Stado III
Historia o kurach, kaczkach, gęsiach i indykach
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
STADO III Kamil po opuszczeniu swych ziomków wędrował kilka tygodni przez kwieciste łąki, gęste lasy, trawiaste polany. Szkicował na płatach kory brzozowej trasę przemarszu, by móc wrócić z powrotem w rodzinne strony. Zatrzymywał się czasami na słonecznej, leśnej polance, ciekawie przypatrywał się porastającym ją kwiatom, trawom, rosnącym na jej obrzeżach drzewom, spoglądał na błękitne niebo, na oślepiające słońce, w nocy obserwował księżyc i gwiazdy. Wędrował, wędrował, czasami tracił już nadzieję, że kogoś odnajdzie. Wszędzie niezamieszkana przestrzeń, drzewa, łąki, pola, horyzont uciekał daleko, daleko. Kamil czuł, że to wszystko naokoło jest tak niepojęte, tak wielkie, tak nieskończone, niezrozumiałe. Przypominał sobie opowiadania Korunda o wszechmogącym Gospodarzu, który ich stworzył. Czyżby te łąki, lasy, piękne krajobrazy też były jego dziełem, też powstały za jego sprawą? Czy tylko jego władza ogranicza się do nas, pierzastych istot ? A może panuje też nad tą wspaniałą przyrodą. Może jego dziełem jest ziemia, niebo, gwiazdy? Może jest tak potężny, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych? Takie myśli przychodziły Kamilowi do łepka, gdy odpoczywając na polanie przymrużał oczy przed prażącym słońcem. Zapasy żywności zebrane z polany już się skończyły, część czasu poświęcał na poszukiwaniu pokarmu. Wybierał zaciszne miejsca wśród krzewów, by tam spędzić noc. Rozmyślał o współtowarzyszach ze stada, o królu Korundzie. Co oni robią, jak się rozwija stado? Pewnego jesiennego dnia naszedł go atak samotności, bojaźni, smutku. Poczuł się nieswojo, rozglądał się trwożliwie dookoła, strach podszedł mu do gardła. Ciało zadrżało jakby z zimna, oczy zaszkliły się łzami. Dookoła pustka, nieznane tereny, obce niebo. Lecz trwało to niedługo. Słońce przecież nadal świeci, rośliny dalej rosną, białe chmurki płyną po błękitnym niebie. Żałował wówczas, że oddalił się sam od stada. Nie miał z kim porozmawiać, z kim podzielić się wrażeniami, przeżyciami. Lecz nie mógł też zrozumieć, dlaczego nikt ze stada wcześniej nie wyruszył na tę wędrówkę w nieznane. Przecież to było fascynujące, móc zobaczyć to, czego przedtem nikt nie widział, odkrywać tereny, na których nie stanęła dotąd żadna kogucia stopa. Ograniczanie się tylko do życia na polanie wydawało się czymś niezrozumiałym dla Kamila. „Muszę znaleźć pozostałych członków pierwotnego stada. Na pewno gdzieś są, gdzieś żyją. Nie wierzę by wszyscy zginęli. Nie stworzono ich po to by zaraz ginęli. Muszę naprawić błąd Bogusza. Powinniśmy z powrotem się wszyscy zjednoczyć, żyć w przyjaźni i zgodnej współpracy”. Tak rozmyślając dotarł do wielkich przestrzeni niegdyś pokrytych bujnymi łąkami i wartkimi strumyczkami. Była to kraina gęsi. Kamilowi ukazał się niecodzienny i niespodziewany widok. Przyzwyczajony do osiedli składających się w większości z krzywo i bez żadnej koncepcji ustawionych szałasów, naprędce kleconych domków, błotnistych dróżek i spływających ściekami kanałów Kamil poczuł jakby znalazł się w innym świecie. Drewniane, kolorowe domki z drzwiami, oknami, okiennicami, dachy kryte czerwonymi dachówkami, kamienne drogi, stawy, kanały z krystalicznie czystą wodą. Mnóstwo różnobarwnych kwiatów, pachnących roślin i drzew ozdobnych. Powoli wchodził oniemiały do lśniącego czystością i pachnącego miasteczka. Spacerujące po ulicach gęsi z małymi gąskami zauważyły koguta. Z ciekawością przyglądały się utrudzonemu wędrowcowi. Zrobiło się niewielkie zbiegowisko gęsi, które otoczyły Kamila. - Kim jesteś? Skąd przybywasz? W jakim celu? Co chcesz zrobić?. - zasypały go gradem pytań starsze gęsi. Małe gąski ze śmiechem obchodziły Kamila ze wszystkich stron nie mogąc się nadziwić jego różnorodnymi piórami, niespotykaną budową, ostrym dziobem i czerwonym grzebieniem na główce. Kamil z trudem rozumiał co do niego mówią, o co się pytają, mowa gęsi przesiąknięta była nieznanym dla niego akcentem. - Chciałbym się zobaczyć z waszym królem - rzekł wreszcie, przerywając potok gęsiej mowy. Jedna ze starszych gęsi ujrzawszy jego podróżny bagaż, przybrudzone i umęczone marszem nogi, przepocone skrzydła ofiarowała się z pomocą. Najpierw zaprowadziła go do domu, gdzie się wykąpał, napił wody i pożywił. Kamil i tutaj zaskoczony został czystością i schludnością wnętrza mieszkania. Ich ciemne, brzydko pachnące szałasy z kanałami odprowadzającymi nieczystości, krzywe grzędy, jakie różniły się na niekorzyść od tego co tutaj zobaczył. Przestronny holl, pokoje z oddzielnymi wejściami i oknami. Co najbardziej go zdziwiło do doprowadzenie wody za pomocą drewnianych wodociągów. Odkręcało się zawór i płynęła czyściutka, źródlana woda, co najciekawsze, była ona ciepła. W kogucim stadzie wodę codziennie noszono z kanału do pojemników za pomocą drewnianych czerpaków. Odprowadzanie nieczystości u gęsi następowało znowuż drewnianymi, zakrytymi korytami. Wszędzie było czysto, cicho, bardzo miło. W powietrzu unosił się przyjemny zapach. Na parapetach pod oknami stały doniczki z różnokolorowymi kwiatami, ściany przystrojone były najrozmaitszymi ozdóbkami. Chociaż za panowania Korunda założono szkołę techniczną i jej absolwenci też projektowali i uczyli budować praktyczne domki-szałasy to nie na taką skalę jak tu i nie w takim wysokim stopniu zaawansowania myśli inżynieryjnej. - Skąd to wszystko macie? - nie mógł powstrzymać się od nie zadania pytania, rozglądając się dookoła. - Jak skąd to? - gęś nie za bardzo zrozumiała pytanie - Co skąd? Domy, krany, okna. To przecież jest, normalnie jest, to się kupuje, buduje, zależy od możliwości każdej rodziny. Proszę teraz zaprowadzę cię do króla. Wyszli z domu, szli kamienistymi, wysprzątanymi dróżkami. Wieść o przybyciu dziwnego i nieznanego z wyglądu gościa rozeszła się szybko po osiedlach. Zewsząd napływały tłumy gęsi, gąsiorów, gąsek by przypatrzeć się nieznajomemu osobnikowi. Kamil również się im wszystkim z ciekawością przyglądał. Gęsi znał przecież tylko z opowiadań. Do siedziby panującego króla Kamil wraz ze swoją przewodniczką dotarli wśród szpaleru ciekawskich członków gęsiego stada. Władzę królewską sprawował niemłody już gąsior Julian. Był synem pierwszego przywódcy gęsiego stada, Ludwika, który na nowym terenie dożył sędziwych lat. Rządy Ludwika i Juliana przebiegały w spokoju, w atmosferze wytężonej pracy i kwitnącej nauki. Gęsi od czasu wygnania ich przez Bogusza zapomniały o walkach, kłótniach, skrytobójczych mordach. Władcy wszczepili im szacunek do pracy, do poważania technicznych i naukowych osiągnięć. Wprowadzili do obiegu pieniądze, za które można było wszystko kupić, ale na które trzeba było ciężko pracować. Praca stała się głównym sensem życia gęsi. I nauka. Małe gąsiory i gąski zostały objęte kilkuletnim, obowiązkowym szkoleniem, po zakończeniu którego dzielono absolwentów na pracowników i naukowców. Pracownicy szli do pracy, naukowcy poświęcali się dalszej nauce. Selekcja była ostra, badaczami zostawali tylko najmądrzejsi i najpilniejsi. Oni w przyszłości mieli decydować o obliczu społeczności. Naukowe i techniczne wykształcenie grupy gęsi i gąsiorów pozwalało na efektywny rozwój stada. Zaspokajano najbardziej proste oraz najbardziej skomplikowane potrzeby poszczególnych członków. Julian ujrzawszy gościa zamyślił się. Od czasu pogromu dokonanego przez kogutów nikt nie wspominał o byłych prześladowcach. Ci co przeżyli tamtą noc już poumierali. Ludwik po przyjściu na nowe tereny zakazał rozmów na inne tematy niż praca, nauka, budowa nowego życia. Młode pokolenia, a wśród nich Julian wychowywały się bez tragicznych uprzedzeń i krwawych wspomnień. Kilka dni przed śmiercią stary król wezwał syna i przedstawił mu swą tajemnicę. Tajemnicę, którą przyrzekał, że nie wyjawi nikomu, dopiero swemu synowi w odpowiednim czasie. I teraz pojawiła się istota, którą tak dokładnie opisał mu ojciec. Istota z krwistym grzebieniem, barwnymi piórami, spiczastym dziobem, przenikliwie patrzącymi oczyma, mocnymi skrzydłami i dużymi, rozgałęzionymi palcami u nóg. Julian lekko się przestraszył. Przypomniał sobie opowiadania ojca przed śmiercią, o pazerności tych istot, o ich krwiożerczości, zachłanności. O morderstwach dokonanych na innych współplemieńcach, na gęsiach, kaczkach i indykach. Ludwik opowiadał o pamiętnej nocy, którą nieliczni przeżyli, o części byłego stada podstępnie straconej. Opowiadał o ciężkiej, nieskończenie długo trwającej ucieczce, by jak najdalej znaleźć się od wrogów, by jak najszybciej o nich zapomnieć. I o osiedleniu się tutaj, na tych dziewiczych terenach, których zagospodarowywanie i urządzanie zajęło tyle czasu i pracy. Teraz nagle zjawia się istota, która może przynieść zgubę i zniszczenie. Juliana ogarnęły dreszcze z powodu tych myśli. Jego stado miało wiele do stracenia. Spojrzał na Kamila. Lecz spojrzenie koguta wydawało się szczere, oczy spoglądały z ufnością i ciekawością. - W jakim celu do nas przybywasz? - niepewnie się zapytał. Kamil miał już przygotowaną odpowiedź, wyruszył na wędrówkę by odnaleźć członków byłego wszechstada , by przekonać wszystkich o możliwościach przyszłego, wspólnego życia. Odnalazł stado gęsi i był mile zaskoczony. Korund tak mówił o ich nieporadności, że spodziewał się, jeżeli kogoś znaleźć tona pewno zziębnięte, przerażone kaczki, gęsi czy też indyki. Tutaj zaś znalazł kwitnące miasto pełne niespotykanych domostw i wymyślnych urządzeń, o którym kogutom się nawet nie śniło. - Nazywam się Kamil. Pochodzę ze stada kogutów, którym przewodzi nasz sprawiedliwy władca Korund. Nasze stado zajmuje tereny położone daleko stąd. Maszerowałem długo zanim was odnalazłem. Udało mi się. Jestem zdziwiony przepychem, dostatkiem jaki u was zastałem. Mój król nie wspominał, że jesteście aż tak pomysłowi i mądrzy. O waszej historii i przeżyciach dowiedziałem się również od najstarszych członków mego stada. Spisałem całą kronikę. Od stworzenia nas przez Pana, od rządów pierwszego, wspólnego dla wszystkich króla, Krasnego. Oto ona - Kamil wyjął z plecaka księgę oprawioną w brzozową korę. - Mów dalej - rzekł Julian. - Przywędrowałem do was w celu przekazania wam posłania od mojego władcy. Pragnie on ponownego zjednoczenia wszystkich ras drobiu pod wspólnymi rządami. Był niechętny mojej wyprawie ale przekonałem go, że należy wrócić do dawnej wspólnoty. Zapomnieć o konfliktach, krzywdach, stratach i ponownie zjednoczyć się, żyć razem w pokoju i zrozumieniu. Jednocześnie przepraszam was za jakiekolwiek krzywdy powstałe z naszej, koguciej inicjatywy. Proszę w imieniu mego stada o wybaczenie. Chcę się od was dowiedzieć o losie pozostałych, kaczek i indyków. Zamierzam do nich dotrzeć również. Julian zamyślił się. Swój śnieżnobiały łepek podparł skrzydłem i tak rozmyślał siedząc na wygodnym krześle. Po dłuższej chwili spojrzał na przyjaciół, gąsiorów stojących obok niego, nic nie rozumiejących z przemowy Kamila i przemówił. - Dziękuję, za to co powiedziałeś. Lecz niepotrzebnie trudzisz się z przeprosinami. Nikt prócz mnie nie wie za co przepraszasz. Nasza historia rozpoczęła się na tych terenach. Również prowadzimy kronikę i kalendarz. Rokiem pierwszym jest rok, w którym zbudowano tutaj pierwszy dom. Nasza historia zaczyna się od przyjścia mego ojca, Ludwika, wraz z garstką gęsi na te piękne tereny. Nie rozpamiętywaliśmy tragicznej przeszłości, bo nie znaliśmy jej. Nie rozpaczaliśmy, Uważaliśmy, że powinniśmy żyć dniem dzisiejszym i przyszłością troszcząc się o młode pokolenia. Nie interesuje nas wasza historia, chociaż my w niej też uczestniczyliśmy. Po co przypominać nieprzyjemne wydarzenia. Może kiedyś będzie można o nich otwarcie mówić, gdy już ziszczą się marzenia o wspólnocie. Przekaż swemu królowi, że jeżeli ma szlachetne zamiary mówiąc o zjednoczeniu stada to my przyłączamy się do tej propozycji. Pragniemy żyć w pokoju i zgodzie ze wszystkimi rasami, jakie istnieją. Nie mamy żadnych uprzedzeń ani historycznych obciążeń. Niestety nic nie wiem o losie kaczek i indyków. Jeżeli masz zamiar uch szukać możesz odpocząć w naszym mieście przez pewien czas. Poznasz nasze domy, uczelnie, zakłady pracy. Kamil przebywał w mieście, które nazywało się Karolewo, (na cześć pierwszego budowniczego i architekta, gąsiora Karola) całą zimę. Zwiedzał domostwa, małe przedsiębiorstwa, szkoły. Nie mógł nadziwić się gospodarności, pomysłowości, czystości gęsi. W zimie, gdy koguty marzły z zimna, nie dojadały, topiły śnieg by móc napić się wody, to gęsi spokojnie przesiadywały w ciepłych, ogrzewanych, przytulnych mieszkaniach. Spożywały zapasy przechowywane w wymyślnych lodówkach, popijały smaczną wodę mineralną. Gdy koguty spożywały surowe ziarno, to gęsi sporządzały takie mączne potrawy i stosowały takie przyprawy, że Kamil nie wiedział, że w ogóle one mogą istnieć. Odwiedzał poszczególne domostwa Karolewa i nie mógł się napatrzeć, nadziwić. Początkowo zachwycał się na głos, później w milczeniu. Aż wreszcie chwycił go wstyd i poczuł się upokorzony. Jak to? Dlaczego u nas tego nie ma? Dlaczego my nie potrafimy zrobić podobnie Przecież gęsi nie są od nas mądrzejsze. Od czego to zależy? Dlaczego ich rozwój jest inny, bardziej efektywny ? Mądrość władcy? Metody rządzenia? Inicjatywa? Pomysłowość? Warunki naturalne? Wygląd? Predyspozycje? Rasowe? Przypomniał sobie wieczne kłótnie między rodzinami, niezgodę, przekorę, robienie na złość, zadziorność, obłędne projekty gospodarcze forsowane przez poszczególne rodziny w celu zaspokojenia prywatnych ambicji i interesów. Później doszły pijaństwo, rozpusta i gwałty. Kto by myślał o takich rzeczach. jakie tu zastał. Wędrował z domu do domu, przyglądał się, notował najciekawsze spostrzeżenia. Wypożyczył z biblioteki rękopis kroniki gęsi i począł ją przepisywać. Zdziwił się monotonią opisów, z jakich ona się składała. Praca, praca, wiecznie praca ? - dziwił się Kamil. Całe ich życie składa się z pracy, pracują od rana do wieczora, rzadko wypoczywają. Czyżby te widoczne, wspaniałe efekty uzależnione były tylko od intensywnej pracy? Przecież oni, koguty też pracowali. W kronice nie było żadnych wojen, przewrotów, kłótni, tylko spokojna, rzetelna praca. W jego kronice zaś na każdej stronie mordy, zatargi, krew, niezgoda. Zwiedzał warsztaty, zakłady pracy, których w mieście była niezliczona ilość. Pracownikami było kilku, kilkunastu członków stada pochodzących przeważnie z tej samej rodziny i mieszkających blisko siebie. Była też duża ilość sklepików zaopatrzonych w żywność, przyrządy gospodarcze, książki, urządzenia mechaniczne i wiele innych, różnych rzeczy przydatnych w życiu. Zwiedzał gęsie gospodarstwa rolne, w których plony kilkakrotnie przewyższały wyniki uzyskiwane na ziemiach kogutów. Poziom życia, który osiągnęły gęsi Kamil uznał za bardzo wysoki. Rozwój techniki, rolnictwa, nauki, kultury był tak wszechstronny, że pod koniec pobytu Kamil nie odzywał się do nikogo. Milczał. Czuł się niezręcznie, było mu wstyd. Ale dało mu to też naukę. Gdy tylko wrócę do stada - myślał - wszystko zaczniemy robić tak jak gęsi. Dostarczono mu dużo szkiców, rysunków, skryptów, książek. Kamil wstawał wcześnie rano, kładł się spać późno w nocy. Nie starczało mu czasu na czytanie, naukę, przerysowywanie wszystkich interesujących go projektów. Ile my straciliśmy czasu, ile czasu - rozmyślał - czy zdołamy go nadrobić? Nie możemy w chwili uroczystego zjednoczenia przyjść z pustymi skrzydłami. Też musimy wnieść pewien wkład, jakąś trwałą rzecz, która przyczyni się do dalszego rozwoju. Nie możemy przecież tylko brać, musimy dać coś swojego, oryginalnego i potrzebnego. Zjednoczenie nie może polegać na wykorzystaniu gęsi, nie mamy do tego prawa. One wypracowały w pocie czoła swój dobrobyt. Możemy z nich wziąć przykład. Tak rozmyślając, ucząc się, studiując, zwiedzając, patrząc doczekał do wiosny. Przyszła pora na opuszczenie gościnnego, pracowitego miasta Karolewa. Kamil poszedł do siedziby króla Juliana pożegnać się. - Dziękuję za gościnność i otwartość z jaką mnie podejmowaliście. Czas już jednak na mnie. Muszę wędrować dalej w poszukiwaniu innych, wygnanych i zagubionych. Dopiero wtedy powrócę do domu. Dużo się u was nauczyłem, dużo nowych rzeczy poznałem, to była dla mnie przydatna lekcja. Opisałem waszą społeczność w moich notatkach. Moi bracia dowiedzą się o Karolewie z jak najlepszej strony. Przekażę królowi Korundowi wiadomość o waszych, przychylnych nastrojach i zgodzie na nasze propozycje. Życzę sobie i wam by następne spotkanie z moim stadem było równie serdeczne. Julian też podziękował Kamilowi za odwiedziny, powiedział by upewnił swego władcę, że wśród stada gęsi zawsze będzie miał sprzymierzeńców w realizacji pokojowych zamiarów. Przekazał Kamilowi opieczętowane pismo - list do króla kogutów, Korunda. Pożegnali się i Kamil ruszył w dalszą drogę. Przed podróżą jego plecak został solidnie wypchany przeróżnymi smakołykami. Gęsi zadbały o to. * * * Znowu wędrował długie dni, tygodnie. Piękne, słoneczne polany, kwieciste łąki pokryte bujnymi trawami skończyły się. Na niebie pojawiły się chmury, ziemia pokryta była skałami, kamieniami. Gdzie niegdzie pojawiały się kępka suchej, bladożółtej trawy, wysuszony, z nielicznymi listkami krzak, wysokie drzewa z nagimi konarami. Kamilowi zrobiło się nieprzyjemnie gdy wszedł w te okolice. Ale cóż miał robić. Pragnął wypełnić swą misję do końca. Notował spostrzeżenia w notesie, szkicował mapę i wędrował dalej. Aż znalazł się nad brzegiem dużego, smutnego jeziora, którego brzegi okolone były ostrymi, szarymi skałami a woda w nim przezroczysta i przeraźliwie zimna. Kamil postanowił odpocząć trochę by nabrać sił przed dalszą podróżą. Rozpalił ognisko, przypatrywał się chwilę zapałkom podarowanym mu przez gęsi. Podgrzał posiłek. Następnego dnia gdy leżał wpatrzony w przeciwległy brzeg, rozmyślając nad przyczyną powstania skał i wód tego zimnego jeziora, w ogóle rozmyślając nad przyczyną istnienia tego świata i stworzeń na nim żyjących, ujrzał pewien ruch po drugiej stronie. Podniósł się błyskawicznie i wytężając wzrok próbował usilnie dojrzeć co też tam może się poruszać. Ale było to za daleko. Kamil zalał wodą ognisko, przydeptał popiół, spakował plecak i wyruszył zaraz, nie bacząc że planował dłuższy wypoczynek. Do przeciwległego brzegu jeziora dotarł dopiero po długim, intensywnym marszu. Wspinaczka przez skaliste wzniesienia nadszarpnęła jego siły, toteż do upatrzonego celu dotarł bardzo zmęczony. Schodząc z jednej ze skał natknął się na dwóch osobników o śmiesznym wyglądzie. Podeszli do niego zabawnym, chybotliwym krokiem. - Kim jesteś, co tu robisz - groźnie spytali, akcentem jeszcze bardziej niezrozumiałym niż u gęsi. Byli zaskoczeni pojawieniem się pierwszego obcego przybysza. Pilnowali tej granicy już tak długo, że stracili nadzieję by ktokolwiek próbował ją przekroczyć. Zastanawiali się po co jej pilnować, jezeli nikt nie chce przez nią przejść. - Mam na imię Kamil. Jestem wysłannikiem króla kogutów, Korunda. Nie obawiajcie się mnie, przybywam w pokojowej misji. Chciałbym porozmawiać z waszym królem. Dwa kaczory pilnujące swego terytorium poszeptały coś między sobą nie spuszczając wzroku z Kamila. Po uzgodnieniu, jeden z nic podreptał w kierunku skał, z których schodził kogut. Wspiął się na szczyt, stamtąd dokładnie zlustrował teren. Widocznie nic nie zauważył bo skinął skrzydłem koledze. Ten rzekł. - Dobrze, idź za mną. Kamil szedł za strażnikiem ku wąskiemu, skalistemu, sprytnie zamaskowanemu przesmykowi. Drugi z kaczorów pozostał na warcie bacznie zwracając uwagę na wszystko co się działo w zasięgu jego wzroku. Chociaż Kamil był pierwszą istotą, którą ujrzano w granicach państwa kaczek, to wartę pełniono cały czas, nieprzerwanie od pierwszego dnia, kiedy kaczka Gara powiedziała do wszystkich - Tu będzie nasza siedziba. Szedł ze strażnikiem skalistymi ścieżkami, które doprowadziły ich do smutnej, szarej polany. Kilkanaście nędznych, odrapanych szałasów stało na niej. Skupione one były wokół potężnej, wysokiej, drewnianej budowli. Nigdzie nie widać było żadnej, żywej duszy, żadnego ruchu, gwaru. Panowała niesamowita, grobowa cisza. Strażnik wskazał w milczeniu miejsce gdzie kogut miał zaczekać. Sam zaś otworzył masywne drzwi od wielkiego gmachu i zniknął wewnątrz. Wyszedł stamtąd po kilku chwilach i skinął Kamilowi skrzydłem, że może wejść. Sam odszedł w powrotną drogę by strzec granic obszaru zajętego przez jego stado, granic, których przez następnych wiele lat prawdopodobnie nikt nie będzie próbował przekroczyć. Stadem kaczek rządziła kaczka Mara, będąca kuzynką pierwszej władczyni na nowych terenach, kaczki Gary. Mara tak samo jak jej nieżyjąca ciotka była podstarzałą, bezdzietną starą panną. W całym stadzie, pod wpływem przygnębiającej atmosfery, występował zanik popędów fizjologicznych. Kojarzenie małżeństw było rzadkie, potomków również niewielu. Przyrost naturalny nieznacznie przekraczał śmiertelność wśród stada, także liczba kaczek od czasów wygnania powiększyła się nieznacznie. Mieszkano w tych samych szałasach, które pobudowano w pierwszych dniach. Żywiono się jedynie orzeszkami zbieranymi jesienią przez brygadę kaczorów. Przechowywano je w spichlerzu umiejscowionym pod potężnie zbudowanym gmachem. Orzeszki dzielono równo dla każdego, w niewielkich ilościach, pilnowano, by starczyło do następnych zbiorów. Orzeszki i zimna woda z martwego jeziora - to był pokarm stada. Brak jakiejkolwiek roślinności w okolicy, brak ryb w jeziorze powodował, iż stado zmuszone było do akceptacji tego monotonnego jadłospisu. Głównym zajęciem członków stada były rozmyślania i modlitwy odprawiane w drewnianej budowli będącej świątynią kaczek. Przesiadywano tam dniami i nocami, w milczeniu rozmyślając nad swym losem i tragicznym położeniem. Za czasów panowania Gary wspominano klęskę spowodowaną przez kogutów, oczekiwano na lepsze, pomyślniejsze czasy. Oczekiwano też na nieznanego, zapowiedzianego przez Garę wysłannika, który wyprowadzi stado z tych przygnębiających stron i pomoże im się dostać na żyzną, słoneczną polanę. Jeden z kaczorów zaprotestował przeciwko tak pesymistycznemu podejściu do rzeczywistości. - Trzeba działać, nie czekać. Śmiało patrzmy przed siebie, nie z rezygnacją. To wina tych paskudnych orzeszków, one obniżają naszą wydolność fizyczną i psychiczną. Przestańmy jeść orzeszki! - krzyczał. Znaleziono go na drugi dzień, martwego. Gara powiedziała, że umarł z głodu. Po śmierci pierwszej władczyni Mara doszła do wniosku, że tragiczne wspomnienia oraz rozmyślania o bliżej niesprecyzowanym wybawcy to za mało, by stado mogło przetrwać. Stado musi mieć jakiegoś potężnego Obrońcę, do którego będzie można zanosić modły o przysłanie wybawiciela, który będzie przyjmował indywidualne i zbiorowe prośby, skargi, modlitwy. Obrońcą, który im wytłumaczy dlaczego się tu znaleźli, na tym bezludnym, skalistym miejscu. Dlaczego tkwią nad tym zimnym, niezamieszkanym przez żadną rybę jeziorem. Obrońcą, który im wytłumaczy skąd się wzięły skały, woda, gwiazdy, słońce i niebo, który odpowie im na pytanie, co robią kaczki wśród wszystkiego tego nieznanego i dlaczego to muszą to być właśnie one, biedne kaczki. Tak myślała Mara, gdy obejmowała rządy po śmierci swej ciotki, Gary. Zdecydowała zburzyć dawny, duży szałas, w którym odbywały się spotkania wspólnoty. Na jego miejscu zbudowano właśnie ten olbrzymi gmach do którego wchodził Kamil. Drzwi zamknęły się za nim. Wzrok powoli przyzwyczajał się do panujących ciemności, zaczął rozróżniać kształty przedmiotów, postacie kaczek i kaczorów śledzących z pochylonymi dziobami w drewnianych ławkach. Panowała dziwnie brzmiąca cisza przerywana co chwilę rytmicznymi plaskaniami dziobów, w powietrzu unosił się zapach kadzidła przemieszany z intensywnym zapachem wydzielanym przez kaczki.. Nikt nie zwrócił uwagi na koguta, każdy pochłonięty był modlitwą. Kamil cicho szedł dalej, wzdłuż rządów ławek, do przodu. W dali, przy końcu budynku widział otoczony świetlikami, z których sączyło się dzienne światło, ołtarz. Przed nim klęczała stara kaczka . Była to Mara. Łeb z płaskim dziobem pochyliła do przodu, skrzydła rozpostarte i złączone razem. Dziób poruszał się rytmicznie, co pewien czas słychać było ciche plaśnięcie. Na ołtarzu przystrojonym suchymi gałęziami, stała olbrzymia, wielokrotnie większa niż normalne kaczki, Wielka Kaczka. Wykonana była z drewna cedrowego. Posąg wykonano na polecenie Mary. Obok budowy gmachu była to jedyna forma wykonanej przez kaczki (prócz corocznego zbierania orzeszków) pracy, od czasu wyjścia z polany. Owa Wielka Kaczka była ucieleśnieniem, zmaterializowaniem owego Obrońcy, którego tak pragnęła i pożądała Mara. Stado zostało przekonane, (takie przekonanie w świadomości kaczek istniało wcześniej) że Wielka Kaczka, której posąg postawiono na ołtarzu, istnieje gdzieś w nieokreślonej przestrzeni. Istnieje jako postać materialna, w niematerialnej pustce, której początku ani końca nikt nie znał, nikt nawet nie domyślał się gdzie się znajduje. Stado wierzyło, że Wielka Kaczka zapoczątkowała ich dzieje, ich kulturę. Nie tylko ich lecz również historię otaczającego świata. Jest początkiem tego, zimnego, bezrybiego jeziora, skał które je otaczają, ziemi na której żyją, nieba które nad nimi się rozpościera, gwiazd świecących w nocy a w dzień gasnących, słońca, księżyca, deszczu i śniegu, błysków, piorunów, wszystkich zjawisk i obiektów z którymi styka się stado. Wielka Kaczka pozwoliła im uzasadnić ich beznadziejne położenie i tragiczną egzystencję, była wytłumaczeniem niezrozumiałych zjawisk, wydarzeń, bojaźliwych spotkań z samotnością w niezbadanej przestrzeni. Dawniej kaczki były przerażone, nerwowe, ukrywano skrycie niepokój o przyszłość. Teraz modląc się do Wielkiej Kaczki, uspokoili się, ukoili nerwy, wewnętrzne napięcie znikło. Wpłynęło to też na zwiększoną ilość urodzeń małych kacząt w ostatnim okresie. Dotychczasowe, niespokojne oczekiwanie na niewiadomego posłańca przemieniło się w pewne i nieuchronnie mające nastąpić wydarzenie. Kaczki znalazłszy oparcie w tak potężnej istocie jaką była Wielka Kaczka uwierzyło, że ten wysłannik istotnie nadejdzie i wyprowadzi ich z tego samotnego miejsca nad ponurym jeziorem. Przyjdzie i powie, że czas wygnania już się skończył, czas cierpienia i męki już jest poza nimi i teraz czeka na nich słońce i radość, ulga i uciecha, pogodne niebo. Takie pracowało wśród nich przekonanie, o to też modlono się przed drewnianym posągiem. Ich prawdziwe życie miało rozpocząć się po opuszczeniu tych zimnych i niegościnnych stron. Przeszłość i teraźniejszość, był to czas oczekiwania i czas przetrwania. Mara modląc się na klęczkach, wyczuła obecność Kamila. Odwróciła dziób w jego stronę. Spojrzenia ich spotkały się. Kamil ujrzał duże, czarne oczy. Przebijało w nich zmęczenie, znużenie jakby rezygnacja. Mara obróciła wzrok w kierunku kaczek, kaczorów siedzących w ławkach i namiętnie modlących się. Plaskając dziobami w rytm modlitwy nie zwracały uwagi na przybysza. Mara patrzyła na nich, nad czymś się zastanawiała, wreszcie rzekła do Kamila - Wyjdźmy stąd. Kamil chętnie przystał na propozycję. W świątyni panował…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gomez
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…