Wróć do katalogu

STRASZNE

Tak wyglądało moje dzieciństwo, a raczej to, co z niego pozostało w mej pamięci: strzępy wspomnień splecione chyba trochę na siłę(???). Zresztą oceńcie sami.

kingmasterbeat, opublikowano , 30 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Straszne! Jeszcze wczoraj był tutaj plik z moją pierwszą mini(o)powieścią, a dziś już nie ma po nim ani śladu. Wystarczyło jedno kliknęcie myszką, jedna sekunda nieuwagi, by intensywna, paromiesięczna praca - żmudne rejestrowanie myśli i przelewanie ich na papier (czy raczej: na wirtualne strony komputerowego notatnika), układanie słów w zdania, a zdań w powiązane fabularnie i pod względem treści akapity - by to wszystko trafił szlag. Najgorsze, że nawet nie wiem, kiedy i jak dokładnie to się stało. A jednak, komputer nie kłamie: jeśli pokazuje, że plik o nazwie "Literatura - praca własna" jest pusty, to znaczy, że tak właśnie jest. Może ten radosny przebłysk twórczości nigdy nie istniał, może jedynie zdawało mi się, że, po pierwsze, stworzyłem tę pracę, i po drugie, że umieściłem ją w takim to a takim folderze. Może!? Ale przecież sam dobrze pamiętam, że na pierwszej stronie racławickiej "najstory" (bo właśnie o tej minipowieści mowa) pojawiła się całkiem realnie, po prostu kiedyś tu była postać groźnego Eda, Eda krwiopijcy, tego Eda, co łby urywa. Chyba bym sobie nie wymyślił całej tej zapisanej szczegółami strony, której zarys prezentuję u dołu:

Wiosna 1980: Mord O śnie, który za chwilę wam opowiem, wiedzą nieliczni, ci nieliczni, co owego deszczowego popołudnia 1980 roku pozostali na starej kolejowej rampie w prowincjonalnych Racławicach jeszcze przez kwadrans, cały długi, najbardziej mokry w ich nastoletnim życiu kwadrans. Jakim cudem i dlaczego pozostali? Przecież padało; i choć obaj chłopcy (tj. Ciamot i Łaps) wiedzieli doskonale, bo tak mawiano w tutejszej szkole gminnej, że od wiosennego deszczu rośnie się jak dąb, to przecież... padało! Dodam jeszcze, że nie było bodaj w całych Racławicach dzieciaka - a niech mnie piekło pochłonie, jeśli kłamię - które by w okresie od zimy do lata 1980 nie urosło choćby 2 cm, a 2 cm dla takich 11-stoletnich brzdąców (jak nasi mali bohaterowie) to przecież całkiem sporo, no nie? A jednak tylko cud mógł ich tu na dłużej zatrzymać, bo, jak już mówiłem, okropnie lało (ty byś tam został?)... Otóż widok, który się przed nimi zarysował, który się im objawił (cudem bym go w każdym razie nie nazwał) musiał ich na dobre zatrzymać: Zza czarnego rogu wyjątkowo obskurnego budynku PKP (gdzie do niedawna jeszcze stały te potężne maszyny do drukowania kartonowych biletów z dziurką po środku, a w pobliżu stacjonowały takie masywne "ciufcie" "na parę i węgiel") czarna się jęła postać wynurzać, czarna i niewyraźna, a jednak tak bardzo naszym chłopcom znana. Był to Ed: 16-letni rozrabiaka z pobliskiego grajdołka o „pieskowatej” nazwie Suki... Co prawda zła sława "łowcy skalpów", jaką się cieszył, była mocno przesadzona, niemniej Ciamot i Łaps postanowili się przed nim schować i obserwować z ukrycia bieg zdarzeń. (Co do samego określenia "łowca skalpów", to: "pobudzało ono wyobraźnię uczniów szkoły gminnej" - i tylko tyle! - gdy tymczasem prawda o Edzie wyglądała mniej więcej tak, że oto rosły i do wściekłości doprowadzony wieśniak przytrzymywał swe ofiary za włosy i tylko za nie, co poczytywano mu za wyraz pewnych jego upodobań rodem z krwawego westernu o złych „Białasach” - rym "do kutasach" wcale niezamierzony. Po prostu naoglądało się stare wieśniackie Edzisko filmów "y ya esta"!) A dziś, proszę-ja-ciebie, pojawił się on w towarzystwie pewnej 13-latki - i oprócz tej toksycznej pary nie było nikogo, o kim by można było powiedzieć, że jest (widoczny). Słowem: racławicka pustynia w racławicki deszcz. 13-latka była tymczasem przez naszego chu(lta)ja okładana i kopana, i gwałcona. (Bo Ed był na tyle męski, by wiedzieć - a pochodził ze wsi Suki - że istnieje pewien szczególny typ kobiet, lubiących te, jakże męskie!, kuksańce czynione przez, o! jakże męskich!, damskich bokserów. Tych ostatnich Ed znał bez liku: poczynając od byczkowatego W-F-isty szkoły gminnej a kończąc na swym osobistym ojcu. Choć osobiście go nie poznał, to z opowieści jakie krążyły po okolicy wynikało, iż nie żałował on matce Eda nad zwyczaj bliskich spotkań, szczególnie wtedy, gdy był pijany.) A więc, Ed walił z całej siły, aż raz grzmotną ją niepostrzeżenie tak, jak łysy warkoczem o glebę. Wyznanie miłości aż po grób (przy czym rychło okazało się, że tym grobem ma być stary poniemiecki szyb wentylacyjny u Józefowej tuż przy studni), dozgonnej miłości obiecankę przerwała nagła śmierć dziewczyny, śmierć w wyniku uduszenia...

Wkrótce zapadł zmrok i Ed musiał gdzieś ukryć jej ciało (i właśnie na ten cel doraźnie wybrał sobie jeden z towarowych wagonów). Tymczasem nasi chłopcy dali dyla (ale nie rozczulajmy się nadmiernie nad psychologicznymi aspektami tego faktu; napiszmy po prostu: "wątroby nosorożca we wsi nie było, co by ich - tchórzy śmierdzących sumą wszystkich smrodów - mogła zatrzymać"). Po milicję nie zadzwonili, ani pomocy nie wezwali. W ich oczach Ed był górą (i to nie tylko mięsa). Ni mniej, ni więcej, a o dokładniejsze analizy sytuacyjno-środowiskowe czy psychologiczne nikt z naszych małych "smyków", a pewnie i nikt z uczniów szkoły gminnej, się nie troszczył. I ostatecznie na kartach niniejszego opracowania postać Eda pozostanie głęboka niczym "Głęboka Studzienka" lub portret psychologiczny Gargamela. A jeśli ktoś pragnie głębi, to serdecznie zapraszam do skandynawskich dramatów społecznych.

Prawdę mówiąc: może ten opis, od samej góry aż do dołu, wyglądać nieco inaczej, powiedzmy "bardziej filmowo", np. tak:...

Deszczowy dzień. Dwaj chłopcy na stacji kolejowej. Starszy jegomość przekazuje jednemu z nich kartonowy bilet z dziurką po środku (niezobowiązujący ten suwenir cieszy oko swym widokiem), zamyka kasę biletową i wychodzi do domu. Chłopcy wędrują po torowiskach w pobliżu dworca, mijając parowozy "w dawnym stylu" (tzn. lokomotywy "na węgiel"). Przed jedną z "ciufć", pędzącą wprost na nich, umykają w ostatniej chwili, doprowadzając tym samym maszynistę do wściekłości. To stara sztuczka Łapsa (jednego z chłopaków): przebieganie tuż przed pędzącym parowozem ku uciesze własnej oraz kolegów-obserwatorów. Chłopcy udają się na starą rampę. Ciamot zatrzymuje kompana w ostatniej chwili tuż przed czającym się w mroku dżdżystego popołudnia Edem - miejscowym osiłkiem i hultajem, postrachem wszystkich dzieci. Chłopcy zza rogu towarowego składu, z ukrycia, podglądają i podsłuchują Eda. Ten kłuci się z nastolatką, w której towarzystwie przebywa. - Za karę trafisz do studni u Józefowej. - To mówiąc, dusi bezradną dziewczynę. - W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego, com ja uczynił najlepszego! - wylewa z siebie, ale jest już za późno. Trzeba ukryć gdzieś jej ciało. Ale gdzie? Na ten cel wyśmienicie nadaje się póki co wagon składu towarowego, przy którym stoją chłopcy. Ci pośpiesznie umykają (i Ed ich nie zauważa). - Co robimy? - pyta Ciamot. Na to naówczas odpowie mu kompan: - Na razie nic! Wracamy do domu!

Tak oto, w dwóch wersjach, rysuje się ekspozycja "najstory". O tym, która jest ci bliższa - zadecydujesz sam; to znów, proszę-ja-ciebie, która z nich pierwowzór bardziej przypomina (która "udaje" ów skasowany plik lepiej i skuteczniej) - tego nie wie nikt.

I taką też mniej więcej zapamiętałem tę pierwszą stronę "najstory". Wciąż jednak miałem wątpliwości, co do reszty i - w ogóle - co do ogromu pracy jaki przede mną się rysował.

Późna wiosna 1979: Piękna nieznajoma - Królowa Fal Ciamot wracał ze szkoły, jak zwykle, wzdłuż rzeki. Nagle spostrzegł gibką nimfę w wodzie (nimfę? - tak mu się przynajmniej wydawało). Dziewczynka, lat 12, no może 13, o włosach w kolorze blond przebywała tu w towarzystwie swojej ciotki - Gaby-"coś tam". Ta, zauważywszy chłopca, zwróciła się doń po imieniu: - Witaj! Czy mama już w domu, Ciamot? - Widać, znała chłopca, który stał jak wryty, zafascynowany piękną nastolatką. - Przedstawiam cię - ciągnęła dalej Gaby - przedstawiam cię mojej kochanej Królewnie. Przyjechała do starej ciotki na [no właśnie, na ile?]... No może zostanie tu na dłużej - skończyła pośpiesznie i ułożyła się z powrotem do opalania na tym tłustym, wiosennym słońcu, a Ciamot normalnie poszedł w stronę, proszę-ja-ciebie, domu.

OK. No to pracę nad drugą stroną miałem już za sobą. Teraz pora na pytanie: Czy potrafię i czy naprawdę chcę ten utracony plik odtworzyć? Czy wszystkie niuanse w nim zawarte, wszystkie dygresje i podane tam gry słów umiem ponownie z siebie wydobyć tak, by ułożyły się one w przelane na papier autentyczne emocje, moje wzruszenia? - pytałem z uporem.

Późna wiosna 1979: Walka o względy Królowej A więc..., do rzeczy, bo mi się forma spasła! Działo się to w Racławicach i w okolicach Racławic. No to może najpierw o okolicach: Tego słonecznego dnia, siedziały sobie dzieci na kamiennych schodkach w pobliżu Ogrodowej (tylko tyle pozostało ze starej oberży po Niemcach). Siedziały, klęły, na wszystkich spozierały z góry z dumą malca pijącego lurowatą oranżadę (syfonowy zawrót głowy roboty Wrony - bo to gruby Wrona właśnie miał "na stanie" i "na chacie": pralkę "Franię", tępe żyletki "Rawa Lux", zwane nie bez kozery "Krwawa Lux", i wszystkie inne, potrzebne m.in. do zabawy, sprzęty rodem z PRL... A miał on w szczególności stary syfon). I nigdy już żaden napój nie smakował im bardziej od tego, pitego na kamiennych schodkach koło ogrodów. Pod koniec degustacji powszechnie zauważyło się to, co opisują słowa: - Ale laska! Kto to? - Cześć chłopaki! Jestem Królowa Fal. My się już znamy - zwróciła się tymczasem "nowa" do, urzeczonego nią, Ciamota.

Przepychanki słowne "Ciamot kontra Łaps" Niedługo potem, jeszcze tego samego "oranżadowego popołudnia", odbył się wyścig ślimaków-winniczków, którego pucharem mogło być tylko i wyłącznie zainteresowanie ze strony blondyneczki - Królowej. Wygrał je faworyt Łapsa. Potężne to ślimaczysko pędziło na złamanie karku, gdy Łaps tym czasem wydawał mu komendy: "ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi", irytując tym samym Ciamota, który przedrzeźniał kolegę: "ślimak, ślimak; nie do rymu, nie do taktu; wsadź se, kolo, palca do kontaktu". Potem były przepychanki słowne na różne tematy: na temat pierdzącej przy ludziach kuzynki Łapsa, co to na dodatek uważa, że do dobre i zdrowe, bo trzymanie smrodów w sobie jeszcze nikomu na zdrowie nie wyszło; na temat strzelania do kur z wiatrówki i wystawiania wątpliwej inteligencji tych zwierząt na próbę; na temat omyłkowego wzięcia pomyjów za, dobrą i smaczną, zupę; na temat sora od muzy, któremu Ciamot, "gałgan porąbany" wedle słów Łapsa, wysmarował ongiś smyczek sałatką; na temat "nie-załatwiania-się" księży, bo ich to rzekomo nie dotyczy (tak przynajmniej uważał jeden z "bęcwałów", jeden z konkurentów); na temat sikania w dal w poprzek jezdni w stronę, och! na fujarę!, sunącego zza zakrętu konduktu pogrzebowego, którego nikt się akurat nie spodziewa(ł); na temat nauki czytania w wydaniu ojca-analfabety (mogło to wyglądać tylko tak: - Du-szo-ma. To będzie razem: duszona. - Dobrze, mały. Dalij prośe!); na temat łowienia świetlików i przerabiania ich na lampy; na temat Ewy, kuzynki Ciamota, reagującej nerwowo podczas lekcji religii na dźwięk wyrazu "EWA-ngelia"; na temat głównego pokarmu katolika, którym było wg Łapsa, o! Boże!, mięso. Itd., itp., przepychankom nie było końca. Tymczasem Królowa nie mówiła nic i niczego nie zdradzała. Chyba nie miała upatrzonego swojego faworyta (a przynajmniej "nie miała do czasu").

Rzeka a sprawa dziecięcej miłości Nagle, dzieci zapragnęły się wykąpać i porządnie schłodzić. A było to w owym czasie możliwe w jednym, możesz mi wierzyć lub nie, z trzech miejsc: w cegielni (tu woda była ciepła, lecz brudna i pozbawiona kresu w postaci dna, stąd ponure legendy o pewnym "wygłodniałym" topielcu, czającym się gdzieś w głębinach, polującym na swe ofiary), w murowanych studniach PKP o wyglądzie zniszczonych, ruinowatych bunkrów (tu woda była czysta, lecz lodowata, a wszędy dokoła panowała jakaś niewymowna i przerażająca cisza), w rzece pełnej pijawek (pijawek, które dla malców stanowiły nie lada szkopuł i "zagrychę"). I tu właśnie, niebawem, spotkał się Łaps "oko w oko" z podwodnym i obleśnym, no bo jak go inaczej określić, zaskroniskiem (miast z udami Fali, ku którym na kryształowych falach Osobłogi bieżył). I natenczas zabawy w "wodnego berka" się w niej zakochał (w Fali! oczywiście).

Czereśnie (czyli: pierwsza próba zaimponowania Królowej) A teraz:... trochę racławickiego socjolektu. OK? A więc, podczas wędrówki "do bazy" (czyli na czereśnie), jeszcze tego samego dnia "bomki" czy "buncole" spiły "chał-chała" (tj. psa) właściciela owej drogi (zwanego Prywaciarzem). (A trzeba ci wiedzieć, że owe "łapy, łapy, 4 łapy" był alkoholikiem! Tak!, dobrze się wysłowiłem: Pikuś lubował się w napojach wyskokowych.) Następnie pomalowało się go sprejem na niebiesko (no i w nogi!). Zaraz potem przybył Prywaciarz. Na to rzecze, spóźniony w ucieczce, Wrona (a jego odpowiedź staje się z miejsca przedmiotem dziecięcego dyskursu i uwielbienia): - Wiem, kto przemalował pańskiego psa. To był: Łaps! No to ja go złapię - To go goń, goń!... Jeśli dane ci będzie kiedyś, przemiły czytelniku, wędrować po racławickiej drodze czereśniowej, koniecznie kieruj się na Szmaragdowy Gród i na Fabrykę Tęczy. Bo tam tylko! - gdzie kres horyzontu mirażowo łączy się z niebem - tam jedynie! usłyszeć zdołasz śmiech "bonków", gdy się już dobrze z czereśniowych zieleńców szumem zaznajomisz.

Opowieść Ciamota "O organiście i Łapsie" w drodze do lasu (czyli: druga próba zaimponowania Królowej) Posłuchajcie tego!: Nie mógł nasz "uwertoz", razu pięknego, dokończyć prześwietnej arii na dwa głosy z towarzyszeniem wiejskich bab, bo mu, cepowi staremu, z gęby oraz z chóru sztuczna szczęka wyleciała. Naówczas też, co za zbieg okoliczności, wielebnemu mucha wpadła za kołnierz ornatu. A ministrant Łaps wił się z bólu i spodem potężnej gromnicy walił się w brzuch, bo mu się właśnie sikać zachciało. I dopiero odpowiedni gest wielebnego Świstaka na "Pan z wami" skierował męczennika do zakrystii, by mógł on tam dać upust zgniłym moc(z)om. Słowem: Resztę mszy sobie odpuszcza i niczego nie popu-SZCZA! ...Dobre! nie?

Dziki w wąwozach lessowych (czyli: trzecia próba zaimponowania Królowej) W lesie w wąwozach lessowych (cóż za malownicze miejsce!) Ciamot po raz kolejny spróbował zaimponować Królowej. Wlazł mianowicie na sam szczyt czegoś, co wyglądało na kopiec termitów-gigantów i próbował podebrać zawartość orlego gniazda (czyli - ma się rozumieć - jaja!). Tymczasem nadleciało potężne ptaszysko i poczęstowało chłopaka, który miał na dodatek fatalny zwyczaj zadzierania do góry dumnie i zarozumiale swej głowy, poczęstowało go więc celnie w otwarte usta... Spuśćmy już jednak kurtynę milczenia na to niesmaczne doświadczenie. Wkrótce usłyszało się przedziwne jęki i chroboty oraz inne pierdo-podobne dźwięki. - Zamknij ryja! - Wronę się zbluzgało, ale zupełnie niepotrzebnie, bo ten siedział akurat cicho. Tymczasem nadleciały…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych