podnoszenia części rozbitego naczynia. Megi roześmiała się serdecznie. - Nie spodziewałąm się zrobić na tobie tak duzego wrażenia – rzuciła, kładąc klucze na stole. – Musze naprawdę lecieć. Zamknij drzwi, jak skończysz sprzątać. Kilka chwil później, już jej nie było. W pokoju unosił się jedynie cytrynowy zapach jej perfum, który Topolnicki wdychał z rozmarzonym uśmiechem. W końcu zebrał kubki ze stołu i wstawił do zmywarki. Nucąc pod nosem jakąś piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa przetarł pobieżnie blat lady i dokładnie wymył ręce. Kiedy zabrał teczkę i szukając w kieszeni komórki zaczął schodzić po schodach, poczuł dziwny powiew na plecach. Zdziwiony przestał podśpiewywać i spojrzał za siebie. Wąski korytarz był pusty. Nie zastanawiając się dłużej zszedł po kolejnych stopniach. Gdy był mniej więcej w połowie biegu schodów, poczuł na karku lodowaty powiew na tyle silny, że musiał chwycić się poręczy by nie stracić równowagi. Przestraszony ponownie obejrzał się do tyłu, lecz nie zauważył niczego podejrzanego. Wziął głęboki wdech lekko przymykając oczy, zupełnie jak wilk, który próbuje węchem wyczuć ukrytą w poszyciu leśnym zwierzynę. Jednakże jego nozdrza nie wykryły żadnego niepokojącego zapachu. - Może jakieś okno jest otwarte? – Powiedział do siebie. Jego głos, dziwnie skrzekliwy i roztrzęsiony, brzmiał obco. Szybkimi susami wrócił na piętro i wpadł do salonu. Wszystkie okna były pozamykane. Wzruszył ramionami i znowu wszedł na klatkę schodową. Pokonując pierwsze stopnie zauważył, że hol jest jakaś inny. Marszcząc brwi przyjrzał się uważniej całemu pomieszczeniu. Schody wyglądały dokładnie tak samo jak przed chwilą, pomalowane na pastelowo ściany też niczym się nie różniły, jednakże coś było nie tak. Stanął koło witraża i jeszcze raz dokładnie obejrzał całe pomieszczenie. I wtedy zrozumiał. Różnica, którą odbierał jego organizm nie polegała na zmianach w sensie fizycznym. Wszystko było na swoim miejscu, nawet kilka chryzantem w wazonie, stojącym w rogu przy schodach. Różnica była znacznie subtelniejsza. - Światło! – Mruknął przecierając twarz. Istotnie. Kąt padania promieni słonecznych znacznie się zmienił. Podobnie zresztą jak ich odcień. Kiedy schodził po schodach jeszcze kilka chwil temu, promienie padały przez witraż na ścianę po lewej stronie. Blask był ostry i jasny. Teraz słońce świeciło na ścianę po prawej, rzucając na nią przez witraż czerwone i zielone refleksy. Spojrzał na zegarek i jęknął. Minęła osiemnasta. - Niemożliwe! – Powiedział stukając palcem w kopertę. Schodząc po schodach wyciągnął z kieszeni komórkę, by sprawdzić czas. Na wyświetlaczu była dokładnie taka sama godzina. 18.01 Przeskakując po dwa stopnie na raz usłyszał za swoimi plecami jakiś pisk. Przestraszony przelotnie zerknął do tyłu i stracił równowagę. Z głośnym krzykiem poleciał do przodu i przekręcając się kilkakrotnie zleciał z trzynastego stopnia na sam dół.

Tymczasem Małgorzata dotarła do parkingu gdzie stał jej samochód. Otwarła torebkę i wzięła się za szukanie kluczyków, jednakże nie znalazła ich. - Kurcze, zostawiłam klucze w płaszczu. – Mruknęła patrząc na zegarek. Było pół do ósmej. Jęknęła i rozejrzała się wokół. Jeżeli pobiegnie po klucze, spóźni się do pracy, co najmniej dziesięć minut. Może lepiej pojechać tramwajem? Niecałe dwadzieścia metrów dalej stał przystanek. Rozpinając lekką wiatrówkę Megi truchtem podbiegła do przystanku i zerknęła na rozkład jazdy. Jedyny tramwaj, który podjeżdżał praktycznie pod jej pracę, według rozkładu odjechał pięć minut temu. Następny miał być dopiero za piętnaście minut. Dziewczyna zerknęła na dwie kobiety siedzące na ławce. - Przepraszam, czy dziewiętnastka już jechała? – Zapytała, mając nadzieję, że tramwaju jednak jeszcze nie było. - A nie wiem – odrzekła jedna z nich. – Helu jechał? – Zwróciła się do starszej kobiety owiniętej kwiecistą chustą. – My na rynek jedziemy. Nie dziewiętnastką. Megi przesłała niecierpliwy uśmiech i uniosła brwi w geście oczekiwania na konkretniejszą odpowiedź. - Jechał, jechał. – Druga odparła kiwając głową. – Choć na sto procent nie jestem pewna. Może to osiemnastka była, tylko mi się rozmyły cyfry. Ręki se uciąć nie dam. - Dobra, dziękuję bardzo – nie czekając na odpowiedź kobiet, Małgorzata pognała w stronę kamienicy. Gdy minęła swój samochód, zobaczyła, że jej tramwaj odjechał. - Cholera jasna – zaklęła, kręcąc głową. Jednak siedząca na przystanku kobieta nie miała racji. Tramwaj jak zwykle miał opóźnienie i gdyby Megi zaczekała dwie minuty, już byłaby w drodze do szpitala. Pokonując truchtem drogę do kamienicy wyciągnęła z torby telefon i zadzwoniła do koleżanki, by ta usprawiedliwiła jej spóźnienie. Zanim skończyła rozmawiać, już była pod drzwiami i walczyła z pękiem kluczy. W końcu otwarła drzwi i… omal nie wpadła na leżącego przy schodach Janka.

ROZDZIAŁ 13

- Jak to się stało? – Pytała kilka minut później, siedząc w karetce przy leżącym na noszach przyjacielu. Sanitariusze wstępnie zdiagnozowali u Janka skręcenie kostki u nogi, solidnie obite żebra i spory krwiak na lewej skroni. To uderzenie głowy było najgorsze. Megi długo nie mogła ocucić Jana, dlatego wezwała pomoc. - Poślizgnąłem się na schodach – przyznał cicho. – Strasznie boli mnie głowa… - Masz solidnego guza – westchnęła. – W szpitalu zrobią ci tomografię. - I prześwietlenie klatki piersiowej – wtrąciła sanitariuszka. – Nie wiem czy nie ma złamanego tego żebra po lewej. Lekko nacisnęła posiniaczony bok. Janek jęknął. Lekarka spojrzała na Małgorzatę i znacząco kiwnęła głową. - Ale nie umieram? – W głosie Janka dało się wyczuć nutkę paniki. - E skąd! – sanitariuszka machnęła ręką i parsknęła śmiechem. – Żeby tylko w takim stanie mi się ludzie trafiali… Do szpitala zajechali w niecałe dziesięć minut. Pacjent nie wymagał natychmiastowego leczenia, więc przebijali się przez miasto bez syreny. Kiedy Janka przyjęto na oddział, i zabierano na rentgen, Megi obiecała, że odwiedzi go w trakcie krótkiej przerwy i czym prędzej pognała na oddział pediatryczny.

Kilka godzin później wpadła do Sali gdzie leżał Janek, ale on akurat usnął po serii badań. Megi zostawiła karteczkę, z prośbą by do niej zadzwonił jak się obudzi, i cicho opuściła pokój. - Witam pani Małgosiu! – Na korytarzu obok drzwi stał lekarz Bojarski, dystyngowany starszy człowiek o barczystej posturze i siwych włosach. – Właśnie wyruszam na obchód. - Byłam u przyjaciela. Spadł ze schodów – odparła, wskazując ręką drzwi. - A tak, tak – lekarz zerknął na listę, którą trzymał w rękach. – Na szczęście nic groźnego. Jutro puścimy go do domu. Niech zerknę na wyniki…. Poszperał chwilę w pliku papierów. – Musieliśmy robić trzy razy prześwietlenie tego żebra, wie pani… - Dlaczego? – spytała zaniepokojona. - A chyba sprzęt nam pada – westchnął, wyciagając z żółtej teczki kliszę i podnosząc ją ku górze – niech pani sama zobaczy. Odłozył teczkę na stojace pod scianą krzesło i wskazał palcem na zdjęcie. - Tutaj złamane dwa żebra – stuknął palcem dwa razy w miejsce, które chciał pokazać. – Jeszcze ten jeden oderwany kawałek jest pod takim kątem, jakby przebijał płuco. Kiedy jeden z lekarzy dyżurnych powiedział pacjentowi, że rentgen nie wygląda zbyt dobrze, ten przyznał, że w trakcie robienia zdjęcia musiał zakaszleć i żąda powtórzenia badania, na własną odpowiedzialność. No to go chłopcy jeszcze raz prześwietlili… Zamienił zdjęcie na inne, wciśniete do żółtej teczki. - I proszę! – przejechał ręką po uniesionym w stronę lampy zdjęciu. – Moja droga coś tu widzisz? - Wszystko w porządku! Nie ma złamania! – Megi wzięła zdjecie od doktora i sama dokładnie obejrzała. – To przecież niemożliwe. - Dlatego zrobiliśmy mu jeszcze jedno prześwietlenie. Tylko nie u nas na urazówce, a na oddziale pulmonologii. Dla pewności. - I co? - Facet zdrowy jak rydz. Żadnego złamania. Nic – wzruszył ramionami, i potargał wolna ręką siwą długą brodę. – Cud jakiś, albo co… - Widziałam go po tym wypadku, przyjechałam z nim karetką. Zarówna ja jak i lekarka byłyśmy pewne, że Janek ma złamane co najmniej jedno żebro. - To samo twierdzi Gliński. On przyjął Topolnickiego na oddział. Ja badałem chłopaka dopiero godzinę temu, ale prawdę mówiąc nic teraz nie wskazuje na złamania. - A głowa? Miał na skroni solidnego krwiaka. Bałam się czy nie dostał wstrząsu po takim upadku. Lekarz pokręcił głową. - Na pewno nie. Był badany pod tym kątem. Nic złego się nie dzieje. Niedawno sam zrobiłem mu serię badań i nie widzę powodu, żeby trzymać go w szpitalu. Oczywiście zostanie dzisiaj jeszcze na noc, na obserwacji. Jutro go puścimy, jak się nic nie będzie działo. Megi podziękowała Bojarskiemu i rozmyślając Nat zdjęciami Jankowych żeber, pośpiesznie opuściła szpital. Chciała zdążyć jeszcze do sklepiku, by porozmawiać z Marianną o dziwnym śnie. Kiedy wsiadała do autobusu zadzwonił jej telefon. Łapiąc się jednego z uchwytów, odebrała komórkę. Dzwoniła Marianna. - Cześć, śniłaś? – przeszła od razu do pytania, bez zbędnych formalności jak na przykład przedstawienie się, czy przywitanie. - Właśnie jadę do ciebie – Megi oparła się o stalową balustradę, by lepiej utrzymać równowagę. Autobus trząsł się po nierównej nawierzchni, a jego jęczące hamulce zagłuszały rozmowę. - W ogóle cie nie słyszę! - JADE DO CIEBIE! – Ryknęła. - Dobra, czekam. Zezłoszczona Megi schowała telefon do torebki i usiadła na jednym z wolnych plastikowych krzesełek. Wolała nie ryzykować jazdy na stojąco po takich wertepach. - I gdzie te piękne drogi, co nam obiecali, kochana pani? – Starszy mężczyzna, siedzący obok próbował zagaić rozmowę. - Widać nie tutaj – warknęła, łapiąc się oparcia. - Wytrzęsie nas na amen – dziadek jedną ręką trzymał się swojego krzesła, a drugą ściskał wysłużoną drewnianą laskę. – Teraz jezdnie robią z byle czego – westchnął. – Przed wojną to były drogi…. Małgorzata tylko kiwnęła głową. Prawdę mówiąc nie miała pojęcia w jakim stanie były przed wojną nawierzchnie ulic. Sędziwy staruszek miał niewątpliwie szansę zobaczyć ówczesne drogi na własne oczy. Gość miał na oko jakieś siedemdziesiąt parę lat. - Mam osiemdziesiąt osiem lat – powiedział takim tonem, jakby czytał w jej myślach. – Mam porównanie pomiędzy tamtymi czasami a teraźniejszością. - Nieźle się pan trzyma – stwierdziła szczerze. Staruszek wypiął dumnie pierś. - To dlatego, że zawsze przed snem wypijam kieliszek wiśniówki – pochylił się bliżej i przybrał konspiracyjny ton. – Odkąd nie żyje moja Ala, żona. – westchnął przeciągle. - Bardzo mi przykro – wtrąciła Megi. - No, więc od tego czasu piję ten kieliszek po ciemku. Dziewczyna uniosła brwi. - Nie rozumiem. Dziadek obrócił się w jej stronę. - Jak Alka żyła, to nie pozwoliła mi pić nawet jednego, małego kieliszka. Bała się, że się wciągnę i zostanę pijakiem. Ech, strasznie mnie pilnowała. A ja tylko tak dla zdrowia…. – wpadł w lekką zadumę, z której wyrwał go pisk hamulców sędziwego autobusu. – Ona nie żyje już prawie dziesięć lat. Ale wciąż mnie pilnuje. Jakbym się napił za dnia, to pewnie rozbiłaby mi butelkę, albo szklankę. A teraz wiśniówka taka droga. Ponad dwadzieścia złotych panie dziejku… - Wierzy pan w to, że pana żona wciąż tutaj jest i pana pilnuje? – Zapytała z lekką ironią w głosie. - No pewnie! – staruszek był święcie przekonany. – Na przykład Ala uwielbiała pelargonie. Zawsze sadziła je na balkonie, gdy przychodziła wiosna. Często mówiła, że jak umrze pierwsza, to mam dalej sadzić kwiatki. I wie pani co? Gdzieś trzy lata po jej śmierci zachorowałem na zapalenie płuc. Prawdę mówiąc nie chciało mi się znowu sadzić tych kwiatków, wiec dałem sobie spokój. Któregoś dnia wyszedłem na balkon żeby powiesić skarpetki na suszarce, a tu jak jedna z doniczek nie gruchnie na podłogę. BAM! – krzyknął. - Alem się wtedy zestrachał. Myślałem, że na serce umrę. Megi skryła pobłażliwy uśmiech. Obok nich stały dwie młode dziewczyny. One także przysłuchiwały się rozmowie z nieskrywanym zainteresowaniem. - I co pan zrobił? – Zapytała Megi, przybierając poważną minę. Dziadek oparł się wygodniej o plastikowe krzesło. - Prawdę mówiąc nic. Nie skojarzyłem faktów. Po prostu podniosłem doniczkę i położyłem na parapecie, obok drugiej. - Nie rozbiła się? - Nie – machnął ręką. – To były takie plastikowe długie doniczki. Każda ma z metr długości. W ciszy przesiedzieli kilka minut, kiedy autobus stanął na przystanku a z jego wnętrza wylało się morze pasażerów, natychmiast zastąpionych falą kolejnych. Kiedy pojazd z trzaskiem zamknął wszystkie drzwi Megi spojrzała na zadumanego starca. - Co było dalej? – Zapytała, wyrywając go z zamyślenia. - Tej samej nocy, właśnie usypiałem, kiedy nagle TRACH. Druga doniczka spadła. Też przeraziłem się sromotnie. Ale nie ma co. Wstałem wyszedłem na balkon i dałem pustą doniczkę na swoje miejsce. Miałem właśnie wejść do mieszkania, kiedy znowu BUM! – Machnął rękami na boki. - Obie spadły równocześnie. - Może pan ma parapet pod skosem i po prostu doniczki się zsunęły? – Jedna z podsłuchujących studentek była sceptycznie nastawiona do opowieści starszego mężczyzny. - Na pewno nie! – Dziadek był przekonany, że to on ma rację. - Czemu? – Megi rozłożyła dłonie. – To ma sens. Jak spadła pierwsza doniczka, to jakoś naruszyła drugą. Dlatego potem zjechały obie. Dziadek uśmiechnął się tajemniczo. - To jak mi pani wytłumaczy fakt, że te doniczki wkłada się do specjalnych stalowych koszy przymocowanych na stałe do parapetu? Kosze nie spadały. Żeby wyjąć z nich doniczkę, trzeba ją podnieść na wysokość prawie dwudziestu centymetrów. – Zobaczył zdziwione miny słuchających. – I co o tym myślicie? SAMA się podniosła i wyskoczyła?

Małgorzata wciąż rozmyślała o opowieści starszego mężczyzny, kiedy wchodziła do sklepiku Marianny. Otwarcie drzwi obwieścił delikatny dźwięk dzwoneczka. Kiedy dziewczyna weszła do środka, zobaczyła, że O’Connor ma klienta. Wysoki młody mężczyzna kupował od niej jeden z niewielkich kolorowych mieszków. - Co to było? – Zapytała, gdy nabywca wyszedł wciskając swój zakup do kieszeni wiatrówki. - Gość jest przekonany, że ma pecha w miłości – westchnęła Marianna, zamykając na kluczyk szafkę z ziołami. - I co mu poleciłaś? Majka wywróciła oczami. - Ogolić marny zarost, obciąć po ludzku włosy, zacząć używać dezodorant i wyrzucić ciuchy modne w latach osiemdziesiątych. Megi wytrzeszczyła oczy. - Powiedziałaś mu to wszystko? Nie wierzę! Marianna podparła boki rękami. - Skąd – puściła do niej oko. – Dałam mu trochę herbatki ziołowej i delikatnie poradziłam, co ma poprawić w swoim image. - A co to była za herbatka? - Eh. Pu-erth z dodatkiem kilku ziółek, które mu trochę podniosą ciśnienie. Jak zastosuje się do moich rad, to nic więcej nie będzie potrzebował. - Wierzysz w duchy i anioły? – Zmieniła temat Megi patrząc na Mariannę. O’Connor uniosła brwi. - Oczywiście! Są stałym elementem naszego życia. Jak inni żywi ludzie. I jak cała przyroda nas otaczająca. Powiedziała to głosem tak pewnym i oczywistym, jakby rozmawiały o zakupie proszku do prania. - Poważnie mówisz? - Jasne! Każdy ma swojego Anioła Stróża. Czy jest się dobrym człowiekiem, czy złym. Oczywiście w każdej religii taka postać nazywana jest inaczej, a ludzie niewierzący często nazywają tego osobistego ochroniarza opiekunem duchowym. - Występuje w każdych religiach? – Megi uniosła brwi. - Zgadza się. Pierwsze zapiski o aniołach można znaleźć jeszcze z czasów starożytnego Egiptu i Babilonii. Są też w islamie i oczywiście w chrześcijańskiej biblii. - Niesamowite – zamyśliła się Meg. - Tak więc, coś w tym musi być – skwitowała Marianna. – W każdym razie opiekunowie duchowi czy jak wolisz… aniołowie, są to często osoby, które towarzyszyły nam za życia, lub w poprzednich wcieleniach. Ich zadaniem jest wspieranie nas duchowo przez całe nasze życie. Nie miałaś czasami wrażenia, że coś szepcze ci do ucha, byś nie robiła jakiejś rzeczy? Megi zastanowiła się przez moment. - Rzeczywiście, zdarzało się tak kilka razy – przyznała w końcu. - No widzisz? – Marianna uniosła palec. – To na pewno twój anioł stróż. On nie działa na nas bezpośrednio, nie chwyci cię za rękę, kiedy będziesz chciała ja sobie wsadzić do włączonego miksera. Anioł podpowie ci, albo raczej subtelnie będzie starał się ukierunkować twoje zachowanie. Najczęściej robią to poprzez podpowiedzi w snach, albo w formie uczucia, żeby na przykład czegoś nie robić. Małgorzata zmrużyła oczy. - Twierdzisz, że aniołem może być ktoś bliski z… poprzedniego wcielenia? Wybacz, ale to brzmi jak fragment scenariusza kiepskiego horroru. Marlena nie wyglądała na obrażoną. - Kochanie, zastanów się ile duchów musiałby mieszkać na ziemi, czy w niebie, gdyby miał szansę pojawić się na ziemi tylko raz? Zakłada się, że dusze ma nie tylko człowiek, ale i każde zwierzę. Ile jest samych owadów? Dziennie umiera ich miliardy! Jestem przekonana, zresztą nie tylko ja, że ilość duchów jest ograniczona. Za to mogą one przybierać kolejne wcielenia. Megi z niedowierzaniem patrzyła na Maję. - Widziałam kiedyś taki film w Robinem Williamsem – powiedziała w końcu. – „Między niebem a piekłem”. - Właśnie! – O’Connor klasnęła dłońmi. – Mniej więcej o to chodzi. Rodzimy się, przeżywamy całe nasze życie, umieramy, tracimy cielesną powłokę, potem znowu wracamy… I tak w kółko. - Ale po co to wszystko? - Oh, to bardzo proste. Przy każdym kolejnym życiu mamy możliwość stawać się lepszym. Mamy ponowną szansę wykorzystać dany nam czas. Małgorzata przez chwilę zastanawiała się nad słowami kobiety. - Jakoś trudno mi w to wszystko uwierzyć – wydusiła w końcu. - Potrzebujesz po prostu trochę czasu, by to na spokojnie przemyśleć. - Ale czy ty naprawdę wierzysz w to, że masz swojego anioła opiekuna? Zawsze uważałam to tylko za element religijny. Marianna pokręciła głową. - To prawda skarbie – jej głos był spokojny i opanowany – mam swojego opiekuna, ma na imię John. Megi przez chwilę patrzyła na Majkę, w końcu wybuchła gromkim śmiechem. - I jest pewnie twoim mężem… - zażartowała – albo kimś innym z bliskiej rodziny. - Nie – Majka z poważna miną pokręciła głową. – Mój mąż ma na imię Samuel. I też jest opiekunem… na swój ziemski sposób. Jej słowa brzmiały dla Megi zbyt tajemniczo i niezrozumiale. - Bardzo to wszystko jest fajne, ale nie mam czasu na słuchanie bzdur – skwitowała kwaśno. - Ależ ja wcale nie żartuję. John był moim mężem w poprzednim wcieleniu. Mieszkaliśmy w północnej Szkocji pod koniec piętnastego wieku, w dość zamożnej rodzinie. Ówczesny papież, Innocenty VIII wydał wtedy słynną bulle zwaną Summis desiderates w wyniku, której tysiące czarownic zostało zgładzonych. W Anglii najczęściej je wieszano. Potworne to były czasy. - I do tego byłaś czarownicą? – Zakpiła Megi. Twarz Marianny jednak pozostała niezmieniona. Wskazała Małgorzacie niewielką kanapę, obleczoną kapą w kolorowy patchwork. - Widzę, że musimy porozmawiać… - mruknęła O’Connor, sadowiąc się na brzegu siedziska. – Powiedz mi na początek, czy coś ci się śniło? Megi pokrótce opowiedziała sprzedawczyni swoje wydarzenia z nocy i o wypadku jej przyjaciela. - Być może właśnie twój anioł stróż chciał ci przekazać te informację – skwitowała Maja po chwili zadumy. – Dziwne jest to wszystko, co się dzieje w twoim domu… prawdę mówiąc. - Zgadzam się z tobą. - Wiesz może, kim była ta kobieta na klatce schodowej? - Nie. Ale mieliśmy dzisiaj z Jankiem sprawdzić historię domu. – Megi wzruszyła ramionami. - W takim razie zrobimy inaczej – Maja zatarła dłonie. – Pójdę do twojej kamienicy. Być może wyczuję jakieś wibracje, albo nawet coś zobaczę. Potem możemy razem podjechać do biblioteki i poszperać trochę. Megi bardzo się ucieszyła słysząc tę propozycję. - Musisz tylko zaczekać. Mój sklepik jest otwarty jeszcze przez pół godziny. Potem od razu pójdziemy do ciebie. Tymczasem mogę przyrządzić herbatkę ziołową. - Ale nie będę po niej mieć jakiś wizji? – Zaniepokoiła się Megi. Perlisty śmiech Marianny wypełnił niewielkie pomieszczenie. - Skądże. Zrobię ci zwykłej herbatki miętowej, dobrze? Jesteś tak wrażliwa, że nie potrzebujesz żadnych ziół. Rzadko kiedy można spotkać takie osoby. - Już to dzisiaj słyszałam – pomyślała Megi. Pijąc delikatny napój z wściekle kolorowego kubka, Małgorzata obserwowała kolejnych klientów Marianny. Najpierw przyszły dwie młode dziewczyny, które chciały kupić karty tarota dla koleżanki na urodziny. Potem sklep odwiedziła sędziwa staruszka z prośbą o ziółka na niestrawność. Maja dała jej dwa woreczki w żółtym kolorze. Na końcu przyszedł pewien nastolatek, który potrzebował książkę o Trójkącie Bermudzkim. W końcu tuż przed zamknięciem wpadł mąż Marianny. - Poznaj moją drugą połówkę – O’Connor wskazała wysokiego, barczystego mężczyznę o czarnych kręconych włosach i gęstym zaroście. - Sam – przedstawił się, ściskając ogromną łapą dłoń Małgorzaty. Jego basowy, lecz miękki głos aż wibrował w uszach dziewczyny. - Skarbie, muszę jeszcze skoczyć do domu tej miłej kobietki – powiedziała Marianna, całując czule męża w czoło. Żeby wykonać tę czynność, ona musiała stanąć na palcach, a Samuel pochylić głowę. - A ja? - Możemy iść wszyscy – Megi splotła dłonie na kolanie. - W takim razie, zaraz wychodzimy – zarządziła Marianna. Wyszli przed sklep i poczekali aż Sam ściągnie stalową roletę i założy kłódkę. - Ruszaj się niedźwiedziu! – Powiedziała Marianna do niego miękkim tonem. - Ja nie niewcieć! – Udał oburzenie. – Ja motylek. - Nie umie powiedzieć słowa niedźwiedź – mruknęła do Megi. – Uwielbiam zmuszać go do wymawiana trudnych wyrazów. Sadystka ze mnie. - Nie śmiać się ze mnie please! Ja uczę się dopiero polski. Małgorzata od razu poczuła sympatię do tego zwalistego mężczyzny. - Podobno nasz język jest dość trudny – powiedziała z uśmiechem. - Yes – kiwnął głową. – Najgorsze te wszystkie źiiiśćiiiżżiii… Nieudolnie próbował naśladować typowo polskie litery. Dziewczyny roześmiały się głośno. - No co? – Najeżył się Samuel. – Jak przyjedziesz do Szkocji, wtedy z ciebie się będą nabijali. Rozmawiając o trudnych słówkach, dotarli pod kamienicę Małgorzaty. Gdy mijali rzęsiście oświetloną herbaciarnię Janka, Marianna przystanęła przy witrynie. - No całkiem spory ruch tutaj jest – zauważyła, zerkając przesz wystawę do środka. – Nawet nie wiedziałam, że tu jest sklepik z herbatą. - Bo jest od bardzo niedawna – wtrącił Sam. - A ty skąd wiesz? – Zainteresowała się żona zerkając na jego brodatą twarz. - Ja byłem tutaj. Dwa razy – pochwalił się. - Aha – mruknęła ponownie zaglądając do stylowego wnętrza. Wszystkie stoliki były zajęte, a przy kontuarze stało kilka osób. Młoda dziewczyna, obsługująca klientów, pakowała właśnie kilka paczek herbaty dla przytulonej pary. - Zajrzymy tutaj po wizycie u Megi i napijemy się jakiejś dobrej herbatki. – Zawyrokowała Marianna, podchodząc do drzwi kamienicy. Wszyscy poczekali cierpliwie, aż Małgorzata wyłuska z torby pęk kluczy i włoży odpowiedni do zamka. - Niesamowita kołatka – Stwierdziła Majka, dotykając jej lekko palcami. – Wygląda jak żywa. Nie sądzisz skarbie? Sam bez zainteresowania rzucił okiem na kołatkę. - Brzydka ona – zawyrokował. - Jest brzydka – Poprawiła go machinalnie. – Ale nie zgadzam się z tobą. Na pierwszy rzut oka wygląda rzeczywiście odpychająco, ale popatrz jak dokładnie jest zrobiona. Ile szczegółów! - Może jej wykonawca miał fioła na punkcie drobiazgowości – odparła Megi, otwierając drzwi. - Możliwe. Weszli do ciemnego holu i natychmiast przystanęli zdziwieni. Od strony piwnicy było słychać głosy, należące głownie do mężczyzn. - O tym ci mówiłam. – Szepnęła Megi prowadząc gości bliżej piwnicy. – Tak jest co kilka dni. - Jakby na dole był pub – dodał Samuel pochylając się bliżej miedzianych drzwi. – Niesamowite! Kucnął przy drzwiach, przymknął oczy i skupiony wciągnął powietrze w płuca. - Co on robi? – szepnęła Megi, wskazując palcem na Sama. - Węszy – Marianna wzruszyła ramionami. – Może wyczuje jakiś zapach. Po chwili Samual wstał i wcisnął ręce do kieszeni. Spojrzał an swoją zonę i pokręcił przecząco głową. - A więc raczej nic złego nam nie grozi… Marianna chciała położyć rękę na ozdobnej klamce, lecz Megi w porę chwyciła jej dłoń. - Lepiej uważaj – szepnęła. – Mój przyjaciel w ten sposób został poparzony. - Ach, tak – zreflektowała się Marianna cofając palce. Samuel przystawiał ucho do przeciwległej ściany. - Może to od sąsiada? – zapytał. – Co jest za ścianą? - Niedawno otwarty hotelik – Megi założyła ręce jakby jej było zimno. – Działa dopiero kilka tygodni. - To nie to – wtrąciła Marianna z rozmysłem. – Te głosy naprawdę dochodzą z piwnicy. TEJ piwnicy. Otwórz drzwi. – Powiedziała do Megi. - To może być kiepski pomysł – szepnął Sam, ostrzegawczym tonem. – Nie mamy nic do obrony. - Nie zrobią nam krzywdy – pewny głos Majki zdziwił mężczyznę. – Zresztą dam sobie radę. - Ponieważ? – uniósł brwi. - Skoro Małgośka jest przekonana, że duchy nie chcą jej zrobić krzywdę, a raczej coś przekazać, to ma rację. - Ja niczego nie jestem pewna – zaprzeczyła Megi. – Mam po prostu takie… wrażenie. - To wystarczy – Marianna niecierpliwie machnęła ręką. – W razie czego mam ze sobą amulety. Ochronią nas przed bezpośrednim działaniem ducha. - Ale dla gości ten duch miły nie był – Samuel nie wyglądał na zadowolonego z pomysłu żony. - NIC NAM SIĘ NIE STANIE! – szepnęła z naciskiem. – Gosia otwieraj! Megi wsadziła klucz do zamka i przekręciła go z cichym zgrzytnięciem. Delikatnie pchnęła wrota i spojrzała w dół. Pomieszczenia nie było widać, ponieważ schody były oddzielone ceglaną ścianą. Z piwnicy szedł jednak delikatny poblask od kilkunastu palonych świec. Wyraźny gwar rozmów dobiegający z dołu, rzeczywiście kojarzył się z wypełnionym po brzegi wnętrzem pubu. Rozmowy mężczyzn i kobiet, czasami wybuchy śmiechu, okrzyk barmana (prawdopodobnie w kierunku zaplecza), że zabrakło szklanek – ot, zwyczajna „knajpiana wrzawa”. Do głosów ludzkich, dochodziły jeszcze inne dźwięki - trzask przesuwanych po kamiennej posadzce taboretów, brzęk sztućców, odgłos nalewanego piwa. Zupełnie jak w zwykłej knajpce. - Niesamowite – Marianna była zachwycona. – Nawet zapachy czuć. Istotnie. Do ich nozdrzy dotarła mieszanina aromatów – piwa, wina, przypieczonego boczku i dymu ze świec. - Muszę zobaczyć to wnętrze – mruknęła Marianna i zanim stojąca tuż obok Megi zdążyła ją zatrzymać, kobieta zręcznie zbiegła na dół. Za ich plecami Sam aż sapnął ze złości. Małgorzata puściła się za nią szybkim krokiem. Na końcu procesji znalazł się wściekły Samuel. Wpadli do pierwszego pomieszczenia i zamarli. Ich oczom ukazało się wnętrze piwniczne, jednakże znacznie zmienione. Było urządzone jak typowa knajpka. Tylko, że wszystko wyglądało jakby pochodziło, co najmniej z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych