Spirala
Mój mózg przeszywają dreszcze jak przy ziewnięciu, lecz są tak intensywne jakbym pierdnął głową.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czerwonozłoty myśliwiec pędzi przed siebie na maksymalnym ciągu przemierzając rozgwieżdżoną kosmiczna próżnię. Laserowe działa bez wytchnienia plują błękitnymi wiązkami w nadciągające z przeciwka bojowe jednostki wrogiej floty. Efektowne eksplozje rozjaśniają ekran, a ja przebijam się przez kolejne kłęby dymu. Już nadciąga kolejna fala przeważających sił wroga, nie daje im rady, uciekam w lewo, na sam dół ekranu. Wtedy z boku wyłania się samobójczy myśliwiec, bez cienia wahania taranuje mnie dziobem, giniemy obaj. Zaczynam grę od nowa. Czerwony myśliwiec, zdobiony na skrzydłach złotymi pasami, leci przed siebie, w górę ekranu, pod nim roi się od odległych gwiazd. Błękitne bestie, niosące zniszczenie, wbijają pazury w poszycie okrętów mojego wroga, rozrywają je na strzępy. Zostawiam za sobą malownicze eksplozje, kule dymu i kolejne wraki. Oto dostrzegam jak przede mną wyłania się, zza krawędzi ekranu, jeszcze potężniejszy kontratak. Piloci wroga zaciekle bombardują moje osłony, nie jestem w stanie opierać się tej miażdżącej przewadze. Muszę uciekać. W dolny lewy róg ekranu, tam zdaje się być bezpiecznie. I nagle, znienacka wpada na mnie myśliwiec-kamikadze, musiał się tam czaić na mnie już od jakiegoś czasu, tam w lewym dolnym rogu ekranu. Giniemy. Wstałem od komputera z lekkim bólem głowy. To pewne jak dwa plus dwa jest cztery, jak cztery plus cztery jest osiem. Czuję jak po mózgu przechodzą mi dreszcze, jakby ktoś położył mi na nim topniejącą kostkę lodu. Przykładam do ucha słuchawkę telefonu, muszę wykonać bardzo ważną rozmowę. PIK-PIK-PIK-PIK-PIK-PIK-PIK – ostry drażniący dźwięk molestuje moje uszy za każdym naciśnięciem ocyfrowanego guzika. A potem odpowiada mi jednostajne: Iiii Iiii Iiii Iiii Iiii Iiii – jak śliski klocek piłowany tępym brzeszczotem. Zajęte. Będę musiał spróbować jeszcze raz za chwilę. Teraz muszę się ubrać. Na dworze jest zimno więc zakładam kalesony, niestety nie potrafię odnaleźć skarpetek. Zaglądam do szuflady , do kosza z brudna bielizną i za łóżko lecz nigdzie ich nie ma, nawet śmierdzącej pary z dziurą na pięcie którą w ostateczności też bym mógł założyć. Zaglądam do pralki, wyrzucam wszystko ze środka i przekopuję dokładnie. Bez rezultatu. Zrezygnowany wracam do swojego pokoju gdzie na podłodze zwinięte w kulkę leżą czyściutkie czarne skarpety. Musiały spaść kiedy brałem kalesony. Naciągam je na stopy i transformuje kalesony w rajtuzy, na to ulubione spodnie upstrzone licznymi łatami. Biała koszula z odpiętym pierwszym i ostatnim guzikiem ląduje na czarnej bluzce z żółtawymi pasami pod którą już grzeją mnie trzy t-shirty. PIK-PIK-PIK-PIK-PIK-PIK-PIK – znów wystukuję numer ze słuchawką przystawioną do ucha, a każde piknięcie jest dla mnie jak gwałt. Iiii Iiii Iiii Iiii Iiii Iiii – nadal zajęte informuje mnie wycie samotnego kundla. Siadam na podłodze przedpokoju by zawiązać buty. Nie szarpałem mocno mimo to trzymam w dłoni oderwaną sznurówkę. Nie mam innych więc łączę ze sobą dwa końce niezgrabnym supłem. Zakładam kurtkę na plecy, czapkę na głowę, szalik na szyję, rękawiczki na dłonie, wychodzę z domu i brzęcząc kluczami zatrzaskuję zamki. Na dworze jest parno, liczne kałuże przypominają o niedawno spadłym deszczu. Muszę się dostać do centrum miasta, a że nie mieszkam specjalnie daleko idę na piechotę. Wąski krawężnik wije się wzdłuż szerokiej ulicy, pędzący samochód wpada w głęboka kałużę i zostaję nią zbrukany. Wracam do domu, poirytowany nieco, by zmienić ubranie. Nie mam już za wiele czasu więc biorę pierwsze co mi wpadło pod rękę. Przez całe to zamieszanie zostało mi niewiele czasu więc, choć niechętnie, wskoczyłem do autobusu. Z kilku wolnych miejsc wybrałem to na samym końcu. Nie spodziewałem się, że będzie wygodne i nie było. Za mało miejsca na nogi, wyprofilowane siedzisko już po kilkunastu sekundach uwiera w tyłek swojego pasażera. Na następnym przystanku wsiadają dwie starsze kobiety. Jedna siada tuz przede mną a druga staje obok mnie. Staram się ich nie zauważać, wpatruje się w okno jakbym widział za nim coś niezwykle fascynującego. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ta stara klępa chce usiąść na moim miejscu. - Ta dzisiejsza młodzież – otwiera swoją paszczę ta okropna starucha stojąca obok. – Za grosz dobrego wychowania... Oni sobie siedzą, a starsi muszą stać. No doprawdy... - Taaak, taak – zapiszczała ta siedząca przede mną. – Kiedyś rodzice uczyli szacunku dla dorosłych a teraz... Teraz to im tylko zawadzamy, tylko czekają aż poumieramy i znikniemy im z oczu – gdakała jak kwoka. - Wszystko to gówniarze – wytaczała ciężkie działa szykując się do ostatecznego ataku. – Tylko włóczą się pijani po mieście. I jak oni wyglądają, brudni, niedomyci... - Powinno się takich łapać za fraki i pozamykać wyrzutków... Dyskutowały podświadomie dając mi do zrozumienia, że mówią o mnie. A ja z każdą chwilą pęczniałem gotowy wybuchnąć z głośnym hukiem. Rozsadzało mnie od wewnętrznego krzyku. Moja głowę wypełniały nakładające się na siebie wrzaski. Wy stare ropuchy wołały jedne, i wy mówicie o dobrym wychowaniu dodawały drugie, są jeszcze inne miejsca w tym pieprzonym autobusie krzyczały trzecie. Na to nakładał się czwarty głos drący się nieludzko żeby zamknęły te swoje stare mordy, a piąty gdzieś pod spodem szeptał by im to wszystko wygarnąć prosto w twarz. Słowa zaczęły cisnąć mi się na usta a ja nie miałem zamiaru a ja nie miałem zamiaru powstrzymywać się przed ich wypowiedzeniem. Chciałem tego. -W... – wykrztusiłem z siebie lecz kolejne dźwięki nie chciały opuścić moich ust. Spróbowałem jeszcze raz, bezskutecznie. Staruszki zdążyły spostrzec moje bezsensowne próby i nie obyło się bez komentarza. - A ten co – fuknęła na mnie nosem jedna. – Masz coś do powiedzenia chłopcze? Czułem się jak ryba wyrzucona na brzeg. - No ustąpiłbyś miejsca starszym – zapiała druga. – No wstawaj, no już – szturchnęła mnie tym swoim woskowym paluchem. Imadło ściska moją głowę, babcie dokręcają śrubę, a ja przysłuchuję się tylko jak moja czaszka pęka. Wreszcie dojeżdżam na swój przystanek. Idę do wyjścia, a za sobą słyszę te natrętne dźwięki. Mam ochotę poczęstować je na pożegnanie jakąś plugawą wiązanką. Biorę głęboki wdech i... krztuszę się własnymi słowami. Wysiadam kaszląc. Wpatruję się w chodnik przesuwający się pod moimi stopami, na moje stopy przesuwające się nad chodnikiem. Kiedy chodnik się zatrzymał i moje stopy również, podniosłem wzrok i zobaczyłem wejście do Domu Handlowego Apollo. Jego progi przekroczyłem niechętnie bowiem była to wizyta czysto służbowa. Siedziba zatrudniającej mnie firmy znajdowała się na piętrze. Jeśli mam szczęście to nie wpadnę dziś na szefa. Szef siedział za biurkiem i przeglądał projekty, umowy, faksy i kolejne projekty. Ledwie na mnie spojrzał i wiedziałem, że ma mi coś do powiedzenia. Przy biurku obok siedzi księgowa i sekretarka w jednym. Uśmiecha się do mnie raczej z obowiązku niż z sympatii. Poza tym nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Obydwoje są zajęci więc pytam czy mogę skorzystać z telefonu. Nie mają nic przeciwko, ale tak naprawdę nie jestem pewien czy w ogóle słyszeli moje pytanie. Pik-Pik-Pik-Pik-Pik-Pik-Pik – wstukuję sobie do ucha jadowite węże z tym samym wstrętem co o poranku lecz w innej tonacji. Iiii Iiii Iiii Iiii Iiii Iiii – słyszę już po chwili ten okropny dźwięk trącego o siebie styropianu. W końcu szef porzuca swoje dotychczasowe zajęcie, unieruchamia mnie wzrokiem i rozpoczyna litanię. Mówi między innymi, że za mało się staram, że ludzie na mnie narzekają i że nie wykonuję swoich obowiązków. - Musisz informować ludzi o takich rzeczach. -Powiedziałem im przecież. -Oni mówią, że nic nie wiedzieli. -Jak mogli nie wiedzieć skoro im to mówiłem. - To trzeba było im to powiedzieć dwa razy. Czuje się bezsilny wobec takiej argumentacji. - A ty nie masz dzisiaj wole? –pyta po chwili. - Mam. - To co tu dzisiaj robisz? -Chciałem tylko cos przynieść. -Chciałeś czy przyniosłeś? – nie wiem czy kpi ze mnie czy tylko stara się sprowadzić rozmowę na bardziej koleżeński tor. -Chciałem przynieść i przyniosłem. Wyciągam z torby kilka dokumentów i kładę je na brzegu jego biurka. Chciałbym mieć ochotę rzucić mu je w twarz i powiedzieć żeby się tym wypchał a potem zrezygnować z tej cholernej roboty ale wcale nie mam na to ochoty. Szef zaczął je przeglądać w skupieniu co było wyraźnym sygnałem, że już nic tu po mnie. -Do widzenia – powiedziałem. Żadnej reakcji. – Do widzenia – powtarzam i odwracam się do odejścia. - Czekaj Krzysiu – woła księgowa i sekretarka w jednym. – mam jeszcze sprawę. Spoglądam na wyświetlacz telefonu , a konkretnie na zegarek. Jest wpół do dwunastej. Za kwadrans muszę być pod MacDonaldsem. Dzwoni telefon, księgowa i sekretarka w jednym odbiera i gestem dłoni każe mi usiąść. Nie siadam. Wreszcie kończy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kushi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…