Spętany smok
Historia o smoku i dwojgu młodych ludzi żyjących w czasach średniowiecznych i toczących zaciętą walkę o wolność...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przeczekał aż odgłosy kroków oddalą się na bezpieczną odległość. Wystawił pomału głowę porośniętą burzą brązowych włosów zza grubej, szkarłatnej zasłony. Nikogo. Wyszedł z prowizorycznej kryjówki z szelmowskim uśmiechem. Prostym gestem zgasił świece na kandelabrze tak, że w korytarzu panował półmrok. Był młodym, prawie wkraczającym już w dorosłość adeptem magii i sztuk czarnoksięskich. Jego nauka trwała już dobre dwa lata codziennie wieczorem, ale on przychodził do czarnoksiężnika kiedy i jak chciał. Nawet o najdziwniejszych porach. Zirytowany nauczyciel przyjmował go, bo jak mawiał: „Każda chwila jest dobra, by wpoić zasady magii w ten swawolny łeb z wielkim potencjałem”. Sarketh nie był leniwy ani głupi. Miał tylko jedną wadę: ponad wszystko cenił sobie wolność. Nic ani nikt nie mógł nałożyć na niego pęta obowiązków, codziennej musztry czy regularnej nauki. Gdy tylko wyczuwał choćby najmniejszy nacisk od razu starał się uwolnić. I zawsze mu się to udawało. Lubił magię, a także starego czarnoksiężnika. Wiedział, że kocha go on jak własnego syna i na wszystko mu pozwala. Z resztą czary były takie zabawne. Wystarczył jeden gest i mógł postawić cały zamek na nogi. Tydzień temu zamienił konia królewskiego doradcy w osiołka. Biedne zwierzę zgłupiało, popędziło na łeb na szyje przed siebie i skutkiem tego złamało nogę. Ledwo umknął z życiem przed pieniącym się z wściekłości marszałkiem. O, a ostatnio sprawił, że zasłony w królewskiej jadalni zapłonęły ślicznym błękitnym płomieniem. Niestety nikt nie docenił jego zdolności pod względem czarodziejskim i artystycznym... Dzisiaj natomiast kotu księżniczki wyrosły różki. Szczerze mówiąc to nie planował tego. Ot, wyszło, zamiast ogona – sprężynki. Musiał widocznie pomylić formułkę. Hmm, między innymi dlatego szukają go w całym zamku. Zamierzał zmienić trochę swój wygląd dla niepoznaki. Najlepiej w jakimś ustronnym miejscu – lochy będą idealne. Cicho pogwizdując szedł przez opustoszały hol. Obrazy królewskich przodków jakby patrzyły na niego z kpiącym uśmieszkiem. Chyba nawet one wiedziały kto stoi za najdziwniejszymi sprawkami w całej fortecy. Dopóki siedzą cicho, nic go to nie obchodzi. Nagle Sarketh poczuł silne uderzenie i śliski materiał szaty na twarzy. - Sarketh, chłopcze, uważaj jak chodzisz. Masz szczęście, że trafiłeś na takiego chudzielca jak ja. Kto inny mógłby cię zmiażdżyć – powiedział czyjś serdeczny głos. Sarketh ze zdumieniem uniósł głowę. Przed nim stał rotmistrz. Był to człowiek tęgi, wysokiej postury o sympatycznej twarzy. Od dziecięcych lat uczył chłopca walki na miecze. Choć były one mniej intrygujące niż magia, Sarketh lubił dawane mu lekcje oraz samego rotmistrza. - No, zmykaj. Pewnie nie powiesz mi, dlaczego księżniczka z furią rwie włosy z głowy? – puścił do niego oczko. Sarketh zrobił dziwną minę a rotmistrz, mijając go w pośpiechu, parsknął śmiechem. Jeśli była to prawda, to lepiej byłoby zniknąć na parę miesięcy. Ale chłopak jak zawsze nie wziął sobie tego zbytnio do serca. Pokonał już kręte schody w dół prowadzące do lochów. Przed nim ukazywały się pierwsze cele. Większość z nich stała pusta, tylko w niektórych znajdowali się złoczyńcy. Wśród kilku miał nawet paru przyjaciół. Ogólnie lochy były strasznie ponurym miejscem. Śmierdziało tu zgnilizną i stęchłym powietrzem, ciemności jak oko wykol. Nic przyjemnego. Jednak były dobre, jeśli chodzi o kryjówki. Zszedł jeszcze dwa poziomy niżej. Tu nikogo już nie trzymano, a przynajmniej tak mu się wydawało. Na wszelki wypadek wszedł do jednej z otwartych cel. Panował straszliwy mrok. Sarketh złączył palce i wymówił cicho zaklęcie. Z połączonych dłoni zaczął wypływać cienki strumyk światła. W końcu było go na tyle dużo, Że ciemności przemieniły się w półmrok. Uformował kulę i przeniósł ją na jedną ze ścian. Odwrócił się i... zamarł z przerażenia. Przed nim stał potwór. Sarketh wrzasnął i dopadł krat. Nie chciały się otworzyć, chociaż pchał ze wszystkich sił. Całe życie i występki stanęły mu przed oczami. Zginie śmiercią straszliwą, a nikt nie znajdzie jego ciała. Wszyscy o nim zapomną. Nikt nie będzie go opłakiwał... Drżał, kurczowo trzymając się prętów. Pragnął z zamkniętymi oczami powitać śmierć. Ale ta jakoś nie nadchodziła. Przełknął ślinę, w myślach pomodlił się do wszystkich znanych bogów i odwrócił powoli się ku bestii. Patrzyła na niego spokojnie, od czasu do czasu mrużąc ślepia. Nie ruszała się. Coś było nie tak. Sarketh oderwał się od krat i nieśmiało zbliżył się do potwora. Zaskoczony brakiem jakiejkolwiek reakcji ze strony monstrum, zrobił dodatkową kulę światła. Tym razem dało się dostrzec, że bestia jest smokiem. Bardzo pięknym smokiem. Szmaragdowe oczy patrzyły na niego czujnie, mieniąc się w półmroku. Z paszczy wystawały małe kły. Łeb miał pokryty rzędami czerwonych łusek, w których odbijało się światło kul. Z boku wyrastały długie, groźne szpikulce, nozdrza delikatnie się unosiły wpuszczając i wypuszczając powietrze. Ale uwagę Sarketha zwróciło co innego. Smok był skuty łańcuchami. Na pysku, szyi i łapach miał ciasne, żelazne obręcze połączone ze ścianą metalowymi ogniwami. Ciężka, więzienna kula nie pozwalała długiemu ogonowi na żaden ruch. To wszystko sprawiało, że smok faktycznie był silnie unieruchomiony. Chłopak podszedł jeszcze bliżej. Lęk już prawie go opuścił, wzrosła natomiast jego ciekawość. Wiedział, że kajdany sprawiają smokowi nieustanny ból. Zdawał sobie sprawę, jak to stworzenie musi cierpieć. Bestia słońca i niebios zniewolona w pod ziemią w nieprzeniknionych ciemnościach. Kto mógł być tak okrutny, wobec tej istoty? Sarketh po raz pierwszy widział smoka. Jak na jego gust był dość duży – opis wyglądu znał z bestiariuszy, jednak co innego rysunek, a co innego żywe zwierzę. Król utrzymywał kontakt z tymi istotami, ale nie pozwalał na ich pobyt w państwie. Choć w królestwie znajdowały się przecież inne niebezpieczne stworzenia, takie jak mantikory bądź bazyliszki. Więc czemu ten smok jest tutaj, skuty potwornie łańcuchem? Sarketh zbliżył rękę i dotknął powoli czerwonych jak krew łusek na pysku smoka. Były gładkie, choć pokryte warstewką brudu. I nagle umysł chłopca zalała fala obcych myśli. Czuł przygnębienie, wielką samotność i tęsknotę za domem, domem w którym był wolny jak wiatr, w którym wzbijając się w niebo czuł się bezpieczny. Gdzie nikt nie mordował i nie pozbawiał wolności... Poczuł też nikłą iskrę nadziei, którą mógł dać mu ten nieznany chłopiec. Ale nadzieja często bywa złudna... Sarketh zabrał szybko rękę. Fala emocji cofnęła się i mógł znowu swobodnie myśleć. Przygnębiło go to, co doświadczył. Żal było mu smoka, ale nie miał pojęcia jak ma mu pomóc. Postanowił nie dotykać więcej bestii. Na razie musiał się stąd jakoś wydostać. Sforsował kraty wszystkimi znanymi zaklęciami. Bez skutku. Chyba zostanie w tej celi na wieki. Wolał już dostać karę za swoje wcześniejsze psoty. No ale nikt mu nie dawał wyboru. Powiesił jeszcze kilka kul światła. Może jakiś zbłąkany strażnik dostrzeże blask i uwolni go stąd. Choć nadzieje były bardzo skąpe. Dopiero teraz dało się zauważyć liczne rany na smoczym ciele. Z wielu sączyła się krew. Obroże wpijały się w łuski, zostawiając liczne wgniecenia. Skrzydła były tak mocno związane, że Sarketh zastanawiał się czy smok kiedykolwiek będzie mógł latać... Chłopak usiadł przy ścianie cały czas wpatrując się w bestię. Jego myśli błądziły po bezkresnej krainie umysłu. Minuty mijały. Godziny zamieniały się w wieki. Po nie mającym końca i wyczerpującym czekaniu na cud, usłyszał cichy ruch. Nadzieja ponownie ożyła. Dopadł krat. - Hej, jestem tu! Uwolnij mnie kimkolwiek jesteś! – wrzasnął. Echo jego wołania rozniosło się po lochach. Trudno byłoby go nie usłyszeć. Jednak kroki ucichły. Miał ochotę szaleć z wściekłości. Nadzieja umarła. I gdy wyobrażał sobie już własną śmierć – powolną i samotną, odgłosy przybrały na sile, jakby były tuż obok. Za kratami pojawiła się niewysoka postać w płaszczu, z naciągniętym na twarz kapturem. - Proszę, uwo... – nie skończył, patrząc w całkowitym osłupieniu. Bowiem jego wybawiciel zsunął kaptur i ku jego zaskoczeniu ukazała się piękna twarz okolona złotymi lokami z małym diademem na głowie. Błękitne oczy podniosły na niego wzrok w niemniejszym zdumieniu. - Księżniczko...! – wykrztusił. Księżniczka podniosła wzrok z niego na smoka i w mig pojęła całą sytuację. Zaśmiała się. Po raz pierwszy usłyszał jej śmiech. A był to śmiech cudowny niczym milion maleńkich dzwoneczków, srebrzysty i piękny niczym górski strumień. Ale mimo wszystko śmiała się z niego, a jemu to bynajmniej nie pasowało. Popatrzył w niemym oburzeniu na smoka. Ale bestia nie zwracała już najmniejszej uwagi. W jej oczach kryło się uwielbienie dla tej złotowłosej istoty o niebiańskim głosie. Prychnął z niesmakiem. Dobrze tak jej kotu. W końcu księżniczka skończyła się śmiać. Popatrzyła figlarnie na Sarketha i powiedziała: - Proszę, proszę, kogo my tu mamy... Ryonai, przedstawiam ci Sarketha, księcia dowcipu – zwróciła się do smoka. - Skąd wiesz, jak ma na imię? – zapytał zdumiony zapominając o zniewadze i dobrych manierach. Ukłoniła się kpiąco. - Sir Sarkecie, Ryonai powiedział mi jak ma na imię. Przesadzała. Tak, gadała ze smokiem, a on może jest żabą? - Uroczo wyglądasz jak się gniewasz – powiedziała mimochodem patrząc na zmierzwione włosy i nienajczystszą koszulę. Posłał jej spojrzenie, które miało ją zabić. - Kpij sobie księżniczko, ale jeśli tego nie zauważyłaś, on cierpi – wskazał na smoka. Natychmiast spoważniała. - Wiem o tym, Sarkecie, ale nie mogę mu pomóc – powiedziała szeptem, odwracając wzrok. Może bestii nie, ale jemu na pewno! - Otworzysz kraty, księżniczko? – spytał cicho. - Usuniesz mojemu kotu rogi? - Tak, zrobię to – przyrzekł z westchnieniem. Popchnęła kraty ręką. Natychmiast się otworzyły. - Otwierają się tylko w jedną stronę – wyjaśniła. Wyszedł z niewysłowioną ulgą. Co za szczęście być wolnym! - Proszę, potrzymaj je na chwilę, chciałabym wejść. To nie potrwa długo. Podeszła do smoka. Chwilę coś szeptała, później objęła wielką smoczą szyję, przytulając się do jego łba. Był ciekaw czy też czuje smocze myśli. Podniosła się i zaczęła oglądać rany. Sprawdziła też obroże, jednak były tak ciasno założone, że nic nie było w stanie ich ruszyć. Wychodząc, widział w jej oczach łzy. Niemniej jednak opanowała się szybko. - Czemu mnie nie zamknąłeś? – spytała. Zdziwił się. - Czemu miałbym to robić? Mam swoją godność. Przytaknęła, lecz nic nie powiedziała. Przez chwilę szli w milczeniu, lecz Sarketha ciągle niepokoiły niedawno doznane przeżycia. - Czemu powiedziałaś księżniczko, że nie możesz mu pomóc? – spytał. Popatrzyła na niego smutno swoimi oczami koloru nieba. - Jak, Sarkecie? Nie potrafię władać magią, ani sprawić by obroże się otworzyły. Z resztą jestem sama. To niewykonalne. W Sarkecie aż zakipiało z oburzenia. - Pozwolisz, aby po prostu tak cierpiał?! Przychodzisz do niego, mamisz go czułymi słówkami, dajesz mu nadzieję, wiedząc że pewnego dnia umrze? To chore, księżniczko! –wykrzyknął. - Uspokój się, Sarkecie – powiedziała marszcząc brwi. - Tak, każesz mi się uspokoić, gdy w tym czasie każda chwila jest dla tego smoka męką – wysyczał. - Więc pomożesz mi? – zapytała spokojnie. Zatrzymał się zaskoczony. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. - A mam wybór? - odburknął – Przez ciebie nie możemy zawieść jego nadziei. Uśmiechnęła się. - Dziękuję. Powiem ci wszystko, czego ostatnio się dowiedziałam. Okazało się, że przyszła już tu po raz piąty.(No ładnie, pomyślał ponuro. Baby nigdy nie myślą co potem. Biedny smok już się do niej z pewnością przywiązał.) Bestię pilnowali od czasu do czasu strażnicy, sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Najczęściej bywali rano i wieczorem. W południe przychodził nieznany mag i zajmował się Ryonai. Karmił go wkłuwając za pomocą magii pokarm do żył – księżniczka wiedziała nawet w którym miejscu. Mag sprawdza zawsze czy łańcuchy mocno trzymają, poprawia magiczne bariery. Wynosi też w małym flakoniku smoczą krew. Niestety, nie dowiedziała się jeszcze do jakich celów. Kiedy się rozstali, chłopak przemyślał wszystko raz jeszcze. Nie chciał kwestionować prawdomówności księżniczki, ale jak na pięć razy uzbierała dużo informacji. Aż za dużo. Czuł, że księżniczka przemilczała kilka spraw. Ale to już jej sprawa czy zechce się nimi z nim podzielić czy nie. Stanęła mu przed oczami zatroskana twarz księżniczki. Rozmawiał z nią po raz pierwszy od czasów dzieciństwa. Zmieniła się – poważniejsza i dojrzalsza z godnością dzierżyła posadę księżniczki. Pamiętał doskonale ich wspólne zabawy i psoty. Księżniczka wprost ubóstwiała jego towarzystwo. Z resztą on też za nią przepadał. Była świetnym kompanem i jako jedyna z dziewczyn nie brzydziła się ropuch. Ale pewnego dnia, gdy mieli po jedenaście wiosen, księżniczka została porwana. Królestwo pogrążyło się w żałobie. Przed oczami pojawił mu się widok wyruszających na poszukiwania rycerzy w lśniących zbrojach, tak, jakby to było wczoraj. Znaleźli księżniczkę, wychudzoną i przerażoną, po paru dniach. I choć wszyscy świętowali, cała sprawa owiana była tajemnicą. Od tamtej pory księżniczka stała się milcząca i smutna. Nie bawiły ją już jego dowcipy. Z dnia nadziej coraz rzadziej się widywali... Królewska rodzina bardzo go lubiła. Rozjaśniał ich komnaty swoim dowcipem i humorem. Jednak gdy czasami się zagalopował, zdarzało się, że dostawał w skórę od samego króla. Choć to „królewskie” lanie bolało tak samo co zwykłe. A swoją drogą ciekaw był, czemu księżniczka nie wyszła jeszcze za mąż. Była mniej więcej w jego wieku a przede wszystkim była piękna. On sam nie miał specjalnej ochoty się ustatkować. Więzy miłości są więzami, jakby na to nie patrzeć. Nie pojawiła się jeszcze taka, która potrafiłaby mu je nałożyć. Wiedział, że król i królowa łączyli go w myślach ze swoją córką. Kilkakrotnie nawet o tym napomykali, powodując rumieńce na twarzy księżniczki, ale jego to niewiele obchodziło. Tak jak zresztą i dziś.
* * * Od tamtego pamiętnego wydarzenia w lochach wiele się nie zmieniło. Jedynie Sarketh jakby z mniejszą uwagą brał udział w codziennym życiu na zamku. Całe dnie spędzał w swej komnacie studiując różnorakie bestiariusze oraz księgi magii. Zjawiał się też prawie regularnie na nauki, wprawiając w zdumienie starego czarnoksiężnika. Zapuszczał się w odległe poziomy biblioteki w poszukiwaniu dzieł traktujących o smokach. Poznawał coraz to nowsze zaklęcia wyzwalające i uzdrawiające. Informacji o smokach było bardzo mało, ale niepokojącą rzeczą były powtarzające się ustępy o drapieżnictwie i ludobójstwie. Sarketh powoli popadał w zwątpienie. A co jeśli uwolnią smoka po to, by w jednej chwili skończyć w jego paszczy? Gdyby wtedy w lochach nie poczuł myśli smoka, dawno rzuciłby to wszystko w diabły. Pewnego dnia zszedł ponownie do celi Ryonai. Chciał przetestować parę zaklęć. Gdy już się zbliżał, do jego uszu doszła cicha melodia. Smutna, tęskna, przeszywająca na wskroś serce. Sarketh słuchał oczarowany. Nigdy w życiu nie słyszał czegoś piękniejszego... Podszedł cicho jeszcze bliżej i ujrzał księżniczkę. Siedziała na posadzce, otulona czarnym płaszczem. Przyglądając się smutno smokowi, śpiewała. W końcu pieśń dobiegła końca. Sarketh podszedł do niej. - Księżniczko, to było piękne. W jakim języku śpiewałaś? - W języku Ryonai – odpowiedziała, a w jej głosie znów dźwięczał smutek. - Znasz smoczy język? – zapytał. - Tylko słowa zawarte w pieśni. Znajdują się one w manuskrypcie wiszącym w mojej komnacie. Opowiadają o wolności, tęsknocie i smoczych dziejach. Miałam nadzieję, że spodoba się Ryonai. Pokiwał głową, w milczeniu patrząc na drapieżną, a zarazem pełną łagodności bestię. - Chciałbym wypróbować kilka zaklęć. - To nie jest najlepszy pomysł. Mag codziennie sprawdza łańcuchy – powiedziała spokojnie. - Więc co powinniśmy według ciebie zrobić, księżniczko? – spytał ze złością. - Musimy poczekać na lepszy moment. Coraz bardziej denerwowała go jej bezradność i wieczny spokój. Umiała powiedzieć, co jest złe, ale nic poza tym. Gdyby nie była księżniczka, już dawno powiedziałby jej, żeby się wynosiła. Nieustannie przekonywała go, że to wszystko nie ma sensu. O dziwo, był takim jej zachowaniem coraz bardziej zmotywowany. Teraz przede wszystkim chciał jej pokazać, że mu się uda, bez względu na to co ona myśli. Księżniczka patrzyła za odchodzącym Sarkethem. Westchnęła a żal ścisnął jej serce. Tak bardzo nienawidziła udawać przed nim głupią i bezsilną. Pragnęła pokazać mu, że nie jest bezużyteczna, że myli się w stosunku do niej. Od dawna miała ułożony plan ucieczki. Ale co z tego, jeśli nie mogła go ujawnić Sarkethowi. Przez jego głupi upór i obsesję na punkcie niezależności, on sam musi na wszystko wpaść. Znała dobrze jego naturę i wiedziała jak bardzo ceni sobie oba te przymioty. Gdyby kazała mu wszystko robić pod jej dyktando, szybko by od niej uciekł. Jej postawa motywowała Sarketha i dawała mu złudzenie wyboru, a także wolności. Tylko w ten sposób mógł się zgodzić. Bez niego nie dałaby rady. Czekała na tę pomoc od roku – zdawała sobie sprawę, że musi poświęcić swoją dumę. Choć nie było to łatwe. Wychowana w królestwie dobrze znała świat pełen tajemnic, zdrady i manipulacji. Nauka nie poszła w las. Ostatnio Sarketh sprawiał wrażenie wystraszonego. Spytał się, czy to na pewno dobry pomysł, w końcu to smok. Z przekonaniem potaknęła. Wiedziała, że Ryonai nie uczyni im krzywdy. Smoki są inne niż ludzie. Choć nigdy o tym nie wspominali, księżniczka domyślała się jaką minę musiał mieć Sarketh, gdy zobaczył, że w celi jest smok! Uśmiechnęła się w duchu. Ludzie źle postrzegają smoki, choć tak naprawdę wcale ich nie znają...
* * *
Sarketh powoli układał plan. Nie mogło być w nim żadnych potknięć czy błędów, ważny był każdy szczegół. Na szali losu kładł życie trzech istot. Jego, księżniczki i smoka. Jeśli chciał uwolnić bestię, potrzebował pustego zamku – nawet na chwilę. Aby tak się stało musi wydarzyć się coś wstrząsającego. Król zwoła wtedy cały dwór w poszukiwaniu winowajcy. Zrobi to w sali tronowej, a jeśli dopisze pogoda – na dziedzińcu. Wtedy twierdza będzie jego. Takim zdarzeniem może być zamach na życie księżniczki. Oczywiście nieudany. Tak, to będzie świetny pretekst. A on w tym czasie złamie magiczne bariery, uwolni Ryonai z łańcuchów i opuści wraz z nim zamek. Sarketh miał tylko nadzieję, że bestia nie jest zbyt osłabiona bezruchem. Na wszelki wypadek nauczył się kilku zaklęć uzdrawiających, ale nie był pewien, czy zadziałają na tak skomplikowanej budowy istotę jaką jest smok. Nie wiedział tylko do czego mag potrzebuje flakonika ze smoczą krwią – miał nadzieję, że nie pozostanie to długo tajemnicą. Księżniczka nie doceniała wcześniej sprytu i inteligencji Sarketha. Plan był dość dobry, o ile chłopak faktycznie spudłuje strzelając z łuku. Teraz tylko należało wprowadzić to w czyn. Było wczesne popołudnie. Marmurowe ściany holu połyskiwały w promieniach słońca wpadającego przez wąskie okna. Księżniczka stała przy schodach rozmawiając z ojcem. Znajdujący się nieopodal Sarketh, stojący przy jednej balustrad, powoli napiął cięciwę. Był dobrym strzelcem. Wiedział, że strzała doleci do celu. A mimo to bał się. Odgarnął niespokojnie kosmyk włosów z czoła. - Niech żyje wolność – wyszeptał i wypuścił ze świstem strzałę. Przemknęła tuż obok księżniczki, odbiła się od marmurowych ścian i legła nieruchomo na posadzce –groźna i złowieszcza. Księżniczka pisnęła, a król natychmiast zaczął rozglądać się w poszukiwaniu sprawcy. Sarketh złączył i przelał cząstkę mocy na łuk, tworząc srebrną spinkę na włosy. Zostawił ją na jednej z licznych skrzyń zdobiących przyległy korytarz i ukrył się w jednej ze swoich kryjówek. Przez co najmniej dwadzieścia minut w zamku wybuchnie trwoga i panika. Przez ten czas spokojnie wszystko przemyśli. Tak jak przypuszczał, król zwołał naradę w sali tronowej. Zebrali się wszyscy. Czas działać. Przechodząc przez hol zwrócił jego uwagę portret młodej dziewczyny. Była to prababka księżniczki, wyglądająca prawie tak samo jak ona. Na jej twarzy widniał smutny uśmiech. Coś tknęło go niepokojącego, lecz nie wiedział co by to mogło być. Zszedł od lochów. Wydawały mu się bardziej puste i milczące niż przedtem. Smok jakby na niego czekał. Patrzył ufnie w niemym oczekiwaniu. Sarketh zabrał się do wymówienia inkantacji. Nagle jego wzrok przyciągnął łańcuch odchodzący od obroży na smoczym pysku. Na każdym ogniwie wyryta była jedna litera. I dopiero wtedy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. To była dalsza część pieśni, którą śpiewała smokowi księżniczka! Był pewny, że całość tworzy klucz od wolności. Jednakże stojąc cały czas za kratami, nie dostrzegał wyraźnie liter. Księżniczka musiała jednak mieć jakiś sposób, żeby wchodzić do celi. I tym sposobem była pierwsza połowa pieśni. Przeczytał dawno w starym rękopisie, że smoczy język działa jak magia. I że istnieje pieśń, która: „otwiera i uwalnia, a w całości jest moc”. Sarketh musiał zdobyć manuskrypt z komnaty księżniczki. Zwykła magia nic tu nie pomoże! Pokonał szybko kręte chody. Wiedział, gdzie jest alkowa księżniczki, choć ani razu nie był w jej wnętrzu. Na jego szczęście mahoniowe drzwi nie były zamknięte. Rozwarł je i jego oczom ukazała się wielka komnata. Naprzeciwko stało łoże z baldachimem, podłogę wyścielały perskie dywany. W powietrzu unosiła się subtelna woń kadzideł. Na jednej ze ścian wisiał nieduży rękopis oprawiony złotą ramą. Pierwsza litera układała się w wizerunek szkarłatnego smoka. Dolny róg karty był urwany. Sarketh domyślał się, że było na niej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Yoa
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…