Wróć do katalogu

Spojrzenie

To było zwykłe mieszkanie, jak setki innych w których bywał. Zajrzał do sypialni rodziców. Spali. Podszedł do kobiety, położył jej rękę na piersi, wsłuchał się w oddech, w bicie matczynego serca i wlał w nie odrobinę nadziei. Następnie zbliżył się do

zrobciu, opublikowano , 21 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ciemność, otulała go, pieściła jego zmysły, czuł że prawie może jej dotknąć. Westchnął, wiedział że musi otworzyć oczy, nienawidził tego momentu, powrotu do rzeczywistości. Absolutny mrok panujący pod jego powiekami, dawał mu poczucie względnego bezpieczeństwa, ciszy. Tymczasem noc, królująca nad miastem, była jasna. Rozświetlona tysiącem latarni, okien, reflektorami samochodów, niewiele różniła się od dnia. Tyle tylko, że było chłodniej, znacznie chłodniej. Nie lubił letnich upałów, męczyły go, wysysały całą energię i siłę. Dlatego ożywał dopiero po zmroku, niczym nocny rzezimieszek, późnym wieczorem wychodził z domu aby udać się na łowy. Kim był? Myśliwym, policjantem czy może wędkarzem liczącym na okaz życia? Nie, nie był żadnym z powyższych. A więc? Złodziej, morderca? To byłoby bliższe prawdy. Ale prawdę można przedstawić na wiele sposobów, on po prostu był... Powoli podniósł się z ziemi, i ruszył. Nie wiedział dokąd zmierza, nigdy nie znał ostatecznego celu nocnych wędrówek. Szedł przez na wpół śpiące miasto, mijał kolejne uliczki, place, skwery. Zatrzymał się przy którymś z kolei blokowiskiem. Kiedyś lubił się im przyglądać, patrzeć jak gasną światła w oknach. Był wtedy małym chłopcem, marzył że dzieci takie jak on kładą się wówczas spać, a rodzice czytają im bajki do snu, całują na dobranoc poczym gaszą światło... Bzdura! Teraz to wiedział. Wiedział że każde mieszkanie, każdy dom, to nic innego jak magazyn dla ludzkich tajemnic; dramatów. Stał więc i przyglądał się kolejnym blokom, rozważając czy to już tutaj. Zdecydował że musi iść dalej. Zamknął oczy, próbując zobaczyć drogę którą ma podążyć, ale nie dostrzegł zupełni nic, tylko ciemność. Gdyby coś potrafiło go zaintrygować pewnie byłby tym faktem zdziwiony. Zawsze widział drogę. Cóż – pomyślał – trzeba to załatwić inaczej. Przysiadł na pobliskiej ławce, wyciszył się, po czym pozwolił aby jego najbardziej zwierzęce zmysły odnalazły drogę. Jego nozdrza rozszerzyły się, uszy zaczęły drgać. Węch i słuch udały się na poszukiwania. Każde z osobna biegło tak dobrze znanymi mu ulicami, zaglądało w napotkane bramy, okna, z każdą chwila zbliżając się do celu. Bicie serca, szepty, zapach snu, zbliżenia, nic nie uszło ich uwadze. Usłyszał szmer łezki spływającej po policzku, wyłowił go z pośród potoku łez płynącego tej nocy przez miasto. Chwilę potem poczuł zapach strachu, żalu, niepewności. Zmysły powróciły wbijając w jego głowę setki dźwięków, zapachów. Zwymiotował. Nie był Bogiem, a lawina doznań mało go nie zmiażdżyła. Spojrzał na trawę, krew, wymiotował krwią. Jego czas się kończył, czuł to od dawna, ile go jeszcze miał? Nie wiedział. Czas nie dotyczył jego osoby, określało ją słowo: zawsze. Otrząsnął się z ponurych myśli i ruszył. Musiał się spieszyć, noc jest wystarczająco długa żeby odebrać życie tysiącom ludzi, ale może być za krótka żeby uratować chociaż jedno. A on zdawał sobie sprawę że ma tylko jedno podejście, jedną próbę. Wielu ludzi widziało go gdy zmierzał do celu, dla niektórych był podmuchem wiatru, lekkim i odświeżającym, dla innych ciężką i groźną burzą. Czy wiedzieli kto ich mija? Nie. Tak było dla nich lepiej, bezpieczniej... Po paru minutach był na miejscu, wiedział który to blok, które mieszkanie, pokój. Szybko znalazł miejsce w którym mógł się ukryć. Usiadł „po turecku”, pod stopami miał grudkę ziemi, podniósł ją i włożył do ust, lubił smak ziemi, pamiętał jak zmieniał się przez lata, robił się gorzki i cierpki. „Z prochu powstałeś...”, gdzieś, kiedyś słyszał te słowa, nie rozumiał dlaczego zadźwięczały mu w głowie. Ziemia rozpuściła się w ustach, straciła smak, wypluł te odrobinę piasku która została mu na języku, prochu. Początek i koniec wszystkiego. Przymknął oczy. Uleciał... To było zwykłe mieszkanie, jak setki innych w których bywał. Zajrzał do sypialni rodziców. Spali. Podszedł do kobiety, położył jej rękę na piersi, wsłuchał się w oddech, w bicie matczynego serca i wlał w nie odrobinę nadziei. Następnie zbliżył się do mężczyzny, dotknął jego czoła, zagłębił się w jego myśli, poczym dodał mu odwagi i siły. Oni go już nie potrzebowali, mieli siebie i choć pewnie nie zdawali sobie z tego sprawy, byli wystarczająco mocni aby stawić czoła nieuniknionemu. Obok, w maleńkim łóżeczku leżało niemowlę, patrzyło na niego szeroko otwartymi oczkami. Tak, dzieci widzą dużo więcej. Zrobił głupią minę, przez twarz drobinki przeleciał uśmiech, pogłaskał ją po maleńkiej główce i wprowadził w nią piękne sny, pełne kolorów, muzyki. Udał się do kolejnego pomieszczenia. Rozejrzał się, biurko, komputer, szafka z książkami, zwykły pokój, zwykłej dziewczyny. Tylko że nie ma zwykłych ludzi. Podszedł do jej łóżka, spała niespokojnie, nerwowo. Na policzkach miała zaschnięte łzy. Otarł je, a to co z nich zostało przyłożył do serca, musiał poczuć jej ból, zrozumieć, łzy potrafiły go przekazać. Przyjrzał się jej z uwagą. Była ładna, brzydka, zwyczajna? Nie wiedział, nie interesowało go to. Na pewno była młoda, mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia lat ale dla niego była dzieckiem. Położył się obok niej, przytulił i wtargnął w jej umysł, w jej sen. Krew, biel, światło, ciemność uderzyły w niego z taką mocą, ze przez chwile nie mógł dojść do siebie, otrząsnął się i oddalił te obrazy. Szybko ją odnalazł, w końcu to był jego świat, siedziała w jakimś kącie zakrywając oczy dłońmi. Powoli zbliżył się do niej, koniuszkami palców musnął jej ramię i powiedział - Spójrz na mnie. Podnieś głowę i popatrz, przecież wciąż widzisz. – Odsłoniła oczy, przez chwilę pomyślał że są to najbardziej zielona oczy jakie w życiu widział, szkoda że teraz nie miało to znaczenia. – Kim jesteś? – zapytała – Człowiekiem – odpowiedział – Takim jak ty, prawie takim jak ty – poprawił się. Wziął ją za rękę, pomógł wstać, odczekał chwilę aż odzyska panowanie na sobą, poczym pociągnął ja za sobą. Podporządkowała się, instynktownie mu ufała, czuła że nie chce jej skrzywdzić. Przechodzili, przez kolejne drzwi, w końcu w jednym z korytarzy poczuła dziwnie znajomy zapach, przez chwilę nie mogła go skojarzyć z miejscem – Szpital – krzyknęła – Jezu zabierz mnie stąd, błagam, nie każ mi tu być...- Spokojnie bez najmniejszego pośpiechu, ujął jej twarz w dłonie, spojrzał jej głęboko w oczy i powiedział – Nie bój się jesteś ze mną, teraz nic ci nie grozi. Chciałem ci tylko pokazać kilka rzeczy... chciałem żebyś poznała swój własny koszmar, miejsca których się boisz, a także te o których marzysz. Bo widzisz nawet najstraszniejszy sen blaknie wobec rzeczywistości która może ci spotkać. Jestem tu po to żebyś mogła to zrozumieć. – Dodał. Przez krótką chwilę patrzyła mu w oczy potem ledwo zauważalnie skinęła głową. Wziął ja za rękę i poszedł li korytarzem, mijali kolejne sale, tylko on wiedział gdzie się kierują. Weszli do małego pokoiku gdzie na szpitalnym łóżku leżała kobieta, spod jej przymkniętych powiek płynęły łzy, spływały po policzku, ustach, brodzie po czym kończyły swoja drogę kapiąc na poduszkę. – Kim ona jest, dlaczego płacze? – usłyszał pytanie. – Tobą – odpowiedział – Tobą po operacji, płacze bo jest szczęśliwa, wszystko się udało, nie będzie już ślepnąć, będzie widzieć normalnie, a te śliczne oczęta będą czarowały wszystkich dookoła. Za kilka dni zapomni o strachu, o bólu i będzie się cieszyć z podjętej decyzji, decyzji o operacji. Może nawet za szybko zapomni o cierpieniu, zarówno przed operacją jak i po niej, ale nie będziemy jej przecież za to winić, jest młoda, pełna życia... Ludzka natura nie pozwoli jej zbyt długo pamiętać... – zamyślił się na chwilę. – Więc będę widziała? Wszystko się uda? – to pytanie było skierowane do niego, nienawidził tych momentów, nadziei w głosie, błagających oczu, mógł co prawda skłamać. Tylko nigdy tego nie robił - Nie wiem – odpowiedział szczerze. Widział blask gasnący w jej oczach, przeklinał się za swój brak emocji, uczuć. – To nie jest zależne ode mnie. Ja nie mogę o tym decydować, zresztą nawet gdybym mógł nie powiedziałbym ci. Ty sama musisz wybrać swoją własną drogę, zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem. Ja chcę ci tylko pokazać kilka ewentualności, ty dokonasz reszty... Dokonasz wyboru. – Patrzył na nią i myślał o tym jacy zawsze są zagubieni, wystraszeni gdy sami musza podjąć decyzję, a gra dopiero się zaczynała. Ponownie ujął jej dłoń, – Musimy iść dalej, jesteś gotowa? – Zapytał. Nic nie odpowiedziała, skierowała się ku wyjściu. Wciąż byli w szpitalu szli długim korytarzem, mijali kolejne drzwi, dziewczynka nie bała się już tego budynku. Bezgranicznie zaczęła też ufać swojemu przewodnikowi, wiedziała że tak długo jak jest przy niej nic złego nie może jej spotkać. Tymczasem zbliżali się do kolejnej sali, dobiegał z niej jakiś hałas, odgłosy krzątaniny. Zatrzymali się przed drzwiami, a on spojrzał jej w oczy i powiedział - To będzie najbardziej przerażający widoki jaki kiedykolwiek widziałaś, ale nie odwracaj wzroku, bo patrzeć będziesz w oczy swojemu najgorszemu koszmarowi, wszystkim swoim lękom i obawom. Pamiętaj to się nie dzieje naprawdę, to tylko jedna z alternatyw, niekoniecznie ta realna. Gotowa? – Weszli do sali, łóżko było otoczone ludźmi w białych kitlach, szeptali coś miedzy sobą. Puścił rękę dziewczyny pozwalając jej spojrzeć na to co działo się przy łóżku. Tego się nie spodziewali, chora miała przewiązane bandażem oczy, walczyła z lekarzami próbując zerwać go z twarzy, w końcu udało się jej. Zobaczyli zapadnięte oczodoły wypełnione tym co kiedyś było zielonymi oczami. Teraz wypływało w postaci brunatnej, cuchnącej zgnilizną mazi. I co z tego że nie potrafił odczuwać, że był pozbawiony emocji, to wstrząsnęło nawet nim. Spojrzał na swoją podopieczną. Stała jak zahipnotyzowana i spoglądała na horror który właśnie się rozgrywał, patrzyła na swoją agonię. – Dość – powiedział – Odsuń się – gdy zobaczył że dziewczyna nie reaguje siłą odciągnął ja na bok. Była spokojna, on wiedział co oznacza ta złudna zasłona spokoju. Kobieta na łóżku krzyczała – Dlaczego? – Jejku jak bardzo chciał wyjść z tego pokoju, bynajmniej nie dlatego że przerażało go to co działo się dookoła,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych