Wróć do katalogu

Stara moneta

O królu przeklętym, którego uratować mogła tylko solidarność międzypokoleniowa. Kolejne, siódme opowiadanie z cyklu "Sezon na Pierwiosnka". Środek tryptyku Wontorka.

nyhariel, opublikowano , 26 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pamiętam to prawie tak dobrze, jakby to było dosłownie wczoraj. Mając niecałe pięć lat bawiłem się w rogu piaskownicy sypiąc łopatką piaseczek na czerwone siteczko wydarte brutalnie z kompletu foremek o różnych kształtach. He, z foremkami to mi się kojarzy mój kumpel, który dwanaście lat później usiłował być dowcipny i powiedział jednej panience przy kości, że się z nią nie bawi, bo ma brzydkie foremki. Potem jedna foremka podbiła mu oko, druga o mało nie udusiła, kiedy biedak dostał się w zasięg morderczych i niezbyt czułych ramion… dlatego pomny, że foremka może być przyczyną zguby, z należną czcią wspominam moje wspaniałe, dziecięce zabawki. No więc siedziałem sobie w tej piaskownicy jeszcze nieświadom faktu, że foremki mogą być i brzydkie, i ładne, i fascynujące – i grzebałem sobie w tym piaseczku. Wczoraj go przywieźli, więc był czyściutki, ładniutki i całkiem fajnie sypki. Piasek leniwie przesiąkał przez siteczko tworząc podręcznikową pryzmę o naturalnym kącie obsuwu, co mnie jako dzieciaczka nudziło już po pierwszych trzystu kilogramach piaseczku, ale sami przyznacie, że dla dziecka to lepszy odmózgawiacz, niż cztery telestwory z korciągami na głowach. Dochodziłem już, niestety nie do wielkich pieniędzy, a raczej do wprawy w przesiewaniu, gdy o siteczko coś brzęknęło. Grudka piasku się rozsypała i ze środka wyleciał zielony pieniążek. Szybko pozbierałem swoje zabawki i poleciałem do domu pochwalić się nietypowym, bądź co bądź, dla dzieciaka znaleziskiem. Ojciec z miną znawcy popatrzył na zaśniedziałą monetę i powiedział, że jest to stara moneta niemiecka z roku 1875. Nic mi to nie mówiło, poza tym, że z Niemcami gonili się czterej pancerni w czołgu, ale gdy usłyszałem, że mój pieniążek jest starszy od mojej prababci, to takie przedstawienie sprawy wywarło na mnie ogromne wrażenie. Od tej pory minęło sporo ziarenek czasu w siteczku wszechświata, ja wydoroślałem, zacząłem się interesować innymi foremkami, ale – o czym nie wiecie – właśnie od tego czasu wszystkie stare pieniążki z należną czcią chowałem do drewnianego pudełka po szachach. I tak oto doszliśmy do czasów, kiedy to wagowo moje pieniążki stały się cięższe ode mnie, a ich liczba miała już trzy zera na końcu – i pomimo, że każdy z nich był niezwykły na swój sposób, bo przecież każdy reprezentował jakąś cząstkę historii ludzkości, ten jeden jedyny, naprawdę niezwykły pieniążek właśnie odbywał swoja długą podróż, aby w końcu trafić w moje łapki.

* * *

- Mam coś dla ciebie! – oznajmił mi na dzień dobry kolega, który akurat dotarł na giełdę staroci. - He, to się zobaczy! – oznajmiłem wyciągając rękę. – Grabulka! Gdzieś był, jak cię nie było? - Tu i ówdzie się człowiek wałęsał… - odpalił kumpel od niechcenia. Od razu było widać, że był na wczasach. U rodziny. Na wsi. Podczas żniw. - Jak się tak dalej będziesz wałęsać, to do prezydentury dojdziesz. Pokaż, coś tam przysmyczył! - Ładna kopia! – przyznał mój rozmówca z miną konesera grzebiąc po kieszeni spodni. – Sam bym do kolekcji włożył, gdybym coś takiego zbierał. Po chwili w jego dłoni zalśniła niewielka, mosiężna moneta. Przyjrzałem się: rzeczywiście, jak na kopię, była dość wiernie porysowana, oklepana młotkiem i ładnie wytarta. - Ile? – zapytałem odruchowo. - Eeee…. Daj trzy złote i będziemy kwita! – uśmiechnął się kumpel i po tym tajemniczym uśmiechu Mony Lisy było widać, że popołudniem chce po prostu wypić sobie piwko przed telewizorem. Cóż było robić – dałem mu na to piwko nie przypuszczając nawet, ile mnie to będzie kosztować. Powłóczyłem się jeszcze po giełdzie i w końcu zrezygnowany – bo tylko z jednym łupem w garści – wróciłem do domu. Od razu raźno zabrałem się do rozpracowywania mojego nowego nabytku. Na awersie był bardzo wypukły rysunek kogoś – jakby czterdziestoletniej kobiety – w dziwacznej koronie, bo składającej się kilku wież obronnych i murów. Jakieś rozmyte napisy po bokach uświadomiły mi, że nie jest to moneta z obszaru łacińskiego. Postanowiłem zająć się napisami później. Z tyłu mój nowy nabytek posiadał coś, co roboczo określiłem „rzeźbionym taboretem”, bo nic innego mi do głowy nie przychodziło. Pogrzebałem trochę po fachowej literaturze, poprzerzucałem kilka niemieckich, bogato ilustrowanych książek sprzed stu lat traktujących o przeróżnych starożytnościach i w końcu zmęczony powlokłem się do kuchni. Moneta pozostała na biurku pod oknem. Wieczorem znowu zajrzałem do pokoiku z moimi skarbami. Już zasiadłem przed komputerem ulokowanym na biurku, aby poszukać w sieci wszelkich możliwych informacji o moim nowym nabytku, gdy w całej dzielnicy zgasło światło. I wtedy to zauważyłem – w nikłym blasku wschodzącego księżyca moja moneta miała delikatny, błękitnawy poblask. Dlaczego? Po chwili wszystko wróciło do normy – i mam tu na myśli naszą rodzimą energię elektryczną – ale wrażenie, że coś to jest nie tak, zostało zasiane jak ziarno i poczynało kiełkować. Postanowiłem zbadać tą mosiężną podróbkę: kilka kropel kwasu z popularnego środka do czyszczenia sanitariatów powinno rozwiać moje wątpliwości. Nie rozwiało – brud z monety zniknął, ale sam materiał powinien lekko zczerwienieć. A tu nic! Wziąłem silne szkło powiększające – no tak, wżery z zielonym nalotem nie powstają na złotych monetach, więc to jednak podróbka, tylko że wżery powstają latami! I co teraz? Wpadłem na pomysł, że przecież każda kobieta rozpozna błyskotkę na kilometr, więc dałem mój bez-cenny pieniążek za trzy całe złote mojej ukochanej żonie…

* * *

Umówiliśmy się po pracy pod osiedlowym marketem. Z daleka już widziałem jej zadowoloną minę, więc pełen najgorszych przeczuć szybko załatwiłem rytuał buzi-buzi i zapytałem o efekt wizyty u złotnika. - Mam dla ciebie dwie wiadomości. – odpaliła moja ślubna. – Dobrą i złą. - Oj nie drocz się ze mną! – prychnąłem niczym kot. – dawaj tą dobrą! - Twoja moneta jest złota. - A ta druga? – odruchowo spytałem nie do końca wierząc w swoje szczęście. Zobaczyłem, jak jej usteczka układają się w serduszko. - Kupiłam sobie nowe buty! Prawie zemdlałem.

* * *

Kiedy już doszedłem do siebie, okazało się, że nadal jestem właścicielem starej monety. Była, co prawda, złota, ale nie tak do końca – był to elektron, rzadki stop złota i srebra. To by tłumaczyło te zielone wżery. Cokolwiek by nie powiedzieć innego, była to jednak cenna zdobycz dla takiego niedzielnego zbieracza staroci, jak ja. Nastał wieczór, rzekłabym, że ten bardzo późny. Moneta schła na parapecie zabezpieczona bezbarwnym lakierem. Jak co wieczór dopisałem kilka linijek do tandetnego opowiadania, które właśnie tworzyłem, zapisałem wszystko dla potomnych i wyłączyłem komputer. I wtedy stała się rzecz co najmniej dziwna: spoczywający na biurku stary skalpel chirurgiczny, którego od lat używałem do oskrobywania różnych drobnych zanieczyszczeń z powłok metalicznych zaczął wędrować mi po biurku. Przetarłem oczy, bo wiadomo, że czasami zmęczenie płata różne głupie figle, ale nie! Skalpel nadal kontynuował swoja chaotyczną wędrówkę po biurku. Po chwili zaczął także wirować wokół własnej osi, ale już w towarzystwie dwóch długopisów. Zerwałem się na równe nogi uderzając boleśnie kolanem o front otwartej szuflady. Zabawa stawała się niebezpieczna, bo do tańca dołączyły nożyczki. Ręką próbowałem powstrzymać długopis. Zgodnie z oczekiwaniami zaległ martwy poddając się mojej woli, lecz po chwili, już uwolniony, rozpoczął taniec od nowa. Zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do jakiś łowców zjawisk paranormalnych, ale przypomniałem sobie film „Poltergeist” i stwierdziłem, że parapsychole mogą tylko pogorszyć sytuację. Obróciłem się, aby sięgnąć po ciężkie obciążniki pod postacią kilkunastu tomów encyklopedii, gdy zobaczyłem moja nową monetę na parapecie. W bladym świetle księżyca mieniła się błękitnawym blaskiem wyrzucając z siebie co jakiś czas miniaturowe błyskawice. Tego już było za wiele! Niewiele myśląc porwałem pierwszą lepszą książkę z półki i nakryłem pieniążek. Tak jak podpowiedziała mi intuicja – wszelki ruch na biurku zamarł. Wygląda na to, że odciąłem źródło zasilania pod postacią światła księżyca. Ale co i dlaczego? Tego mi już moja „kobieca” intuicja nie podpowiadała. Dlaczego użyłem określenia „kobieca”? Jakiś czas temu z nudów wziąłem do ręki tzw. „babską” gazetę, aby sprawdzić, czy faktycznie jest tam tyle ciekawych rzeczy. Fryzury, przepisy, cellulitis, trądzik i ubrane modelki – same nudy. No i obowiązkowy psychotest: „Jaką jesteś kobietą”. Wziąłem ołówek i pozakreślałem odpowiednie kratki. Po szybkim zsumowaniu punktów przeczytałem wynik zaczynający się od słów: „Jesteś stuprocentową kobietą…”. No i właśnie: to chyba stąd ta intuicja, tym bardziej, że o męskiej intuicji chyba nikt nigdy nie słyszał. Jedno stało się dla mnie jasne: jeżeli chciałem zachować mój nowy nabytek, musiałem się dowiedzieć, co to za tajemnicza siła jest w nim zaklęta i jak się jej pozbyć.

Następnego wieczora z dumą stwierdziłem, że naszukałem się jak głupi po mojej obszernej biblioteczce i nic nie znalazłem. Mało tego – w Internecie też nic. Dzwoniłem do radiestetów, ale ci mi poradzili, abym zadzwonił na jakiś telefon zaufania. Tam z kolei okazało się, że jest to poradnia dla nerwowo i psychicznie chorych, więc stwierdziłem, że to nie dla mnie. Duma mnie z tego powodu rozsadzała, bo być normalnym w dzisiejszych czasach, to coś wyjątkowego, ale efektu poszukiwań jak nie było wcześniej, tak i nie było później. Kicha! Zrezygnowany przerzucałem od niechcenia książki traktujące o różnych mitologiach, ale tam też nic nie było. Potem przyszła kolej na starożytności – też nic. W końcu bajki i podania ludowe… I wtedy mi cos zaświtało. Szybko odszukałem słownik świata arabskiego. Hmmm! Dżin to poważna sprawa, ale one siedziały głównie w lampach, kufrach i fajkach wodnych. Pomijam te dżiny, które są w butelkach z etykietką informującą o czterdziestu procentach. Dobra, a może Templariusze? Wskazówka zegara przesuwała się majestatycznie ku godzinie pierwszej, a ja grzebałem po makulaturze szukając czegoś o pieniądzach. Mam! Judaszowe srebrniki, przeklęte monety, które nieczyste spłynęły krwią – stąd też ich nazwa: krwawe srebrniki. Od razu się domyśliłem, że krwawy kolor srebrniki zawdzięczały gigantycznej domieszce miedzi do srebra, gdyż dawniej właśnie tak pomnażano ilość majątku: do kadzi srebra wlewano dwie kadzie miedzi i mieszano. W ten sposób otrzymywano „srebro” monetowe z trzech kadzi. Po wykonaniu – a właściwie wykuciu – cienkiej blachy, krojczy wycinał z niej kółka. Kółka mincerz kładł do stempla w walił młotem w bijnik, ile mu bozia pary w rękach dała. Wychodziła moneta, która była niezbyt estetyczna i zdrowo zabrudzona. Z tym ostatnim radzono sobie tak, że moczono cały ten majątek w roztworze kamienia winnego, przez co uzyskiwano „wybielenie” srebra. Otrzymywano piękną, srebrną monetę, którą liczarz inwentaryzował i składał w pańskim skarbcu. Jednak proces bielenia był odwracalny – wystarczyło monetę po iluś tam latach w obiegu wrzucić do słabego kwasu, aby uzyskała swój naturalny, srebrno – czerwony kolor. Tajemnicę krwawych srebrników miałem już wyjaśnioną, lecz dlaczego były przeklęte? Około drugiej znalazłem w książce „My Cyganie – opowiadania ludowe” krótki tekst o Cygance, która zabiła swojego skąpego męża dla bogactwa. Zadusiła go we śnie, kiedy ten wciąż trzymał sakiewkę ze złotem w rękach. Niestety, pieniądze od tego momentu były przeklęte, bo dusza Cygana nie poszła do nieba, tylko zamieszkała w dukatach, które doprowadziły babę do szaleństwa. To tyle w skrócie, ale wiedziałem już mniej więcej, co jest grane z judaszowymi srebrnikami, a co za tym idzie – z moim pieniążkiem. Chwile później padłem – dochodziła trzecia.

* * *

Wieczorem miałem odrobinę szczęścia – księżyc lśnił jak cygańska patelnia, na niebie nie było ani jednej chmurki. Położyłem na biurku kilka długopisów i podniosłem ciężką książkę wciąż spoczywającą na starej monecie. Gdy tylko światło księżyca dotarło do monety, biurowy cyrk ożył na nowo. Szybko położyłem książkę z powrotem na pieniążku i zrobiłem rachunek sumienia: w monecie, która jest mimo wszystko autentyczna, zagnieździła się dusza człowieka, który został zamordowany w momencie, kiedy trzymał tą kasę w ręku. W świetle księżyca z przeklętego przedmiotu emanuje energia, która narasta w funkcji czasu. Od razu pomyślałem o zmajstrowaniu domowej mini-elektrowni, co rozwiązałoby mi wiele problemów z dużymi rachunkami za media, tylko jak taką energię kontrolować? Równie dobrze mógłbym pod biurkiem próbować rozszczepiać atom! Pozostaje teraz problem – jak pozbyć się uwięzionej duszy i odzyskać cenny numizmat? Pierwsza moja myśl – przejrzeć gazety i poszukać ogłoszenia naszych lokalnych ghostbusters. Zapomniałem tylko, że takie numery, to tylko w amerykańskich filmach są możliwe, a jechać do Hollywood w ciemno z nawiedzonym przedmiotem, to chyba zbyt kosztowna i zbyt ryzykowna impreza. Zadzwoniłem do redakcji miesięcznika „Czarodziejka”, ale tam automat poinformował mnie, że po…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych