Spokojnie
Opowiadanie o samotności w Tarnowskich Górach, adrenalinie, miłości, rowerze i czymś jescze...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
SPOKOJNIE...
Deszcz padając na dość nisko położony balkon, nie wyrządził chyba zbyt wielu szkód. Pewnie rano przemykając się przez park, będzie można ogarnąć nieco więcej. Wsiadam na rower nieco spóźniony, więc przy pierwszym podjeździe na Morcinka przeklinam śliskość nawierzchni, która nie pozwala w pełni się rozpędzić. W pierwszy zakręt wchodzi się dość głęboko i z doświadczenia wiem, że uważać należy na pracowników spółdzielni, którzy o tej porze nie mają zbyt dobrego refleksu. Chwila prostej pomiędzy budynkami. Kątem oka spoglądam na murek którego wierzch właściciel oznaczył masą złożoną z mieszaniny szkła i cementu. Tyle razy tędy przechodziłem i zawsze ta natrętna myśl: Rzucić kurtkę na płot, przeskoczyć, kopnąć w ryj psa który się pewnie pojawi, narobić na trawnik i uciec. Takie to chamskie nieco, a jednak sama myśl powoduje lekki uśmiech. Pobojowisko po tym co zostało z asfaltu który dnia pewnego nie wytrzymał próby temperatur i dojazd do skrzyżowania z Główną. Sekunda skupienia, zryw mięśni i ubrany w ciemne ciuchy zdążyłem kolejny raz przeskoczyć znienawidzoną ulicę.
Podarowałaś mi coś, co nawet trudno nazwać. Poruszyłaś we mnie coś, o istnieniu czego nawet nie wiedziałem. Jesteś i zawsze będziesz częścią mojego życia. Zawsze.
Nagle taki lokalny spokój, choć po prawej dom posła, który przed każdymi wyborami atakuje chłopięcą twarzą z bilboardów i lokalnych periodyków. Ulica spokojna, poprzecinana poprzecznymi bruzdami kolejnego remontu. Przeskoki pomiędzy szybko powrzucanymi kamieniami wypłukanymi przez deszcze i chwile bezpiecznej jazdy po asfaltowej nawierzchni. Jest dobrze, bo uwaga napięta pomimo śpiącej okolicy. Nie myśleć. Jechać. Szybciej i szybciej, bo w tym momencie, gdy tylko rozpoczyna się lekka monotonia powracają myśli. Szybciej kurwa! Nie myśleć kurrrrwwwaa!
Palec wskazujący przebiega z wolna po dotykowej klawiaturze. Chcę Ci odpowiedzieć na to pytanie najlepiej jak potrafię, lecz namacalny kontakt z tym cholernym, płaskim kawałkiem plastiku sprawia mi perwersyjną przyjemność obcowania z Tobą. Choć przez chwilkę. Mój dotyk na dotyk Twoich palców. Przekaz.
Ostry skręt w prawo i czas przyśpieszać. Mocniej pracują uda i łydki w pozycji stojącej. Dupsko też się ruszyło, a ręce odbijają to w prawo, to w lewo. Uwielbiam jazdę na rowerze. Dojazd do parku. Patrzę na dwóch budowlańców, których mijam co dzień w tym samym miejscu i zastanawiam się, czy ich pozdrowić. Przecież widzimy się codziennie o tej samej porze w tym samym miejscu. Coś jakby wspólnota miejsca i czasu. Nic nie mówią, więc mijam ich w milczeniu. Szybki wślizg przez rozochocone deszczem podłoże i jestem w parku. Znękane nocnym deszczem liście i przepełnione butelkami kosze. Idealny asfalt przeplatany żwirem w okolicach sennej nad ranem fontanny. Plakat wbity paznokciami licealisty w przepocone wczorajszym słońcem drzewo i szybki zjazd obok cmentarza. Ten zjazd daje kopa złożonego z adrenaliny tylko wtedy, gdy po zakręcie obok placu zabaw przyspieszy się maksymalnie. Turum turum, nie ma ciała; jest tylko kierownica, która w tym momencie staje się kompasem i ostoją bezpieczeństwa. To najpiękniejsza chwila poranka.
Wyskok na Gliwicką kojarzy się z powrotem z jakieś dziwnej krainy, Narni tarnogórskiej. Demonstracyjne przejazdy zaspanych ludzi w niemiecko-włosko-francuskiej mieszaninie kolorów stali i plastiku sygnalizuje koniec tej parominutowej odskoczni. W prawo i znów w prawo. Wjazd w bramę. Czas na pracę. Rower przypinam do pamiętającego przedwojenną bieliznę wieszaka na pranie. Kask, okulary na swoje miejsce przy kierownicy.
Arbeit macht Geld.
Powrót nie jest już tym samym filmem od tyłu. Myśli zgiełkiem swoim atakują ze wszystkich stron. Jadę powoli, ciesząc się jedynie amortyzatorem który przy kierownicy ugina się rozkosznie w rytmy jazdy stuku puk. Jadę trasą wzdłuż parku, który o tej porze przesiąknięty wonią par rozkochanych w sobie i zapachem maleńkich dzieci w wózkach prowadzonych przez nagle dorosłe dziewczęta.
Samochód powoli wtacza się na parking. Wychodzisz cała w tej dziwnej poświacie jaką jedynie Ty stwarzasz wokół siebie. Podobno mimochodem. Podobno... Chłonę więc ten blask oczu, genialną linię nosa, idealne połączenie koloru ust i włosów. Stoję, a z gardła miast słów tylko dziwne dźwięki; mowa nieskładna i wymuszona. Bo zamiast słów powitania mógłbym tak stać latami i tylko patrzeć, tylko podziwiać i czytać, wciąż na nowo Cię odczytywać wszystkimi dostępnymi zmysłami.
Jazda obok fontanny, alejka ciągnie się lekko do góry. Pomyśleć, że kiedyś spotkałem tu lisa. Lecz było to dawno, kiedy jeszcze biegałem po zaśnieżonych alejkach wieczorami. Dziś jest lato, więc nie ma czasu na wspomnienia o nieuchronności. Wspinam się lekko pod górkę, więc zależność od bólu mięśni daje mi znać w całej swej okazałości.
Po prostu stoję przed ścianą i jeszcze nie wiem, czy ją nadal obchodzić, czy po prostu rozwalić. Mózg podpowiada obchodzić i czekać na rozwój wypadków, a (chyba) serce krzyczy: rozpierdol to...
Podjazd, skok na chodnik przy Wyszyńskiego. Łatwiej się troszkę tutaj jedzie, pomimo nielegalności przedsięwzięcia. Obok kościoła nekrologi, które kiedyś czytałem chodząc piechotą. Teraz na całe szczęście są po drugiej stronie, bo już nie chodzę. Jeżdżę rowerem. Jestem dużo, dużo lepszy. Jestem po drugiej stronie.
Zmiana świateł z Główną. Jeszcze brzmi w uszach dyskusja na Trójce o nowych karach, punktach karnych za rozmowę w samochodzie. Przez telefon. Hłe, hłe. Stańcie tu na chwilę politycy. Jeśli nie macie czasu to wyślijcie surogatów, avatary, asystentów; cokolwiek czym dysponujecie. Popatrzcie na ten gówniany tłumek, który w tej chwili karnie czeka na zielone światełko i informuje swoje matki, żony, córy i kochanki o okropieństwach, których musi zaznać stojąc. Przecież samochód jest po to, by jechać. Biedne dzieci blaszaków. Telefony grzeją uszy, rozmowy się kleją bądź nie kleją. To dla mnie teraz zielone.
Teraz to ja przez moment jestem panem sytuacji. Specjalnie przejeżdżam wolniutko by popatrzeć we wkurwioną twarz Grubasa, który w czarnej limuzynie czeka na swoje własne zielone światełko, chciałby teraz pewnie bezkarnie zetrzeć uśmiech z mej twarzy.
Jedźcie sobie. Nie odwracam się.
Chyba nie jest dobrze być od kogoś uzależnionym, tak jak z innymi nałogami, ale to takie przyjemne.
Dojazd do domu nie nastręcza już większych trudności. Poranny podjazd staje się przyjemnym zjazdem, zakręt w prawo i koniec. Przesiadka na tryb chodzący. Rower odpoczywa spokojnie w piwnicy pełnej wspomnień i zapachów nie tak znowu dalekiej przeszłości. Sprawdzenie poczty, w której oprócz ulotek i rachunków brak całkowicie listów czy pocztówek od resztki znajomych. Przekręcenie klucza, Gerda...Gerda... Zapach uderza w nos i resztki pozostałych zmysłów. Każdy dom, każde mieszkanie posiada swój specyficzny zapach.
Bo ja tak czuję i to uczucie wypełnia mnie coraz bardziej. Nie było chyba dzisiaj minuty żebym nie pomyślał o Tobie, nie potrafię się uczyć, pracować, myśleć racjonalnie. A najważniejsze, że mimo tego wszystkiego czuję się w jakimś tam stopniu spełniony i szczęśliwy. A to dlatego, że mam Ciebie i o niczym innym nie chcę myśleć.
Pozostały mi jedynie resztki zapachów, które kryją się po kątach. Zapach staje się w tym momencie instytucją. Czymś co można sklasyfikować i ustanowić dla każdego z nich swoje własne Sevre. Klucze na półkę, buty do szafki zrzucić z siebie ubrania i do łazienki. Byle szybciej. Katharsis prysznica, który obmywa przyjemnym strumieniem obolałe ciało. Pomaga na chwilę, a chciałoby się tak cały czas, by ten strumień wody cieplutki koił, grzał i uspokajał bez przerwy...
Jedzenie.
Kiedyś część dnia tak przyjemna, dzisiaj powoduje niesmak. Byle co wrzucić w żołądek zbolały, byleby tylko zlikwidować uczucie głodu. Nieważne co, przecież sklepy tak pełne ostatnio tanich zapychaczy. Dzisiaj podróbka Cordon Bleu z dyskontu. Nie można tego czegoś porównać z najwspanialszym daniem tego typu jakie serwują w pewnej knajpce w Hradec-Kralove. Kotlet przeogromny, soczysty rozpływający się w ustach nadmiarem sera, mięsa i pysznej szynki. Do tego góra frytek i sałatek oraz zimny Radegast. To były przyjemności... A ten kawałek mielonego gówna z podróbką szynki i jakimś nędznym serkiem topionym służy jedynie do oszukania głodu. Bo wkurzający się on robi. Przypomina o codziennych potrzebach, schematyzuje i rozprasza. Choć z tym ostatnim to chyba dobrze. Nie myśleć, nie myśleć...
Tak sobie wyobraziłem, że jesteśmy tu jedynie przejazdem. A tak naprawdę mamy takie tylko swoje miejsce, gdzieś w kosmosie.
Pewne czynności stają się rytuałem. Po obiedzie mycie naczyń, później przetrzeć blat, wypucować kuchenkę. Pominięcie którejkolwiek czynności powoduje niepokój i drażliwość jakąś. Rytuał powinien być wykonany do końca, bo inaczej jątrzy, przeszkadza, atakuje. Wrzeszczy : Dokończ mnie!!! Rytuały mnożą się i powielają. Dywanik w przedpokoju brudny, monitor z kurzu nie przetarty, skarpetka wisi sucha, wyprana, ale kurwa nie schowana do półki. Krzesło nie przysunięte do stołu, dywan w dużym pokoju pod złym kątem ułożony, papier toaletowy się skończył... rytuały. Jestem niewolnikiem. Skąd się wzięliście drodzy państwo? Kończę jedne, zaczynają się kolejne zadania przez was narzucone.
Opisałem Ci tą całą sytuację, wytłumaczyłem wszystkie fobie, zdiagnozowałem u siebie kretynizm i wyraziłem wszystkie swoje uczucia. Nie dam rady teraz tego powtórzyć. Kurwa jebana mać...
Jeszcze tylko pokój dzieci. Każecie jednak wejść, spojrzeć czy coś się nie przesunęło, czy przeciąg nie spowodował jakiś odstępstw od dawna nie zmieniającego się wyglądu. Rzut oka na klatkę świnki morskiej. Żwirek wymieniony od paru miesięcy, sianko świeżutkie zmieniam co tydzień. Jedynie lokatora brak. Dla dorosłych zdechł, dla dzieci umarł. Pochowałem już dwie świnki morskie. Rozpacz dziecka i smutny czarny parasol, no i ten dziwny ciężar na ręce, sztywny; już nie ruszający się jak parę godzin temu. Strach brać go do ręki, więc wymyślam jakieś łapki, widelce, łopatki.... cokolwiek byle tylko nie dotknąć, nie trzymać w ręce tego ciałka małego, teraz już dziwnie sztywnego. Jego ciężar jest dużo, dużo większy niż gdy zwierzątko żyło. Strach patrzeć na zdjęcia wiszące na ścianie, na rysunki które powstawały na biurku które teraz dziwnie posprzątane, bez tego słodkiego nieładu który zawsze wzruszał i denerwował jednocześnie. Żałość, smutek jakiś taki bezbrzeżny i ta bezsilność która jest najgorszą rzeczą jaka może spotkać byłego rodzica. Weekendowego tatuśka. Aroganckiego chama który boi się zrobić remanent w starych zabawkach, bo każda z nich powoduje tak wielką lawinę wspomnień i wrażeń, że choć łzy od dawna już nie płyną, pozostaje ten paskudny odruch wstrząsający całym ciałem. Zamykam drzwi. Dzisiaj już ich chyba nie otworzę.
Myślałem, że w oczach faceta uroda kobiety rośnie wprost proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu. W Twoim przypadku nie ma różnicy. Czy jestem trzeźwy czy pijany zawsze jesteś zajebiście piękną kobietą.
Plan na wieczór jest taki jak zwykle, czyli nie ma go w ogóle. Film, książka to sprawy które wymagają myślenia, wywołują wspomnienia. Myślenie jest u mnie ostatnio okropnie niemodne. Passe.
Nie potrafię się poskładać. Było tak elektryzująco, podniecająco, pachnąco, namiętnie, zakazanie, genialnie i w ogóle megazajebiście.
Czynności machinalne, adrenalina, sen. To są sprawy, które pomagają. Myślenie to powroty do przeszłości, a przed nami przyszłość przecież. Może ta krótkowzroczna, na godzinkę jedynie do przodu, ale zawsze jakaś.
Muzyka, komputer. Konto sprawdzić, maile , wrzucić utwór dawno zapomniany, który się teraz przypomniał na srejzbuka. Wiadomości już tylko po nagłówkach, bo po co wnikać. Czasem coś zaciekawi, lecz po paru wersach nie chce się tego kontynuować. Łóżko pyta czy to już? Nie, nie, przecież to przeklęte miejsce. Sen jest tak piękny, gdy nadchodzi niespodziewanie, lecz leżenie z bijącym się z samym sobą na razie odpada. Wygrywa film.
Jakiś taki jestem obwisły mentalnie, do tego ta pogoda brrr.
Nie potrafię już oglądać głupich komedii, choć może powinienem. Przestał mnie śmieszyć nieśmieszny humor. Pierdy i walenie konia czy cycek wyskakujący niby przypadkiem; humor przaśno - fekalny. Przepraszam, ale wolę braci Marks. Dekalog. Uuuuu, mocna sprawa. Ciekawe, że kiedyś wywarł niesamowite wrażenie (choć tylko parę części), ale teraz, dzisiaj uderza o wiele mocniej. Nie przeszkadzają w ogóle realia PRL-u, choć niektóre wywołują, wbrew zamierzeniom autorów, taką ciepłotę nostalgiczną wewnątrz. Część piąta, czy szósta? Która?
Genialne jest to, że jesteś ze mną, że mówisz mi takie rzeczy, których nikt nigdy jeszcze mi nie mówił, że podniecasz mnie niesamowicie, że pachniesz sobą, że moje usta chłoną smak Twoich ust jak pijak wodę na kacu, że wariuję czując Twój dotyk na pośladkach, że jest to wszystko po prostu GENIALNE.
Wybieram piątkę z czystej chronologii, oglądam pierwsze 5 minut, to samo robię z częścią szóstą. Nie da rady. Kiedyś filmy wciągały w swój świat magiczny, rysowały w głowie scenariusze alternatywne. Jakaś niemoc, zobojętnienie niewytłumaczalne, brak zainteresowania powoduje, że się po prostu nie chce. Telewizor ogromny, dźwięk idealny, setki filmów, które zawsze chciało się zobaczyć i nic. Nic zupełnie. Brak ochoty. Żal tego, ale marazm wyziera z każdego kąta świadomości. Spełnienie marzeń staje się klatką.
Wiele lat temu zakochałem się W kobiecie dumnej i uczciwej Taka namiętna była ona i ja Rozpalaliśmy ogień w powietrzu Kochałem ją bardziej niż życie Ona kochała mnie tak samo I to złamało mi serce Myślenie ze musieliśmy się rozdzielić gdyby ona skończyła ten romans
Lecz byłem brutalny, byłem ignorantem Byłem okrutny, byłem zuchwały Nigdy tego nie potępiałem To piękno, które rozbiłem Bez sadyzmu, zażywałem rozkoszy W powodowaniu płaczu mojej ukochanej Teraz będę się modlił o jeden jej pocałunek Będąc wychłostanym i ukrzyżowanym
I teraz czuję tą kobietę wyraźnie Nigdy więcej nie będzie mogła być moja …noc w moim samotnym łóżku Całe cierpienie i płacz I chociaż boje się ze przez to życie Ona będzie tylko nazywać mnie przyjacielem Dopóki nie umrę i nie spocznę w moim grobie Moja miłość nigdy się nie skończy (Shane Mac Gowan)
Otwieram więc lodówkę, dziwne, robiłem to już dzisiaj parę naście razy. Niesamowite jak każdy pragnie otrzymywać prezenty, niespodzianki. Otwieranie lodówy przypomina właśnie ten moment, że może jednak czai tam się coś o czym zapomnieliśmy, w gąszczu pomiędzy sałatą, a kartonami z mlekiem czai się zapomniana butelka piwa. Jednak, powtarzanie tej czynności za każdym razem jest tak fascynujące, choć wiemy, że nie ma tam nic, mimo wszystko kontynuujemy rytuał. W mojej lodówce na górnej półce jest ser żółty i szynka, margaryna roślinna i kawałek Brie. Półka środkowa przeżywa czasem najazd weekendowego szaleństwa, lecz dziś pusta…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ziemniaktg
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…