Szare Osiedle
Opowiadanie o perypetiach osiedlowych kolegów. Akcja dzieję się w przeciągu 48 godzin i kończy się tragedią.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Szare Osiedle"
Osiedle jak zwykle o tak wczesnej godzinie owiane było pustką. Kolorowe bloki o tej porze stawały się tak szare, jak gdyby na obrazie brakowało farb, a zostały tylko dwa kolory: czarny i biały. Było to osiedle złożone z wielu bloków, wszystkie otaczały podwórko, z kilku stron co parę metrów pojawiały się przejścia w postaci tunelów i kilka wjazdów dla samochodów lokatorów bądź policji, czy karetki które na tym osiedlu wyjątkowo pojawiały się bardzo często. Nie było tajemnicą dlaczego tak się dzieje. Okoliczni chuligani terroryzowali okoliczną ludność. Czemu taki brutalne słowo? Czemu od razu terroryzowali. Takie mniemanie o tych zwykłych chłopakach z rozbitych rodzin mieli starsi ludzie którzy nie rozumieli ich, tego że osiedle to jedyne miejsce w którym czują się jak w domu. Wielu z nich właśnie rówieśnicy zastępowali rodzinę. W ich domach trudno było o komplet w hierarchii rodziny. To brakowało matki bo odebrała sobie życie skacząc z 7 piętra bo nie wytrzymała psychicznie szarości tego świata, to ojciec zapił się na śmierć, kiedy z okolicznymi menelami testowali nowy płyn do mycia szyb który był w tak korzystnej cenie że wypierał w każdym calu wódkę nawet tą za marne 15 złotych. Życie tu nie było takie łatwe jak wydawało się tym starszym osobom, które nie musiały dbać o to że nie będzie co włożyć do garnka, mieli swoje renty, wykształcone dzieci, które także przyjeżdżając w odwiedziny obawiały się o własny samochód, zdrowie czy nawet życie.. Przecież stali tam wiecznie Ci "bandyci". Nie wszyscy jednak przychodzili na osiedle z powodu braków w rodzinie. Grzegorz był z dobrej rodziny, miał wysoko postawionego ojca pracującego na stanowisku prezesa w jednym z większych banków w mieście. Przychodząc do domu zawsze mógł liczyć na ciepły posiłek oraz regularny jak to często bywało różnie u innych. Rodzicie o niego dbali jak tylko potrafili, było to ich jedyne dziecko o które tak się przecież starali. Dobre ubrania, dobre wykształcenie, zawsze miał przy sobie jakieś pieniądze które matka dawała mu zawsze kiedy mówił że potrzebuje kiedy wychodził do baru lub na ławeczkę na osiedle. Chociaż nie przyznawał się że idzie spotkać się z kolegami, a raczej z bandą bo tak nazywała ich matka Grzegorza. Pieniądze które dostawał często wystarczały aby uraczyć piwkiem czy dwoma każdego ze zgromadzonych pod blokiem. Nie wykorzystywali go, on czuł że jest im to winny, że należało im się to piwo czy dwa za to jak przyjęli go kiedy się tutaj wprowadził. Grzegorz nigdy nie czuł się swojo między znajomymi o podobnej sytuacji rodzinnej. Zawsze mógł z nimi porozmawiać ale to nigdy nie było to samo co na osiedlu na ławeczce. Dzień powoli się zaczynał, pierwsi ludzie zaczęli wychodzić z mieszkań w celu kupna świeżych bułek w pobliskiej piekarni. Tak samo o tej porze pojawiali się ludzie za swoimi pupilami, to stara Kowalska ze swoim jamnikiem, to Grzegorz z owczarkiem o imieniu Killer, Takie imię nadał mu Paweł, koleżka mieszkający drzwi w drzwi z Grzegorzem. To on go wprowadzi do świata osiedlowego. Poznał go z resztą paczki, Dawidem, Bartkiem i Patrykiem. Ten ostatni bo był typowy świr. To przez niego Policja pojawiała się najczęściej na osiedlu, za nic miał słowa wszystkich kiedy powstrzymywali go przed każdą burdą którą urządzał kiedy mu się to podobało, nie brał pod uwagę, że inni mogę nie mieć ochoty na takie zabawy w danym momencie. Pogoda tego dnia była dość markotna, przez co jeszcze bardziej dodawała uroku szarości tutejszym blokowiskom. Grzegorz tego dnia miał wiele do przemyślenia, czekał go wybór studiów był to ostatni moment na decyzję. Robert jego ojciec tak naciskał aby poszedł na prawo. Grzegorzowi trochę się to podobało bo był zdania że w kraju w którym się znajduje do końca nie ma sprawiedliwości, tak też powtarzał jego ojciec który za młodu miał podobne problemy co jego syn. Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy przez jedno wskazanie palcem przez starą Nowakową jego bliski kolega Dawid siedział w więzieniu. Obiecał mu że go kiedyś stamtąd wyciągnie więc tym bardziej dylemat był bardzo poważny. Tak zamyślony nie zważał na nic, jego Killer bawił się z bezpańskim kundlem który już od paru tygodni szwendał się po podwórku. Myślał także o propozycji jego matki która uważała że w rodzinie przydałby się lekarz. Nie jest to zawód tak określony jak prawnik, wiele więcej specjalizacji jak i możliwości. Cały czas siedział mu w głowie Dawid, siedzący w celi za niewinność. Najlepsze w sprawie Dawida było to że wtedy kiedy popełnił rzekome przestępstwo którym miał być napad na starej Nowakowej, był on na meczu piłkarskim swojej ukochanej drużyny. Jednak swe alibi pogrzebał wraz z niezakupionym biletem na wcześniej wspomniany mecz, nie miał dowodów na to że był tam, zapewnienia kolegów nic nie dawały. Policja miała przecież łysego w dresach, im jak i Nowakowej to wystarczyło aby usadzić człowieka. W pewnym momencie Grzegorz zorientował się że Killer znikł mu z oczu, z reguły nie potrzebował smyczy ani kagańca, owczarki niemieckie z natury to mądre i spokojne psy. Lecz kiedy za blokiem usłyszał głośne szczekanie, piski oraz krzyk jakiejś kobiety, głos który wydawał mu się tak znajomy że od razu domyślił się że to Nowakowa. Tyle razy krzyczała z okna na jego ekipę że głos ten poznałby o każdej porze dnia i nocy. Nie zastanawiał się i od razu pobiegł w kierunku z którego wydobywał się te piskliwe krzyki. Grzegorz ruszył w kierunku śmietników które znajdowały się w centrum osiedla, tamtędy zawsze chodzili ludzie z psami, blisko było aby wyrzucić psie odchody po pupilku. Mijając kilka klatek swojego bloku skręcił w prawo, jego oczom w pierwszej kolejności ukazała się stara Nowakowa, w końcu był to kawał babska pomimo jej wieku była dorodna w całej okazałości. Nim zmierzyła go swoim przenikliwym wzrokiem ujrzał swojego Killera trzymającego w pysku kawał jakiegoś mięsa czy futra. Mogło to być cokolwiek, psy zawsze lubiły się bawić śmieciami które często leżały obok przepełnionych śmietników. Grzegorz mimo wczesnej pory i lekkiego nie ogarnięcia niestety po kilku sekundach osłupienia spostrzegł się co dzisiejszego ranka upolował Killer. Nie był to szczur, nie były to śmiecie lecz krwisty i obrośnięty kawał mięsa wygryziony z pieska Nowakowej Killer obchodził się z nim jak typowy morderca, zero szacunku dla zdobyczy, tylko on i jego kawał mięsa tryskającego krwią po chodniku. Mimo tak głośnego krzyku i rumoru z okien nie wychyliła się żadna z głów ciekawskich sąsiadów. Nie wiadomo czy ze strachu czy z czystej ignorancji na krzyki które mimo wczesnej pory były czymś normalnym, rutynowym. O dziwo na widok Grześka, Nowakowa zamiast w oburzenie wpadła w płacz, a raczej lament kobiety tracącej jedyną jej bliską osobę, ten pies był dla niej wszystkim. Po śmierci jej męża, poczciwego Nowaka tylko pies jej został. którego właśnie straciła. Był dla niej jak najbliższy przyjaciel, rozmawiała z nim jak ze swoim świętej pamięci mężem. Mówiła do niego, zwracała się imieniem Tadeusz, dziwne imię dla psa, w dodatku jamnika, ale w głębi serca i duszy rozmawiała ze swoim mężem. W tym momencie właśnie żegnała swojego męża po raz drugi, po raz drugi najbliższa jej osoba ginie zamordowana, chociaż morderców Tadeusza nigdy nie pojmano. Zapewne to było powodem jej wyczulenia na wszystkich młodych ludzi w dresie, nie ważne czy to był po prostu sportowiec czy chuligan ona miała ich za jedno za kryminalistów, do teraz nawet skazanie Dawida przez nią nie zmieniło jej zadania na temat młodzieży, nawet ten fakt że niewinny człowiek siedzi w więzieniu dzięki niej nie przynosił jej ulgi. W pewnym momencie cisza która towarzyszyła przez jakiś czas została przerwana. Grzegorz z trudem ale wydukał z siebie pytanie: - Co się stało? - wciąż nie dowierzał w to wszystko, ale przecież nie mógł stać i milczeć w dodatku że jednak mimo osłupienia był świadomy tego co zaszło tutaj kilka chwil temu. Zanim Nowakowa zdążyła cokolwiek powiedzieć głośnym gwizdem młodzieniec przywołał swojego psa do siebie. Killer ochłonął, puścił swoją zdobycz z pyska i podbiegł do swojego pana, który zaczął głaskać go jakby nic się nie stało, z troską. Przyjemności te przerwały słowa Nowakowej, a raczej groźby których osłuchali się już wiele razy: - Zapłacicie mi za to, wy zbrodniarze. Zabiliście mojego męża, a teraz psa. Czuj się jakbyś zabił człowieka. - Nowakowa mimo to spokojnym krokiem odwróciła się i zaczęła iść w stronę jednego z tuneli. Zapewne to był szok, a cel w którym zmierzała nie był nawet jej znany. Słowa te mimo prostoty, spokojnemu Grześkowi który niedawno wprowadził się na osiedle sprawiły ból, poczuł się winny, poczuł się tak jakby rzeczywiście zabił człowieka, słowa Nowakowej kłębiły się w jego głowie która w tym momencie coraz intensywniej funkcjonowała. I nie ważne jest to że to nie jego wina, ani śmierć starego Nowaka, ani śmierć zwykłego jamnika. W te kilka sekund przemyślał tyle spraw ile normalnie usiałby tygodniami ogarniać i analizować. Killer nie dawał mu spokoju więc postanowił oddalić się z miejsca zdarzenia gdzieś dalej, nie chciał siedzieć na ławce, ludzie zobaczyli by co się stało. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego bloku i swojej klatki schodowej. Było to co prawda w odwrotną stronę od kierunku w którym ruszyła Nowakowa ale odprowadzając ja wzrokiem zobaczył jak znika w ciemnościach tunelu. Dochodząc do swojego bloku cały czas słyszał słowa "Zapłacicie mi za to ", normalnie gdyby to była kwestia pieniędzy nie byłby to problem, ojciec spokojnie mógłby zafundować nowego pupilka pokrzywdzonej. Ale nikt nie jest głupi, przecież w taki momencie nikt nie mówiłby o pieniądzach, nawet używając takich słów jakie ciążyły Grześkowi.
* * *
Kilka godzin później jakoś koło południa jak zwykle osiedlowa szajka zaczęła zbierać się na ławkach pod blokiem który znajdował się centralnie na środku osiedla. Tak się złożyło że był to blok Nowakowej, dlatego tak narzekała wiecznie na przekleństwa i sam fakt że tam siedzą. Pierwszy siedział tam Grzegorz. Była to sobota więc nie miał szkoły, swoje obowiązki wykonał jeszcze przed feralnym porannym wyprowadzeniu psa. Siedział jak skamieniały , zwykle to on przychodził na końcu a koledzy czekali na niego jak na swojego wodza, był najmądrzejszy, wygadany miał swoje zdanie na każdy temat, rozumiał wszystkie problemy swoich kolegów mimo różnicy wieku jaka ich dzieliła. Nie miał co ze sobą zrobić, w domu nie powiedział o całym zdarzeniu jedynie wychodząc poinformował matkę że może wrócić późno i pożegnał się, przytulił się jakby miał nigdy już nie wrócić do domu. W jego rodzinie panowała dobra atmosfera, nie brakowało miłości więc na matce nie zrobiło to żadnego wrażenia, uśmiechnęła się tylko i dała Grześkowi 100 złotych, z racji weekendu była to taka pokaźna suma. Nie trzeba było długo czekać aż ktoś z tej paczki pojawi się pod blokiem, Bartek zszedł jak zwykł zajarać papierosa, Mimo starań Grzegorza w namawianiu do rzucenia tego nałogu on dalej palił. To było silniejsze od niego i nawet słowa Grzegorza, takiego autorytetu nie przemawiały mu do rozsądku. Truł się tym paskudnym dymem, dusił się jak stary dziad, lecz tym razem to była jakaś choroba, w końcu w tak młodym wieku trochę trudno o tak zepsute płuca aby to miało być powodem raka, czy czegoś w tym rodzaju. Kolejna rozterka w głowie Grzegorza jeśli chodzi o studia. Medycyna to było coś ... wybierając ten kierunek mógłby pomóc Bartkowi, to było raczej pewne że prędzej czy później ten złapie nowotwór. Jaka byłaby to ulga gdyby mógł mu pomóc jeśli nie przerwać ten nałóg to wyleczyć go w przyszłości, wymyślić lek na nowotwór, choć mało realnym się to wydawało to nie można było wykluczyć że kiedyś ktoś wymyśli "lek na na całe zło", czemu nie miałby to być on. Prawo pomogło by Dawidowi, medycyna Bartkowi może to za wcześnie aby snuć takie plany ale dodawało mu to siły, cierpliwości oraz wyrozumiałości dla swoich starszych kolegów. Bartek spostrzegł z daleka Grześka, siedzącego na oparciu zielonej ławki, wpatrzonego się jak trup na ziemię., To był już odruch bezwarunkowy że każdy patrzył w tamtą stronę przecież to był główny cel ich dnia. Zejść na dół, spotkać się ze swoimi ludźmi, powspominać. Nieraz potrafili wspominać jedno wydarzenie tyle razy, tak realnie, wersja wydarzeń nigdy nie ulegała zmianie, wspomnienia były trak rzeczywiste jak to że słońce wzejdzie. Najczęściej wspominali Dawida. Przypominając sobie o nim mogli choć przez chwilę spotkać go, obcować z nim poczuć jego obecność, a nawet usiąść razem z nim w celi. W końcu doszło do spotkania. Bartek podszedł do zmartwionego Grześka, nie musiał mu podawać ręki, znali się tak dobrze, tak blisko że wystarczył im uśmiech i słowne przywitanie. Nie zdziwiło to palącego Bartka że Grzesiek jest jakby nieobecny, chociaż pewnie nawet tego nie zauważył. Był tak czymś podekscytowany że wszystko wokół nie miało znaczenia. Od razu przeszedł do meritum jak to zwykł mówić kiedy miał coś ważnego do powiedzenia. - Dawid dziś, a dokładnie za godzinę zjawi się tutaj. U nas na ławeczkach, rozumiesz to, rozumiesz?! - Grześkowi nie trzeba było powtarzać, w mgnieniu oka zapomniał o całym zdarzeniu z poranka, wręcz podskoczył z radości. Była to informacja tak zaskakująca jak i radosna, w końcu po roku przerwy zobaczy swojego przyjaciela, już nie we wspomnieniach. Nie zdążyli nawet porozmawiać, o przebiegu swojego ranka, a już zaczęli zastanawiać się jak go przywitać. Cudem udało się zdobyć przepustkę z więzienia prawnikowi Dawida, którego załatwił mu ojciec Grześka, Robert. Mimo tego że to miał być tylko jeden dzień to zapowiedzieli sobie takie świętowanie, aby utkwiło im w pamięci jako wieczność. Mężczyźni wzięli się za liczenie funduszy, Grzesiek miał dość sporo pieniędzy bo 100 złotych od matki które dostał wychodząc z domu oraz kolejne 100 złotych na bluzę którą jakiś czas temu chciał sobie kupić lecz nigdy nie znalazł czasu. Albo szkoła, albo osiedle zatrzymało ten zakup. Bartek był w posiadaniu 75 złotych, co było astronomiczną sumą dla niego, biorąc pod uwagę że wychowywał się z samym ojcem, i chorą psychicznie matką żyjąc tylko z zasiłku, pieniądze te zbierał dłuższy czas, odkładał na czarną godzinę. Tyle wyrzeczeń aby uzbierać te marne 75 złotych ale to było nic w porównaniu z myślą o tym na co przeznaczy tą kwotę, z kim będzie mógł je wydać. Tak. Z Dawidem, z Grzegorzem no i z szurniętym Patrykiem. W końcu wszyscy w komplecie, jak za starych dobrych czasów. Po zliczeniu pieniędzy rozplanowaniu dnia pogrążyli się w oczekiwaniu na Dawida. Bartek odpalił kolejnego papierosa i czas do spotkania zaczął płynąć wraz z dymem wypuszczanym z płuc palacza.
* * *
W tym samym czasie w domu Patryka działy się rzeczy dziwne. Patryk zawsze był porywczy, taki był i już. Potrafił przypierdolić Bartkowi kiedy ten dmuchnął dymem z papierosa w jego stronę. Ale to było normalne, nikogo to nie dziwiło i każdy musiał się liczyć z obrażeniami, kiedy znajdowali się w jego pobliżu. Dziś, Patryk od samego rana był nabuzowany jakby na haju. Tradycyjnie, kawa, awantura z rodziną, trzaśnięcie drzwiami i kilka bluzgów na do widzenia. Wkroczył na osiedle, nosiło go, zobaczył koleżków, więc ruszył w ich stronę. Obecni na ławce już wiedzieli, że dziś jest dzień Patryka ... czego nie miałoby to znaczyć. Przywitanie odbyło się kulturalnie, widok znajomych go uspokoił, a nowina o wyjściu Dawida wręcz go uśpiła. Radość na jego twarzy i automatycznie chory pomysł na plan dnia. Plan ? Oczywiście impreza jakich mało, alkohol, dziewczyny, dragi. Jedyną przeszkodą był brak kasy w jego kieszeni, co także było normalne jak na Patryka. Kiedy dowiedział się jaki mają budżet opadł jego entuzjazm. Przecież Dawid wraca, jak Oni się pokażą swojemu przyjacielowi, którego nie widzieli rok, gdzie wcześniej najdłuższe przerwy trwały maksymalnie trzy dni, kiedy ten był jeszcze na wolności. Patryk zrezygnowany usiadł na ławce. Przed chłopakami takie wydarzenie, a mimo to wszyscy milczą. Po prostu pochłonęło ich czekanie ... Godzina którą mieli przed sobą trwała wieczność. Bartek sięgając po kolejnego papierosa, nie zdążył chwycić za paczkę, kiedy zadzwonił do niego telefon, patrzy i widzi jakiś nieznajomy numer, odbiera, a tutaj słyszy znajomy głos, od razu krzyknął: To Dawid. Witają się, Dawid pyta gdzie są i przeprasza, że spóźni się, po prostu miał jeszcze kilka spraw do załatwienia na mieście, w końcu rok przerwy w życiorysie potrafi namieszać, a kilka spraw trzeba rozwiązać. Rozmowa trwała nadal, Dawid prosi, żeby dać mu czas do godziny dwudziestej. Tak też się stało, pełni zrezygnowania jak i rozochocenia przyjaciele po prostu czekali. Na osiedlu nie działo się nic ciekawego, jak zwykle. Ludzie wracali z pracy, inny dopiero do niej się wybierali. Niektórzy będąc bezrobotnymi wychodzili także o regularnych porach gdzieś z domu, w miasto. Nikt nie wiedział gdzie zmierzają, za czym podążają, w jakim celu, czy idą zanieść CV do pracy, czy idą pod kościół z pustym kubkiem w nadziei, że go zapełnią najpierw złotówkami, a później alkoholem. Życie tutaj miało wiele znaczeń, niektórzy żyli spokojnie inni na krawędzi. Nie było łatwo. Kiedy oczekiwanie było u kresu, powoli wszyscy stawali się coraz bardziej spokojni. Była godzina dziewiętnasta. Grzegorz rzucił pomysł żeby nie siedzieć tak bezczynnie tylko ruszyć tyłki i zrobić coś pożytecznego. Trochę nie było to po myśli pozostałych, w końcu tak fajnie się siedzi; pogoda dopisuje, jest ciepło. Ale jednak padła decyzja: Idziemy na piwo - rzucił Patryk. Grzegorz nie był pocieszony ale jednak lepsze to niż bezczynne siedzenie pod blokiem. Chłopaki ruszyli do monopolowego który znajdował się niedaleko osiedla. Grzegorz wziął sobie jedno piwo, wystarczająco jak dla niego. Po pierwsze nie miał mocnej głowy do picia, a po drugie wieczór zapowiadał się wyjątkowo grubo i nie chciał przesadzać przed spotkaniem z Dawidem. Bartek w pierwszej kolejności musiał uzupełnić zasoby papierosów bo żyć bez nich nie mógł, do tego dokupił jakieś dwa piwka. A Patryk? Wszyscy myśleli że ma kasę bo nic nie mówił. Grzesiek z litości zaproponował że kupi mu co sobie wybierze. W związku z taką propozycją Patryk nie mógł odmówić, do tego od piwa zdecydowanie wolał wino. Nie był to duży wydatek, jakieś 5 zł. Grzegorz wychodząc z Patrykiem ze sklepu rozglądali się żeby zobaczyć gdzie jest Bartek bo na chwilę znikł im z pola widzenia. Szybko dostrzegli jak siedzi na murku kilka metrów od sklepu i już połyka pierwszy łyk złocistego trunku. Ruszyli w jego stronę aby przysiąść i skonsumować zakupiony alkohol. Siedząc w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Nywa
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…