Wróć do katalogu

SPOTKANIE

Odylia mnie sprowokowała,więc dopisałem ciąg dalszy do jej "Dzisiaj". chyba mnie pogięło...

bartek zalewski, opublikowano , 27 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

S P O T K A N I E

03.01.2009

Przez chwilę stała jakby niezdecydowana, co zrobić. Jakaś przemożna siła wewnątrz jej samej, pchała ją do czynów gwałtownych i ostatecznych. W końcu taki był cel tych gorzkich konkluzji, jakie przychodziły do głowy w ciągu kilku ostatnich minut. Więcej- marzyła o czymś takim od lat przecież. Sama chciała, wierna swym bluźnierstwom, udowodnić wszystkim, a zwłaszcza sobie samej, że bóg nie istnieje. Więc ten zbliżający się pociąg był nie tylko okazją, by to sprawdzić; był także zewem jaki los krzyczał do niej. Ach, los…To on był ostatnio motorem wszystkich działań. A przynajmniej determinował decyzje jakie podejmowała. Nie zawsze takie, jakie by sobie życzyła. Te przeklęta choroba! Jeszcze miała przed oczami obraz lekarza i tych jego oczu, takich zimnych i wylęknionych zarazem. Jeszcze w uszach brzmiał głos, który prawie beznamiętnie obwieszczał jej, że to już koniec. Że niczego już nie mogą zrobić. Sama nie wiedziała, czy to dla niej wyrok, czy tylko spełnienie pragnień. Kiedyś chciała zniknąć z tego padołu łez. W chwilach bezbrzeżnej żałości i gniewu na cały świat, miała takie życzenie, by na złość wszystkim dookoła zniknąć, odejść w niebyt. A teraz tak się właśnie stanie- to kwestia dni. Ale czym innym jest własny wybór, choćby nie wiem jaki by się wydał durny, a czym innym mus. Jedyne co jej pozostało- to wybrać sposób, w jaki to się stanie. Czekać na koniec lub samemu wykreować swój kres. Tęsknie spoglądała ku zbliżającemu się pociągowi. Wystarczy tylko parę kroków ku skrajowi peronu…I tylko na mały absurd zakrawał fakt, że tak naprawdę, to przyszła tutaj, bo chciała pojechać do domu. Do domu rodzinnego. Nie zastanawiała się, czy powinna wciągać w to rodziców, czy ma prawo ich obarczać swoją tragedią. Przyzwyczaiła się pokładać w nich nadzieję, że są w stanie znaleźć rozwiązanie każdej zagadki, że poprowadzą ją za rączkę ku lepszej przyszłości. Teraz nie było przyszłości, a jej rodzice nie znajdą sposobu oszukania śmierci. A słów pociechy nie zniesie. Tak samo jak łez matki, gdy się biedaczka dowie, co czeka jej córkę. Więc po jaką cholerę tu przyszła? Bo zawsze uciekała pod opiekuńcze skrzydła? No, nie zawsze…Na szczęście. Nie chciała być ciągle dla nich ciężarem i źródłem trosk, odseparowała ich od klęsk poważnych. Do dziś nawet nie wiedzą, że mąż ją rzucił a sprawa rozwodowa w toku. Nie miała sumienia im tego mówić. Na wspomnienie męża, gorzki uśmiech przemknął jej przez usta. Jeśli będzie wystarczająco cierpliwy, to nie będzie żadnego rozwodu- zostanie po prostu wdowcem…Choć z niego skończony drań, spotka go nagroda. A ona zbiera same puste fanty. Tak bardzo się starała coś osiągnąć, a pozostał z tego niesmak spapranego dokumentnie życia. I do tego taki żałosny koniec. Chora, opuszczona i nikomu niepotrzebna. Więc po co czekać? Nie lepiej zakończyć to wszystko tu i teraz, głupio, ale z fasonem? Jeśli tak miało właśnie być, to musi się spieszyć, bo przeznaczenie jest coraz bliżej, jeszcze chwila i będzie za późno. „Nie rób tego!”- Głos w jej głowie rozbrzmiał z siłą trąb jerychońskich. Też sobie sumienie znalazło moment na refleksje. A może to był strach, zwykły, zwierzęcy, ludzki strach przed bólem? I tym, co będzie w chwili, kiedy uderzenie ton stali zmiażdży ją, zamieni ciało w strzęp poszarpanych tkanek? Nie na darmo mówią o samobójcach- tchórze. To pewnie tchórz w niej samej próbuje ją odwieść od tego zamiaru. Ma nadzieję jeszcze pożyć w niej samej- choćby nawet było to kilka nędznych dni. Nędznych dni, pełnych cierpienia wywołanego chorobą. Ten pasożyt chce jej kosztem być na tym świecie jeszcze trochę! A nie doczekanie! Oddychała coraz szybciej. Determinacja pchała ją ku torom, dziwny lęk ścisnął serce i odbierał możliwość widzenia. Czerwone plamy przesłoniły oczy. „Nie rób tego”. Tym razem głos był spokojniejszy, jakby zrozumiał, że poprzednim razem bardziej ją wystraszył niż odwiódł od zamiaru. „Zastanów się czy warto?” Dopiero teraz, wpół kroku ku skrajowi peronu, zdała sobie sprawę z jednej rzeczy. Głos nie był echem jej sumienia, strachu czy zdrowego rozsądku. Był to męski głos, brzmiący w jej umyśle i starający się zatrzymać ją za wszelką cenę. Poznała to po zdecydowanym akcencie, jaki pobrzmiewał w tonie. I osiągnął swój cel. Zawahała się, a ten moment kosztował ją szansę skoczenia pod skład pospieszny z Gdyni. Z ogłuszającym łoskotem hamujących kół, wagony wtoczyły się na dworzec i stanęły w szalonej symfonii dźwięków. Ale nawet teraz, gdy uszy wypełnił jazgot, nadal bardzo wyraźnie słyszała ten sam głos. „Brawo! Jestem z ciebie dumny!” Czas się nagle zatrzymał. Zdało jej się, że wariuje. Zawsze myślała, że jest racjonalnie myślącą kobietą. Co prawda wiadomość o chorobie wiele w tej materii zmieniła, ale żeby słyszeć głosy?! Stała jak sparaliżowana i nie wiedziała, czy bardziej świadomością, że nie uczyniła tego, co zamierzała, czy tym, że zupełnie zwariowała. „Nie bój się tego. Za chwilę wszystko stanie się jasne”- zabrzmiała obietnica. -Przestań!- Wykrzyknęła, chwytając się za głowę. Ludzie wokół niej spojrzeli na nią z podejrzliwością i na wszelki wypadek odsunęli się na bezpieczną odległość. Dziwy świata tak już wszystkim spowszedniały, że była to reakcja raczej obronna niż agresywna. Odsuwali się od niej nie dlatego, że im zagrażała fizycznie, lecz by uniknąć kłopotów zaopiekowania się nią. W razie, gdyby taka zaistniałą potrzeba. Nikogo nie interesowało to, czy rzeczywiście ześwirowana. Ich martwiło bardziej, że może ich wstrzymać w podróży i skomplikować ich mały, własny świat. Zresztą i tak po chwili była już sama na peronie. Ludzie się rozeszli spiesznie do własnych zajęć, a pociąg ruszył dalej kusić innych zdeterminowanych. „Uspokój się, proszę.” Gwałtownie się obróciła wokół własnej osi, szukając dowcipnisia, który tak okrutnie się z nią zabawia. Ale nie było nikogo. Przez kilka długich sekund trawiła tę oczywistość. A kiedy już zrozumiała, to nogi się pod nią ugięły i zataczając się usiadła na pobliskiej ławce. Zamknęła oczy i starała się uspokoić. Nie dlatego, że tak jej radził głos, lecz by na nowo móc myśleć zgodnie z logiką. -Witaj, Lauro! Aż podskoczyła! Jej imię. Wypowiedział jej imię i to nie w głowie, ale słyszała wyraźnie przez uszy. Uniosła powieki i spojrzała na swego prześladowcę. Stał obok niej. Mężczyzna wieku raczej średniego, ubrany w szary płaszcz i kapelusz, który nadawał mu wygląd bardziej staroświecki niż groźny. I okulary na nosie. Te z kolei powodowały, że sprawiał wrażenie dobrodusznego profesora, a nie jakiegoś pomylonego zboczeńca. Lecz skąd pewność, że tak jest w istocie? Wszystko to pozory. -Skąd znasz moje imię?- Odważyła się zadać pytanie. Nie znała tego faceta. Nawet z widzenia. Tego była pewna, takiej twarzy by nie zapomniała! -Ja wiem wiele… Dopiero teraz dotarła do niej inna mrożąca krew w żyłach oczywistość: przecież wokół niej nie było absolutnie nikogo, zanim usiadła na ławce, uważnie się rozejrzała. Niemożliwością było, by ktokolwiek do niej podszedł przez tę krótką chwilę, jaką jej zajęło dojście do siebie. „Tracę zmysły!” -Nie, Lauro. To ma swoje wytłumaczenie… Strach ścisnął ją za krtań i nie pozwolił dalej rozmawiać. -Nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy.- Jego głos miał kojącą moc. Poczuła jak w jej ciele rozlewają się fale gorąca, niczym balsam kołyszą jej skołataną duszę i łagodzą nerwy. -Kim ty jesteś?- Pytanie niby oczywiste, ale jednak odniosła wrażenie, że nie takie powinna zadać. -Przyjacielem. Prychnęła w odpowiedzi. -Ja nie mam przyjaciół! Stanął przed nią. Górował swoją osobą nad jej marną ludzką powłoką i spojrzał z delikatnym politowaniem: -Masz mnie… -Nie znam cię! -Ale ja znam ciebie, Lauro. -A to coś zmienia?- Pogaduszka z natrętem, pomimo znamion szaleństwa, pozwalała jej szukać pewności siebie i odzyskiwać trzeźwe spojrzenie na świat. W odpowiedzi uniósł brwi. Ale zupełnie nie wiadomo, czy ze zdziwienia, czy raczej zastanowienia. -Kim ty u licha, jesteś? -Ciągle słyszę to samo pytanie.- Rzucił w odpowiedzi.- Jestem aniołem, Lauro. Dotychczas rozmowa balansowała na granicy dobrego smaku. Nawet było można odnieść wrażenie, że nie jest tym, kim wydaje się być. Ale teraz? „Szkoda, że to wariat! Przez chwilę uwierzyłam, że to tylko samotny człowiek.”- Laura aż odczuła fizyczny ból na takie rozczarowanie. -Jasne.- Komentarz chłodny jak powiew z zamrażarki.- Żegnam pana! Jedynie wydał się rozbawiony jej reakcją, co z kolei wprowadziło ją w stan podwyższonej gotowości budzącego się do życia Wezuwiusza. -Powiedziałam, że żegnam pana- powtórzyła z naciskiem jeszcze raz. Kłopot polegał na tym, że blokował jej drogę ucieczki. Ale jeśli będzie musiała walczyć z nim, to zrobi to! Nawet zaczęła rozglądać się za ewentualną bronią. I może dlatego nie od razu zrozumiała, co się wokół niej dzieje. Motyle muskały jej policzki z gracją, jaką tylko im jest dana. Feeria barw i wzorów wypełniła przestrzeń, urzekając swym pięknem i zarazem absurdalnością sytuacji. Nawet gdyby nie chciała i tak wyciągnęła bezwiednie ręce ku spektaklowi jaki się rozgrywał na jej oczach. -Piękne… „Prawda, że tak?”- Głos w jej umyśle pojawił się znienacka. Tak bardzo nagle, że ją zupełnie otrzeźwił. Ponownie spojrzała na swego prześladowcę, a wtedy motyle znikły, jak za podmuchem wiatru. Lawa wściekłości rozżarzyła się w niej niebezpiecznie do poziomu bliskiej wrzenia. -Proszę mnie zostawić w spokoju! Bo wezwę pomoc! -Zaraz nastąpi atak kaszlu, Lauro! Nie emocjonuj się tak, nie pomagasz swojemu organizmowi. Rak nie jest tak wyrozumiały, jak myślisz… Autentyczne przerażenie było silniejsze niż odruch obronny. -Ale skąd ty…?- I dalszy ciąg pytania utonął w rozdzierającym bólu płuc i kaszlu. W panice sięgnęła po torebkę, gdzie były pastylki uśmierzające ból. Ale wszystko jej wirowało przed oczami i dłonie tylko bezowocnie tańczyły, nie mogąc natrafić na obiekt pożądania. Cierpiała tak bardzo i wpadała w panikę, że nie zdąży zażyć leku zanim wytchnie w spazmach ostatnią iskrę życia z siebie. Nieznajomy wykonał gest i nagle wszystko ustało. Było to tak nieoczekiwane, że zajęło jej dobrą chwilę, by sobie to uświadomić. -Dziękuję- wyszeptała wdzięczna za tę chwilę wytchnienia. Było jej teraz obojętne, czy jest wariatem i zboczeńcem. Ważne, że sprawił, iż ten potworny ból znikł. Nie chciała nawet wiedzieć jak tego dokonał. -Och, Lauro. Tak mi przykro… -Kim ty naprawdę, jesteś?- Zignorowała zupełnie jego uwagę. -Już mówiłem. Jestem aniołem. A ściślej mówiąc aniołem-przewodnikiem… -Proszę! Nie kpij ze mnie…- Smutek w jej głosie był prawdziwy. Mogła mu wybaczyć wiele w podzięce za pomoc, ale czegoś takiego nie potrafiła znieść. -Nie kpię. Widziałaś, co mogę zrobić… -Sztuczki, iluzja, kuglarstwo! I po co? -A jak zatrzymałem twój atak?- Nadal przemawiał do niej spokojnym głosem, choć przecież ona bez ogródek zarzucała mu fałsz. Inny na jego miejscu już dawno straciłby ten spokój. -Ja chyba wariuję… -Jesteś śmiertelnie chora, Lauro. A ja przyszedłem ci wskazać dalszą drogę. -No, to chyba nie jest trudne- Gorzki komentarz. Jedynie na taki ją było stać. -Doprawdy? Naprawdę chcesz umrzeć? -Nie boję się śmierci, tylko umierania… Spoglądał na nią przez dłuższą chwilę w zupełnej ciszy. Czuła, jakby czytał ją całą niczym rozwartą księgę, poznawał każdą najdrobniejszą myśl. Odsłaniała się przed nim tak, jak jeszcze nigdy dotąd przed nikim się nie odsłoniła. Nawet przed mężem- wtedy, kiedy jej się zdawało, że coś dla niego znaczy. Coś więcej niż tylko ciało. -I dlatego postanowiłaś uciec przed cierpieniem? Jeśli zaakceptować to, co jej o sobie powiedział, to rozmowa niczym się nie różniła od innej zwykłej ludzkiej pogawędki. Wystarczyło tylko przyjąć za pewnik, że jest aniołem, wszystko wie i wszystko potrafi, i ot tak sobie, można prowadzić dialog. -To źle? Nie otrzymała odpowiedzi. Czekała cierpliwie, ale nic nie odrzekł na to pytanie. -Jak masz na imię?- Chciała przerwać przedłużające się milczenie. -Nie mam imienia.- Widać nie rozmyślał aż tak głęboko, by nie zrozumieć pytania. -Jak to? -Tacy jak ja, dorabiają się imion po dłuższym czasie. -Tacy jak ty?!- Jej głos niebezpiecznie znowu żeglował w kierunku histerii. -Jestem aniołem upadłym, kimś kim będę po śmierci mojego pana. Oczy ogromniały z każdą sekundą. A już się jej wydawało, że rozumie. Lub prawie jest w stanie zaakceptować tę całą sytuację. Widać, że spostrzegł jej reakcję, bo udzielił kolejnych wyjaśnień. -Jestem bytem, jakim się stanie mój teraźniejszy pan po śmierci. -Więc on żyje?!- Takie pytanie wydało jej się na tyle odpowiednie, by sprawiać wrażenie, że pojęła o czym mówią. Ale i tak atmosfera zgęstniała od grozy. -Oczywiście- odparł zdumiony tym, jak można nie pojmować tak prostej rzeczy. Po plecach Laury ruszył batalion lodowatych mrówek, kierując się wzdłuż kręgosłupa ku górze. Niemal czuła jak włoski na rękach się powoli podnoszą, a na głowie ma jeża zamiast trwałej. „To pewnie kara za moją bezbożność!”- Taka straszna myśl zakołatała w jej udręczonym mózgu. -Nie, Lauro. To nie kara. A poza tym bóg nie istnieje. -Ty czytasz w mojej głowie!- Bardziej to było stwierdzenie, na pograniczu wyrzutu niż zapytanie. -Mówiłem, że potrafię wiele- niemal przepraszająco ją upewnił, że nie traci zmysłów. I potem, zupełnie bez sensu dodał: -Wołają na mnie, Bezimienny. I wyciągnął ku niej rękę w geście znanym od stuleci i w każdej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych