Wróć do katalogu

Strefa, cz. II

ciąg dalszy (musiałem pociąć, serwis zmienił możliwości edycji zbyt długich plików)

Fenrir Z Lasu, opublikowano , 52 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

*** Trudno opisać, jak wielką ulgę poczułem kiedy przesiedliśmy się do mojego Jeepa. Po pierwsze – w rzadkich przypadkach, kiedy nie podróżuję stopem nie lubię jeździć jako pasażer, szczególnie zwinięty w kłębek na tylnym siedzeniu sportowego samochodu. Po drugie – zmiana pojazdu na moją terenówkę oznaczała, że sekretna kryjówka Fenrira znajduje się gdzieś poza miastem, a czasami, nie wiedzieć czemu, Warszawa sama prosiła się o to, by od niej odpocząć. Odetchnąć świeżym powietrzem wolnym od duchoty Strefy, która przygniatała miejscowych Innych, wpędzała w depresyjny i obsesyjny nastrój beznadziei.. Jeśliby jakikolwiek Inny postanowił sporządzić kompleksowe opracowanie specyficznej „mapy” Polski/Europy/Świata z uwzględnieniem elementów sprzyjających Światłu/Ciemności miałby nie lada kłopot. „Izotermy” plątałyby się bez ładu i składu, punkty Jasne nie wiedzieć kiedy przechodziłyby w punkty Ciemne. Wyznaczenie jakichkolwiek granic mogących dać w przybliżeniu obraz „strefy wpływów” jest praktycznie niemożliwe. Mówią, że Zmrok jest neutralny, ze nie ma dla niego różnicy pomiędzy Światłem a Ciemnością. Tak mówi Traktat, porozumienie zawarte setki lat temu pomiędzy walczącymi stronami by zapobiec zagładzie. Lecz istnieją takie miejsca, które równie dobrze można by odgrodzić, postawić zasieki i budki ze Zmrokowymi strażnikami. Nie wchodzić, wejście grozi… Właśnie, czym? Nekropolie pozostałe po zapomnianych przez ludzi bataliach. Płonące stosy. Cmentarzyska pogańskich ludów. Ołtarze ku czci krwawych bożków stawiane w najróżniejszych miejscach. Coś, co przyciągało od dawna ludzi i jednocześnie ostrzegało – uważaj, to złe miejsce. Niczym indiański cmentarz z tanich, amerykańskich horrorów. No i są jeszcze miasta. Konglomerat ludzki obciążony dziedzictwem Zmroku. Żyzna i bogata pożywka dla Mchu, naturalnego zmrokowego mieszkańca żywiącego się ludzkimi emocjami, zupełnie tak, jak my. Ciekawym jest, czy ktoś kiedyś próbował zbadać Mech pod kątem „pokrewieństwa” z Innymi? Czy istnieje związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy nami a pasożytem? Działania Innych przypominają jednakowoż egzystencję Mchu. Czym różnimy się w zbieraniu Mocy i regeneracji sił od sinego porostu Pierwszej Warstwy? Dobre emocje i złe emocje gromadzone w nas niczym w zbiornikach pozwalają na magiczne działanie podobnie jak na tempo rozrastania Mchu. Mech, Inni i ludzie. Bywają miasta, w których żyje się spokojnie i bezpiecznie. Wjeżdżając w jego granice czujesz się odprężony i zrelaksowany mimo długiej podróży. Wysiadając z samochodu po kilkugodzinnej jeździe przeciągasz się, oddychasz głęboko i wiesz, że jesteś w dobrym miejscu. Bywają miasta o zdecydowanie przeciwnej aurze. Męczącej, drażniącej zmysły, nie pozwalające się skupić i odpocząć. Może dlatego tak wielu przyjezdnych nie lubi Warszawy? Być może ci, którzy żyją tu od pokoleń przyzwyczaili się do pośpiechu, nerwowości, nieustannego napięcia i wyobcowania. Schemat się powiela, każda następna fala przybywających do miasta „emigrantów” dziedziczy niejako nastawienie poprzedników? Zmrok jest odbiciem naszego świata czy nasz świat jest odpowiedzią na Zmrok? Patrząc na Strefę i na to, jak powstała skłaniałbym się ku pierwszej odpowiedzi, jednakowoż zachowanie mieszkańców wskazywałoby na to, że Zmrok oddziałuje na nas z siła zdecydowanie większą niźli czerpie z nas. Przepraszam – oczywiście z ludzi, nie z Innych. Możemy kształtować rzeczywistość, czy wobec tego możemy kształtować Zmrok? Na jaką zatem skalę? Czysta, biała kartka papieru pomazana flamastrami przez dwuletnie dziecko nie decyduje wszak o tym, jak wyglądać będzie cały, czysty dotąd zeszyt. Potrzeba do tego więcej dzieci, więcej kredek, więcej czasu? Więcej Innych? Pętla Moebiusa. Warszawa.

*** Schronieniem Podolskiego miał być całkiem spory dom stojący przy samej krawędzi Kabat. Aurelia miała rację, zmiana samochodu okazała się konieczna, jej Maserati stanęłoby po drodze i nie ruszyłoby nawet o metr, kiedy okazało się, że z drogi asfaltowej (kawałek za Kierszkiem) musimy skręcić w polną, wyboistą drogę, która później zmieniła się w wąski dukt biegnący przy samej krawędzi lasu. Mijani po drodze rowerzyści na drogich i modnych pojazdach odziani w błyszczące i lśniące nowością sportowe ciuchy sprawiali wrażenie gości nie z tego świata, jak gdyby znaleźli się tu przypadkiem, nie po drodze, jak gdyby przebili się przez cienką niczym ryżowy papier barierę pomiędzy naszymi światami. Ciemna linia drzew zdawała się nieprzekraczalna, obca i niedostępna choć wyłaniający spomiędzy nich piechurzy z kijami do nordic walking , ludzie z psami i rowerzyści przeczyli temu. Trudno było uwierzyć w to, że jesteśmy blisko celu, blisko domu Podolskiego, jego sekretnego legowiska znanego tylko nielicznym. Powstrzymałem się, by nie parsknąć śmiechem, kiedy przedstawiłem sobie następujący obrazek – wyłaniający się z lasu potężny wilk o ciemnym futrze przetykanym siwizną, jego pysk ociekający krwią, wyszczerzone kły, spojrzenie wilczych ślepi pełne furii… Tuż obok młodzi yuppies na rowerach, starsi państwo na pierwszym tej wiosny spacerze, rodzinka z psem, grupa młodzieży z grillem i reklamówkami pełnymi piwa… Lecz zupełnie nie dziwię się Fenrirowi, że wybrał to miejsce na swój dom. Kiedy dojeżdżamy na miejsce i zatrzymuję Jeepa pomiędzy kępą wysokich brzóz a świeżo przeoranym polem z jednej strony, a ścianą lasu z drugiej rozumiem go doskonale. Wysiadam z samochodu i przeciągam się, trzaskają kości a oddycham tak głęboko, że czuję ból pomiędzy żebrami. Spokój. Delikatny powiew znad pól i ostatnie, ciepłe promienie wiosennego słońca zdecydowanie poprawiają mi nastrój. Spoglądam poprzez Zmrok, na Pierwszej warstwie wokół nas rozciąga się bezkresna knieja, gdzieś, daleko na północ majaczy szara łuna Zmrokowej Warszawy. Drzewa, których rozmiary na pierwszy rzut oka trudno określić splatają swe konary tworząc nad nami brunatny sufit, powietrze stoi w miejscu, zaś obok mnie gorzeją dwie latarenki aur – to Aurelia i Dominika stojące tuż za mną przyglądają się, podobnie jak ja – Zmrokowej okolicy. Czuję, że ktoś puka mnie w ramię wskazując kierunek. Przymykam oczy, wytężam wzrok pomagając sobie „lunetką”, bardzo prostym, wspomagającym oczy zaklęciem i uważnie badam miejsce wskazane przez Jasną. Wychodzę ze Zmroku, gestem nakazuję by „dziewczyny” wyszły za mną. Delikatny podmuch wiatru po wyjściu ze Zmroku wydaje się przeraźliwie zimny i przenikliwy aż do szpiku kości. Opieram się o maskę samochodu, otwieram papierośnicę i spoglądam na Aurelię. - A więc jesteśmy na miejscu, tak? – wskazałem palcem za siebie. Tuż za nami znajdowała się niepozorna brama z zardzewiałych, kutych prętów ukryta częściowo za wysokimi kępami leszczyny, za bramą droga z nie strzyżoną jeszcze trawą niknąca gdzieś za zakrętem w szpalerze brzóz i jesionów – Czego możemy się tu spodziewać? Kto jeszcze mógł wiedzieć o tym miejscu? Aurelia spogląda poprzez drzewa w kierunku domu i marszczy brwi. - O tym domu wiedziało kilka osób, spodziewałeś się pustelni w środku Bieszczad? Czasami Wiktor zapraszał kilka osób z Patrolu do siebie. Wiesz, grill, muzyka, ognisko i siedzenie do świtu. Nic niezwykłego. - Pójdziemy przez Zmrok? - Dominika nerwowo wyłamuje palce - Nie ma takiej potrzeby,. Aurelio? - Hm? - Widzę na belkach wieńczących bramę kilka znanych i dość niepokojących symboli? Uspokoisz mnie nieco? Mamy tu na coś uważać? - Hahaha, a to dobre. Adamie, pakujesz się na własne życzenie do prywatnego domu ważnego Ciemnego i pytasz się, na co masz uważać. To dobre, naprawdę dobre. Widzę, ze plotki o Denhoffie nie są przesadzone, on naprawdę nawet po zapałki nie wysyła słabszych niż druga ranga.. Symbole te mówią tylko tyle, że nie wszystko tu może być takie, na jakie wygląda, poza tym – sama je tu umieściłam, więc dopóki jestem z wami nic nam nie grozi. Popadasz w paranoję, która za chwilkę udzieli się nam wszystkim. Dajże spokój. Idziemy.

***

Ciemnozielona dwuskrzydłowa brama z kutych prętów wydawała się zamknięta, lecz wystarczyło tylko podważyć nieco prawe skrzydło i popchnąć lekko by ją otworzyć. Długa, nie koszona jeszcze w tym roku trawa zakrywała nasze stopy tłumiąc kroki a rosnące przy drodze od bramy do domu brzozy dawały przyjemny cień. Droga skręciła nieznacznie, odkrywając przed nami niewidoczne dotąd gospodarstwo składające się z dwóch budynków – parterowego domu i stajni przerobionej zapewne na garaż bądź warsztat., przed którą stał uszkodzony, pokryty rdzą samochód i kilka beczek po oleju. Nie ukrywam, poczułem coś w rodzaju ukrytego ukłucia zazdrości kiedy przyglądałem się domowi Podolskiego. Choć nie mam żadnych powodów do narzekań, uposażenie otrzymywane w Patrolu pozwala żyć na przyzwoitym poziomie, to chętnie zamieniłbym mieszkanie w nowoczesnym budynku na taką leśną „samotnię”. Niski budynek sprawiał wrażenie iż znaczna jego część ukryta jest pod ziemią, okna ciągnęły się przez całą szerokość południowej ściany tuż nad powierzchnią a stromy dach wydawał się wyrastać wprost z okalającego budynek pagórka. Połowa podwórka od strony domu wyłożona była brukiem wyglądającym na dość stary, zdecydowanie starszy niż dom i budynek gospodarczy, najprawdopodobniej cały teren był zdecydowanie starszy niż obecne zabudowania. Pomiędzy kamieniami rosła trawa, a część podwórza dochodząca do drogi wyglądała na jeszcze nie koszoną tej wiosny. Na podwójnych, ozdobionych kutymi sztabami wrotach do stajni (wyglądającej zdecydowanie na warsztat) wisiała duża, ciężka kłódka. Drzwi do domu, masywne, zrobione z ciemnego drewna ozdobione delikatnym witrażem z czerwonego szkła były najprawdopodobniej zamknięte, choć zdawałem sobie sprawę że prawdziwe zamknięcie sięga dalej, do Pierwszej, albo i Drugiej Warstwy Zmroku. Normalna rzecz, każdy Inny tak zabezpiecza wejście do swojego mieszkania. Jakiekolwiek by ono nie było, pomyślałem z lekkim ukłuciem zazdrości. - Zapukamy? – Dominika niepewnie zażartowała unosząc dłoń do wiszącej na drzwiach kołatki. Aurelia nic nie odpowiedziała, w milczeniu zeszła w Zmrok. Po chwili dołączyliśmy o niej na Pierwszej warstwie. Pokazała palcem w dół, okręciła swój amulet wokół prawego nadgarstka i zeszła niżej w ułamku sekundy. Gestem pokazałem Dominice pierwszeństwo, sam obejrzałem się jeszcze za siebie (bezcelowo) po czym wszedłem w swój cień znajdując się na Drugiej warstwie. Nie ma co, dom Podolskiego był naprawdę dobrze zabezpieczony. Tutaj drzwi nie wyglądały na tak beztrosko pozostawione samym sobie Na drzwiach do leśniczówki (bo na taką ucharakteryzował Zmrok kryjówkę Podolskiego), na przewiązanych po przekątnych grubych łańcuchach wisiała potężna kłódka z ciemnego metalu. Całość, zarówno łańcuchy jak i zamknięcie jarzyły się fosforyzującym blaskiem nadającym naszym twarzom upiorny poblask. Ściany z ciemnych, najpewniej dębowych bali były porośnięte mchem i sprawiały wrażenie nadgnitych i zmurszałych, lecz kiedy tylko uderzyłem w nie pięścią zmieniłem zdanie. Jakbym uderzał w kamień. Sprytnie. Niewielkie okienka były umieszczone dość wysoko, na tyle, bym mógł przez nie zajrzeć stając na palcach. Niestety, tutaj tez zabezpieczenie chroniło wnętrze pomieszczenia przed niechcianymi oczami, błony miast szyb były matowe, a w dotyku okazały się podobne do ścian. Niedobrze.- - Ma ktoś klucz? Może sprawdzimy pod wycieraczką? - Nie pajacuj. Myślę właśnie, jak to otworzyć. - Nie byłaś tu nigdy wcześniej? - Byłam wiele razy… Ale nigdy nie włamywałam się tu. Zauważasz subtelną różnicę? Wiktor dobrze zadbał o zabezpieczenie. Nie wyczuwam tutaj właściwie niczego szczególnego. Zaklęcia. Hasła. Nic, po prostu wisi sobie kłódka… Tak – Aurelia pochyliła się i przyjrzała zamknięciu – Ona nawet nie ma dziurki na kluczyk. Fanta,kurwa,stycznie. - Mamy czas… Druga warstwa, prawda… Nie przeszkadzaj sobie. Aurelia nachyliła się i przyglądała zamknięciu z bliska obmacując dokładnie spojenia kłódki i poszczególne ogniwa łańcucha. Widziałem, że liczy coś w myślach przekładając palce pomiędzy poszczególnymi ogniwami niczym paciorki różańca, zatrzymując dłonie co pewien czas. Próbowała szarpnąć, naderwać spojenie. Nic z tego. Skupiła się ponownie na kłódce, poruszała wargami szepcząc melodyjnie skomplikowane inkantacje, jedna za druga. Wyczuwałem niektóre zaklęcia otwarcia. Mocne, drugo-poziomowe konstrukty czarów podnosiły mi włoski na przedramionach i wyraźnie wyczerpywały słabnącą już wiedźmę. - Kurwa!!! Co to ma być, do cholery! – kopnęła ze złością drzwi z bali i usiadła na ziemi nawet nie podwijając swej eleganckiej spódnicy – mam powiedzieć „mellon”, czy jak? Kto mu to, kurwa, montował? Merlin? - Czyli nie wejdziemy? – podszedłem do drzwi dotykając kłódki. Wyczułem tylko chłód metalu, nic więcej, ani krzty magii, na którą mógłbym cokolwiek poradzić. Czymkolwiek Fenrir potraktował drzwi, nie znałem tego. Aurelia najwyraźniej też. Dominika… Obejrzałem się na nią. Stała w bezruchu przyglądając się chacie i zamkniętym drzwiom, jak gdyby nie zauważając naszych prób dostania się do środka. Zamyślona i milcząca podeszła bliżej. Prawie do samych drzwi. Wtedy dopiero załapałem, w czym rzecz. Jakiego rodzaju zamknięcie zastosował Podolski. Sprytnie, jak na wilkołaka. Spojrzałem na Dominikę i skinąłem głową wskazują dłonią jarzący się zamek. Wystarczyło tylko muśnięcie palców jasnej wróżbitki by kłódka otworzyła się ze szczękiem a łańcuchy opadły, gasnąc. Przeraźliwie skrzypiąc drzwi zbite z bali odchyliły się, zapraszając nas do środka. Nas? Więzy krwi…

*** Wnętrze chaty przywitało nas półmrokiem rozświetlanym jedynie przez stojąca na stole lampę wyglądającą na naftowa, choć oczywiście nie mogła nią być. To Druga warstwa Zmroku, tu nie działają zwykłe prawa obowiązujące na powierzchni, światłem w lampie musiało być zaklęcie zapętlone w czasie, by nie przestawać gasnąć. Trudna, złożona praca, która w dobie latarek zasilanych ogniwem słonecznym i diod LEDowych staje się praktycznie bezsensowna. Nie to jednak było w tej chwili najistotniejsze. Dominika usiadła przy stole patrząc w światło lampy. Nie odrywała od niej oczu, nie mrugała nawet, jakby zaklęta w słup soli. Kiedy w końcu otworzyła usta jej głos załamywał się i cichł - To miejsce, ta chata… Kiedy mówiłam Ci o moich przeczuciach, o liniach wykreślonych wczorajszej nocy, przed przyjazdem tutaj… To było to miejsce, ta właśnie chata z bali i ta paląca się lampa. Wiecie, z czym mi się to skojarzyło? Z powrotem do domu. Do miejsca, które na mnie czeka i do którego podróż trwa zdecydowanie za długo. Wiecie, o czym mówię? Powinnam się bać, na Drugiej warstwie jestem może trzeci lub czwarty raz. Tymczasem czuję się tu … dobrze. Na miejscu. Dlaczego? Przecież to złe miejsce, zważywszy na to, kto tu mieszkał. I ta kłódka? Aurelia wzięła głęboki wdech i usiadła przy stole naprzeciwko Dominiki. Położyła dłonie przed sobą po czym chwyciła Jasną za nadgarstki. Spojrzała na mnie, ponaglając wzrokiem. Jak mam to zrobić? - Dominiko – skupiłem swój wzrok na lampie. – Przyznam się, że spotykam się z tym pierwszy raz, ale wygląda na to, że… - jak jej to powiedzieć? Głos grzęźnie mi w gardle. Staję obok Aurelii. Nachylam się nad blatem patrząc prosto w szare oczy Dominiki. – Wiktor Podolski był Twoim ojcem. – poczułem się wyjątkowo idiotycznie. Nigdy nie miałem dzieci, może ich wychowanie daje niejakie pojęcie jak przeprowadzać podobne rozmowy. Dominika patrzy na mnie z niedowierzaniem, po czym parska śmiechem. - Że jak? Kto? Ciemny Wilkołak? Nie wydaje się, wam, mądrale, że to niemożliwe? – wstaje od stołu, zaczyna nerwowo chodzić od ściany do ściany. – Mój ojciec nazywa się Maciej Lipski i jest rewidentem w elbląskim Urzędzie Skarbowym! Rewidentem!! Zwykłym człowiekiem!! Rozumiecie? Jak… To jest, kurwa, bez sensu!!! Tego, co się stało nie mogłem przewidzieć. Aurelia błyskawicznie wstała od stołu, podeszła do Dominiki i wymierzyła jej siarczysty policzek. Potem drugi. Następnie złapała jej twarz w obie dłonie i powiedziała niemalże parskając jej śliną w twarz. - Posłuchaj smarkulo! Twoim ojcem był Wiktor Podolski czy Ci się to podoba, czy nie! Jak myślisz, kretynko, dlaczego Twoje wizje i przeczucia przywiodły Cię właśnie tu? Dlaczego wystarczyło, byś dotknęła zamek by ten otworzył się niczym Sezam przed Aladynem? Ha?! I jeszcze jedno! – przysunęła twarz do jej twarzy tak blisko, że wydawało się iż za moment złoży na jej ustach siostrzany pocałunek. – Wiktor Podolski był wyjątkowym mężczyzną i to jest ostatni raz, kiedy Ci o tym przypominam. Żaden, powtarzam żaden z Innych, Jasnych i Ciemnych nie może i nie będzie się z nim równał!! Ja, gdyby to o mnie chodziło, byłabym zaszczycona, gdyby to właśnie on.. On…Znaczy… - Aurelia puściła jej dłonie. Usiadła przy stole wstrząsana szlochem. Po chwili wzięła głęboki oddech, otarła nos i powiedziała już spokojniej. – Nie wierzysz, to możesz sobie porównać aury, Adam może zrzucić Ci aurę Wiktora. Wiedzieliśmy to od momentu, kiedy zobaczyliśmy Cię na dworcu, uwierz mi, to rzuca się w oczy. Identyczne oczy, kolor włosów, który starasz się nieudolnie ukryć… Gesty i ruchy, palisz papierosa identycznie jak on, intonację masz nawet do niego podobną! Dziewczyno, zrozum to! Nie trafiłaś tu bez przyczyny! - Kochałaś go. Kochałaś Wiktora, mojego…- parsknęła cicho – ojca. - Ano… To było zaraz po moim przeniesieniu do warszawskiego patrolu, gdzieś w połowie lat 70-tych…. Nie, nie – machnęła kategorycznie dłonią – nie obawiaj się. Jedyną ciążę jaką miałam z Wiktorem bardzo szybko usunęłam, byłam młoda, u progu kariery – po co byłby mi bachor? Teraz, oczywiście, patrzę na to inaczej, ale jak to się mówi, mleko już się wylało, jestem trochę za stara…Co tam znalazłeś, Adamie? Podniosłem głowę znad trzymanej w dłoniach tekturowej teczki z pieczęcią archiwum Inkwizycji, którą znalazłem pod stojącym w kącie łóżkiem. Teczka była cienka, datowana na piętnasty lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku.. Typowe akta procesowe, Inny oskarżony o złamanie traktatu, protokół przesłuchania , sentencja wyroku , zdjęcie… Zdjęcie. - Czas na nas. Musimy jechać na miejsce.

****

Ciemny kąt podziemnego parkingu wyglądał całkiem zwyczajnie. Źle oświetlone miejsce było puste, nikt tu nie parkował, najbliższe auta stały nie bliżej niż pięć metrów. Paskudna aura wpływała nawet na zwykłych ludzi, którzy wyraźnie unikali miejsc naładowanych negatywną energią. Spojrzałem na Dominikę. Minę miała naprawdę nietęgą. Prawie zapomniałem, ze Inni, którzy z taką wprawą rozplątują linie prawdopodobieństwa mają zazwyczaj podwyższoną wrażliwość na ataki bezpośrednie. Coś za coś. Ja po prostu czuję się nieswojo, włosy na rękach podnoszą się pod rękawami koszuli, kark swędzi, jak gdyby ktoś celował mi w niego z pistoletu. Natomiast Dominika stoi metr za mną i obejmuje się ramionami wbijając sobie paznokcie w przedramiona. - Wszystko w porządku? Kiwnęła głową, odetchnęła głęboko. - Nie lubię tego. Czasami aura miejsca wsiąka we mnie i nie daje się skupić. Tutaj umarł…mój …. ojciec? - Tego nie wiemy – Aurelia podeszła bliżej słupów, przyklęknęła oglądając ślady po drucie kolczastym którym skrępowany był Fenrir - Tu go znalazłam. Martwego i skatowanego. Dominika podeszła bliżej wiedźmy, dotknęła najpierw jednego, potem drugiego słupa. Wcisnęła palce w bruzdy pozostałe po zaciśniętych z dużą siłą więzach, po czym nie dbając o spódnicę uklękła na miejscu w którym znajdowało się kiedyś ciało. Przysiadła na piętach schylając głowę i zaczęła gładzić dłońmi szarą od brudu powierzchnię pomiędzy słupami. Trwało to nie dłużej niż dwie, trzy minuty. Dominika wstała blada niczym papier, zachwiała się na nogach i próbowała niezdarnie oprzeć o jeden ze słupów. Zaciskając na ostrej krawędzi betonowej podpory brudne od smaru i kurzu dłonie łapczywie łapała powietrze blednąc coraz bardziej. - Nie…mogę….oddychać - wykrztusiła – Boże…tyle wody… Podbiegłem i złapałem ją w pół chroniąc w ostatniej chwili przed upadkiem. Zacisnęła ręce na mojej szyi zwierając i rozwierając kurczowo palce, próbując złapać choć odrobinę powietrza zsiniałymi wargami. Aurelia doskoczyła i wymierzyła Dominice siarczysty policzek, najpierw jeden, potem drugi. - Połóż ją! – krzyknęła odsuwając mnie gwałtownie, kiedy ostrożnie położyłem Dominikę na podłodze. – Skanuj otoczenie i nie pozwalaj nikomu dojść do nas! Rozejrzałem się wokoło - parking był pusty. Spojrzałem przez Zmrok , lecz w zasięgu wzroku nie było nikogo. Pusto. Kto zatem rzucał zaklęcie na Dominikę? Aurelia wyjęła z torebki niewielką butelkę wyglądająca na flakonik markowych perfum, lecz kiedy wyjęła z niej zatyczkę, zamiast ciężkiej, kwiatowej mieszanki poczułem zapach świeżo skoszonej trawy, mokrej ziemi po letnim deszczu i przegniłego drzewa złożonego na ziemię potężną wichurą. Aromat uspokajał i odprężał. Także Dominikę, kiedy Aurelia podetknęła jej pod nos flakonik, natychmiast przestała walczyć o oddech i zasnęła. Spokojnie, niczym dziecko. - Ładne to – powiedziałem, wskazując buteleczkę. – Skondensowany „Morfeusz”? Wiedźma podniosła się z kolan, popatrzyła z niesmakiem na brudną spódnicę i bezgłośnie, jednym tylko gestem oczyściła strój. - Nie trafiłeś. Morfeusz usypia, a to – pokazała na trzymany w dłoni flakonik – głównie oczyszcza. Obudzi się za pięć minut, wtedy postanowimy co dalej. Pomóż mi. – schowała butelkę do torebki i chwyciła Dominikę pod ręce. Pomogłem podnosząc ją za kostki , włożyliśmy śpiącą do samochodu Aurelii i położyliśmy przednie siedzenie układając ją wygodnie. Skorzystałem z chwili przerwy i zapaliłem papierosa. - Kto ją mógł zaatakować? – spytałem wydmuchując dym z dala od najbliższej czujki - Nikt jej nie zaatakował. Dostała echem. Prawdopodobnie chciała wybadać poprzez Zmrok co tu zaszło, dotarła do śladu zaklęcia, a że jest wrażliwa na ataki, to sam widziałeś. Nie zazdroszczę talentu, jest bardzo młoda, a na takie przeszkody natknie się jeszcze niejeden raz. - Paskudne zaklęcie. Ale to by się zgadzało. O ile Julian mówił prawdę, to na trzeciej warstwie były ślady wody, całkiem sporej ilości. Wiesz, o czym myślę? Widziałaś kiedyś „Aquariusa”? - Czytałam tylko. Myślisz? - Opis pasuje, ale… Na trzeciej warstwie rzucać takie zaklęcia mogą tylko magowie z pierwszego poziomu, ja bym nie dał rady. A to plus – Inkwizycja może uznać to dowód niewinności, jeżeli doszłoby do procesu. - A dojdzie? – Aurelia popatrzyła na mnie, najwyraźniej doszukując się grymasu, oznak zniecierpliwienia, jakiegokolwiek sygnału, że mógłbym kłamać. - Nie dojdzie, Aurelio. To wszystko zaczyna wyglądać mi nadzwyczaj dziwnie, a zachowanie Dominiki dowodzi tego najlepiej… Przerwałem, słysząc suchy kaszel od strony samochodu. Dominika siedziała zgięta wpół trzymając się za gardło i najwyraźniej próbowała coś wypluć. Po chwili sięgnęła do swojej torebki po butelkę wody mineralnej i wypiła kilka łyków. Odchyliła się na opuszczone oparcie i spojrzała na nas. Miała rozmazany makijaż i rumieńce na policzkach, kostki palców poobcierane do krwi wytarła w pobrudzoną i naddartą długą sukienkę. - Nigdy..- odchrząknęła ostatni raz - Nigdy nie czułam czegoś takiego. Jeżeli to echo tego, co zrobiono na Trzeciej Warstwie, to Inkwizycja może zapomnieć o podejrzeniach wobec Ciebie, Adamie – spojrzałem wymownie na Aurelię – Pytanie tylko, co zamierzamy? - My? – spytaliśmy z Aurelią niemalże jednocześnie. - Nie myśleliście chyba, że po tym co zobaczyłam, pozwolę wam na beztroską zabawę beze mnie? Mamy szansę dowiedzieć się czegoś, zaklęcie rzucone było nie tak dawno temu - Aquarius?? Kiedy? - Nie więcej niż trzy, cztery godziny. Po dłuższym czasie echo byłoby znacznie słabsze. Spojrzałem na Aurelię pytającym wzrokiem, Odwróciła spojrzenie patrząc na Dominikę. - Nie mylisz się, drogie dziecko? – spytała z jadem. Złożyła ręce z tyłu bawiąc się jednym z pierścionków – Podolski zginął przecież wczorajszej nocy. - Wiem co mówię!! – wybuchła zdecydowanie zbliżając się o krok do Aurelii – Nie wiem, jak zginął Podolski, ale na pewno nie był to Aqaurius, do ciężkiej… - ugryzła się w język przypominając sobie jedną z pierwszych lekcji jaką dostają świeżo upieczeni Jaśni. Żadnych przekleństw, żadnych kłamstw. - Aurelio – pojednawczo wyciągnąłem dłoń - spokojnie. Rozumiem, że nie dopuszczasz do siebie możliwości, że Julian mnie okłamał, ale ja – owszem, tak zakładam - Po co miałby to robić? To przecież bez sensu. Fenrir był najważniejszy w Patrolu zaraz po nim, dużo szybciej niż jakieś dziwaczne nieskoordynowane akcje ze Zmrokiem widziałabym pojawienie się Zwierciadła po naszej stronie. Przemyśl to. - Racja, Aurelio. I niczego się nie dowiemy, póki nie wejdziemy z Zmrok, czyż nie? Skinęła głową. Spojrzałem na Dominikę. - I tak bardziej gotowa już nie będę, a warto chyba iść tym śladem, póki jest tak świeży. Ach, gdyby zdarzyło mi się coś podobnego… Aurelio… -Tak? - Trzymaj łapy przy sobie!

***

Przygotowałem się na wstrząs, który towarzyszył mi ilekroć przekraczałem cienką barierę dzielącą rzeczywistość od Zmroku. Na huk ognia i płomienie sięgające nieba, na żar sprawiający, że włosy zdawały się topić na głowie w bezkształtną masę. Na rozdzierający uszy wrzask nieszczęśników dogorywających w płomieniach, na widok ludzkich pochodni skaczących z najwyższych pięter wypalanych kamienic. Nieustające piekło płonącego getta. Widok, którego nigdy nie będzie dane mi zapomnieć, utrwalony pod powiekami niczym dagerotyp. Warszawski Zmrok. Lecz nie tym razem. -Co jest grane, do ciężkiej cholery?! – Aurelia stojąca po mojej prawej stronie zamarła z amuletem w garści, splątany wokół palców łańcuszek dyndał niczym wahadełko - Adam? Wargi bezgłośnie ułożyły się w przekleństwo. Rozszerzone ze zdumienia oczy Aurelii wpatrywały się to we mnie, to w otaczający nas obraz. Obraz, który pierwszy raz dane mi było oglądać. Nie czułem na policzkach palącego żaru płonących budynków, nie słyszałem krzyku i nie widziałem bezkształtnych , dopalających się tobołków będących niegdyś ludźmi. Pod stopami nie czułem miękkości mchu, pasożyta Zmroku, rosnącego niczym dywan żerujący na ludzkich emocjach, ale wokół mnie widziałem blade kontury rzeczywistego świata, spod

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych