Wróć do katalogu

Szczęśliwy los na psiej loterii

Opowiadanie o psie, który przeszedł długą drogę, zanim znalazł szczęśliwy los. Jak wyszło? Zobaczcie sami. Opowiadanie dedykowane Asi i Hani :)

Sissi, opublikowano , 17 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Weterynarz nie miał dobrych wiadomości. - Najlepszym wyjściem jest uśpienie – powiedział. Wciągnęła mocno powietrze w płuca. O Boże! To niemożliwe! Po prostu niemożliwe! Poczuła, jakby dostała jakimś ciężkim przedmiotem tył głowy. Spojrzała w lewo, gdzie na stole, obecnym w każdym gabinecie weterynaryjnym leżał duży Berneńczyk. Jej Bury. Oczy kobiety na chwilę spotkały się z oczami psa. Patrzyły smutno. Wyraźnie widać w nich było cierpienie. Mimo wszystko gdzieś tam zachowały wyraz który doskonale znała, który tak wiele razy widziała. - Nie można mu jakoś pomóc? – zapytała z nadzieją, głaskając psa po czarnym boku. - On umrze bez względu na to, co zrobimy. My możemy zapewnić mu tylko godny koniec. Nie odpowiedziała. W milczeniu nadal głaskała psa, zastanawiając się jednocześnie co robić. Nie może pozwolić, aby go zabito w ten czy inny sposób. - Zabiorę go do domu. Chcę, żeby do końca był z tymi, którzy go kochają. – zdecydowała. Nie oponował. Wiedział, że to najlepsze wyjście. Każdy powinien odejść w gronie najbliższych, a on jako jeden z niewielu psów mógł się tym cieszyć. Patrzył, jak jej narzeczony pomaga wynieść psa z lecznicy. Wiedział, że koniec nadejdzie szybciej, niż Hania myślała. Nie chciał jednak jej o tym mówić. Tak będzie lepiej dla niej i Burego.

Przez całą drogę żadno z nich się nie odzywało. Hania wbijała pusty wzrok przed siebie. Michał wiedział, że stara się powstrzymać łzy. Wjechał na podwórze i zatrzymał samochód przed samym gankiem. Wniósł Burego do domu i położył do w jego koszyku przy kominku. Hania pospiesznie napełniła miskę świeżą wodą i podsunęła psu pod sam nos. Z trudem i jej pomocą podniósł głowę, aby się trochę napić, po czym zaś opadł zupełnie bez sił. Kobieta nie zwracała najmniejszej uwagi na stojącego w drzwiach mężczyznę, który przyglądał się jej ze smutkiem. Po chwili podszedł i położył jej dłoń na ramieniu. - Mam zostać? – zapytał cicho. - Nie – jej głos był ledwo słyszalnym szeptem. – Wracaj do domu. - Przyjadę jeszcze wieczorem – zaproponował. Pocałował ją w policzek, pogłaskał Burego i wyszedł. Rozległ się trzask drzwi i granatowy Ford Mondeo odjechał spod domu. Hania siedziała przy Berneńczyku i głaskając go rozmyślała. Wspominała. Nie był z nią od szczeniaka, więc nie znała całej historii tego niezwykłego psa. A była ona bardzo długa i nie zawsze piękna. Bury urodził się jako jeden z sześciu szczeniaków Pandory. Jego matka, jak też on sam i jego rodzeństwo należeli do rasy Berneńskich Psów Pasterskich. Pierwsze tygodnie jego życia były sielanką. Otoczony miłością matki i jej właścicieli na przemian jadł i spał. Potem kiedy już otworzył oczka i domyślił się do czego służą cztery łapki zaczął bawić się z rodzeństwem. Po jakimś czasie jego bracia i siostry zaczęły znikać. Na początku był zdziwiony i zaniepokojony tym faktem, ale mama wytłumaczyła mu, że tak już musi być. Pogodził się z tym. W końcu został tylko on. Przyzwyczaił się do tego, że jest jedynym szczeniakiem, że jego Państwo oraz mama poświęcają mu dużo uwagi i uczucia. Wszystko było dobrze, aż do tamtego dnia. Wtedy przyszedł jakiś obcy facet i zabrał go. Akurat zbliżały się święta. Jego nowi Państwo mieli dwójkę małych dzieci – chłopczyka i dziewczynkę. Zachwyt malców nad nowym domownikiem szybko minął. Dzieciom po jakimś czasie odeszły ochoty na zabawy ze szczeniakiem, wspólne spacery i całą masę innych czynności. Potraktowano go jak zabawkę, którą kiedy się znudzi wyrzuca się do kąta. Piesek przyzwyczajony do pieszczot i wielkiej ilości uwagi szybko poczuł się niepotrzebny. Z nudów sam szukał sobie pomysłów na zabawę. A że nie rozumiał, że pewnych rzeczy mu nie wolno, to robił różne rzeczy, za które potem mu się obrywało. I tak w jego łapki wpadły na początku kapcie, potem buty, lalki, rozmaite pluszami, a czasami i samochodziki oraz inne zabawki. Zdarzało mu się też pogryźć poduszkę, czy kołdrę. Oczywiście kara za te niesforności była jedna – lanie. Szybko więc nasz poznał smak klapsów. A kiedy tak siedział biedny, obolały w kącie, cichutko popiskując i tęskniąc za mamą, nikt nawet nie przyszedł go przytulić. Jego Państwo szybko stwierdzili, że nie może u nich dłużej pozostać. A że Puszek (jak go nazwano) był ślicznym stworzeniem oddano go jakimś tam znajomym, którzy mieszkali w innym mieście. Niestety oni także nie mieli zbyt wiele czasu dla psiaka. Puszek często więc zostawał sam. A kiedy zostawał sam, po prostu się bał i nic w tym dziwnego, że po powrocie Państwo zastawali dom jak po przejściu huraganu. A co było potem? No, cóż. Jakoś trzeba było go ukarać, prawda? I znowu smutny, zbity chował się w kącie, starając się nie rzucać w oczy. Tymczasem mała kuleczka zaczynała rosnąć i w niezbyt wielkim mieszkanku było dla niego coraz mniej miejsca. Znów podjęto decyzję o zmianie domu. Biedny piesek miał nadzieję, że tym razem ludzie okażą się bardziej kochający. Mylił się jednak. Rodzina, do której trafił miała domek z ogrodem. A że Puszek osiągnął już całkiem pokaźne rozmiary, to zamknięto go w najlepszym wg. ludzi miejscu - kojcu. Nic więc dziwnego, że sposępniał. Nikt nie chciał się z nim bawić. Od czasu do czasu tylko zabierano go na spacery do parku, żeby pochwalić się jakiego pięknego mają psa. Ale nic poza tym. Nadszedł czas wakacji i trzeba było coś z nim zrobić. Przecież nikt nie odłoży swoich planów wypoczynku nad morzem, czy w górach z powodu psa. Trzeba więc było pozbyć się kłopotu. Oddano go do schroniska. Przez pierwsze dni w nowej klatce, otoczony podobnymi klatkami z innymi psami, miał nadzieję, że jego Państwo wrócą po niego. Mijał dzień za dniem, a oni się nie pokazywali. W końcu, kiedy stracił już wszelką nadzieję, los dał mu szansę. Mężczyzna, który go zabrał był kawalerem. Pracował jako adwokat we własnej firmie, mógł więc zabierać go ze sobą. Poza tym duże mieszkanie, w którym mieszkał też było niczego sobie. Pierwszą rzeczą jaką zrobił jego nowy Pan (jak się później dowiedział miał na imię Waldek) była zmiana imienia nowego pupila. Teraz nie nazywał się Puszek, tylko Oskar. Mówiąc szczerze nie robiło mu to większej różnicy i szybko się przyzwyczaił. Tak więc Oskar miał teraz prawdziwy dom i kochającego go Pana. Wypieszczony przez Waldka, był maskotką jego firmy adwokackiej. Praktycznie się nie rozstawali. Czasami tylko, kiedy Waldek musiał iść do sądu, Oskar zostawał albo w domu, albo w jego biurze przez parę godzin sam. Oczywiście potem wynagradzano mu to długimi spacerami i smakołykami. Tak minęły dwa lata. Dwa szczęśliwe lata Oskara. Jednak co dobre nigdy nie trwa długo. Ta Pani pojawiła się niewiadomo kiedy. Waldek co prawda nie raz umawiał się z różnymi kobietami, ale teraz to było coś zupełnie innego. Ta Nieznajoma zdawała się owładnąć całkowicie Panem. A do tego strasznie nie lubiła psów, a wiec i Oskara. Wiadomym było, że znów straci dom. Berneńczyk myślał o tym przez cały czas, bojąc się chwili, kiedy to nastąpi. Waldek wciąż jednak opierał się oddaniu pupila. Nieznajoma więc znalazła inny sposób. Przez kilka dni była bardzo urocza, bawiła się z Oskarem chodzili we trójkę na spacery i w ogóle. Anioł, nie człowiek można by rzecz patrząc z psiej perspektywy. Wyjechali za miasto. Spędzali razem całe dnie. Było wspaniale. Aż któregoś dnia Waldek musiał wrócić, żeby coś w firmie załatwić. Pojechał, zostawiając Oskara pod opieką narzeczonej. Pies niczego się nie spodziewał. Bez problemu też dał się wsadzić do samochodu, pewny, że jadą na przejażdżkę. Dla niego jednak ta wycieczka skończyła się w przydrożnym lesie. Kobieta wyprowadziła go z samochodu, przywiązała do drzewa i odjechała. Łzy napłynęły Oskarowi do jego wielkich lśniących oczu. Szczekał, wołając swojego pana, wył z żalu, ale Pan nie przyjeżdżał po niego. Zrozumiał, że znów jest niczyj. Następnego dnia znalazł go jakiś facet i Oskar znów trafił do schroniska. Zabierano go stamtąd kilka razy. Nigdzie jednak nie zagrzał miejsca. Po jakimś czasie znów wracał do schroniska. Tego, czy innego. Osowiały, smutny, nawet nie podchodził do kraty jak inne psy, kiedy koło jego klatki przechodzili ludzie. Miał złamane…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych