Strażnik
A gdyby tak istnieli strażnicy pilnujący koła historii
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Strażnik
- A gdzież to królowa pani? – mocny głos arcybiskupa Jarosława rozległ się w komnacie, wyrywając z błogiego snu jedną z dwórek, która dyskretnie przecierając oczy jąkała odpowiedź. - W alkierzu, wielebny panie! Od rana nie wychodziła wcale. Chorzeje! – niewiasta spuściła głowę, starając się ukryć nikły uśmieszek, jaki pojawił się na jej ustach przy ostatnich słowach. Nie uszło to jednak uwagi starego biskupa. Nachmurzył się w jednej chwili i burknął ze złością. - Spytajcie no królowej, czy zechce mnie widzieć! No idźcie już! – popędził kobietę, widząc jej ociąganie. Kiedy za tamtą zamknęły się rzeźbione kunsztownie drzwi, Jarosław ciężko potarł ręką poorane zmarszczkami czoło. Martwiło go niezmiernie zachowanie królowej, która od narodzenia małego Kaźka na słupskim dworze poczęła się boczyć na wszystkich i wszystko. Nie było prawie dnia, by Adelajda nie „czuła się chora”. A król tego nie lubił i arcybiskup, który Kazimierza znał od podszewki, obawiał się coraz bardziej, by niesforny monarcha nie uczynił czegoś nieodwracalnego. Tak jak on to tylko potrafił. Szczególnie, że stary arcybiskup czuł zbliżające się wielkimi krokami niebezpieczeństwo. Bogoria pociągnął mocno wielkim nochalem. Luksemburgowie jeno czyhają na niesnaski na wawelskim dworze. Sam przecie przejął listy Karolowe, w których zalecał on swoim stronnikom stwarzanie jak największej ilości okazji do miłostek królowi Kazimierzowi. Ponure rozmyślania arcybiskupa przerwane zostały przez skrzypnięcie drzwi. Obejrzał się za siebie i ujrzał postawnego mężczyznę z gęstą czarną brodą. - Wojewoda Spytko! Wy tutaj, panie? – Jarosław Bogoria podniósł się z ławy, na której przysiadł i postąpił w stronę dostojnika. - Z wami chciałem właśnie pomówić, wielebny ojcze! – Spytko z Melsztyna spojrzał w oczy arcybiskupowi. – Usłyszałem zaś, że do królowej się udaliście. Mogę wam zabrać chwilę. - Żartujecie sobie mości wojewodo! – z oburzeniem odezwał się Jarosław. – Cóż to tak pilnego, że aż fatygowaliście się poszukiwaniem mojej niegodnej osoby? - Przybył właśnie poseł od landgrafa Henryka! – odrzekł z powagą Spytko. - Przywiózł może wreszcie zaległą część wiana! – prawie wykrzyknął arcybiskup. – Nareszcie! - Niestety – mruknął wojewoda – od tego sknery pewnikiem nigdy nie doczekamy się już ni złamanego grosza. Nie ma na to co liczyć, wielebny. Wręcz przeciwnie! Poseł przybył właściwie z prośbą od landgrafa o wsparcie ze strony naszego króla w sporze toczonym z arcybiskupem Ludwikiem. Oczywiście chodzi o gotowiznę! - Źle trafił! – arcybiskup aż zatrząsł się ze złości. – Bardzo źle trafił. Chodźmy w jakieś ustronne miejsce, mości wojewodo. Iście musimy się naradzić, co nam czynić trzeba. ... Królowa rzeczywiście nie mogła uchodzić za wzór piękności. Sucha twarz ze stale skrzywionymi grymasem wąskimi ustami też nie dodawała jej uroku. Jednak na widok wchodzącego króla spróbowała uśmiechu, ale na próbie się jeno skończyło. Kazimierz spojrzał z niechęcią na żonę. Miał jej już zaprawdę serdecznie dość i nieraz w myślach rozważał możliwość odesłania jej do Hesji. Dobry pretekst by się nawet znalazł. Ten sknera Henryk nie miał najwyraźniej ochoty wywiązać się ze ślubnego kontraktu, a Kazimierz nie ponaglał go w tym względzie, wiedząc, że może to być w przyszłości ważny argument w staraniach o unieważnienie małżeństwa. W tym celu zresztą wysłał już do Jego Świątobliwości Klemensa VI prepozyta katedry gnieźnieńskiej Jana z Buska, który miał wybadać reakcje papieża na planowany rozwód. Na razie wolał jednak zachować przynajmniej pozory i jak co czwartek przybył do komnat królowej, by spełnić swój królewski obowiązek. - Żony kochać nie musisz – powtarzał gderliwie stary Władysław – ale pamiętaj o obowiązkach wobec dynastii. No i Kazimierz starał się wypełnić jak najstaranniej wolę ojcową, chociaż ostatnimi czasy stawało się to coraz trudniejsze. - Ponoć chorzeliście dzisiaj, pani? – zapytał z nadzieją w głosie król. Adelajda uśmiechnęła się z wyraźnym przymusem. – Mniemam, że nie było to nic poważnego! – dodał szybko Kazimierz, starając się ukryć zmieszanie. - Nie, panie! – piskliwym głosem odparła królowa, podnosząc się ciężko z łoża. – Trochę mnie głowa bolała, alem ozdrowiała na myśl o tym, że dzisiaj może obdarzę was wreszcie wymarzonym potomkiem. - Obyście w dobrą godzinę wypowiedzieli te słowa, dostojna pani! – zahuczał tubalnie Kazimierz, starając się skryć przed żoną wyraz swojej twarzy. – Najwyższy już czas na to! Dziadkiem już zostałem, a synam się nie doczekał. - Dziś to się spełni, panie! – zatrajkotała z nagłym ożywieniem Adelajda. – Moja Henga zaręcza, że dzisiaj jest najlepsza pora, bym dała wam syna. A ona się na tym zna! Oglądała mnie dzisiaj dokładnie. - Na cóż więc jeszcze czekamy, pani? – ponaglił Kazimierz, który chciał mieć już ten niemiły obowiązek za sobą. Łoże skrzypnęło boleśnie. ... Spytko z Melsztyna skłonił się nisko przed monarchą i czekał na pozwolenie powstania. - Twierdzicie więc wojewodo, że na Wawelu kręcą się słudzy naszego umiłowanego siostrzeńca Ludwika? – wysapał wreszcie ciężko Kazimierz, który dopiero co wrócił z forsownego polowania. Chociaż dopiero czwarty krzyżyk ciążył na jego karku, to nie potrafił już jak za dni młodości spędzić całego dnia w siodle. Trochę gniewał się na wojewodę, że musi przez jego domysły, odłożyć wizytę na podzamczu, gdzie czekała na niego młodziutka córka miejskiego rajcy, którą upatrzył sobie z dawna. Jakżeż to jej było na imię? Hedwiga? A może inaczej? - Cóż was dziwi, mości wojewodo? Mój zacny siostrzan dba jeno o swoje! – roześmiał się złowieszczo. - Chyba mu miłościwy panie, jeszcze Królestwa nie zdajecie?! – ze zgrozą zakrzyknął Spytko. - Nikt nie zna wyroków Nieba, wojewodo! – król podniósł wzrok ku górze. – Pomnicie jak dwa roki temu zachorzałem tak ciężko, że mnie wielebny arcybiskup Jarosław na śmierć absolwował. Któż by wtedy królem nowym ostał jak nie krew z krwi Piastów. - W połowie jeno on Piastem. – sarknął półgłosem pan na Melsztynie. – Bardziej czuje się Andegawenem i władcą Węgier. Cóż z niego będzie za król? Jeno poza Karpaty patrzeć on będzie, a o Pomorzu zapomni całkiem. - Cóż więc mi radzicie, mości wojewodo? – zasępił się król, szarpiąc nerwowo czarną brodę. – Mam zerwać sojusz z Ludwikiem? Któż mi wtedy zostanie? Wittelsbachowie? Przecie – podniecał się coraz bardziej – od czasów mego ojca cała nasza polityka na Andegawenach się opiera. Jakaż na to wasza rada? - Syn! – mocnym głosem odparł Spytko, patrząc wprost w oczy monarchy. – Musicie mieć, panie, następcę! - Tylko z kim? Bo chyba nie z królową? – Kazimierz roześmiał się głucho. - Jest młoda! – Spytko klepnął się w potężne uda. – Może urodzić ci wielu synów. Trzeba jej jeno dać szansę, miłościwy panie. - Daję jej szansę już od ponad dziesięciu lat, a efekt tego jakiż? – Kazimierz zgrzytnął potężnymi zębami. – Jabłoni, która owoców nie daje, pozbywa się! Czyż nie tak, wojewodo? - Szansy królowej nie dajecie, miłościwy królu! – sapnął Spytko. – Częściej musicie ją nawiedzać. - Nie wy, wojewodo będziecie mi wybierać porę! – rozjuszył się nagle Kazimierz. – Ja synów mam! - Tegoż nie neguję, miłościwy panie! – zgodliwie przyznał Spytko. – Któż jednak uzna w synu mieszczki przyszłego monarchę. - Trza mi nowej żony poszukać, mości wojewodo! – parsknął król, szarpiąc znowu brodę. – Takiej, co mi dzieci rodzić będzie. - A co z Adelajdą? – zapytał cicho wojewoda krakowski. Król zerwał się z miejsca i szybkim krokiem podszedł do niewielkiego okienka, skąd roztaczał się widok na bure fale rzeki, co obmywała od wieków Wawelskie Wzgórze. - Tam koło Piasku Wisła pono głęboka! – zamruczał złowrogo Kazimierz. ... - Znowu chorzejecie, pani? – w tonie wielebnego Jarosława pobrzmiewał smutek. – Na cóż to się teraz uskarżacie? – arcybiskup nie ustrzegł się od tonu ironii. Adelajda oburzona uniosła się na ugiętych rękach, a na jej pobladłych policzkach pojawiły się drobne wypryski czerwieni. - Łatwo wam drwić, dostojny biskupie, ze słabej niewiasty – z widoczną trudnością rzekła królowa, tłumiąc z wysiłkiem odruch wymiotny. Jarosław uważnie przyjrzał się Adelajdzie. Istotnie nie wyglądała zbyt dobrze. Bladość oblicza nie była udawana, a źle skryta misa, którą zauważył bystrym wzrokiem, z pewnością skrywała niezbyt obfite śniadanie, jakie spożyła królowa. Stara Henga miała rzeczywiście rację, kiedy przyszła dzisiejszego ranka ze skargą na złe samopoczucie swej pani. - Od dawna tak z was wszystko wyrzuca? – znienacka zapytał arcybiskup, powodując zaczerwienienie policzków królowej. - Już prawie niedzielę! – szepnęła ze wstydem. – Co bym nie zjadła, to zaraz mi wszystko wraca. Pewnikiem mi te grzyby, com je na świętego Wincentego zjadła, zaszkodziły. Albo kto urok rzucił! Niejedna bowiem źle mi życzy. A może i struć mnie kto chciał? - Był medyk? – zapytał spokojnie Bogoria. Jedyną odpowiedzią było słabe skinienie głowy. – I co powiedział? - Że przejdzie! Samo! – Adelajda pokręciła suchą głową. – Bo mam apetyt. - Jadu nie podejrzewa? – Skotnicki uczynił bezwiedny ruch ku rozmówczyni, jakby chcąc zbadać stan jej czoła. W ostatniej jednak chwili powstrzymał się przed tym nieprzystojnym gestem. Aby zaś ukryć zmieszanie, natychmiast dodał. – Musicie pani dużo mleka pić. To najlepszy lek na womity. Sam go często używam. Każcie Hendze pójść na Mały Rynek, bo tam baby najlepsze mleko mają. A jak nie, to sam wam podeślę. - Nie trzeba, wielebny biskupie! – zaśmiała się piskliwie Adelajda. – Na dworze mego ojca często mleko pijałam. Teraz też o nim nie przepomniałam. Ale nic! - A jeść wam się chce! – martwił się dalej arcybiskup. – Miłościwy król martwić się będzie. Już rano pytał o was, pani. - Łaskawiście nadto, wielebny! – królowa spojrzała z dziwnym wyrazem twarzy na Jarosława. - A może, dostojna pani, jesteście... – zawiesił głos dostojnik, patrząc z niejakim strachem na wysuszoną twarz Adelajdy. ... Kazimierz przymusił konia do szybszego biegu. Chciał być jak najdalej od Wawelu, gdzie czekały go jeno zgryzoty. Pęd powietrza owiewał mu twarz, przywracając jasność umysłu. Gdzieś w oddali słychać było ujadanie psów, które osaczyły w gęstwinie jakiegoś tura lub dzika. On także czuł się osaczony. Bił się z myślami. Właśnie powrócił do Krakowa wielebny Jan z Buska, który przywiózł odpowiedź Jego Świątobliwości Klemensa. Kazimierz jeszcze raz rozważał ją w myśli. Prawdę mówiąc spodziewał się odmowy, ale może w bardziej zawoalowanej formie. Tymczasem odpowiedź papieża była jasna. Nie ma mowy o rozwodzie. Adelajda jest jego legalnie poślubioną żoną i nie ma co marzyć o tym, by Kościół za jej życia pobłogosławił nowy związek. Za jej życia – przemknęło królowi przez głowę. Kazimierz nastawił głowę na podmuchy zimnego powietrza, które rozwiewały jego bujną brodę. A on? Czy sumienie pozwoli mu spokojnie po takim czynie zasypiać? Czy Los go nie ukarze? A może jest jakieś inne wyjście? Król gwałtownie spiął
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Winrich
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…