Sun kisses from Portoroż
Czasem ciężko jest zdecydować się na trudny krok...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. Lipiec 2000
Siedziałem nad pustą kartką mojego notesu, z długopisem w dłoni i bez konkretnej koncepcji. W nozdrza uderzał mnie zapach ciepłego Adriatyku, który rozpościerał się przede mną. Nie miałem wątpliwości, że słoweńska riwiera była najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem w życiu. Bardzo żałowałem, że nie mogłem tu spędzić więcej czasu, ale ten gonił, a redakcja czekała na efekty mojej wycieczki. Jeszcze wczoraj, w niedzielę, byłem w sąsiedniej Chorwacji, w miłym miasteczku Umag. Z artykułem o tym miejscu poszło mi całkiem sprawnie. Zaś z samego rana, bo już o w pół do ósmej, wyruszyłem stamtąd na pokładzie M/S Adriatic do Portoroża. Jeszcze nigdy nie płynąłem tak ekskluzywnym statkiem. Zbudowany w 1973 roku miał ponad sześćdziesiąt metrów długości i masę atrakcji z dwoma barami na czele. Po niespełna trzech godzinach żeglugi dotarliśmy do celu mojej podróży. Tu zostałem oczarowany zarówno urokiem otoczenia, jak i gościnnością Słoweńców. Trudno jednak było się dziwić, skoro żyli dostatnio dzięki turystom przyjeżdżającym głównie z sąsiednich Austrii, czy Włoch. Szybko też zorientowałem się, że za stosunkowo niewielkie pieniądze, można tu było przeżyć fascynujące wakacje. Było tu nawet taniej niż w Polsce.
Niedzielne przedpołudnie poświęciłem na zakwaterowanie się w pobliskim hotelu Salinera. Potem zacząłem zapoznawać się z okolicą. Zbierałem sumiennie materiał na artykuł i chyba pierwszy raz tak naprawdę czerpałem z tego przyjemność...
Drugiego dnia pobytu zwiedziłem niedaleki Piran, skąd wróciłem urzeczony architekturą tamtejszego starego miasta. Potem wykąpałem się w morzu, rozmawiałem z turystami, zachwyconymi jak i ja urodą okolicy i niskimi kosztami luksusowego wypoczynku. Wysłałem też do siebie pocztówkę. Głupi zwyczaj, ale miał już kilkuletnią tradycję. Od czasów pierwszego mojego wyjazdu do nieistniejącego NRD. Miałem wówczas piętnaście lat.
Wieczorem, przed osiemnastą zadowolony z siebie usiadłem w barze, usytuowanym na terenie kompleksu basenów, wypełnionych morską wodą i szukałem weny twórczej. Być może było na to jeszcze zbyt wcześnie. W końcu miałem tu spędzić czas do jutra rana, kiedy to odpływał statek do Wenecji. A poza tym chciałem stworzyć coś więcej, niż tylko puste opinie o walorach Portoroża. Miałem wrażenie, że do tego tekstu przydałaby się jakaś urocza, tkliwa historia. A byłem pewien, że w tak cudownym miejscu mogła rodzić się prawdziwa miłość.
Oderwałem więc wzrok od kartki i zacząłem się rozglądać po stolikach, poszukując ciekawego tematu. Ta para od razu zwróciła na siebie moją uwagę. Było to dwoje staruszków, będących na oko po siedemdziesiątce. Patrzyli na siebie, jak urzeczeni, rozmawiali ze sobą, a ich wzajemne ciepło emanowało w tak niesamowity sposób, że zdecydowałem się właśnie na nich. Zanim jeszcze podniosłem się od stolika przerwali rozmowę i spojrzeli na mnie z miłym uśmiechem na twarzach. Ten gest dodał mi pewności siebie.
Podszedłem do nich, przedstawiłem się i zapytałem, czy nie poświęciliby mi troszkę czasu. Zgodzili się chętnie. Zebrałem więc swoje rzeczy ze stolika i dosiadłem się czując, że trafiłem na swój temat. Sprawnie posługiwali się angielskim, co bardzo mnie ucieszyło, jako, że większość ludzi tutaj władała lepiej niemieckim, co przyprawiało mnie o lekkie bóle głowy, gdyż nie wszystko byłem w stanie zrozumieć. Tu nie było problemów, więc ochoczo zabrałem się do pracy.
- Może jeszcze raz się przedstawię. - zacząłem - Nazywam się Marek Kolski, jestem dziennikarzem jednego z polskich tygodników kobiecych. Mam napisać parę słów o Portorożu, o ludziach spędzających tu wakacje. Wy wyglądaliście tak szalenie sympatycznie, że nie mogłem sobie odmówić przyjemności zamienienia z wami kilku słów.
- Mów mi Tom, a to moja żona Ely.
- Powiedzcie długo jesteście małżeństwem?
- Zbyt krótko... - odparł Tom - Minęło trzydzieści sześć lat, a poznaliśmy się właśnie tutaj, pięć lat wcześniej. Zmarnowaliśmy półtora tysiąca dni, zanim oboje zrozumieliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Poznaliście się tutaj? Czyli to podróż sentymentalna?
- Tak, kiedyś mieszkaliśmy tu, w Europie, teraz jesteśmy już Australijczykami. - odparła Ely - A powrót do tego miejsca skłania nas do refleksji nad nieco zmarnowaną młodością, nad błędami, które popełniliśmy, a było ich tak wiele.
- Oj tak, masa błędnych decyzji, które powinny zaważyć na naszym życiu, ale na szczęście jakoś otrząsnąłem się z marazmu w jakim utkwiłem, przyjechałem do Ely, zaryzykowaliśmy i dziś wiemy, że było to najmądrzejsze, co mogliśmy zrobić. Szkoda tylko, że nie pojąłem tego wcześniej. Mielibyśmy więcej czasu na odkrywanie miłości. A taka, prawdziwa może zdarzyć się tylko raz w życiu. Jeden, jedyny, a tak łatwo ją przegapić...
- Sam się tego boję. - przyznałem szczerze. - Rzadko zdarza się spotkać parę, która po tylu latach spędzonych razem nadal potrafi wyznać sobie miłość. Raczej są z sobą z przyzwyczajenia. Wy chyba jesteście chlubnym wyjątkiem. To naprawdę wzruszające.
- Widzisz, na pierwszy rzut oka nie pasowaliśmy do siebie, wydawało nam się, że barier, które były między nami nie da się przełamać. Ale przy odrobinie wyobraźni okazało się, że zajmowaliśmy się w zasadzie tym samym, tylko w inny sposób. Kiedy to zrozumiałem i przyznałem przed samym sobą, że jeśli nie zaryzykuję, to mogę stracić coś naprawdę wspaniałego, spotkaliśmy się znowu. Rzuciliśmy poprzednie zajęcia, zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Początki były trudne, nie mieliśmy praktycznie nic. Nic, prócz samych siebie. Jak się okazało to wystarczyło, by przetrwać najgorszy okres. Teraz jesteśmy wystarczająco bogaci, by pozwolić sobie nawet na przyjazd tutaj.
- Dużo ogólników... - zauważyłem - Nie zdradzicie mi żadnych szczegółów?
- To już nie ma sensu. Odcięliśmy się od przeszłości... prawie... - odparła Ely - Zostało nam z niej uczucie, które nigdy nie umrze. Kocham cię mój ty niezdaro. - zwróciła się do Toma - Może nie od pierwszego wejrzenia, a od drugiego...
- Ja też cię kocham. Całą ciebie, łącznie z tą blizną po tatuażu pod lewą piersią. Wiesz, chłopcze, że to chyba jedyna rzecz, której mi nigdy nie zdradziła? Po tylu latach wciąż nie wiem, co przedstawiał. Usunęła go dzień po naszym ponownym spotkaniu.
- W dzień moich trzydziestych urodzin... - westchnęła Ely - Ale daj spokój, niech to zostanie moją tajemnicą. Zresztą to nie temat do rozmów z tym młodzieńcem.
Uśmiechnąłem się tylko. Zazdrościłem im tego, co znaleźli w sobie nawzajem. Miałem namacalny dowód, że miłość istniała, lecz w naszym świecie był to nadal towar deficytowy. Chyba posmutniałem, bo Tom zwrócił znów na mnie swą uwagę.
- A ty Mark? Myślisz, że znajdziesz swoją połówkę?
- Chciałbym, ale to takie trudne, trzeba mieć masę szczęścia.
- I odwagi... - dodała Ely.
- Dam ci pewną radę, chłopcze. - Tom wziął głębszy oddech - Kiedy staniesz na rozdrożu, kiedy będziesz musiał podjąć ważną decyzję, przemyśl słowa piętnastoletnich dziewcząt i zrób to, co nie zostanie wypowiedziane, a na co będziesz bardzo czekał...
- Co? - zdziwiłem się i zrobiłem głupią minę.
- A teraz już daj nam spokój. - warknęła Ely.
- Idź już! - ton Toma był podobny.
Nerwowo poderwałem się z miejsca, wpadając na jakąś dziewczynę.
- Uważaj! - krzyknęła.
Rozlała na siebie napój, który miała w ręku.
- Przepraszam bardzo... - odparłem zmieszany i spojrzałem na staruszków.
Wstali od stołu i ruszyli do wyjścia. Westchnąłem tylko. No cóż nie byli młodzi. W ich wieku głowy nie musiały być już tak sprawne, jak mi się początkowo mogło wydawać. Dlatego nagle potraktowali mnie w ten dziwny sposób. Współczułem im. Odprowadziłem ich wzrokiem. Mimo wszystko była to ciekawa rozmowa. Zastanawiałem się, czy to, co mówili było prawdą, czy tylko pięknym wymysłem. Chciałem wierzyć jednak, że naprawdę byli szczęściarzami.
Po godzinie dwudziestej byłem już wykąpany i postanowiłem wejść do hotelowej restauracji. Kilka lampek wina powinno mi pomóc w skleceniu jakiegoś miłego tekstu, w którym mimo wszystko znaleźli swe miejsce Tom i Ely.
Przytłumione światło, miłe wnętrze i nastrojowa muzyka były pierwszymi rzeczami, które rzuciły mi się w oczy. Nie byłem głodny, rzadko jadałem kolacje. Musiałem przyzwyczaić mój organizm do dwóch posiłków dziennie z powodu wolnej przemiany materii, a miałem ledwie dwadzieścia siedem lat i nie chciałem wyglądać jak antałek. I tu zaczynał się mój problem. Głupio mi było usiąść przy stoliku i żłopać samemu alkohol. Zdecydowałem się zająć miejsce przy barze. Wolnych stołków było niewiele. Jeden z nich sąsiadował z elegancką kobietą, trzymającą w dłoni lampkę z ciemnoczerwonym trunkiem. Postanowiłem przysiąść się do niej i zagaić rozmowę. Liczyłem po cichu, że może akurat miałem trochę szczęścia i okaże się ona samotną turystką, jak i ja szukającą towarzystwa?
- Cześć. - rzuciłem - Nie będzie ci przeszkadzało, że usiądę obok?
- To zależy... - odparła i spojrzała na mnie.
Chyba rozpoznała mnie od razu, bo dziwnie się uśmiechnęła. Ja musiałem się chwilę zastanowić. Nie miałem najlepszej pamięci do twarzy, ale w końcu doznałem olśnienia...
- Ty jesteś tą dziewczyną z basenu?...
- Tą samą, która miała pecha wpaść na zrywającego się nagle z krzesła Polaka...
- Skąd wiesz, że akurat Polaka? - byłem zaskoczony
- Przeprosiny padły w tym języku...
- Znasz polski?
- Parę słów, znałam kilku twoich rodaków.
- To poznaj jeszcze jednego, jestem Marek Kolski, dziennikarz.
- Miło mi... - podała mi rękę - Sonia, prostytutka. Bardzo droga prostytutka.
- Och... - na chwilę mnie zatkało, ale szybko się pozbierałem - Serio?
- Mhm.
- I jak idą interesy?
- Nieźle, ale tylko w sezonie. Chcesz przeprowadzić ze mną wywiad? - spojrzała na mnie figlarnie, podpierając dłonią polik.
- Wywiad? Nie. Ale skoro znasz tutejsze okolice mogłabyś mi przybliżyć je od tej ich mroczniejszej strony.
- Nocne życie w Portorożu? Rzeczywiście mało kto zna je tak dobrze jak ja. Wiesz co, wezmę sobie dziś wolne, może czas spędzić noc z kimś kogo na mnie nie stać? Tylko nie zrozum mnie źle. Żadnych gratisowych numerków, żadnych zniżek, tylko rozmowa. OK.?
- A twój alfons nie będzie zły?
- Nie mam alfonsa, mam za to ochroniarza. - skinęła dłonią na dryblasa siedzącego nad Colą w rogu sali - To Zlatko, dobrze go opłacam, a on dobrze sobie radzi nawet z kilkoma przeciwnikami, będzie szedł za nami. Ot tak na wszelki wypadek.
Kiedy Zlatko podszedł do Sonii ta powiedziała mu kilka słów po słoweńsku. Osiłek pokiwał tylko głową w geście zrozumienia.
- No to chodźmy.
Kiedy wyszliśmy poza teren hotelu odwróciłem się za siebie. Zlatko szedł w odległości kilkunastu metrów. Zastanawiałem się, jak powinienem odbierać jego obecność. Poczuć się bezpieczniej, czy bardziej zagrożony?
- Zapomnij o nim. Doceń fakt, że właśnie straciłam kupę forsy. Miałam się dziś spotkać ze stałym klientem, cholernie bogatym Włochem. Więc bądź myślami raczej przy mnie, niż przy Zlatko.
- Spróbuję. - zaśmiałem się - Powiedz mi, od razu mnie poznałaś?
- Pewnie. Wyglądasz wśród opalonego tłumu, jak...
- Syn młynarza, wiem, jeszcze nie nabrałem wakacyjnych barw. Pamiętaj, że ja tu pracuję. A ty, jak trafiłaś do swojego fachu?
- To długa historia i nie dotyczy naszej riwiery.
- Czas mam, a ciekawość zawodowa sprawia, że chętnie posłucham.
- Dobrze, ale pod warunkiem, że ty opowiesz mi później o sobie.
- Zgoda.
- Urodziłam się w Piranie, byłeś tam?
- Tak przed południem, piękne miejsce, wręcz bajeczne.
- Bo tak ma wyglądać, ale wierz mi, że żyją tam tacy sami ludzie, jak wszędzie. Moi rodzice byli alkoholikami. Dorastanie w melinie to nic miłego, ale jakoś udało mi się skończyć szkołę, a wszelkie złe rzeczy odreagowywałam malując. Tuż po maturze spotkałam tu, w Portorożu pewnego Francuza, miał na imię Fabian. Też malował, przekonał mnie, że powinnam wyjechać z nim, do Paryża. Wmówił mi, że zostanę artystką, jak on. No i pojechałam. Jednak jak zwykle bajkowe miejsca tracą swój urok, kiedy w nich zamieszkasz. Stają się rzeczywistością, często bardzo szarą. Fabian wprowadził mnie w środowisko twórcze. Seks, narkotyki, alkohol, nie tak wyobrażałam sobie Paryż. Myślałam, że sięgnę szczytów, a spadłam na dno. Może nie do końca, bo nie wpadłam w żaden nałóg, pewnie dzięki rodzicom, do których nigdy nie chciałam być podobna. Nie wiem. A seks? Stał się moim jedynym dochodem. Na ulicy stałam krótko. Szybko zrozumiałam, co powinnam zrobić, by wyciągnąć ze swojego zawodu spore pieniądze. Rzuciłam Fabiana i zaczęłam pracować na własny rachunek. Kiedy już dobrze poznałam francuski, przez kilka miesięcy byłam wolnym słuchaczem na Sorbonie, na wydziale sztuki. W nocy zarabiałam na studia, jedzenie, mieszkanie i powrót tutaj. Bez żalu opuszczałam ten ich fałszywy raj. Wykupiłam tu mały domek, doszłam do porozumienia z władzami hotelu i rozpoczęłam działalność na starych śmieciach. Tu jest dużo łatwiej. Nikt nie traktuje mnie tutaj jak śmiecia, bardziej jako kolejną atrakcję turystyczną. To wszystko. Nawet nie było takie długie... 25 lat... No, ale teraz twoja kolej.
- Ja? Pochodzę z normalnej rodziny. Rodzice już nie żyją, a ja po studiach dziennikarskich miałem do wyboru ambitną gazetę ledwo wiążącą koniec z końcem i bogate, choć ubogie w przekazie pismo kobiece. Wybrałem to drugie. Życie kosztuje, a ja chciałem żyć w dostatku. Widzisz, u mnie to było jeszcze krótsze, mimo iż jestem dwa lata starszy. Czasem myślę, że źle jest ująć życie jednym zdaniem...
- A żona, dziewczyna? Masz kogoś?
- Nie, ale zdaję sobie sprawę, że chyba już czas najwyższy, by się ustatkować. Zaczyna mi brakować stabilizacji... A ty?
- Mam tak wielu mężczyzn na co dzień, że nie potrzebuję żadnego na stałe. Zresztą seks za darmo, to nieprofesjonalne podejście, nie sądzisz?
- Nie wiem, czasem gotów jestem napisać komuś coś za darmo...
- Kiedy ostatnio tak zrobiłeś?
Chwilkę się zastanawiałem.
- Chyba nigdy...
- No widzisz? Mam rację. W końcu jesteśmy zawodowcami.
- Tak...
Z oddali usłyszeliśmy warkot silników. Po chwili minęła nas grupka motocyklistów. Pędzili na złamanie karków przed siebie, niczym nie skrępowani.
- Wiesz, co ja o nich sądzę? - spytała nagle Sonia.
- No?
- To wspaniali kandydaci na dawców narządów...
Buchnąłem śmiechem. Oboje zaczęliśmy się śmiać. Odprężyłem się. Czułem się przy niej znakomicie. Jej brak oporów przed opowiedzeniem swojej przeszłości, poczucie dystansu do samej siebie i otaczającego świata sprawiało, że było mi jej żal. Z jej inteligencją mogła w innych warunkach zostać kimś ważniejszym, ale w jej przypadku życie nie było nastawione do niej przyjaźnie. Szkoda... Przyjrzałem się jej uważnie.
- Znam to spojrzenie... - jęknęła.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli... - pojąłem w lot jej uwagę.
- A szkoda. Bo ja nagle nabrałam ochoty na odrobinę romantyzmu. Nawet, jeśli miałby być tylko jego imitacją. Nie brzydziłbyś się mnie pocałować?
- Nie. - odparłem szczerze.
Pochyliłem się w stronę jej ust. Kątem oka dostrzegłem, jak dziewczyna daje jakiś znak swemu ochroniarzowi. Zapomniałem o nim zupełnie. Poczułem jej wargi, były miękkie i delikatne. Spijałem jej smak, nie mając najmniejszej ochoty się od niej oderwać, to było cudowne uczucie. Trwaliśmy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil djas
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…