"Świetlisty Zmierzch" cz.2
Czyli Cierpienia młodego pisarza. Opowiadanko w stylu S.Kinga :) zapraszam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
*** Hrrr...!!! Hrrr...! Hrrr... Khhyy! Khy! Sosiedzieje? Że co...? Że niby przysnąłem, ta? Hah! Kochaniutcy! Może i mam swoje lata, ale nadal mam wigor osiemnastolatka! Ha! Po prostu po obiedzie zawsze sobie drzemię... Hę? Że jak? Historię miałem dokończyć? Ale którą? Tą o Czteronożnym Jacku? Nie...? A którą? Hmm... Aaa...! Już wiem. O "Świetlistym Zmierzchu", tak? Niech wam będzie... A czym skończyłem...?
***
- Mistrzu... Zrobiłem co kazałeś. Na chwałę "Świetlistego Zmierzchu"! - Wspaniale... Sss... Zostały jeszcze trzy morderstwa, które trzeba popełnić. A potem będzie królował zmierzch... Sss... W ciemnościach błysnął ten sam demoniczny uśmiech, który w tym samym czasie zawitał na twarzy innego mężczyzny patrzącego na chłopaka i dziewczynę przytulonych do siebie wieczorem na parkowej ławce... Mężczyzna spojrzał na zachodzące słońce i przez jego umysł przemknęła bardzo niemoralna myśl, o dziewczynie, która właśnie całowała namiętnie swojego ukochanego. Delektował się jakiś czas tą myślą, która po chwili ustąpiła innej. No cóż... robota to robota... Z mocnym przekonaniem, że nic się samo nie zrobi rozpoczął układanie pieczęci. - Tori, Uma, - ciuchutko mruczał czając się w cieniu wielkich, parkowych krzaków - Ryu, Nezumi, Usa... - nagle przerwał przypatrując się bacznie chłopakowi. Wydawał się pełen szczęścia i radości, jakie dawało mu uczucie, które żywił do tej dziewczyny. Jednak mężczyzna, śledząc go przez kilka ładnych tygodni poznał każdą jego myśl, każde zachowanie i każdą emocję jaka mogła się z niego wydobyć. Znał każdą jego komórkę, lepiej niż ktokolwiek na tym świecie, włączając samego chłopaka. I zobaczywszy prawie że niezauważalny cień na jego twarzy z jednej strony poczuł satysfakcję, a z drugiej pewien niesmak na myśl, że ominie go kupa zabawy. Ale polecenie, które dostał było wyraźne. "Jeśli nie trzeba, nie używaj TEGO." A w tej sytuacji używanie TEGO było całkowicie zbędne. Uznał, że dalsze przebywanie w tym miejscu jest zbyt ryzykowne i narażało go na wykrycie, wykonał dwie szybkie pieczęci, stopił się z cieniem i odszedł całkowicie niezauważony niczym widmo nocy, która ma zapaść nad tym pięknym miastem.
*** - Oooh! To niesamowite! Opowiadaj dalej! - No i wtedy, rozumiesz, uderza go w twarz diamentowym kijem mówiąc "... będziesz krzyczał, tak jak ona krzyczała, ty padalcu... Zabiję Cię. Ale zanim to zrobię, poczujesz, co to prawdziwy ból..." - i zakończył swoje opowiadanie. Ciemnowłosy chłopak spojrzał na swoją miłość - dziewczynę o długich, brązowych włosach, których kosmyki układały się w niesamowitą falę odbijającą promienie zachodzącego słońca. Jej szare oczy patrzyły na niego z taką głębią, jaką tylko można sobie wyobrazić. Można było w nich wyczytać wszystko. Albo nic. - I co dalej? Proszę, powiedz! - zrobiła do niego bardzo proszącą minę. Chłopak czuł się bardzo szczęśliwy, że ktoś chce słuchać tego, co całymi dniami wymyśla w cieniu swojego domu, dla czego poświecił większość swojego wolnego czasu. Ale jednocześnie znów poczuł kroplę goryczy mówiąc: - Nic. Jeszcze nie wymyśliłem dalszego ciągu. Nie mam weny. Nie mam inspiracji... Musze coś z tym zrobić, może jutrzejszy dzień rozwiąże moje problemy... - spojrzał kolejny raz na zachodzące słońce. Chowało się przepięknie za zabudową Miasta. Aż miło było patrzeć. Jednak jego dziewczyna nie dała mu zbyt długo rozmyślać nad tym widokiem. Pocałowała go czule i powiedziała: - Nie martw się, na pewno coś wymyślisz... Jesteś taki utalentowany... Przecież wszyscy czekają na twoje opowiadanie! Zebrałeś najlepsze recenzje, świat literacki jest Tobą zachwycony! Czego więcej chcieć? - Taaa... Może masz rację... - znowu spojrzał na słońce - może jutrzejszy dzień... - powtarzał to zdanie zawsze. Co wieczór. Jak jakąś mantrę. Jednak tym razem faktycznie jest szansa... Pracował nad tym od kilku tygodni i wreszcie udało mu się. Nareszcie odnajdzie natchnienie... Przebudził się z tego pół-snu spoglądając kolejny raz na swoją dziewczynę. Uwielbiał na nią patrzeć. - Dobrze, chodźmy już. Czy mi się zdawało, czy rano mówiłaś o jakieś niespodziance wieczorem...? - tajemniczym tonem zagadał chłopak, na co dziewczyna odpowiedziała równie tajemniczym uśmiechem. Wstali z ławeczki i ruszyli w stronę budynków. W stronę zachodzącego słońca.
*** Następnego dnia chłopak wstał wcześniej niż zwykle. Jeszcze przed wstaniem z łóżka powspominał wydarzenia wczorajszego wieczora i uśmiechnął się szeroko. Wstał, ubrał się tak jak zwykle, umył się tym, czym zwykle, zjadł to, co zwykle, coś tam napisał na karteczce i położył ją na swoim biurku, między tysiącami innych karteczek, które już wcześniej na nim spoczęły. Zrobił porządek na łóżku i tak jak zwykle wyszedł z domu zamykając za sobą drzwi na klucz. Uśmiechnął się na widok przepięknego nieba, po którym płynęły leniwie kłębiaste chmurki i ruszył wolnym krokiem w stronę jednej z najciemniejszych uliczek miasta. Nie czuł strachu. Czuł nadzieję, która coraz bardziej wypełniała mu serce tak, że poczuł się tak leciutki jak najlżejsze piórko na świecie.
*** W Mieście było dosyć sporo niemiłych ludziom budynków. Budynek Rady Miasta, posterunek armii, ZUS... Ale nic nie może równać się z tutejszym Więzieniem, które słynęło ze swojego nadzwyczajnego rygoru. Umieszczano tutaj najgorszych przestępców, jacy kiedykolwiek egzystowali na Kontynencie. Ludzie niegodni tego, żeby nazywać ich ludźmi dlatego tutaj przyjęło się, że o skazańcach mówi się "Zwierzęta". Chociaż i tak to bardzo łagodne określenie tamtejszych ludzi. Budynek był cały odrapany i popękany. Kraty w oknach powyginane we wszystkie strony świadczyły o tym, że więźniowie są tutaj naprawdę zdesperowani i zdeprawowani. Uliczki dookoła Więzienia są najmniej uczęszczanymi ulicami Miasta - każdy boi się tędy przechodzić. Groza tego miejsca sięga jednak jeszcze dalej - poza granice Kontynentu. Wieści o czynach tutejszych zbrodniarzy opowiadane są w wielu dalekich krajach, jako zapomniane legendy o których nie mówi się w godzinach od 22 do 6. Wokół budynku nie istniały żadne domy mieszkalne - zazwyczaj były to stare magazyny i opuszczone rudery, w których nikt nie śmiał zamieszkać, nawet bezdomni trzymali się z dala. Jedynymi żywymi istotami, których odwaga pozwala na przebywanie w tym miejscu to dwaj strażnicy stojący przed stróżówką, wiecznie znudzeni własną robotą i własnym towarzystwem. Charaktery mieli trochę dziwaczne - ale nie jest to nic dziwnego, zważywszy na to, że przez cały dzień nie oglądali żywego ducha (oprócz siebie, oczywiście). Jakże wielkie było ich zdziwienie, kiedy zobaczyli postać powolnym krokiem zdążającą ku nim. Po chwili stanął przed nimi ciemnowłosy, młody chłopak z ładną twarzą i bystrymi oczami spoglądającymi prosto na nich. Strażnicy momentalnie się ocknęli i wyprostowali, a jeden z nich, dużo bardziej nieogolony od swojego kolegi, zapytał grubym głosem: - Nazwisko. - Gmanotochi - łagodnych głosem odpowiedział chłopak. Na dźwięk tego nazwiska odezwał się strażnik z mniejszym zarostem. - O! To pan pisze te wspaniałe opowiadania? Chłopak uśmiechnął się mimo woli i odpowiedział równie łagodnym głosem, co poprzednio, jednak można było w nim wyczuć trochę więcej pewności siebie. - No cóż staram się... Ale to mało ważne. Byłem umówiony... - Tak, wiemy, może pan wchodzić... Nie wiem, czego pan tam szuka, ale radziłbym się zastanowić... - Wiem czego szukam. I mam nadzieję, że to znajdę. Po tych słowach nieogolony strażnik otworzył ze zgrzytem żelazne drzwi i Więzienie stanęło otworem. - Życzę powodzenia. Ktoś będzie czekał na pierwszym pietrze. On pana oprowadzi. Chłopak uśmiechnął się ponownie do strażnika i wkroczył w ciemny korytarz. Wrota za nim zamknęły się z tym samym okropnym zgrzytem, który przyprawiał człowieka o drgawki. Chłopaka to jednak nie ruszyło, wiedział czego szuka. Był zdeterminowany, żeby to znaleźć. Nareszcie... Będę wiedział...! ... Na piętrze już czekał strażnik więzienny. Był to dobrze umięśniony, wysoki człowiek pochodzenia najprawdopodobniej południowego. Głowa łysa jak kolano wspaniale kontrastowała z więziennym uniformem, w którym sprawował służbę. W lewej ręce trzymał pochodnie oświetlającą mdłym światłem komnatę w której stali. Była zupełnie pusta, nie licząc drzwi wejściowych i wyjściowych. Powitał chłopaka uściskiem dłoni, który prawie połamał mu palce. Popatrzył
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Rielin Erowlen
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…