Wróć do katalogu

Ta jedyna

Pozmieniana wersja, dodane dialogi. zapraszam ponownie do przeczytania

Poblito, opublikowano , 27 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Łóżko stało się moją oazą, której nie mogę i nie chcę opuścić. Cały świat, który kiedyś mnie pociągał i fascynował skurczył się do czterech ścian kawalerki na warszawskim osiedlu. Zwyczajne zakupy wydają mi się wyprawą przez Saharę. Leżę samotnie w łóżku wpatrując się w sufit lub bezmyślnie skacząc po kanałach telewizyjnych. - Znów ten domofon - jęknąłem pod nosem. Jeśli to nie jest pizza to się wścieknę. Wstałem z wielkim trudem z łóżka, przetarłem oczy i podniosłem słuchawkę. - Słucham? - Warknąłem. - Pizza... - Młody głos odezwał się na dole. - No nareszcie. Wchodź. - Odłożyłem słuchawkę na miejsce jednocześnie otwierając drzwi z zasuwki. W oczekiwaniu na dostawcę przejrzałem się w lustrze. Zarośnięta twarz, przydługie rozczochrane, czarne włosy i przepocona podkoszulka nie napawały optymizmem. - „Muszę się w końcu wziąć w garść” - myśl jak najbardziej na miejscu, ale w głębi i tak wiedziałem, że nie do zrealizowania. Dzwonek do drzwi przerwał moją próbę pozytywnego nastawienia do życia. - Dzień dobry, przepraszam, że tak długo to trwało, ale straszne korki na mieście. - Z torby dobiegał intensywny zapach szynki z serem. - Cześć, dobrze, że to ty, bo innego to bym zjebał. - Arek nie raz dostarczał mi jedzenie. - Wejdź na chwilę, muszę znaleźć portfel. Wróciłem do pokoju a Arek wszedł za mną. Pod ścianą zalega już sterta pudełek po pizzach, kebabach i chińszczyźnie zamawianej przez telefon. Już mi zaczynają przeszkadzać, ale nie chce mi się nic z nimi zrobić. - Niezła kolekcja.- Arek trochę z przekąsem. - Daję wam zarobić. Ile się tym razem należy? Mam nadzieje, że już ze zniżką policzyła? - Nie ukrywam, że każdy grosz w mojej sytuacji, gdy siedzę w domu i mam mało zleceń jest dla mnie ważny. - Dwadzieścia jeden pięćdziesiąt. - Już nadstawia te lepkie łapska po moje banknoty. - Trzymaj i reszty nie szukaj.- Zabrzmiało tak jakbym mu niewiadomo ile dał. Zamknąłem szybko za nim drzwi i wróciłem do łóżka z pudełkiem jedzenia. Nie widzę już żadnego sensu w swoim życiu. Wegetuję w moim małym, przeciętnym, żeby nie powiedzieć bezbarwnym mieszkanku. W centrum europejskiej metropolii, gdzie dziennie Marszałkowską przechodzą tysiące ludzi nigdy nie czułem się bardziej samotny. Ściany zbliżają się do siebie. Dni następują po sobie jak wywołana siłą natury lawina. Zamieniają się w tygodnie, a te z kolei w miesiące. A wszystkimi moimi myślami zawładnęła Ona. O nikim innym nie potrafię myśleć. Wpatruję się w jej portret i nie mogę przestać o niej śnić. Kiedyś miałem pasje, uwielbiałem podróże, zarówno te dalekie jak i te banalne. Dawały mi poczucie oderwania się od rzeczywistości. Dziś nawet nie pomaga plakat wyrwany z podróżniczego pisma przedstawiający niewielką zatoczkę z niebiańską plażą. Gapienie się w ten krajobraz jedynie przypomina tamte chwile i przemijający czas. Przeżyłem swoje życie i nie zaznałem prawdziwej miłości, szczęśliwej, spełnionej miłości. I pewnie nie zaznam, gdyż... Ale po kolei, bo ta sytuacja nie jest normalna i jest bardzo skomplikowana. Jedno zdarzenie odmieniło całe moje życie. Zawsze myślałem, że miłość przyjdzie niespodziewanie. Uwielbiałem powiedzenie „jak grom jasnego nieba”. Określało wszystkie emocje związane z tym pięknym uczuciem. Grom symbolizował gwałtowność i moc. Jasność kojąca nasze zmysły i niebo kojarzące się z opatrznością, która czuwa nad zakochanymi. Wierzyłem, że kiedyś zostanę takim gromem ugodzony. Chciałem by przeszył mnie na wskroś. Zastanawiałem się jak to się objawi. Czy będzie to pierwsze spojrzenie, a może pierwszy dotyk? Wątpiłem by był to zapach, ale przecież nie wiadomo, jakim impulsem zaczyna się miłości. Te młodzieńcze rozważania przestały być złudnym marzeniem, gdy skończyłem naście lat. Każde wakacje spędzałem nad morzem u rodziny. Lubiłem tam przyjeżdżać po roku spędzonym w wielkomiejskiej dżungli przy stosie książek. Czerpałem wiele energii z każdej chwili, którą tam spędziłem. Zresztą moja rodzina była dla mnie bardzo dobra. Moje wujostwo zawsze dobrze żyło z moimi rodzicami. Mimo, ze Warszawę od morza dzieli kilkaset kilometrów zawsze moja mama potrafiła się spotkać parę razy w roku ze swoim bratem. Zresztą wujek miał wobec moich rodziców dług wdzięczności. Pożyczyli mu dużą kwotę pieniędzy na budowę tego domu. Była to pożyczka ratująca mu w tym momencie życie. Dlatego zawsze serdecznie zapraszał mnie do siebie i żartował: „Czuj się tu jak u siebie w domu”. Rodzice z chęcią wysyłali mnie tam na wakacje. Była to dla nich wielka oszczędność, a wiedzieli, że ja to lubię i na pewno nie będę się nudził. Moje cioteczne rodzeństwo zawsze zapewniało mi różne atrakcje. Byłem pełen podziwu dla ich inwencji i pomysłowości w wymyślaniu rozrywek. To lato było wyjątkowo upalne. Dzień w dzień z nieba lał się żar nie do zniesienia. W tych właśnie dniach czekałem z upragnieniem na grom z jasnego nieba. I nie chodziło o metaforę, lecz po prostu czekaliśmy na deszcz. Dnie mijały na kąpielach w zatoczce niedaleko domu. Były tam piękne skały i cudownie złocisty piasek. Tam nauczyłem się nurkowania. Jak na Bałtyk woda była wyjątkowo przejrzysta i podwodny krajobraz można było podziwiać bez ograniczeń. W centrum miasteczka rozciągała się publiczna plaża, ale tam zbierali się wyłącznie turyści. Pełno była śmieci, żarcia i całego tego turystycznego syfu. Znowu przypominał mi się wielkomiejski przepych i przeraźliwy pęd życia. Dlatego trzymaliśmy się z dala od tamtych okolic. Chciałem by na wakacjach tętno spadało mi o połowę. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Dom był pięknie położony kilkadziesiąt metrów od tej małej zatoczki. Na tyłach posiadłości rozpościerał się przepiękny ogród. Dzięki wujkowi zawsze starannie przystrzyżona trawa wyglądała jak zielony dywan. Przynajmniej dwa, trzy razy w tygodniu wujek wyciągał z garażu błyszczącą kosiarkę i jeździł nią wkoło dopieszczając każde źdźbło. Dwa potężne drzewa oddalone od siebie na długość hamaka sprawiały wrażenie strażników ogrodu. Hamak tworzył między nimi zaporę, oręż tych drzew. Ranki spędzaliśmy na ganku wychodzącym na ten ogród. Ciotka podawała nam śniadanie, a stół aż uginał się od potraw. Ser biały, ser żółty, jakaś rybka, dżem, szyneczka i obowiązkowo gorące kakao, które nigdzie indziej tak nie smakowało. Z Agatą i Jackiem siadaliśmy wygodnie przy stole, częstowaliśmy się wszystkim, co zrobiła ich mama i snuliśmy plany na kolejny dzień. Po skończonym śniadaniu zabieraliśmy się do porządkowania domu. Szybkie zmywanie, ścielenie łóżek i zaraz wyruszaliśmy na plażę. Ciotka w tym czasie zaczynała przygotowywać obiad. Wujek już dawno był w pracy. Wychodził zawsze wcześnie rano zanim się jeszcze obudziłem. Widzieliśmy się dopiero wieczorem. Natomiast ciotka nigdy nie zapominała pożegnać nas przed wyjściem drugim śniadaniem. Zapachy, jakie wydobywały się z domu zapowiadały kolejną wielką popołudniową ucztę. Z tym większą przyjemnością wracaliśmy na obiad. Gdy nie chodziliśmy na plażę, rodzeństwo pokazywało mi miasteczko. Nie było ono wielkie, za to miało wiele uroku. Dom, w którym mieszkaliśmy leżał na jego skraju. Dwie główne ulice i parę przecznic tworzyło cały system zabudowy. Najlepiej wyglądał bulwar nad samym morzem. Długi na 3 kilometry z dziesiątkami smażalni ryb, pijalni piwa i straganów przyciągał spragnionych gwaru turystów. Po południu chodziliśmy tam spotkać się ze znajomymi. Podczas tych przechadzek delektowałem się tym, co nad morzem najlepsze, mieszaniną wszelkich zapachów, tak wyraźnych jakby były na wyciągnięcie ręki. Zapach piwa mieszał się z przypaloną rybą i utopionymi w oleju frytkami. Kilka metrów dalej wata cukrowa nieznacznie wyczuwalna pośród bryzy morskiej. Nic nie było takie jak w Warszawie. Różnorodność zapachów można było jedynie porównać z różnorodnością dźwięków. W ogródkach piwnych panował niezwykły gwar połączony z odgłosami szumu morza, kojącego wszystkie nerwy. Gdy ludzie przenosili się z plaży na bulwar, wtedy spacerowaliśmy plażą opowiadając głupie dowcipy i zabawne historie z naszego życia. Gdy wspominam tamte czasy nie wierzę, że mogłem żyć normalnie. Teraz jedna rzecz nie daje mi spokoju. Myśl o Annie nie daje mi ukojenia. Wręcz przeciwnie, przynosi ciągły niepokój. Widzę ją wszędzie, czuję jej zapach. Idę ulicą i w oczach tłumu widzę jej wzrok wpatrzony we mnie jak na swego wybawcę. A wszystko zaczęło się właśnie w tamte wakacje. - To co, przejedziesz się z nami? -Jacek chciał mnie wyciągnąć na festyn w sąsiedniej wsi oddalonej o 10 kilometrów. - Tak, tak. Chodź z nami, będzie fajnie - wtórowała mu Agata. Nie miałem najmniejszej ochoty tego dnia ruszać się gdziekolwiek. Szczególnie, że taki festyn organizują tam co roku i byłem na nim z pięć razy. Z resztą stojące powietrze i temperatura powyżej 30 stopni Celsjusza nie napawała chęcią do dalszych wypraw. Tym bardziej, że rodzeństwo chciało pojechać tam na rowerach. - Jesteście chyba nienormalni, jeżeli myślicie, że mi się chce tam jechać w taki upał. -Stwierdziłem i postanowiłem upajać się samotnością w domu. Wujek w pracy, ciotka na zakupach a ja w wielkim ogrodzie rozkoszowałem się leżakiem, sokiem i promieniami słońca przedostającymi się przez konary drzew. Po jakimś czasie zaczęło mi się jednak nudzić. Trochę żałowałem, że nie pojechałem z rodzeństwem, bo zapowiedzieli, że wrócą dopiero wieczorem. Wobec powyższego postanowiłem wybrać się na spacer. Tradycyjnie pierwsze kroki skierowałem w stronę naszej zatoczki gdzie pływaliśmy. Zanurzyłem nogi w morzu po kolana, fale obijały się o nie rytmicznie w takt walca. W oddali mały kuter płynął gdzieś do portu. Kilka chmur pojawiło się niespodziewanie na niebie. Gdy zasłoniły słońce na chwilę zrobiło się odrobinę chłodniej. Z zatoki przeszedłem lasem do głównej plaży, gdzie już z daleka widać było tłum turystów smażących swoje cielska. Przeszedłem bokiem, aby nie psuć sobie dobrego nastroju. Po chwili doszedłem do wzgórza. Plaża kończyła się urwiskiem na które można było wejść od strony lasu. Stamtąd roztaczał się przepiękny widok na bezkresne morze. Miejscowi nazywali to miejsce Wzgórzem Nadziei. Dopiero człowiek nad jego krawędzią orientował się, że od morza dzieli go 20 metrowa, pionowa ściana. Z daleka widziałem, że urwisko ciągnęło się na około kilometr, lecz później skręca w głąb lądu. Gdzieniegdzie było łagodniejsze zejście, gdzieindziej przepaść sięgała 30 metrów. Skały tworzyły malownicze małe plaże. Szedłem tym urwiskiem nie wiedząc jak daleko się ciągnie. Podejrzewałem, że dojdę do najbliższego miasteczka. Szedłem wpatrując się w horyzont. Gdy słońce za bardzo doskwierało chowałem się w cień lasu. Szedłem bezmyślnie aż dostrzegłem w dole małe domki. Wiedziałem, że przeszedłem już około sześć kilometrów. O tyle oddalone były Kaziory od naszego miasteczka. Niepohamowana ciekawość poniosła mnie z powrotem przez las do głównej drogi. Miasto wydawało się być wyludnione. Ani żywej duszy. Wszystkie sklepy zamknięte, na ulicach nikogo nie widać. Gdzieś w oddali słychać jedynie ujadanie psa. Idąc dalej w oddali zauważyłem wysoką wieżę kościelną z dzwonem. Kilkaset metrów dalej w stronę morza dostrzegłem latarnię morską wskazującą drogę rybakom. Postanowiłem przejść się dalej zobaczyć z bliska te dwie budowle. W pierwszej kolejności udałem się w stronę kościoła. Wszedłem na zadbany rynek gdzie pośrodku stał jasnożółty kościół. Wzrok mój przykuły ogromne witraże przedstawiające postacie świętych. Nad całością kościoła górował dzwon. Piękny, ogromny, mosiężny dzwon na pewno zwoływał wszystkich z okolicy na coniedzielną mszę. Podszedłem bliżej, gdy nagle dzwon potężnie zabił a tłum ludzi wylał się przez wielkie drzwi kościoła. Ocknąłem się momentalnie z zamyślenia i ujrzałem wychodzącą parę młodą. Za moich pleców wyjechało 6 samochodów przystrojonych w kwiaty i szarfy przeraźliwie trąbiąc na cześć młodych. U boku panny młodej pojawił się w eleganckim garniturze wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Panna młoda była ubrana w kremową, długą suknię z koronkami i kokardkami. Jej długie blond włosy upięte w kok w połączeniu z welonem tworzyły niemal jedność. Państwo młodzi zaczęli zbierać gratulacje, podczas gdy ja zaszedłem ich od tyłu chcąc zajrzeć do środka kościoła. Minąłem wszystkich gości i wszedłem na schody prowadzące do ogromnych wrót kościoła. Nagle mój wzrok przykuła postać wychylająca się zza zakrystji. Złociste, długie włosy opadały jej lekko na ramiona. W blasku sierpniowego słońca mieniły się wszystkimi odcieniami koloru blond. Cała jej postać wyłoniła się zza ściany, aby ukazać swą powabność, piękno i urok. Smukła sylwetka zaczęła skakać z nogi na nogę zapraszając do zabawy. Przystanąłem zapatrzony w nią jak w obraz. Pomachała do mnie maleńką dłonią w przywoławczym geście. Zaskoczony obejrzałem się dookoła czy oby na pewno chodzi o mnie. Wszyscy ludzie odwróceni byli do nas plecami, stąd mój wniosek, że nie mogła machać do kogoś innego. Powtórzyła prośbę i zniknęła za budynkiem. Podbiegłem natychmiast ile miałem sił w nogach. Przystanąłem w tym miejscu gdzie przed chwilą stała ona. W powietrzu poczułem magię, którą ciężko opisać…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych