Wróć do katalogu

Śpiący Królewicz

Bajka dla dorosłych. Bo co by nie mówić, czasem potrzebne są bajki...

pępek, opublikowano , 23 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Tego dnia wiatr zerwał się z niebiańskiego łańcucha zupełnie niespodziewanie. Złota polska jesień, która wydawała się już tylko mitem, językowym przyzwyczajeniem powtarzanym co roku o tej porze, stała się rzeczywistością i przez cały czas można było w parku spotkać zakochane pary, staruszki karmiące kaczki, pogrążonych w melancholii studentów, rozwydrzonych licealistów, zbierających na wino punków oraz oczywiście pracowników Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej grabiących liście, które i tak następnego dnia miały znaleźć się na ziemi. Taki jest już porządek rzeczy. Ludzie mają w zwyczaju grabić liście, a zwyczajem liści jest spadać na ziemię. Październikowe słońce sprawiedliwie obdarzało wszystkich swoimi promieniami i nawet kaczki wyglądały na zadowolone. Może po prostu dlatego, że dostały dziś nadprogramową porcję okruszków. Kiedy Adam po piętnastej znalazł się w parku, nie mógł się nadziwić otaczającemu go widokowi, wszystko było spokojne i pogodne, tylko on sam nie pasował sobie do tego sielankowego klimatu. Jak zawsze na jesieni ogarniała go chandra, niewiara w siebie i otępienie. W dodatku powieka zaczynała mu niebezpiecznie drżeć. „Brak magnezu” – pomyślał racjonalnie i powziął niewykonalną decyzję o odstawieniu kawy na czas bliżej nieokreślony. Wolnym krokiem szedł wśród żółci, pomarańczu i czerwieni w swej idiotycznie zielonej kurtce. Ilekroć wychodził z mieszkania, nie mógł przypomnieć sobie, jaka diabelska siła podkusiła go do kupna tego cudacznego odzienia. Wprawdzie była bardzo ciepła, ale to było jej jedyną zaletą. Jej monstrualnie szerokie rękawy i wściekle zielony kolor wywoływały w najlepszym wypadku pobłażliwy uśmiech na twarzy mijających, a w ciągu ostatnich sześciu tygodni przynajmniej dwadzieścia razy został nazwany „żabcią” przez swoją nadopiekuńczą i nazbyt ciekawską sąsiadkę z góry, panią Wandzię. Był piątek i nigdzie mu się nie spieszyło, kolejny paskudny dzień w pracy dobiegł końca, a w domu nikt na niego nie czekał z obiadem, więc dotarłszy do stawu przysiadł na ławce i zaczął wpatrywać się w oddaloną o parę metrów kaczkę. Niezbyt przejęła się zyskanym towarzystwem, człowiek nie miał najwyraźniej zamiaru obdarzyć ją chlebem, więc ze stoickim spokojem powróciła do czyszczenia piór. Ze smutkiem zaczął rozpamiętywać dzisiejszy dzień, który równie dobrze mógł zdarzyć się tydzień temu, tak były do siebie podobne. Nie cierpiał swojej pracy, stanowisko magazyniera w supermarkecie nie należało to specjalnie zajmujących. Nie mógł już wytrzymać tych dni świstaka, które różniły się od siebie jedynie napisami na przestawianych pudłach. Wiedział, że musi coś wreszcie zmienić. W swoim życiu, nastawieniu, ale z każdym rokiem miał coraz mniej sił do czegokolwiek. Nie potrafił zmienić nawet znienawidzonej kurtki, a co dopiero mówić o pracy. Miał: 32 lata, małą kawalerkę w bloku, kolekcję winylowych płyt Beatelsów, prawie puste konto w banku, odkryty dziś pierwszy siwy włos oraz małą wynędzniałą paprotkę na parapecie. Nie miał: żony, dzieci, samochodu, nadziei na jego posiadanie (bo prawa jazdy też nie miał), gramofonu, pelargonii, która nie była tak uparta jak paprotka i nie wytrzymała ciągłego niepodlewania, więdnąc w zeszłym miesiącu. Kwiaty były prezentem od pani Wandzi, która chciała nadać jego mieszkaniu nieco „domowych” akcentów. Zawsze kiedy spotykał staruszkę na korytarzu, przypominał sobie o roślinkach i dopadały go wyrzuty sumienia z powodu pelargonii. Siedząc na ławce po raz kolejny doszedł do wniosku, że jego nędzne życie jest pozbawione sensu i kiedy tak rozczulał się nad sobą, nie zauważył tego, co wszyscy inni powitali z rosnącym niepokojem. W ciągu kilkunastu minut blady błękit nieba został zasłonięty szczelną zasłoną szarych chmur. Świat na chwilę przygasł i zamarł w oczekiwaniu. Nieproszony gość niebawem zjawił się w parku, przyprawiając o drżenie ocalałe na drzewach liście, odrywając je od gałęzi i zapraszając wraz z innymi do szaleńczego tańca. Wiatr przybierał na sile, przerażone białe ptaki reklamówek przytuliły się do drzew, a Adam, który zaczął właśnie odtwarzać w pamięci wszystkie życiowe porażki, nadal nieobecny siedział na swojej ławce. Dopiero gdy ciężkie krople deszczu zaczęły rzęsiście spadać na ziemię, ocknął się z zamyślenia i równie gwałtownie jak wcześniej wiatr oderwał się od siedzenia i pobiegł na pobliski przystanek autobusowy w poszukiwaniu schronienia. Projektant jego kurtki wprawdzie zaopatrzył ją w specjalną kieszonkę na telefon komórkowy i breloczek na klucze, zapomniał jednak o kapturze. Może Adam wzorem romantycznych poetów powinien zostać nad stawem, pozwalając kroplom deszczu mieszać się ze łzami, po czym skoczyć w wodę, kończąc żywot zagryziony przez karpie, jednak uznał, że jest w wystarczająco podłym nastroju, by być dodatkowo mokrym. Przytomnie sprawdził godzinę odjazdu ósemki, jedynego autobusu, jakim mógł dojechać i usiadł na żółtym plastikowym i niewygodnym krzesełku. Zapowiadało się co najmniej półgodzinne czekanie, ale w tej chwili było mu doprawdy wszystko jedno. Kiedy miał już ponownie zatopić się w ponurych odmętach swojej melancholii, na przystanek nagle wtargnął olbrzymi owczarek niemiecki, energicznie otrząsnął się z wody i w jednej chwili podbiegł do Adama zarzucając mu na ramiona masywne łapy. Mężczyzna przerażony patrzył na psa, bojąc się wykonać najmniejszy ruch, a pies zaczął w najlepsze oblizywać mu twarz. Prawdopodobnie Adam siedziałby tak dopóki pies, nie znudziłby się jego osobą, co zważając na to z jakim zapałem go lizał, mogło nie nastąpić zbyt szybko, gdyby na przystanku nie zjawiła się na wskroś przemoknięta dziewczyna. Natychmiast oderwała psa od skamieniałego i zdumionego całą sytuacją mężczyzny. - Proszę się nie bać. Kira jest łagodna jak baranek, tylko uparta jak baran i nie mogłam jej dziś namówić do smyczy – powiedziała przepraszająco, nerwowo odgarniając mokre strąki blond włosów z twarzy. Adam wzruszył ramionami i przybrał pozę pt.: „Wcale, a wcale się nie bałem, że to bydlę odgryzie mi głowę”. Dziewczyna usiadła, a łagodny potwór zwany Kirą obok niej. Adam mimo zapewnień właścicielki, nadal czuł się odrobinę niepewnie i był przekonany, że pies tylko czeka na to, by go ponownie posmakować. Nagłe wtargnięcie przemoczonej pary wytrąciło go z równowagi. Czyjaś obecność zawsze rozprasza, wpływa na nasze zachowanie i nie mógł już myśleć o niczym innym poza swoją nieszczęsną kurtką. Jakby czytając w jego myślach dziewczyna nagle przemówiła: - Fajna kurtka. - Jasne – odpowiedział zdawkowo, dając dosyć jasno do zrozumienia, że nie jest w nastroju na pogawędkę, a już na pewno nie w tym stylu. Wydawało się, że dała za wygraną i nie będzie już więcej ingerować w jego przestrzeń, samo jej przebywanie obok wystarczająco go denerwowało, ale dziewczyna najwyraźniej nie należała to typu spokojnych i małomównych, bo po chwili znowu powiedziała: - Kiedy ja naprawdę myślę, że to fajna kurtka. Tego już dla Adama było za wiele. Kim ona jest, żeby tak do niego mówić. Zlustrował nieproszoną towarzyszkę od stóp do głów. Psa nie musiał oglądać, przyjrzał mu się dokładnie podczas namiętnego sam na sam parę minut wcześniej. Była niewysoka, drobna, wręcz filigranowa i Adam miał wrażenie, że Kira gdyby chciała mogłaby chwycić swoją panią w zęby, zanieść do parku i zakopać bez najmniejszych trudności. Nie mógł dokładnie ocenić jej wieku, ale kiedy tak z podkurczonymi nogami siedziała na krzesełku, wyglądała na zaledwie piętnaście. Postanowił nie reagować na jej szczeniackie zaczepki i zaczął namiętnie przyglądać się czubkom swych czarnych butów. Zaczęło się powoli ściemniać, wiatr przeraźliwie hulał po ulicach i nie mógł już doczekać się przyjazdu autobusu. Choć czekali wspólnie dopiero od paru minut, zadawało mu się, że minęły wieki odkąd przybiegła na przystanek i choć wcześniej postanowił nie zwracać na nią najmniejszej uwagi, ponownie zaczął przyglądać się dziewczynie. Dopiero teraz zauważył, ze jest ubrana zaledwie w kompletnie przemoczony sweter i usilnie stara się powstrzymać drżenie, kurczowo zaciskając pięści. Ze wstydem pojął, że jej uwagi, mogły nie być całkiem bezinteresowne. Przemógł w sobie przemożne pragnienie zachowania w każdej sytuacji dystansu, zdjął kurtkę i podał zziębniętej dziewczynie. - Niech pani założy. - Nie, dziękuje – gwałtownie odmówiła, ale widząc stale wyciągniętą rękę, wzięła ja od Adama i ostrożnie, jakby była z drogocennego materiału, nie zaś ze zwykłego poliestru, ubrała. - Teraz panu będzie zimno. Postąpił pan jak prawdziwy dżentelmen. Adam jakby chcąc zaprzeczyć tym słowom, natychmiast skurczył się w sobie. - Mam jeszcze golf. Poza tym szczerze mówiąc nie bardzo za nią przepadam i wyświadczyła mi pani przysługę zabierając ją ode mnie choć na chwilę. Dziewczyna roześmiała się, pokazując kompletne uzębienie, którym nie powstydziłby się najlepszy dentysta. - Zauważyłam. Ale ja naprawdę myślę, że to fajna kurtka – odparła wesoło. Chcąc jak najszybciej skończyć temat swojego przyodziewku, mimo, iż on sam go przed chwilą poruszył, powiedział zagadkowo: - To raczej pani jest damą. - A skąd pan tak wnioskuje? – spytała zaciekawiona, widząc jego szelmowską minę. - Tylko dama wychodzi tak lekko odziana w taką pogodę – powiedział w iście elegancki i staroświecki sposób. Wiatr najwyraźniej zrozumiał jego słowa i dla zaprezentowania wszystkich swoich możliwości przybrał na sile, wprawiając w przerażenie psa, który najwyraźniej był równie tchórzliwy, co wielki. - Kiedy wychodziłam, na dworze było prześlicznie. Poza tym to miał być krótki spacer, ale Kira koniecznie chciała iść do parku. - Nie dziwię jej się, też lubię park, może niekoniecznie w tej chwili, ale lubię. - Gdyby była wiosna, można by pójść do parku i położyć się na trawie – powiedziała rozmarzona, ale po chwili mina jej zrzedła i dodała – albo lepiej nie. Psy zostawiają ślady. - Ślady? – zdziwił się. - No, te, no, nieczystości. Lepiej pójść do lasu. - Eee, też niedobrze. W lesie to wiewiórki zostawiają. - Ależ skąd! – roześmiała się. – Wiewiórki to po drzewach. My myślimy, że to budki dla ptaków, a to wiewiórcze toalety. Adam sam nie wiedział, czemu tak żywiołowo rozmawiał z tą śmieszną dziewczyna. Od dawna nie rozmawiał z nikim tak swobodnie. W pracy miał opinię mruka, zresztą całkowicie uzasadnioną. Pamiętał, że nie zawsze tak było, że były czasy, kiedy wstawał rano i po kilku zaledwie leniwych, na poły niedźwiedzich mruknięciach w ciepłą i wygniecioną przez noc poduszkę, przeciągał się, wstawał i z dziwnym, jak mu się teraz wydawało, entuzjazmem rozpoczynał dzień. Wstawał jak najwcześniej, a kładł się jak najpóźniej. Dopóki jeszcze miał siły utrzymać się na nogach, nie chciał spać, a nawet gdy się położył natłok myśli, planów, marzeń, rozsadzał mu głowę. Z wysiłkiem zmuszał się do zamknięcia oczu, żeby chociaż one w czasie tych krótkich nocy odpoczęły i nie zasypiając, marzył. Tak wyglądały te najlepsze okresy, nigdy nie trwały zbyt długo, co najwyżej miesiąc, dwa, ale potem też nie było źle. Nie było po prostu tego życia w wiecznym natchnieniu, kiedy to czas jest tak pełny i przejmujący w każdej chwili, a jednocześnie zdaje się go być tak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych