Wróć do katalogu

STUDENT

nie wiedział, co zrobić ze swoim życiem i wobec tego nie robił z nim nic

Brygida, opublikowano , 57 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mówcie, co chcecie, zaprzeczajcie, albo śmiejcie mi się w twarz, ale Student był człowiekiem niesamowitym! Co w nim było niesamowitego? Cóż, prawdopodobnie właśnie sam fakt, że nikt tego dokładnie nie wiedział. Chyba nikt nie potrafiłby powiedzieć, co go w Studencie tak intryguje, dlaczego tak lubi jego towarzystwo, skąd bierze się szacunek, jakim go darzą? Wspomina się go z zamyśleniem i nutą niedowierzania. „To nie był realny facet” – powiedziała mi kiedyś jedna z licznych jego kobiet, kobieta, z którą związał się na czas dłuższy niż trzy miesiące. – „Nie jestem nawet pewna, czy w ogóle był ktoś taki w moim życiu… czy tylko mi się przyśnił.” Dużo pił i dużo palił. Dużo w jego przypadku znaczyło naprawdę bardzo dużo w przypadku każdego innego, normalnego człowieka. Nie przepuścił żadnej okazji, żeby zapalić papierosa. Przy piwie najchętniej odpalałby jeden od drugiego. Mówili mu: „człowieku, dym ci ucieka między żebrami! przepalisz sobie płuca, wykończysz się!”, a on im nic na to nie odpowiadał. Czasem tylko po takiej uwadze kaszlnął ostentacyjnie i uśmiechnął się do popielniczki. Znajomi kręcili głowami z rezygnacją i wychylali kolejne szklanki piwa. Na krótką chwilę zapadała cisza, a potem Student zaczynał mówić. Uwielbiał mówić. Najczęściej opowiadał o sobie. Cholera go wie, czy kiedykolwiek powiedział choć słowo prawdy, ale opowieści były naprawdę pasjonujące! Nigdy nie mówił o swoich studiach, ale wiem o nich co nieco z legend, jakie w końcu zaczęły krążyć na temat tego intrygującego człowieka. Spędził na uczelni osiem lat, w czasie których dorobił się stopnia magistra i swojego dozgonnego przezwiska. Obronił pracę jeszcze w kolejnym roku, a „Student” przylgnęło do niego do tego stopnia, że po pewnym czasie nikt już nie pamiętał jak naprawdę się nazywał. Rozmawiając o nim każdy się zastanawiał, po cholerę mu właściwie całe te studia? Żeby tyle czasu obijać się wciąż o te same ściany, o tych samych zgrzybiałych profesorków i o te same egzaminy, trzeba prawdziwej determinacji, albo dzikiego szaleństwa. Moim zdaniem Student był rodzajem wariata. Z wyjątkiem pierwszego roku, każdy kolejny powtarzał. Ciekawe, że go nie wyrzucili na zbity pysk, gdy kolejny raz z rzędu przyszedł na egzamin pijany, albo nie przyszedł wcale. Największą zagadką dla całego wydziału było to, że każde podanie Studenta o powtarzanie roku rozpatrywane było pomyślnie już za pierwszym razem, nawet jeśli oblał w sesji cztery egzaminy. Po prostu niebywałe! Na tej prestiżowej uczelni? Każdy inny z nie zaliczonym choć jednym przedmiotem miotał się w dziekanacie prawie na klęczkach, bo notorycznie odrzucano jego podanie, choć też inna sprawa, że były to raczej podania o warunki. (Student nie składał o warunki. Wiedział, że skoro nie zaliczył bieżącej sesji, to tym bardziej nie zaliczy jej skumulowanej z następną i zawali jedno, albo drugie… a najpewniej obie naraz). Ostatecznie wszystkim się udawało i nie musieli ani powtarzać, ani szukać innej uczelni, ale kosztowało to sporo nerwów i jak podejrzewam niemałą kasę. Może Student się po prostu nie denerwował? Może wcale nie szło mu tak gładko, ale nie dawał nic po sobie poznać? Prawda, że okazywanie uczuć, czy jakichkolwiek emocji przychodziło mu z trudem. Bożek nie studiował ze Studentem, tego zaszczytu nie dostąpił, spotkał go jednak inny, bardziej wartościowy. Został jego najlepszym (i w gruncie rzeczy jedynym) przyjacielem. Historia natomiast była bardzo prozaiczna, spotkali się kiedyś w barze. Żaden z nich nie wylewał za kołnierz i cenili sobie dobre towarzystwo. Dzień był piękny, czerwcowy – początek sesji egzaminacyjnej. Nie było jeszcze wtedy takich upałów jak obecnie, że człowiekowi włosy spływają z głowy razem z potem. Przyjemnie siedziało się w barowych ogródkach piwnych na warszawskich ulicach, przy chłodnym, nie pasteryzowanym piwku. Ogródki były pełne ludzi, którzy ukończyli już studia i brali urlopy w pracy, albo w ogóle nie pracowali. Nieszczęsnych studentów raczej na ten okres wymiatało z ulic i tym bardziej z ogródków barowych, by mogli wrócić do lokali za tydzień, czy dwa na sesyjne after-party. Student skierował się tego dnia do pubu prosto sprzed drzwi auli, w której za chwilę miał odbyć się jego pierwszy egzamin na drugim roku studiów. Zrezygnował z możliwości zaliczenia w terminie po tym jak usłyszał, że niezliczony egzamin wcale nie musi oznaczać jego ostatnich dni na uczelni. Przeczuwał to już na pierwszym roku, ale wtedy dopiero oswajał się z realiami warszawskiej uczelni. Nie potrzebował wcale stu procentowej pewności, której z resztą informator wcale mu nie dawał. „Wiesz co: chyba! Ja nie jestem pewien, bo może…” – ale Studenta już dawno wtedy nie było w budynku wydziału. Wszedł do baru uśmiechnięty tym swoim nonszalanckim, enigmatycznym uśmiechem i rozejrzał się za wolnym stolikiem. Wtedy jeszcze miał włosy do ramion, które zbierał w sterczący kucyk z tyłu głowy. Nie była to fryzura, w której wyglądał najlepiej. Kilka lat później ściął włosy i wtedy dopiero można było rzeczywiście zobaczyć jak bardzo był przystojny. Zmienił oprawki okularów na kwadratowe, a jeszcze później przestał je w ogóle nosić. Jego wada wzroku nie była na tyle poważna, by nie mógł sobie radzić bez szkieł, ale uważał, że okulary i kucyk z tyłu podobają się kobietom. Mylił się. To po prostu on im się podobał. Bożek akurat w tym samym barze, gdzieś w kącie przygotowywał się psychicznie do czekającej go nazajutrz obrony pracy magisterskiej. W pomieszczeniu było całkiem cicho i niezbyt tłoczno, większość gości wyległa bowiem do ogródka, ale jemu akurat odpowiadała samotność i półmrok wnętrza pubu. Tak niewiele brakowało mu, by skończyć definitywnie wydział architektury Warszawskiej Politechniki… Sam jeszcze nie wiedział, co ma mu to dać, ale lubił rysunki techniczne. Jest kolejnym facet z pseudonimem. Ciekawe, że właśnie pseudonimy mówią nam najwięcej o ludziach, których poznajemy. Jeśli pseudonim jest zabawny, tajemniczy, ekstrawagancki, czy głupi, możemy być prawie pewni, że jego właściciel też taki będzie. Jeśli człowiek nie ma przezwiska, przeważnie nie jest z początku interesujący, nic o nim nie wiadomo, przeciętniak. Marcin, Łukasz, Piotrek, albo inny Sebastian. Każdy może się tak nazywać, ale ksywę dostaną tylko naprawdę ciekawi ludzie. Jako niemowlak Bożek częściej robił w pieluchy w Częstochowie pod klasztorem niż we własnym domu. Brała go tam ze sobą matka – hipiska zwariowana na punkcie Zen i kultu Jezusa i tam też jej przyjaciele hipisi ochrzcili go Bożkiem. Motywowali pomysł tym, że bobas istotnie przypominał malutkiego boga we wszystkich tych kolorowych prześcieradełkach, w kwiecistym wózku, lub zupełnie golutki biegający po trawniku z wiankiem na głowie. „Istny Pan Kriszna!” – wołano za nim i kwilono mu do ucha, kiedy ktoś go trzymał na rękach. Chyba tylko cudem nie przylgnęło do niego „Pan Kriszna” i chyba samemu Krisznie powinien za to dziękować! Może uznano, że to jednak byłby już rodzaj świętokradztwa? Zostało „Bożek”. Mały, słodki Bożek. Co prawda potem mały Bożek urósł dość znacznie, matka również wyrosła z medytacji i kadzidełek i zarzuciła tradycję wędrówki po świecie, ale jego przydomek był jak spalenizna po konfiturach na blaszanym garnku – przywarł na dobre. „Bożek, kurwa! Wyniósłbyś śmieci!” – miał wtedy dwadzieścia dwa lata i wciąż z nią mieszkał. Już wtedy trochę więcej piła i przeklinała. Ojciec już wtedy miał nową kochankę, a niedługo potem miał wypadek. Najbardziej irytowało ją, gdy chciała westchnąć i wyrywało jej się: „O Boże, Bożek!” Matka Bożka jak się rzekło była hipiską bez wykształcenia, ale do szaleństwa zakochaną w niższej (być może najniższej…) klasy dziennikarzu sportowym z gazety o klasie niezaprzeczalnie jeszcze niższej. Wystarczyło jednak, że miał długie, blond włosy, mówił do niej „maleńka” i był w stanie utrzymać ją wraz z jej dzieckiem. Nie liczyło się przy tym kompletnie, że był ostatnim sukinsynem i notorycznie ją zdradzał z odpicowanymi dziennikareczkami z działu mody i urody w jego podrzędnej gazecie. Dopóki matka nic o tym nie wiedziała, było wszystko w porządku, ale kiedy któregoś razu zabrał ją na kolację do restauracji, po czym zniknął na piętnaście minut i przyłapała go z obcą babą w damskiej toalecie – zaczęła bardzo dużo płakać po nocach. Bożek widział, że płakała, ale kiedy pytał, co się stało, zbywała go byle wymówką. Kiedy sięgała po kieliszek i piła przez pół nocy, Bożek również pytał ją „mamo, co się stało?” i ona również odpowiadała: „nic, synku, idź spać”. Więc Bożek szedł do swojego pokoju, ale nie spał. Za smutki mamy zawsze winił ojca. Jak na ironię poprawiło jej się pół roku później, kiedy dowiedziała się, że jej mąż do końca życia będzie kaleką. Uległ wprost niesamowitemu wypadkowi, który teoretycznie w ogóle nie miał prawa się zdarzyć! Sam często zastanawiam się, czy to rzeczywiście możliwe! Facet robił zdjęcia do reportażu z jakichś podrzędnych ligowych mistrzostw w piłce nożnej i stał za bandą jak wszyscy fotografowie ze swoim gigantycznym teleobiektywem, wyczekując sensacji. Najlepiej by było, gdyby ktoś komuś wybił zęba przy pojedynku główkowym (na zdjęciu powinno być widać jak ząb szybuje w powietrzu gdzieś poza kadr), kopnął w krocze przy wyskoku, wsadził obrońcy palec w oko przy ataku z prawego skrzydła lub nawet przyłożył z plaskacza po ostrej dyskusji z arbitrem. Takie zdjęcia opłacano najlepiej w jego plotkarskiej gazecie, bezczelnie nazywającej siebie gazetą sportową. On sam też nie był w niej tak naprawdę żadnym sportowym dziennikarzem, a jedynie zwykłym fotografem z ledwo ukończoną jakąś nikomu nieznana ruską szkołą fotograficzną. Ojciec Bożka pochodził z Rosji i po nim chłopak odziedziczył swoja bujną czuprynę blond loków, którą jednak ścinał dosyć często. Tego dnia akurat żadna super okazja nie chciała się wydarzyć i przez całą pierwszą połowę mężczyzna pstrykał zdjęcia bardzo dynamiczne i być może nawet niezłe artystycznie, wymagające jedynie drobnej obróbki, ale nie mające żadnej szansy na spieniężenie przez jego redakcję. Właśnie kadrował wyskakującą w górę chmarę piłkarzy zdeterminowanych wbić bramkę (bądź ją wybronić) z rzutu rożnego, kiedy poczuł jak ktoś puka go w ramie. Po długości paznokcia powinien poznać, że to redaktorka od mody z jego gazety. Kilka dni temu te same paznokcie wbijały się w jego nagie plecy w pokoju hotelowym, zostawiając na skórze czerwone pręgi, które prawdopodobnie jeszcze tego dnia mogły być widoczne pod koszulką. Teoretycznie nie powinno jej tam być, ale dla tej kobiety żaden „zakaz wstępu dla nieuprawnionych” nie był w rzeczywistości zakazem, jeśli wstęp był strzeżony przez mężczyznę (choć kto wie, czy i z kobietą nie poradziłaby sobie podobnym sposobem i z podobna łatwością…). Nasz dziennikarzyk tak się zdziwił i ucieszył widokiem koleżanki, że pocałował ją w usta namiętnie, nie zauważywszy, że piłka przeniosła się pod bandę przy której kucał i że wszyscy wokoło przezornie chowają obiektywy. W pewnym momencie któryś z obrońców postanowił przerwać akcję przeciwników i wybić piłkę na aut. Nie powinno być zaskoczeniem, że trafił akurat w ten jeden jedyny wystawiony nad bandę aparat i nagle redaktorce z działu mody jakaś dziwna siła zmiotła kochanka sprzed nosa, a ona sama została zawadzona obiektywem, nieomal również tracąc ten swój piękny, chirurgicznie wyprofilowany nosek. Było dużo krwi i dużo krzyku, meczu jednak nie przerwano. Bo czy warto? To tylko jakiś pseudo dziennikarz z jakiejś pseudo gazety dostał piłką w nos. Nic nadzwyczajnego… Do matki zadzwonili ze szpitala, więc natychmiast wsiadła w pociąg i była na miejscu po czterech godzinach. Bożek miał już wtedy tyle lat, że uważał się za mądrego człowieka, którego należy co najmniej uważnie wysłuchać. Poczuł się więc poważnie zignorowany i urażony, kiedy po jego pełnym wyrzutów monologu na temat „tego pieprzonego Casanovy z radzieckiego Wypizdówka pod Moskwą” i setki pytań „po cholerę tam jedziesz? chcesz zobaczyć jego nową dziwkę? Myślisz, że nie wiem, co jest grane?” – matka spokojnie ucałowała go w czoło i zamykając za sobą drzwi powiedziała cicho: „to twój ojciec, kochanie.” Chuj, nie ojciec – pomyślał chłopak, podchodząc do okna i patrząc jak matka wsiada do taksówki i odjeżdża z piskiem opon. Niemal słyszał jej rozemocjonowany głos, może nawet płakała, kiedy mówiła: „Na Centralny, szybko! Mój mąż jest w szpitalu.” Prawda była taka, że ojciec nigdy się specjalnie Bożkiem nie interesował. Chłopak nie mógł narzekać, bo zawsze dostawał od niego pieniądze, na co tylko były mu potrzebne; wykształcił się również za jego dochody (bo matka nie miała żadnych), ale za to, jak traktował swoją żonę szczerze tym człowiekiem pogardzał. Facet rzadko bywał w domu, z synem spędzał tyle czasu co urodziny, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Poza tym albo nie mógł choćby zamienić z nim słowa, bo „pracował”, albo był bardzo zmęczony po „pracy”. Dlatego też Bożek czuł raczej, że ma hojnego sponsora niż ojca. A teraz matka przywlekła tego obcego patałacha z powrotem do domu z zabandażowaną całą prawą częścią twarzy (nie fortunne wybicie pozbawiło go prawego oka, zgruchotało kość jarzmową, nie mówiąc już o obiektywie Nikona za kilkaset tysięcy, którego odłamki wciąż jeszcze tkwiły w twarzy swego właściciela) i z niezwykle smutną lewą połową. Bożkowi wydawało się, że sprawną połową ust próbował wymówić „przepraszam”, ale z całej siły starał się ignorować ten nagły (jak uparcie sam siebie w duchu przekonywał: wcale nieszczery) przypływ skruchy i poczucia winy. Kobieta od mody nawet nie zadzwoniła zapytać swego kochanka jak się czuje, nie wspominając już o tym, że próbowała wytoczyć mu sprawę w sądzie. Prawnik nie do końca wiedział o co mógłby oskarżyć okaleczonego fotografa, a argumentem, że znalazła się w tej części stadionu nielegalnie i że to jej powinien zostać wytoczony proces, zamknął dziennikarce jej pięknie uszminkowane usta. Potem przespał się z nią, kiedy próbowała w ten sposób zdobyć jego poparcie, ale zaraz po tej przyjemności bardzo jasno dał kobiecie do zrozumienia, że ma „całkiem miłe ciało, ale to wszystko”. Wpadła w szał i prawnik musiał zadzwonić na policję, bo próbowała go udusić ręcznikiem. Bożek potem przeczytał na ten temat artykuł w gazecie i jeszcze bardziej znienawidził swojego ojca. Żeby z taką zdzirą! Od wypadku ojciec spokorniał, a matka rozpromieniła się, mając go znów przy sobie. Dzięki sprytnemu adwokatowi mogli żyć dalej spokojnie z jego renty i odszkodowania. Dla Bożka jednak cała ta sytuacja oznaczała jednoznacznie, że musi się jak najprędzej wyprowadzić. Z jednej strony z powodu pieniędzy (których nie było już tak dużo jak wcześniej i jego utrzymanie stało się ciężarem) i z drugiej dlatego, że coraz gorzej się czuł w towarzystwie znienawidzonego kaleki. Odczuwał presję o charakterze szantażu, kiedy matka syczała do niego na korytarzu przy drzwiach tak, by jej mąż nie słyszał: „to twój ojciec, do cholery i kaleka! Okaż mu trochę szacunku choćby z jednego z tych dwóch powodów, kurwa!”. Bożek nie miał ochoty okazywać szacunku, czy współczucia, którego wcale nie czuł. I nie znosił, kiedy jego matka przeklinała. Tego wieczoru, kiedy spotkał się ze Studentem w barze, podpił się wystarczająco, by opowiedzieć mu historię swego życia. Student zaś podpił się na tyle, by jej wysłuchać. Zwykle potem bywało na odwrót. To Student mówił, a Bożek przysłuchiwał się jego opowieściom, jakby słyszał je po raz pierwszy w życiu, choć nie zawsze było to prawdą. Pamiętam kilka opowieści Studenta, nie z własnych wspomnień, lecz z opowieść Bożka, który w pewnym momencie poczuł się w obowiązku, by przejąć schedę po przyjacielu. Nic nigdy nie wywarło na mnie takiego wrażenia jak wyobrażanie sobie chudego, wysokiego bruneta nad kuflem piwa („w szklankach pijam tylko perfumowane wódki, mój drogi” – mawiał do barmanów, kiedy próbowali zaserwować my piwo w cienkim szkle) z papierosem w zębach, cedzącego słowa swoich niesamowitym opowieści. Mógłby mieć jeszcze kowbojski kapelusz naciągnięty na oczy i trzydniowy zarost na szczęce. Czarny podkoszulek z Harley’em Davidsonem, górskie buty na nogach, niebieskie, sprane, obcisłe dżinsy... tak i w ten oto sposób z tego naprawdę niesamowitego faceta zrobiłem kowboja – króla kiczu Ameryki lat osiemdziesiątych! Musicie mi uwierzyć na słowo: Student nie miał w sobie absolutnie nic z kiczu, czy tym bardziej z Ameryki. Opowiadał o swoich kobietach. Prawdopodobnie nie wszystkie były jego prawdziwymi kobietami (chociaż słysząc jego słowa po prostu nie dało się to wątpić!), ale mówił o nich z takim ciepłem, że twoja własna wybranka wydałaby ci się zimna jak żaba przy uroku tych dziewczyn, jakiego dodawał im jego niski, zmęczony, czy rozmarzony głos. Jako dwudziestosześcioletni facet Student mówił kiedyś o Barbarce. Tak na nią mówiono na całym wydziale: Barbarka, albo jak co złośliwsi – Barabarka. Wydawało mu się, że był jej wielką miłością, ale po pewnym czasie zorientował się, że nawet jeśli była to prawda, to nie był jej miłością ani pierwsza, ani ostatnią. Podkreślał, że zawsze interesowały go tylko kobiety do szaleństwa piękne, o idealnie wyprofilowanej kibici, z wąską talią i nie przesadnie szerokimi biodrami. Nieskazitelna cera gładka jak u niemowlaka, grube, czarne rzęsy i czerwone usta oraz pukle włosów prosto od fryzjera przez długi czas były tym, co podniecało Studenta najbardziej. Problem tylko polegał na tym, że tego typu dziewczyny z reguły nie interesowały się w jego osobie niczym więcej niż zawartością jego spodni. A Student w głębi duszy był romantykiem… tylko wtedy jeszcze nie wiedział, że jednak będzie musiał poddać się tej swojej słabości. Poznał boską Basię na ognisku u kumpla z roku. Był to jeszcze kumpel z tego rocznika, z którym Student spędził całe pierwsze dwa lata swoich studiów. Zapoznano go z upatrzoną dziewczyną z jego wyraźnej inicjatywy i nie trwało długo zanim poznali się naprawdę dogłębnie. Noc była lipcowa, cieplutka, więc pieścili się gdzieś za domem na pozostawionej do ich dyspozycji ogrodowej huśtawce. Dziewczyna znała się na rzeczy, co było widać (lub raczej czuć w jej dotyku) a poza tym miała te ogromne, niesamowicie niebieskie oczy, za które niejeden facet dałby się pokroić. Po co się jednak kroić, skoro ona rozdawała te swoje oczka każdemu, kto ładnie poprosił? Nie wymagało to nawet specjalnego wysiłku. Byli ze sobą całe trzy miesiące i wyglądało, że jest im ze sobą naprawdę dobrze. Student nieraz opowiadał o spacerach przez jesienne warszawskie parki, o wyjazdach za miasto, o kraciastym kocu gdzieś na majowej łące… Zachwycał się Basieńką jakby była najcenniejszym, bo najlepiej obrobionym kawałkiem diamentu. Dopiero później się dowiedział ilu jego kolegów miało wcześniej okazję „obrabiać” ją na takie cudo i nagle jej blask przygasł z lekka. „Nie łudziłem się, że będę jej pierwszym – miał zawsze w tym miejscu zaznaczać – ale trochę mnie wkurwiło, że jestem dziesiąty.” Dziewięciu wcześniejszych partnerów Barabarki okazało się względnie sympatycznymi facetami i już wkrótce student upijał się z nimi w barach, w których wcześniej umawiał się z Basią. Któregoś wieczora spotkali się wszyscy razem, co oczywiście zaaranżował sam Student. Zabrał nieszczęsną Barbarkę do pubu, w którym przy największym stoliku, na narożnej kanapie czekało na nich wszystkich dziewięciu jej były facetów. Nie musiał ich długo zapraszać, każdy miał coś do powiedzenia pięknej Basi, a z reguły nie rozstawała się z nimi w przyjaznych okolicznościach, toteż nie było to niestety nic szczególnie miłego. Zatrzymała się zszokowana przed stolikiem, z którego machało do niej z uśmiechem dziewięciu mężczyzn i zapraszało by się przysiadła. Niektórych nawet nie poznała. Popatrzyła przestraszona na Studenta, a on uśmiechnął się do niej, przygarniając ramieniem w stronę stolika. Zaskoczenie nie pozwoliło jej protestować wystarczająco skutecznie i już po chwili siedziała na kanapie pomiędzy wszystkimi swoimi byłymi facetami i jednym obecnym. Przedstawienie skończyło się tak, że któryś w końcu ją zbyt mocno obraził, inny mu zawtórował, wszyscy się roześmiali, a ona wychyliła każdemu piwo nad głową, po czym wstała, żeby wyjść, ale nie chcieli jej wypuścić, a siedziała na samym środku narożnika. Z największą determinacja, na jaką było ją stać wspięła się więc na stół, zrzucając po drodze szklanki i świecznik, po czym wybiegła z baru czerwona ze złości. Jej obecny chłopak pobiegł za nią praktycznie tylko po to, by dostać z plaskacza w twarz (ochlapało ją piwo, którym przed chwilą zmoczyła mu głowę). Chociaż może nie tylko po to… na pewno z widoku jej zezłoszczonej twarzyczki miał także mnóstwo satysfakcji. „Ja nie jestem złośliwy. Nie mam takiej natury. Ale jak ktoś robi ze mnie nowy model maszynki do pierdolenia, to się wkurwiam. Po prostu.” Student nigdy nie przebierał w słowach, a z biegiem lat klął coraz bardziej. Podobnie też coraz więcej pił i palił, choć postronnym mogło się to wydawać niemożliwe. Raz przyszedł zupełnie zalany na ustny egzamin. Profesor nie zgadzał się, by w ogóle dopuścić go do odpowiedzi, ale on się uparł. Profesor zagroził mu telefonem na policję i izbą wytrzeźwień, ale on nie reagował. Stwierdził, że nie wyjdzie z sali, dopóki nie dostanie możliwości odpowiadania, bo takie ma prawo, jak każdy student. W takim wypadku profesor zadał mu pierwsze pytanie, na które Student nie znał odpowiedzi, ale lał wodę. Bez żadnej reakcji na jego słowotok, profesor przerwał mu, zadał następne pytanie i zanim chłopak zdążył skończyć udzielać, tym razem poprawnej! odpowiedzi, znów mu przerwał i zadał trzecie pytanie z zagadnienia, o którym prawdopodobnie on sam niewiele wiedział. Zanim Student miał szansę zaprotestować, wpisał mu dwóję do indeksu i wyprosił z sali. Potem Student powtarzał rok. Bożek któregoś razu próbował zasugerować przyjacielowi, że ma problemy z używkami. Dodał pośpiesznie, że wie, o czym mówi, w końcu jego matka była obecnie alkoholiczką, a wcześniej porządnie raczyła się opiatami w Częstochowie. Z narkotyków wyszła dokumentnie, kiedy poznała ojca, wtedy też doszła do wniosku, że chce mieć dziecko i urodził się Bożek. „To nic takiego, stary! Trzeba się tylko do tego przyznać!” Ale Student nie miał zamiaru się do niczego przyznawać. Jak zwykle w takich sytuacjach, po prostu zaciągnął się fajkiem i powoli wypuścił dym przed siebie, gapiąc się w stół. Bożek po chwili zaczynał już pieprzyć głupoty, że każdy miewa takie momenty załamania, że nie jest sam, trzeba tylko to ograniczyć, on mu pomoże… a Student bardzo się powstrzymywał, żeby nie wybuchnąć śmiechem i powstrzymywał się tylko dlatego, że Bożek był jego najlepszym i jedynym przyjacielem. Kiedy jego paplanina rzeczywiście zaczynała działać Studentowi na nerwy, zamawiał zwykle następną butelkę wódki, sygnalizując tym samym, że nie dostrzega u siebie, ani u nikogo w najbliższej okolicy żadnego problemu alkoholowego. O ile na temat Baśki, za wyjątkiem tej jednej historyjki, Student raczej nie lubił mówić, o tyle potrafił dosłownie rozwodzić się na temat innej swojej niewiasty. Była brzydsza od Barabarki, „ale nogi jej się tak nie rozjeżdżały i była słodziutka”. Miała na imię Maria, ale Student nie cierpiał jej imienia, więc nazywał ją Kwiatek (od nazwiska, nazywała się Kwiatkowska). Prawdziwe imię jego kobiety (było to na jego pierwszym piątym roku) wydawało mu się zbyt pruderyjne i wprost ją o tym poinformował przy pierwszej okazji, czyli gdy tylko mu się przedstawiła. Jeżeli w ogóle się kiedyś potem otwarcie kłócili, to tylko z tego powodu. Dziewczyna była dumna z bycia Marysią, nie była jednak na tyle głupia przy tej swojej dumie, by rozwalić przez nią swój naprawdę udany związek. Dla Studenta pozostawała więc Kwiatkiem. Kwiatek pisała wiersze, podobnie jak kiedyś Student, z tym, ze Student zdecydowanie nie zdradzał talentu poetyckiego. Jego wiersze były króciutkie, przypominały trochę limeryki i na dłuższą metę niewiele miały w sobie sensu. Bardzo dużo pisał o rozstaniach i o irytującym go świecie. Bożek wiedział doskonale, że każdy pojedynczy utworek był przesiąknięty irytacją, największą życiową irytacją, jaką można sobie wyobrazić. Wbrew wszelkim pozorom nie było w nich żadnej tęsknoty, żalu, czy miłości – była w nich jedynie gorzka irytacja i odrobina smutku. Student pokazał Bożkowi wszystkie swoje wiersze, ale on potem cytował tylko kilka z nich i szczególnie jeden zapadł mi w pamięć. Nazywał go „Odejdź i zabierz psa”:

Odejdź i zabierz psa Niech nie sika więcej na kanapę Ty zabierz psa, a kanapa jest moja Będę na niej wył do księżyca Za twoimi udami

Na studiach Student skończył z wierszoklectwem, nie chcąc więcej robić z siebie „przymulonego ważniaka”. Tak właśnie widział grafomanię, grafoman to taki „przymulony ważniak”, nadęty, jakby pozjadał wszystkie rozumy, ale zupełnie pozbawiony charyzmy i jakichkolwiek umiejętności. Ostatecznie robi z siebie pośmiewisko, zamiast poruszać tłumy i Student bał się takiej sytuacji najbardziej na świecie! Pośmiewisko to było coś, czego nie zniósłby za żadne skarby, wobec tego rzucił pisanie i wrócił do mówienia. I to wychodziło mu zdecydowanie wspaniale! Kwiatek pisywała zupełnie inaczej. Najczęściej tworzyła ostre wiersze, tak mocno podszyte erotyką, że mało kto chciał je czytać, czy tym bardziej ich słuchać. Dodatkowo zaś wszystkich oburzało, że technicznie te utwory były naprawdę dobre! Najczęściej białe, a jeśli już zdarzyło jej się stworzyć „rymowańca”, to był po prostu idealny. Zero zgrzytów, zero banałów, na niektóre rymy mało kto by w ogóle wpadł, nie mówiąc już o idealnej melodyczności i że każdy wers miał co najmniej jedenaście sylab. Jej kunszt imponował Studentowi i jednocześnie go zawstydzał, bo sam chciałby tak genialnie pisać. „I gdybym potrafił, na pewno nie pisałbym takich pierdół o pieprzeniu i cyckach.” – Kwiatek zawsze śmiała się, kiedy to mówił, bo nigdy nie krępował się jej obecnością. Ona i tak wiedziała, że mu się podobają. Jeśli zaś chodzi o treść, to Student lubił czytać poezję swojej dziewczyny tuż przed tym jak wyszła wieczorem spod prysznica, by wślizgnąć się pod kołdrę do jego łóżka i kochać się z nim przez pół nocy. W takich momentach cenił jej wiersze zdecydowanie najbardziej i bynajmniej nie za warsztat poetycki. Zamieszkali razem po trzech miesiącach spotykania się w kawiarniach i pubach. Student uznał, że jest to okres czasu najbardziej odpowiedni. Do tej pory właśnie tyle trwał jego najdłuższy związek z dziewczyną i był to związek z Basią. Po niej przygruchał sobie jeszcze kilka panienek, ale te związki ograniczały się głównie do seksu i nie trwały dłużej niż miesiąc. Z Kwiatkiem to było coś innego. Z Kwiatkiem jeszcze po trzech miesiącach ciągle miał o czym rozmawiać, nadal całował jej szyję z takim samym podnieceniem, lub nawet każdego kolejnego wieczora z coraz większym (pisała coraz to nowe i bardziej odważne wiersze). Kiedy po ostatnim cudownym stosunku całowali się na dobranoc i już mieli wtulić się w siebie, by nie wypuścić się z objęć aż do rana, Student zawsze szeptał jej do ucha: „Dobranoc. Niech ci się przyśni drzewo wiśni.”, a ona mruczała: „mhm”. Bożek też miał wtedy dziewczynę – dla odmiany tę samą od dwóch lat i tę, z którą miał wkrótce wziąć ślub i nie rozstać się przez sześć kolejnych. Aga była największa życiową miłością Bożka i można chyba powiedzieć, że vice versa. Pracowali wspólnie nad projektami dla niezbyt znanej firmy budowlanej za dosyć skromne wynagrodzenie, leczy wystarczało im ono na utrzymanie małego mieszkanka na Mokotowie, w pobliżu wydziału i mieszkania Studenta. Często się we czwórkę spotykali, choć życiowe drogi obu par nie krzyżowały się specjalnie. Chwilami tylko szły wobec siebie równolegle, co nie przeszkadzało temu, by Bożek kochał swego kumpla jak brata. Najczęściej widywali się w małej knajpce dokładnie w połowie drogi między ich mieszkaniami. Najczęściej Student upijał się wtedy okropnie i Kwiatek holowała go potem do domu, sama nie do końca trzeźwa. Bożek nie pił praktycznie wcale (odkąd umieścił matkę w ośrodku dla alkoholików wraz z ojcem, którego uznano za „ważny element terapii” – praktycznie nie tykał się alkoholu. Zupełnie jakby alkoholizm mógł być chorobą dziedziczną…), a Agnieszka w granicach rozsądku – do pierwszego szumu w głowie. Kto by pomyślał, że tak zróżnicowane pod tym

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych