Sześć historii
Obfitująca w chwilami absurdalny humor opowieść o sześciu z pozoru różnych ludziach, których łączy jedno - są nieszczęśliwi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}{i}Sześć historii{/i}{/b}
— Dziś jest piątek, szesnasty dzień marca, Sebastian Abura, zapraszam na Informacje. — Tymi słowami Sebastian jak co dzień przywitał miliony ludzi, śledzących z uwagą wieczorne wydanie jednego z najważniejszych serwisów informacyjnych w kraju. — Prezydent postanowił odwołać Wielkanoc, gdyż, jak tłumaczy, nie lubi jajek! Opozycja ostro skrytykowała rząd za czwartkowe intensywne opady deszczu w Trójmieście. Krakowska policja rozbiła gang złodziei samochodów. Przestępcy wpadli, kradnąc radiowóz z policjantem w środku. Wypadek na krajowej jedenastce pod Poznaniem, pieszy potrącił samochód. Auto w ciężkim stanie trafiło do kasacji. W czasie gdy widzowie zajęci byli oglądaniem przemowy prezydenta, Sebastian wypił szybko kilka łyków kawy, by nie zemdleć przy ponownym wejściu na wizję. Wbrew pozorom jego praca nie była wcale taka łatwa i przyjemna, jak mogłoby się wydawać ludziom przed telewizorami. Pod sztucznym uśmiechem i kilogramową warstwą pudru kryła się twarz zmęczonego życiem mężczyzny, który wstał z łóżka lewą nogą, w drodze do pracy wpadł pod taksówkę i oblał sobie spodnie wrzątkiem, tuż przed wejściem na wizję. Jednak podczas nagrania nie mogło być widać nawet cienia zmęczenia czy frustracji. Przed kamerami wszystko musiało być przecież idealne. Tak też było i tym razem. Mimo poparzonego krocza, Sebastian uśmiechał się szeroko, pokazując przy tym wszystkie białe jak śnieg zęby, maskując jednocześnie ból subtelnymi chrząknięciami. Po wpadce, jaką zaliczył prowadząc wtorkowe wydanie Informacji, nawet sekunda słabości mogła się dla niego skończyć degradacją do działu technicznego. Kończąc serwis Sebastian mrugnął wtedy aż czterokrotnie, co, zdaniem szefa stacji, mogło podważyć szczerość słów {i}Spokojnej nocy{/i}. Od tamtej pory na każdą, nawet najdrobniejszą pomyłkę Sebastiana, czekało stado redakcyjnych kolegów, gotowych zająć jego miejsce w każdej chwili. Konkurencja była bardzo duża, przez co nie wszyscy potrafili sobie z nią poradzić. Kiedyś, podczas jednego z popołudniowych wydań Informacji, zirytowana brakiem awansu pogodynka wbiegła do studia półnaga, po czym położywszy się na stole przed zakłopotanym prezenterem, zaczęła myć blat, mrugając ochoczo w stronę kamery. Kobieta straciła pracę, a w dziale pogodowym doszło do bijatyki między chcącymi ją zastąpić koleżankami. Sytuacja była na tyle poważna, że do akcji musiał wkroczyć policyjny negocjator. Innym razem kolega Sebastiana, Rudolf, prowadzący na co dzień serwis sportowy, został zaatakowany siekierą przez swojego zmiennika, któremu nie podobało się pozostawanie w cieniu. Na szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż w porę interweniowała ochrona. Sebastian nie lubił swojej pracy, ale perspektywa bezrobocia i utraty wysokiej pensji skutecznie powstrzymywała go przed złożeniem wymówienia. Mężczyzna z trudem znosił atmosferę rywalizacji, jaka towarzyszyła mu na każdym kroku. Jednak poza telewizyjnym zgiełkiem sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. Prezenter mieszkał w Warszawie, gdzie na co dzień spotykał się z charakterystycznym wśród mieszkańców dużego miasta chamstwem, zabieganiem i hałasem. Nic więc dziwnego, że jego największym marzeniem było uciec na bezludną wyspę i tam, w zgodzie z naturą, beztrosko spędzić resztę życia. — To wszystko teraz, a już za chwilę serwis sportowy, który poprowadzi dziś dla państwa Rudolf Fogt. Ja natomiast, w imieniu całej redakcji, życzę państwu miłego wieczoru, do zobaczenia! — Tymi słowami Sebastian zakończył wieczorne wydanie Informacji, uważając, by nie mrugać zbyt często. — Dobra robota! — pogratulował mu po programie jego konkurent na stanowisko głównego prezentera, Gerard Waltz, po czym poklepawszy go uprzejmie po ramieniu, odszedł z miną mówiącą {i}Jeszcze kiedyś się pomylisz!{/i}
Zmywszy puder z twarzy, Sebastian udał się do garderoby, gdzie zrzucił przyciasny garnitur, którego zadaniem było odchudzenie go podczas nagrania. Następnie, pożegnawszy się z kolegami z pracy, ochroniarzami i łypiącym na niego spode łba prezesem stacji, opuścił siedzibę telewizji. Na rozległym parkingu, przed równie rozległym gmachem, wśród nie mniej rozległych gablot, czekał na niego jeszcze rozleglejszy Hummer. Zaletą pracy prezentera, być może jedyną, były wysokie zarobki, dzięki którym Sebastian mógł cieszyć się tym nowoczesnym autem.
Ulice Warszawy, mimo stosunkowo późnej pory, pełne były samochodów, których kierowcy wzajemnie zajeżdżali sobie drogę, by chwilę później móc się obrzucić niewybrednymi wyzwiskami. Zaledwie Sebastian wyjechał na jedną z głównych ulic, ugrzązł w gigantycznym korku. Kierowca stojącej przed nim Toyoty wyszedł z auta i chcąc okazać swoją wściekłość zaczął rzucać w inne samochody kamieniami, wrzeszcząc przy tym: — Ruszać się, bydlaki! — Zamknij pan mordę! — odwrzasnął mu kierowca gigantycznej terenówki, która bardziej niż samochód, przypominała centrum kosmiczne NASA. — Do mnie to było, śmieciu?! — ryknął kierowca stojącego przed terenówką Lexusa, po czym nie czekając na odpowiedź rzucił się na kierującego terenówką z pięściami. Chwilę później na ulicy wywiązała się gigantyczna bitwa, do której z ochotą dołączyli inni kierowcy oraz przechodnie, którzy wywęszyli zapowiadającą się zadymę i chcieli wziąć w niej udział — tak po prostu, dla zabawy. Dodatkowo pewna starsza kobieta, obserwująca całe zajście z okna pobliskiej kamiennicy, rzucała między walczących petardy, wrzeszcząc przy tym: — Cisza tam, oglądam serial! Wariatkowo — pomyślał Sebastian, widząc co się dzieje. Przeciwległym pasem jechał powoli radiowóz, ale siedzący w nim policjanci, rozbawieni czymś do tego stopnia, że nie patrzyli na drogę, zdawali się nie zauważać bijatyki. — W cholerę z tym miastem... Dalszą drogę do domu Sebastian postanowił pokonać przy pomocy komunikacji miejskiej. Zostawiwszy samochód pośrodku ogarniętej walkami ulicy, ruszył w stronę najbliższej wiaty przystankowej.
Na przystanku autobusowym czekało w milczeniu kilka osób. — Przyjemny wieczór... — zagaił do stojącej obok starszej kobiety, która wyglądała jakby miała wyzionąć ducha. Starowinka spojrzała na niego z oburzeniem i odparła: — A odczep się pan! Tym samym dała do zrozumienia, że nie ma ochoty na rozmowę z nieznajomym. Zaraz potem na końcu ulicy pojawił się czerwono-żółty autobus. Dojechawszy na przystanek, kierowca otworzył drzwi, na co ludzie, niczym hieny, które właśnie znalazły padlinę, rzucili się do środka. Niemal wepchnęli Sebastiana pod koła. Każdy chciał zająć miejsce siedzące, których w autobusie było jak na lekarstwo. Podeptany prezenter, nie widząc sensu w tej walce, wsiadł na samym końcu, a następnie udał się do kierowcy, by kupić bilet. Jedną z żelaznych zasad Sebastiana było postępowanie zgodnie z prawem i mimo że połowa pasażerów nie posiadała biletów, on nie zamierzał iść w ich ślady. — Poproszę jeden normalny — rzekł uprzejmie, wyciągając pieniądze. — O mamo... — warknął kierowca od niechcenia, dając do zrozumienia, że nie chce mu się kierować tym autobusem, a co dopiero udawać biletomat. Ostatecznie jednak mężczyzna, mrucząc pod nosem coś o durnocie pasażerów, wydrukował Sebastianowi bilet. Następnie, nie czekając aż ten chwyci się czegokolwiek, ruszył z przystanku. Prezenter upadł na podłogę, a gdy próbował wstać, jakaś kobieta uderzyła go w głowę torebką. — Zwariowałaś, kobieto?! — Bezczelny typ! — usłyszał w odpowiedzi zamiast spodziewanego {i}przepraszam{/i}. Chwilę później kobieta odwróciła się na pięcie i wysiadła na najbliższym przystanku. Po kilkudziesięciu minutach jazdy Sebastian, z guzem wielkości melona na głowie, wysiadł z autobusu na przystanku oddalonym dwie ulice od jego domu. — Do widzenia! — zawołał do kierowcy. W odpowiedzi usłyszał mniej uprzejme {i}Spieprzaj{/i}!
Wszedłszy w końcu do mieszkania, Sebastian rzucił się w ubraniach na łóżko i chwilę później zasnął. Śniło mu się, że prezes telewizji wrzucił go do klatki z rozwścieczonymi pogodynkami, za to że mrugnął aż sześć razy, kończąc Dziennik słowami {i}Miłej nocy{/i}. Koszmar przerwał dźwięk telefonu. Uporczywe {i}DRRRRYŃ{/i} odbijało się echem od ścian ciemnej sypialni. — Co jest... — mruknął zaspanym głosem, po czym wymacawszy na stoliku obok łóżka budzik, spojrzał na niego, ze zdziwieniem stwierdzając, że jest dopiero trzecia nad ranem. Zaciekawiony, kto mógłby do niego dzwonić o tak wczesnej porze, mężczyzna odebrał telefon. — Słucham? — Dzień dobry! Nazywam się Izabella Prążkowana-Mać-Walicka-Kręgiel, dzwonię z firmy pogrzebowej {i}Już czas{/i}, by zaprosić pana na pokaz pościeli trumiennych, który odbędzie się... Sebastian odłożył słuchawkę i z trudem powstrzymując gniew usiadł powoli na łóżku. — Dość...! — ryknął na cały głos, jednocześnie próbując opanować chęć wyładowania gniewu na stercie porcelanowych talerzy, stojących w kuchni. Mężczyzna nie zamierzał dłużej znosić chamstwa, z jakim spotykał się każdego dnia. Już postanowił — z samego rana zadzwoni do prezesa i powie mu, że bierze tygodniowy urlop na żądanie, a następnie wyjedzie z miasta. Tak po prostu, przed siebie. Byle dalej od tych bezczelnych ludzi. — Nie wytrzymam w tym wariatkowie ani chwili dłużej! — oznajmił sam sobie, stając przed lustrem i chwilę później, wyjąwszy z szafy olbrzymią torbę podróżną, zaczął się pakować.
Nim wzeszło słońce, prezenter był już gotowy do wyjazdu. Tak jak przypuszczał, rozmowa z szefem stacji nie należała do uprzejmych. Wprawdzie prezes zgodził się dać mu urlop, ale nie omieszkał przy okazji zwymyślać Sebastiana od "psa", "chama" i "nieodpowiedzialnego zera". Kilka minut po ósmej mężczyzna wyszedł z domu, ciągnąc za sobą wielką torbę, po czym udał się na piechotę w miejsce, gdzie poprzedniego wieczora zostawił Hummera. Pokonanie tej samej trasy na własnych nogach zajęło mu mniej czasu, niż wczorajsza jazda autobusem. Dotarłszy na miejsce, Sebastian zobaczył swoje auto stojące samotnie na zaśmieconej kamieniami, odłamkami szkła i skrawkami ubrań drodze. Za wycieraczką spoczywał mandat. Obok niego, na przedniej szybie, leżała też sterta kolorowych ulotek, wśród których prezenter dostrzegł między innymi zaproszenie na wyprzedaż dywanów, reklamę specjalistycznych skarpetek ortopedycznych, czy ofertę nowej galerii fitness o nazwie {i}Gibacz{/i}. Na dachu samochodu ktoś zostawił niedojedzony kebab, a tylna szyba oblana była musztardą. — Uroki miasta — warknął Sebastian i włożywszy torbę do bagażnika, pospiesznie wsiadł do auta, by chwilę później ruszyć przed siebie. Względny spokój przerwało nagłe pojawienie się na jezdni wózka z dzieckiem. Słysząc pisk opon, stojąca na chodniku matka bobasa odwróciła się jedynie, ale widząc, że dziecku nic się nie stało, powróciła do rozmowy z koleżanką. Jej dziecko chwilę później wpadło do studzienki kanalizacyjnej, a poruszony gwałtownym hamowanie kebab spłynął z dachu samochodu na maskę, plamiąc po drodze sosami niemal cała przednią szybę Hummera. Ostatecznie jednak, po niemal dwóch godzinach, Sebastianowi udało się opuścić zatłoczoną stolicę. Poza miastem świat wydawał się całkiem inny. Droga, z racji wczesnej pory, była niemal pusta. Słońce powoli wspinało się po bezchmurnym niebie, oświetlając pogrążone w porannej mgle pola. Ciesząc się wymarzonym spokojem, Sebastian podziwiał wiejskie krajobrazy. {i}Zakochaj się w stolicy na wiosnę!{/i} — głosił napis na jednym z przydrożnych billboardów reklamowych. Sebastian tylko się uśmiechnął. Nie miał pojęcia, gdzie mógłby się udać, więc jechał przed siebie w nadziei, że w końcu znajdzie jakieś ciekawe miejsce na spędzenie tygodniowego urlopu. Na siedzeniu obok kierowcy spoczywała kamera reporterska. Sebastian, mimo iż obecnie pełnił funkcję prowadzącego główny serwis informacyjny, nigdy nie zapomniał, jak zaczęła się jego kariera. Początkowo był reporterem. Pracował z kamerą w terenie, starając się uchwycić najciekawsze wydarzenia, a jako że jego reportaże szybko zyskały uznanie prezesa, błyskawicznie awansował do rangi "osobowości" stacji. Zboczeniem zawodowym Sebastiana stało się więc zabieranie kamery w każdą podróż. A gdyby tak zatrzymać się nad jakimś jeziorem — pomyślał w pewnej chwili. Zamontowany w samochodzie GPS pokazywał niewielkie jeziorko oddalone o zaledwie trzydzieści kilometrów od miejsca, w którym obecnie się znajdował. Prezenter, nie zastanawiając się ani chwili, wybrał na urządzeniu funkcję mającą wskazać mu najkrótszą drogę prowadzącą do celu. {i}Za sto metrów skręć w prawo{/i} — odezwał się syntezator mowy, który zawsze doprowadzał Sebastiana do szału. Mimo frustracji, spowodowanej koniecznością słuchania bezmyślnej maszyny, mężczyzna zgodnie z poleceniem skręcił w prawo. Po około dwudziestu minutach jazdy dziurawą, kamienistą drogą, GPS nagle się wyłączył. — No to pięknie — jęknął Sebastian, ale czując, że jezioro jest gdzieś niedaleko, postanowił jechać dalej. Auto podskakiwało, jakby wpadło w turbulencje, jadąc po kamlotach wielkości borsuków. Chwilę później rozległ się huk. Tylko nie opona, nie wziąłem zapasowej! — pomyślał prezenter i zatrzymawszy auto wysiadł z niego. Jego przypuszczenia niestety sprawdziły się. Jedna z przednich opon pękła, a trzy pozostałe wyglądały, jakby wróciły z Afganistanu. Mężczyzna chciał zadzwonić po pomoc drogową, ale jego supernowoczesny telefon, posiadający więcej funkcji niż stacja kosmiczna, nie mógł złapać zasięgu. — Widzę, że ma pan problem! Sebastian podskoczył. Z lewej strony szła ku niemu jakaś stara kobieta. Wyglądała na schorowaną. Podpierała się na drewnianej lasce, która sprawiała wrażenie jeszcze starszej od właścicielki. Tym, co uderzyło Sebastiana w jej wyglądzie, były poważne, ciemnozielone oczy, dodające staruszce swego rodzaju srogości. — Dzień dobry, przestraszyłem się — odparł po chwili milczenia. — Czy ma pani może telefon komórkowy? Zepsuł mi się samochód i muszę zadzwonić po pomoc drogową — dodał, spodziewając się, co zaraz usłyszy. — Nie mam przy sobie telefonu, ale może pan zadzwonić z mojego domu. To niecały kilometr drogi stąd, zaprowadzę pana. — Bardzo pani miła — odparł Sebastian, wyobrażając sobie, co by usłyszał w mieście, gdyby poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. {i}Co mi pan będziesz impulsy nabijał?!{/i} Nie zastanawiając się zbyt długo, ruszył za staruszką, wziąwszy ze sobą kamerę — tak na wszelki wypadek. Zostawienie drogiego sprzętu na fotelu nie byłoby bowiem rozsądne, a włożenie kamery do wypakowanego po brzegi bagażnika nie wchodziło w grę.
Kobieta okazała się całkiem sympatyczna. Gdy po trzydziestu minutach marszu dotarli do jej domu, zaproponowała gościowi kawę i poczęstowała go ciasteczkami własnej roboty. Kawa smakiem i konsystencją przypominała bananowy budyń, a ciastka były twarde jak kamienie, jednak nie chcąc zrobić kobiecie przykrości, Sebastian opróżnił filiżankę i poczęstował się kilkoma ciastkami, w pewnej chwili wątpiąc, czy połyka kawałki wypieków, czy własne zęby. Jedząc ciasteczka Sebastian rozglądał się po domu staruszki. Budynek, który z zewnątrz sprawiał wrażenie starego i zaniedbanego, wewnątrz był czysty i przytulny. Na parapecie, obok doniczek z kwiatami, stało kilka kolorowych ramek ze zdjęciami. Każde z nich przedstawiało kobietę w średnim wieku w towarzystwie grupy młodych ludzi. — To pani? — zapytał Sebastian, postanawiając porozmawiać chwilę ze staruszką, zanim przypomni jej, że przyszedł tylko skorzystać z telefonu. — Tak, to ja za młodych lat — odparła kobieta, uśmiechając się lekko, jakby wracała pamięcią do czasów, w których powstały owe fotografie. — Och, przecież nie jest pani aż taka stara! — rzekł uprzejmie, lecz nie do końca zgodnie ze swoimi odczuciami prezenter, po czym zamilkł, widząc że staruszka spojrzała na niego z politowaniem. — Proszę sobie darować, wiem, że jestem stara i nie da się tego ukryć. Jak pan myśli, ile mam lat? — A mogę się pomylić o sto? — wypalił Sebastian, zanim zdążył ugryźć się w język. Staruszka spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale najwyraźniej postanowiwszy puścić uszczypliwą uwagę mimo uszu, ponownie zerknęła na zdjęcia. — Kiedyś byłam nauczycielką — oznajmiła po dłuższej chwili milczenia. — Uczyłam matematyki w liceum. To była ciężka praca. Oj ciężka! A jednak bardzo miło wspominam tamten okres. Pół życia poświęciłam na nauczenie młodzieży wzorów skróconego mnożenia. Do tej pory po nocach śnią mi się te bzdury, które musiałam czytać, poprawiając sprawdziany. Pamiętam, że czasami miałam ochotę przyjść na lekcję z karabinem. Powstrzymywałam się jednak, przekonana, że za moją ciężką pracę otrzymam kiedyś godziwą emeryturę. Marzyłam, że pojadę na wczasy do Hiszpanii. I co? Jajco! Po czterdziestu latach pracy w szkole poczułam się, jakbym dostała w pysk. Emerytura ledwo wystarcza mi na życie, mieszkam w jakiejś lepiance, a na wczasy zamiast do Hiszpanii, mogę pojechać co najwyżej do Sochaczewa. — To rzeczywiście smutne — odparł Sebastian, czując się trochę głupio ze świadomością, że rozmawiał o ubóstwie z biedną emerytką, a tymczasem sam mógłby za swoją miesięczną wypłatę nie tyle pojechać do Hiszpanii, co kupić tam wyspę. — "Smutne" to mało powiedziane! To żenujące! — powiedziała roztrzęsionym głosem staruszka. Rozmowa z prezenterem najwyraźniej uświadomiła jej, w jak tragicznym położeniu znalazła się po wielu latach ciężkiej pracy. Ze złości zmiażdżyła trzymane w ręce ciasteczko, wyciskając z niego wodę. Sebastian, jak na rasowego dziennikarza przystało, zdał sobie nagle sprawę, że wyznania kobiety mogą mu się kiedyś przydać podczas tworzenia jakiegoś reportażu. Zapytał więc staruszkę, czy zgodzi się opowiedzieć swoją historię przed kamerą, a gdy ta wyraziła zgodę, nagrał z nią blisko czterdziestominutowy wywiad. — Bardzo pani dziękuję! — rzekł, gdy skończyli rozmowę. — Żaden problem. Mam tylko nadzieję, że nie wyszłam głupio na nagraniu. Uczniowie zawsze mi powtarzali, że wyglądam jak taboret. — Spokojnie, od czego są komputery. Zmontuję wszystko tak, że będzie pani wyglądała o sto lat młodziej. — To już drugi raz, kiedy daje mi pan do zrozumienia, że jestem stara jak ta chałupa — oznajmiła z niesmakiem staruszka, spoglądając w lustro. — Przecież mam tylko dziewięćdziesiąt siedem... procent zniżki. W każdym razie mniejsza z tym, jeśli mnie pamięć nie myli, chciał pan skorzystać z telefonu... — Rzeczywiście — odparł Sebastian, po czym ruszył za kobietą do przedpokoju, gdzie znajdował się aparat. Chcąc dojść do samochodu przed przyjazdem lawety, prezenter pożegnał się z kobietą, dziękując jej za gościnę i pomoc. — Nie ma za co! — odparła z uśmiechem emerytka. — Proszę jeszcze kiedyś do mnie zajrzeć. Na pewno będę w domu, bo do Hiszpanii raczej się nie wybiorę.
Pomoc drogowa zjawiła się po dwóch godzinach. — To ten grat? — zapytał mechanik, wskazawszy na Hummera. — Tak — odparł Sebastian, niezadowolony ze sposobu, w jaki nazwano jego samochód. Słyszał już wiele uwag na temat swojego auta, ale do tej pory wszystkie były pozytywne. — Wracamy do warsztatu, czy wymieniamy oponki na miejscu? — zapytał mechanik, oglądając wóz z każdej strony. — Mam na pace kilka zapasowych, za dodatkową opłatą wszystko da się zrobić. Sebastian zdecydował się na wymianę opon, ponieważ nie bardzo podobała mu się wizja powrotu do miasta. Po godzinie pracy mechanik wycenił zakres wykonanych przez siebie czynności na dwa tysiące złotych i otrzymawszy pieniądze odjechał. Sebastian również nie zamierzał tracić czasu. Chcąc dojechać nad jezioro jeszcze przed zmrokiem, wsiadł do auta i odłożywszy kamerę na siedzenie obok kierowcy, dodał gazu. Kamienista droga na szczęście szybko zmieniła się w gładką szosę. Jadąc przed siebie prezenter rozmyślał, co będzie robić, gdy dotrze na miejsce. Nagle jego uwagę przykuł leżący na poboczu tobołek, wyglądający jak sterta starych ubrań. Gdy jednak Sebastian podjechał nieco bliżej, zauważył, że to nie tobołek, lecz człowiek. Zatrzymał się więc i wysiadłszy z auta podbiegł do leżącego. — Halo, żyje pan? Mężczyzna drgnął. — Co jest, psia mać?! — warknął, rozglądając się dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Dostrzegłszy Sebastiana otworzył usta, po czym natychmiast je zamknął, jakby powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś niemiłego. — Dobrze się pan czuje? — zapytał prezenter. — Wyśmienicie! Tak tylko leżę przy drodze dla zdrowia! — odparł nieznajomy. — W takim razie nie przeszkadzam — rzekł Sebastian i już chciał odejść, gdy usłyszał: — Czekaj, idioto, przecież żartowałem! To chyba oczywiste, że źle się czuję. W przeciwnym razie siedziałbym w tej chwili w domu. — Mogę pana podwieźć. Gdzie pan mieszka? — Czy wyglądam na kogoś, kto gdziekolwiek mieszka? — Nie — odparł Sebastian po chwili namysłu. Uświadomił sobie, że właśnie rozmawia z bezdomnym. Do tej pory widywał podobnych ludzi na Dworcu Centralnym, jednak nigdy nie miał okazji rozmawiać z żadnym z nich. Drugi raz tego dnia poczuł się głupio. Stał przed osobą, która nie miała nic, podczas gdy jemu niczego nie brakowało. Bezdomny najwyraźniej zauważył zakłopotanie na twarzy prezentera, bo powiedział: — W porządku. Przywykłem do widoku ludzi bogatszych ode mnie. Jestem bezdomnym już dwa lata. — Mogę panu w jakiś sposób pomóc? — zapytał Sebastian, zastanawiając się, czy podarowanie mężczyźnie pieniędzy będzie dobrym posunięciem. — Pieniądze nic tu raczej nie zmienią, chyba że chcesz mi dać milion złotych — rzekł bezdomny, jakby czytając mu w myślach. — Byłbym za to wdzięczny, gdybyś usiadł obok mnie i porozmawiał ze mną. Nie rozmawiałem z nikim, odkąd straciłem dom. Sebastian usiadł więc na ziemi obok włóczęgi, mając nadzieję, że spełniając prośbę mężczyzny w jakiś sposób ulży jego niedoli. — Dlaczego stracił pan dom? — zapytał, nie do końca przekonany, czy jego pytanie nie urazi bezdomnego. Ten jednak odpowiedział natychmiast, jakby czekał na możliwość odpowiedzi na nie: — Komornik zajął go za niepłacenie rat kredytu. Może się to wydać dziwne, ale kiedyś byłem normalnym człowiekiem. Miałem pracę, żonę, samochód i kamienie na nerkach. Do dziś zostały mi tylko kamienie. — Mój pies miał kamienie na nerkach, ale zdechł dwa miesiące temu — wtrącił Sebastian, ponownie tego dnia wykazując się rażącym brakiem wyczucia. Chcąc się zreflektować, zapytał: — I co z tym komornikiem? Zabrał panu także żonę i samochód? — Żona odeszła ode mnie, gdy dowiedziała się, że straciłem pracę. Wiedziała, że przed ślubem wziąłem kredyt na dom i bała się, że po utracie pracy moje zobowiązania kredytowe przejdą na nią. Poza tym nagle przestało jej się podobać, że nie jestem Latynosem. — Przecież wiedziała o tym, gdy brała z panem ślub! — zauważył Sebastian. — Tak — odparł po chwili namysłu bezdomny. — Ale wtedy miałem dobrze płatną pracę i sportowe Audi. Gdy mnie zwolnili, sprzedałem auto, by mieć pieniądze na spłatę kredytu. Następnego dnia w łóżku obok mnie, zamiast ukochanej, leżał pozew o rozwód. — Dlaczego pana zwolnili? — Oficjalnie przez to, że spóźniłem się do pracy o dwanaście setnych sekundy. Według mojego byłego szefa niepunktualny pracownik, to zły pracownik. Ja jednak wiem, że spóźnienie było tylko pretekstem, by szef w moje miejsce mógł zatrudnić swoją kochankę. Dziewczyna wydawała się głupia jak parasol. Nie potrafiła nawet odróżnić klawiatury od monitora, ale według niego była lepsza ode mnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po zwolnieniu, z racji mojego wieku, nie znalazłem już pracy. W efekcie straciłem wszystko i znalazłem się na bruku. — Może jednak mógłbym panu w jakiś sposób pomóc? — zapytał prezenter, gdy bezdomny, skończywszy opowieść, zamilkł, prawdopodobnie pogrążając się we wspomnieniach. — Mnie raczej nie pomożesz. Sam już zresztą nie wiem, co lepsze, żyć samotnie w drewnianej altanie, czy wrócić do tego życiowego zgiełku, pośród chamskich, samolubnych, próżnych i chytrych ludzi. Możesz za to ostrzec innych ludzi przed popełnieniem moich błędów. Nagle Sebastianowi wpadł do głowy pewien pomysł. — Sam pan może ich ostrzec! — zawołał, a następnie podszedł do auta, z którego wyciągnął kamerę. — Wystarczy, że opowie pan swoją historię przed obiektywem. Bezdomny nie wahał się ani chwili. Ze szczegółami opisał swoje przeżycia, nie stroniąc od pikantnych szczegółów. Gdy skończył, Sebastian uścisnął mu dłoń i podziękowawszy za wywiad, odłożył kamerę do samochodu. — Mam nadzieję, że dobrze wyszedłem — powiedział niepewnym głosem bezdomny, oglądając się w bocznym lusterku Hummera. — Ostatnio przybyło mi trochę zmarszczek. — Z pomocą komputera mogę z pana zrobić nawet Latynosa, i to takiego, że pańska była pożałuje rozwodu — odparł z uśmiechem prezenter, po czym wsiadł do auta. — Do zobaczenia! — powiedział przed odjazdem. — Do zobaczenia! — odpowiedział bezdomny, a na jego twarzy zagościł uśmiech.
Zegarek na tablicy rozdzielczej wskazywał godzinę dziewiętnastą. Tymczasem Sebastian nadal jechał przed siebie i nic nie wskazywało, by miał szybko dotrzeć nad jezioro. Szosa, którą podążał, pełna była porozjeżdżanych żab, jaszczurek, myszy, kotów, dzików i saren. Raz nawet prezenter o mały włos uniknął zderzenia z leżącym na jezdni łosiem. Czy świat oszalał? — pomyślał. — Rozumiem, że można nie zauważyć żaby, ale żeby przejechać łosia? Jednak oprócz ciał martwych zwierząt, na szosie oraz w lesie między drzewami, leżały sterty śmieci. Niebo tymczasem, z minuty na minutę, robiło się coraz ciemniejsze. — Gdzie to przeklęte jezioro? — warknął Sebastian sam do siebie. Chwilę później zobaczył przymocowaną do jednego z drzew tabliczkę z napisem {i}Przeklęte Jezioro{/i}. Tabliczka nakazywała skręt w prawo. Zgodnie ze wskazówką, prezenter skręcił w najbliższą ścieżkę i po przejechaniu kilkuset metrów z radością stwierdził, że znalazł się na miejscu. Zza drzew dostrzegł gładką, połyskującą w świetle zachodzącego słońca taflę jeziora. Korzystając z ciepłego wieczoru,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Smith12
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…