Splątanie
Jest coś, czego nie widać, ale jednak jest...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzień pierwszy.
Unoszący się w pokoju dym wgryzał się w oczy i wywoływał dokuczliwe łzawienie, ale nie zwracała na to uwagi. O wiele bardziej interesowała ją leżąca na stoliku strzykawka. Ból całego ciała stawał się nie do wytrzymania. Spojrzała na siedzącego obok Jarka i z trudem przełknęła ślinę. Jarek wypuścił z rąk swoją strzykawkę, która niemal bezgłośnie spadła na podłogę. Jego twarz z każdą sekundą zmieniała swój wyraz. Napięte mięśnie rozluźniały się, sprawiając wrażenie błogostanu. Powoli podwinęła rękaw i założywszy opaskę na ramię, zacisnęła ją. Przez sekundę zawahała się, ale odrzuciła wątpliwości. Wzięła strzykawkę ze stolika i szybkim ruchem wbiła sobie igłę do nabrzmiałej żyły, tworząc ślad po wkłuciu. Rzuciła strzykawkę na stolik, rozluźniła opaskę i opadła na fotel. Jeszcze raz spojrzała na Jarka. Gwizdał coś przez zęby. Miał zamknięte oczy, ale widać było, jak rozbiegane gałki oczu szybko zmieniały swoją pozycję. On już tam był. Ona zaraz będzie. – Eliza... tak tu pięknie...
***
Dzwonek do drzwi zabrzmiał jak zwykle, ale Czesław w fotelu aż podskoczył. – Co... do jasnej cholery?! – wrzasnął. Zrzuciwszy z siebie paczkę paluszków i rozlewając piwo, szybko spojrzał na zegar. – O tej godzinie?! Zerwał się z fotela i zaciskając pięści, podszedł do drzwi. Tuż przed przekręceniem zamka zastanowił się i zerknął przez oczko wizjera. Na klatce świeciło się światło, więc mógł zobaczyć, kto stoi po drugiej stronie. Jakiś młodzian. Zaraz mu wygarnie. Błyskawicznie otworzył drzwi, niemal wyrywając je z zawiasów. – Czego, gnojku! – dmuchnął mu prosto w twarz piwnym smrodem. – Nie wiesz, że po nocy ludzie śpią?! Echo rozniosło każde słowo po klatce schodowej kilka razy. Intruz spojrzał przeciągle na jego nieogoloną twarz, poplamiony podkoszulek i obwisłe slipy. – Czesław Łowiek, czy tak? – spytał tonem zdradzającym współczucie. – Taa... po toś przylazł o jedenastej? Żeby się upewnić, jak się nazywam? – Przyniosłem przesyłkę – odpowiedział, nie reagując na zaczepkę nawet najdrobniejszym grymasem twarzy i wręczył mu białą kopertę. „Czesław Łowiek... Wodzisław Śląski... Osiedle Trzydziestolecia...” Wszystko się zgadzało. Także numer klatki i mieszkania. – Coś podpisać? – to pytanie nie było już tak nerwowe jak poprzednie. – Nie trzeba. – Młody człowiek uśmiechnął się delikatnie i życząc dobrej nocy, ruszył w dół schodów. Cz.Łowiek zamknął drzwi i ze zdumieniem obejrzał kopertę. Nic. Oprócz adresu nic. Żadnego nadawcy, żadnej pieczątki. Szybko otworzył jeszcze raz drzwi. – A od kogo to? – rzucił za kurierem, na wpół wychylając się na klatkę. Odpowiedziało znowu echo. Tylko echo. Na schodach nie było nikogo. – Co jest do... jaja jakieś? – Trzasnął drzwiami i jak umiał najszybciej, wyjął z koperty jej zawartość. Biała kartka była złożona tylko na pół. Czytanie treści nie zajęło mu dłużej niż ułamek chwili. – Jasna cholera, co to jest?! – Znów otworzył drzwi i nie bacząc na nic, popędził w dół schodów. – Czekaj... ty!
***
Oparcie dotąd wygodnego fotela gniotło go w plecy. Nachylił się nad leżącym przed nim na stoliku listem i zapalił dwudziestego papierosa. Cisnące mu się na usta przekleństwa były z „najwyższej półki”, a kolejne piwo jeszcze bardziej rozjuszało nerwy. Nie miał pojęcia, co myśleć. Choć pobiegł na sam dół klatki schodowej, nie dopadł szczeniaka. Dobrej nocy mu jeszcze życzył! Jakby go miał koło siebie, to obiłby mu mordę do najgłębszego fioletu. Od razu by powiedział, od kogo ta koperta. Od razu! Gnojek! Gdzie się schował? Przecież nie zdążyłby wyjść z klatki! Jakiś sąsiad! Ale który? Który byłby tak bezczelny?! Szybko wszystkich „ustawił w szeregu”, ale nie mógł się na nikogo jednoznacznie zdecydować. Kandydatów było kilku. Nikogo z nich nie lubił, a i oni nie przepadali za nim. Delikatnie mówiąc. Nigdy żadnego „dzień dobry”, ale żeby coś takiego?! Albo prymitywny żart, albo sprawa kryminałem pachnie. Trzeciego wyjścia nie było.
Dzień drugi.
Nacisnął dzwonek domofonu i chwilę odczekał. Brak reakcji. Jeszcze raz. Znów nic. Trzeci. Po kilkunastu sekundach odwrócił się, ale w głośniku coś zaskrzeczało. – Kto tam? – Cześć, Rafał. Sorry, że przeszkadzam, ale chciałbym na chwilę pogadać. Mogę? – A kto tam? – Kurde, sorry, Czesiek Łowiek. – A... cześć. To coś ważnego? – Jeszcze nie wiem, ale wydaje mi się, że tak. W twojej branży, cholera... – Dobra. Wejdź. Schodami musisz dawać do góry, bo winda nieczynna. Zamek zabrzęczał i pchnięte drzwi otworzyły się. – Dzięki. Zaraz będę.
***
Cz.Łowiek z mieszanymi uczuciami patrzył, jak jego kolega otwiera kopertę i wyjmuje z niej kartkę. Rafał zaraz go wykpi i nie powinien mieć skrupułów. Czesław miał ochotę wyrwać mu kopertę z ręki i wyskoczyć na klatkę. Nie musiałby mieć nawet butów, byleby uniknąć obciachu. Było jednak na to za późno. Rafał patrzył na rozłożoną kartkę papieru bardzo krótko. – I co? – spytał cierpko. Czesławowi zaschło w gardle. – Jak... co? – No... nic tu nie ma. – Jak... nic... nie ma? Rafał odwrócił kartkę w jego stronę, która okazała się biała z obu stron. Czesław wyrwał mu ją z dłoni, jak wcześniej zamierzał, i obejrzał z obu stron kilka razy. – Jasna cholera, przecież to... niemożliwe! – Co... niemożliwe? – Jeszcze z pół godziny temu wszystko było tu napisane! – Dużo pijesz, Czesiu? – Rafał spojrzał na kolegę z troską. Nieukrywaną troską. Czesław rzucił się w oparcie fotela, który pod jego ciężarem nieco zatrzeszczał. Jeszcze raz spojrzał na kartkę, tym razem dobrze jej się przyglądając. Na prawym brzegu była plama - odcisk jego palca, który zrobił dokładnie w tym miejscu po zjedzeniu kilku tłustych orzeszków. Mógł więc być pewien. – Nie tyle, żeby zwariować... – odpowiedział. ***
Rzucone na biurko papiery huknęły wystarczająco głośno, by siedzącego po drugiej stronie Roberta poderwać z krzesła. – Oszalałeś?! – krzyknął przestraszony. – Życie ci niemiłe? – Sorry... – Rafałowi zrobiło się głupio, ale kilka godzin skupienia musiał nieco odreagować i zapomniał, że kolega siedzi tuż obok. – Nie daje mi to spokoju. Ciągle mam wrażenie, że te sprawy mają ze sobą coś wspólnego, ale nie potrafię tego jeszcze wyczaić. Robert oderwał oderwał wzrok od przeglądanej kartki i spojrzał na Rafała. – No jasne, że mają. Każdy z tych gości popełnił samobójstwo. Jeden tak, drugi siak, ale efekt okazał się ten sam: wszyscy czterej nie żyją. – Nie o to mi chodzi – na taką trywializację problemu Rafał tylko się żachnął. – To akurat jest oczywiste, ale mam przeczucie, że oni wszyscy mieli ze sobą jeszcze coś wspólnego. – Poumierali w ciągu kilku miesięcy, byli młodzi, przystojni, dobrze sytuowani i coś do tego, tak? – Właśnie tak. Nie wydaje ci się, że młody facet, któremu powodzi się dużo lepiej niż tobie i który odbiera sobie nagle życie, jest raczej dziwnym zjawiskiem? Robert wzruszył ramionami. – Różne dziwne rzeczy na świecie się zdarzały i zdarzać będą. – Cześć, chłopaki – głos należał do podkomisarza Niemarskiego. – Cześć, Paweł. – Cześć. Co tam? – Robert nie przepadał za korpusem oficerskim. Podejrzewał, że tak długo, aż sam zda egzaminy na oficera. Póki co jedynie „aspirował” na komendzie. Zupełnie jak Rafał. – Nie macie pojęcia, jaka sprawa mi się trafiła. Archiwum X, kurde. Dlatego przychodzę do ciebie, bo ponoć się męczysz w podobnym temacie. – Wymownie spojrzał na Rafała. – Iiii? A to niby skąd wiesz? – ciekawość Roberta była najzupełniej szczera. – Od samego szefa. Komendant mi powiedział, że mam cię podpytać, bo może napotkamy jakieś zbieżne wątki. – A co niby masz? – Kilka martwych osób. Mężczyźni, kobiety, różny wiek, środowisko, wykształcenie. Wydawałoby się, że bez związku, ale jedna rzecz jest wspólna. – Jaka? – zainteresowanie Rafała było nieco naciągane. – Wszyscy dostali anonimy. – O, jasna cholera! – Rafał niemal spadł z krzesła. – Jasna cholera! – Co: jasna cholera? – Robert patrzył na niego zdumiony nagłą reakcją. – Z datą śmierci?! – to pytanie Rafał wręcz wykrzyczał. – Skąd wiesz? – Tym razem Niemarski okazał niemałe zaskoczenie. – Wczoraj wieczorem przyszedł do mnie kolega. Przyniósł kopertę z kartką papieru i twierdził, że była tam napisana data jego śmierci... – I była? – Skąd! Czysta, biała kartka. Dlatego mu nie uwierzyłem. – Nikt, kto widział ją jako drugi, nie mógł nic przeczytać. Jaka to była data? Rafał zakrył na moment twarz dłońmi. – Nie wiem. Nawet nie spytałem. – Policyjny instynkt, niech cię! – Robert rzucił w kolegę ołówkiem. – Odczep się. Jakbyś go widział, to byś miał chęć wysłać go do wanny, a później na jakiś odwyk...
***
Wchodząc na swoje czwarte piętro, Łowieka naszła chęć kopnięcia w każde mijane drzwi. Może w ten sposób dowie się, komu tak bardzo się nie podoba, że śle mu anonimy. Z trudem powstrzymując się, wszedł do mieszkania. Od razu poczuł, że coś jest nie tak, jak zwykle. Roznoszący się w przedpokoju zapach nie należał do niego, ani do niczego, co miał w domu. Roznosząca się woń była dziwna, niekojąca i na niego zadziałała wyjątkowo źle. Przez moment nie wiedział, czy ma uciec, czy gotować się do walki. Bez wątpienia ktoś był w jego mieszkaniu. Szczęk kluczy w zamku musiał dać znać, że przyszedł. Ktokolwiek tu był, już wiedział, że nie jest sam. Zwinął palce w pięści. Drzwi łazienki, która była wprost niego, były zamknięte. Oba pokoje po lewej stronie były pootwierane na oścież, więc dobrze widział większość ich przestrzeni. Ktoś jednak mógł czaić się tuż za rogiem i czekać, aż wejdzie. Musiał być ostrożny. Był ostrożny... i przestraszony. Przez głowę nagle przemknęła mu szybka myśl. Który to dzisiaj? Nie. Do wyznaczonej daty pozostało jeszcze nieco czasu. Ten zapach. Z niczym jednoznacznie mu się nie kojarzył. Żadna rzecz, jaką spotkał do tej pory tak nie pachniała. Nawet z perfumami by tego nie skojarzył. Spojrzał w kierunku kuchni. Coś stamtąd mogłoby się przydać w samoobronie. Jak tu ktoś wszedł?! Zamki pozamykane... Okna? Dawno nie otwierał. Powoli przesunął się ku kuchni. Kilka razy błyskawicznie odwracał głowę, by nie można było go zaskoczyć z żadnej strony. Ostatnie dwa kroki pokonał skokiem. Nóż leżał na stole, zupełnie jakby wiedział, że będzie potrzebny. Do dużego pokoju wbiegł, szybko obracając się na wszystkie strony. Nikogo! Sprawdził szafę w przedpokoju. Nic. Łazienka. Pusta. Pozostałe pokoje także. Padł na kolana. Krtań ścisnęło aż do bólu. Zaczął płakać. W lodówce powinno być coś do picia. Pół litra. A może to te pół litra jest winne...
***
Kiedy Alef dotknął ziemi, kolejny raz doznał uczucia, które sprawiało mu prawdziwą radość. Huk startującego nieopodal samolotu wdzierał się w umysł, usiłując zmącić wszystkie myśli, ale uśmiechnął się bez wahania. Latanie dla wielu było czymś wyjątkowym, ale nie dla niego. Teraz stał na ziemi i to właśnie sprawiało mu przyjemność - zwykłe stanie na ziemi. Poprawił płaszcz, wierzchem dłoni strzepnął z kołnierza coś, czego nie było. Tłum oczekujących na przyloty i odloty był niemały. Turyści, biznesmeni, starcy i młodzi, biegające dzieci... Miliony myśli i pragnień, których spełnienia każdy z nich oczekiwał. Ludzkie marzenia kłębiły się niczym opary w saunie, niemal parząc gorącymi namiętnościami. Siedząca nieopodal kobieta, nieruchomo wpatrywała się w jakiś punkt, a wyraz jej twarzy od razu wzbudzał niepokój. Podążył za jej wzrokiem. Na ekranie wiszącego na ścianie telewizora szybko zmieniające się obrazy pokazywały kolejne karty z charakterystycznymi rysunkami. Co jakiś czas, w systematycznych odstępach pojawiał się napis: „Tarot odsłoni twoją przyszłość i wskaże drogę... Zaufaj, byś mógł być szczęśliwy...”. Skręcił, by przeciąć tę nawiązującą się więź. Kiedy mijał zapatrzoną w reklamę kobietę, z telewizora uniosła się delikatna mgiełka i ekran zgasł. Odwrócił się, by sprawdzić reakcję. Kobieta drgnęła, by zaraz potem zamknąć niemal wyschnięte oczy. Mężczyzna, który do tej pory obok czytał gazetę, odłożył ją i zaczęli rozmawiać. Teraz było lepiej. Znacznie lepiej. W oddali dostrzegł szeroko rozsunięte drzwi. Prowadziły poza budynek, gdzie niedaleko czekająca taksówka powinna zabrać go tam, dokąd chciał się udać. Przeciskając się między tłumem podróżnych, spojrzał w kierunku mijanego kiosku. Setki kolorowych gazet, tysiące zdjęć, i krzykliwe tytuły natarczywie atakowały umysły. Pomyślał, że kiedyś tak nie było. Ludzie także byli jakby inni, bardziej przystępni. Dzisiejsza pogoń za dobrobytem pozamykała im serca. Wyszedł na zewnątrz i zobaczył taksówkę. Kierowca sprawiał wrażenie przystępnego gościa i nie pomylił się. Przeczytawszy podany na karteczce adres i zobaczywszy przyczepiony do niej banknot, taksówkarz szeroko się uśmiechnął. – Reszty nie trzeba... – powiedział Alef i zaraz ruszyli z miejsca.
***
Kiedy Zajin dotknął ziemi, kolejny raz doznał uczucia, które sprawiało mu prawdziwą radość. Ziemia. Znów był na ziemi. Huk startującego samolotu był ograniczony dźwiękochłonnymi ścianami, ale i tak sprawiał niemiłe wrażenie. Pomyślał, że ludzkość własnymi wynalazkami niedługo wykończy się sama. Kiedyś życie było znacznie spokojniejsze. Ludzie mieli więcej czasu i interesowali się rzeczami przedstawiającymi jakąś wartość. Świat, na który teraz patrzył, ogarnęło szaleństwo galopującej technologii. Spojrzał na wiszący na ścianie telewizor. Ile zła przez te pudełka przepływało, nie dawało się ludzkimi sposobami zliczyć. Nawet teraz. Tarot. Przekleństwo, któremu ludzie wierzyli bez zastrzeżeń. Gapiąca się na ekran kobieta właśnie dawała się omamić złowróżbnym karteczkom. Pod telewizorem przeszedł mężczyzna w długim płaszczu i pudełko zgasło. Kobieta ocknęła się i przetarła oczy. Tak lepiej. Dużo lepiej. Spojrzał na zegar. Nie miał zbyt wiele czasu, więc należało się zbierać. Skręcił koło kiosku z gazetami. Całe mnóstwo najrozmaitszych okładek, dziesiątki zdjęć. Będąc tuż obok, rozchylił poły swego płaszcza i stuknął laską w stoisko. Kiedy znalazł się kilka kroków dalej, wszystkie gazety runęły na podłogę. Na stojakach i półkach nie ostała się ani jedna, a siedzący w kiosku sprzedawca wrzasnął z przerażenia. Oczekujący w pobliżu ludzie rozpierzchnęli się na wszystkie strony, by uciec od niespodziewanego niebezpieczeństwa. Terroryści czaili się wszędzie, być może nawet tu. Poprawił płaszcz i mocniej opierając się na lasce, poszedł w kierunku wyjścia. Po drodze pośpiesznie mijali go ludzie z ochrony i policjanci. Ich twarze były pełne napięcia. Strach zmieszany z gotowością do poświęceń. Uśmiechnął się. Biegli ratować kiosk z gazetami. Na zewnątrz poczuł uderzenie świeżości. Wiał wiatr, niezbyt silny, taki w sam raz, jeśli ktoś potrzebował orzeźwienia po lotniczych nudnościach. Właśnie odjechała taksówka. Poznał siedzącego w niej mężczyznę – to ten spod telewizora. Stanął na postoju i westchnął. Natychmiast podjechała następna. – Do miasta? – spytał kierowca przez uchyloną szybę. – Owszem, ale pod czeską granicę, do Wodzisławia Śląskiego. Ma pan czas? – Będzie drogo... Zajin uśmiechnął się. – Koszt nie jest ważny. – Przyjąwszy, że „drogo” oznacza „oczywiście, że tak”, ulokował się na tylnej kanapie i podał kierowcy dwa banknoty. – Czy to pana zadowoli? – spytał. – To za dużo... – powiedział taksówkarz, a jego ton zdradzał konsternację i zakłopotanie. – Reszty nie trzeba... – odpowiedział z zadowoleniem Zajin i zaraz zapytał: – Czy jest pan człowiekiem wierzącym?
***
Rafał przez chwilę przeszukiwał własną kurtkę, w której gdzieś zaginął dzwoniący telefon. Prowadzenie samochodu i poszukiwanie domagającej się odebrania rozmowy służbowej komórki nie należało do najszczęśliwszych zbiegów okoliczności. Ledwo wyjechał z jedłownickiej komendy i już czegoś chcą. Dorwał wreszcie telefon i spojrzał na wyświetlacz. – Co się stało? – spytał ozięble, zaznaczając tym swoją irytację. – Jest kolejny trup – ton głosu w słuchawce zdradzał, że faktem kolejnego zgonu Robert jakoś zmartwiony nie był. Wręcz przeciwnie. – I co jeszcze? – Rafał strzelił w ciemno, ale z przekonaniem. – Pamiętasz, że przy jednym ze „znalezionych” było zdjęcie dziewczyny? – Taa... Przy Hemińskim. I co? – Przy tym nowym jest takie samo – w głosie Roberta zabrzmiało coś na miarę triumfu. – Skąd wiesz? – W patrolu, który był przy nim pierwszy, jest mój kumpel. – Artur? – Artur. Był też, kiedy znaleziono Hemińskiego! – Kazałeś mu przeszukać nieboszczyka? – No co ty? Obok niego leżał otwarty portfel, a w nim zdjęcie. Poznał od razu, bo ładne dziewczyny się zapamiętuje, a widział je przy tamtym... – Pierwszy punkt wspólny... – A drugą ciekawostką jest to, że ten się chyba zaćpał. – Pięknie... – Rafał westchnął. – Jak się nazywał? – Jarosław... moment... zapisałem... Niegan.
***
Zajin szedł w górę nieco pochyłego rynku, by usiąść obok rozłożystej fontanny. Rozglądał się wokół ciekawie i stwierdził, że był już w mieście o podobnym ułożeniu uliczek wokół jego centralnego placu. Kraków był miastem o wiele większym i zasobniejszym, ale skojarzenie było oczywiste. Tu za to było więcej zieleni... Pomiędzy rosnącymi nieopodal drzewami dojrzał reklamę księgarni. Postanowił zajrzeć do środka. Okrążając pas trawnika, zobaczył pod zacienionymi arkadami jeszcze jedną. Wszedł najpierw do tej mniejszej. Rozejrzał się po okładkach i tytułach. Należyte i nienależyte. Poprawne i niepoprawne. Tych pierwszych było jednak zdecydowanie mniej. Właściwie na palcach jednej ręki by policzyć takie, które zaliczył do wartych polecenia. Reszta nie miała żadnej wartości. Żadnej. – Coś może podać? – spytała młoda sprzedawczyni. – Tych pięć pozycji, proszę. – Pokazał rękojeścią laski okładki interesujących go książek. – Wszystkie? – kobieta wydawała się być nieco zaskoczona. – A jest tego więcej? – pytaniem odpowiedział Zajin. – Nie, to wszystkie, które mamy... Ale oczywiście mogę zamówić więcej. – Nie trzeba. Na razie te wystarczą. – Proszę bardzo. Podając kwotę, sprzedawczyni lekko się uśmiechnęła. Zajin przystał na nią bez mrugnięcia okiem. Kiedy książki były pakowane do mocnej torby, niedostrzegalnie dla sprzedawczyni Zajin muskał czubkiem rękojeści swojej laski okładki niektórych książek. Kiedy wszystko było gotowe, podziękował i poszedł do drugiej księgarni. Zostawił torbę tuż przy wejściu i wszedł do wnętrza. Tam było jeszcze gorzej. Mnogość tytułów i treści, które mu się nie podobały, przekraczała wszelkie granice. Z całą pewnością kiedyś tak źle nie było. Ludzka twórczość zawsze pozostawiała wiele do życzenia, ale te czasy były już na skraju przepaści... Wziął z półki trzy książki i cicho terkocząc laską po wierzchach okładek, poszedł zapłacić. Kasjerka nawet nie podniosła ku jego twarzy wzroku. Szybko skasowała należność i spakowała towar do reklamówki. Wychodząc na zewnątrz, spojrzał na miejsce, gdzie zostawił torbę z poprzednimi zakupami. Było puste. Uśmiechnął się. Tego właśnie się spodziewał. Złodzieje... Poszedł w dół ku fontannie. Ławka okazała się dość wygodna. Wsparł obie dłonie na lasce i patrzył na przechodzących ludzi. Byli zabiegani, sfrustrowani, a jednocześnie zaskakująco beztroscy. Zbyt beztroscy. Leżąca obok reklamówka z książkami nieco szeleściła na wietrze. Siedział tak i patrzył kilka minut. – Czy wolne? – głos zadający pytanie był miły, kobiecy. – Jak najbardziej, proszę bardzo. – Przesunął się nieco, by zrobić więcej miejsca. Kobieta miała ze sobą dziecięcy wózek, który łagodnie kołysała. Zajin czuł, że ta młoda niewiasta chce o coś zapytać, ale z daleka odezwała się wyjąca syrena jakiegoś uprzywilejowanego samochodu. Narastający dźwięk szybko się zbliżał. Oboje patrzyli, jak w ułamku chwili na rynek wjeżdża wóz strażacki, a po chwili jeszcze dwa. Samochody gwałtownie skręciły w lewo i ustawiły się pod obu księgarniami. – Czy pani jest osobą wierzącą? – spytał młodą kobietę Zajin.
***
Alef szedł koło ogródka piwnego na wodzisławskim rynku i z daleka patrzył, jak strażacy wbiegają do dwóch budynków, w których mieściły się jakieś sklepy. Wokół błyskawicznie gromadziło się coraz więcej gapiów. Ludzie w swej naturze ciekawi są sensacji. Tak było od zawsze. Wszelkie media najlepszy zarobek mają na nieszczęściu i plotkach. Im ciekawiej, tym lepiej, im większa rewelacja, tym lepsze pieniądze. Mnogość wydarzeń na świecie napędzała koniunkturę z coraz większym impetem, a ludzie z żądzą się tym karmili i napełniali kieszenie medialnych krezusów. Alef spojrzał na kościelną wieżę. Miał jeszcze sporo czasu. Wskazówki zegara poruszały się ślamazarnie i w żaden sposób go nie popędzały. Pomyślał, że może sobie na chwilę usiąść i w otoczeniu przyjemnej zieleni popatrzeć na przechodniów. Nastały trudne czasy. Choć technologia galopowała w zastraszającym wręcz tempie i społeczeństwu żyło się coraz wygodniej i dostatniej, tak naprawdę każdy przechodzący przez rynek człowiek miał tysiące mącących umysł problemów. Ludzie w swej naturze są chciwi, samolubni, pyszni i chełpliwi. Część z nich jest bardziej lub mniej okrutna, bezlitosna i zdradziecka, potrafiąca swoje złe zachowania i motywy świetnie usprawiedliwiać, zupełnie nie bacząc przy tym na prawdę. Miłość do rozkoszy i zaspakajania swoich pożądliwości bez miłosierdzia tłamsiła potrzebę poszukiwania tego, co naprawdę jest ważne. Tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z faktu, że są śmiertelnie chorzy, a jeszcze mniej liczni wiedzieli, jak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil remi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…