Wróć do katalogu

Tajemnica Fonklica

Wiedzmak 3jaja i jego przyjaciel Bajdel ratuja swiat od Fonklicow i beztroski. Czy Naakin zostanie Dzieckiem Niespodzianka? Czy swiat ogarnie zaglada? Dowiecie, sie gdy przeczytacie to arcydzielo!

alora, opublikowano , 2 godz. 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Coś zapukało do wrót. Mocno i nerwowo. Vaselinn nie spodziewał się żadnych gości, miał też uregulowane rachunki z Urzędem Skarbowym. Któż więc mógł to być? Zabójcy? Prostak przychodzący po radę, jak wzmocnić swą potencję? Zaklął cicho, acz paskudnie. Nie po to przenosił się na pustkowie, by go teraz ktoś bezczelnie nachodził. Był magiem i miał prawo praktykować Sztukę w samotności. — Odejdź, nie ma mnie w domu!— zawołał Jednak przybyły osobnik nie dał się łatwo zbyć. Wciąż pukał i pukał, aż Vaselinn się poddał i ruszył w stronę wejścia. Nie było łatwo zejść krętymi schodami kilkunastometrowej wieży. Ale taka moda wśród czarodziejów nastała, że każdy, który choć troszkę się liczył, musiał wynająć głupie gobliny i zmusić je do zbudowania okazałej wieży za półdarmo. Później taki mag dostawał reumatyzmu od ciągłego przesiadywania wśród zimnych ścian porośniętych grzybem (sprzątanie było zajęciem niegodnym osób parających się Najszlachetniejszą Profesją) i nie mógł tu pomóc nawet elfi eliksir antylimfocytarny. Po chwili Vaselinn znalazł się przy drzwiach. Oparł się o nie prawą ręką, lewą kreśląc znaki w powietrzu. W taki właśnie sposób otwierał wrota. Już od wielu lat używał zaklęcia, dzięki temu żaden złodziej nie mógł wejść do jego wieży i przy okazji mag nie ryzykował zniszczenia wypielęgnowanych paznokci, które wręcz nienawidziły kłódek, kluczy i zasuw. W końcu wrota stały otworem. Jeszcze tylko ostatnie poprawienie ułożenia szkarłatnej, jedwabnej szaty wyszywanej złotą nicią i mag był gotów do odprawienia nieproszonego gościa. Dostojnie wyszedł na ganek. — Dzieńdoberek, panie czarodziej!— usłyszał piskliwy głosik i spojrzawszy w dół, ujrzał jego właściciela, dziwne coś o miłym wyglądzie— Przesyłka dla pana, prosto z Zuu, jeszcze ciepła! List! Vaselinn już od 30 lat nie otrzymał żadnego. W dodatku ten nie wyglądał na ulotkę reklamową, czy rachunek za wykorzystywanie magicznej energii. Koperta miała biały kolor, a pochyłe pismo nadawcy świadczyło o nieśmiałym charakterze i niebywałej inteligencji. Mag czem prędzej pobiegł na górę, nie dziękując posłańcowi, czego ten użył jako argumentu w sprawie podwyżki za ciężkie warunki pracy. Prawdziwa korespondencja! Czarodziej z wypiekami na szlachetnej twarzy zaczął szukać sztyletu, którym mógłby otworzyć list. Gdy już to zrobił, całą wieżę wypełniła woń piwa. Nie namyślając się nad źródłem dziwnego zapachu, wyjął korespondencję z koperty i zaczął czytać. Litery nakreślone zostały pospiesznie, zaś w rogu kartki widniał kleks. Ale Vaselinn nawet tego nie zauważył, tak go przejęła treść listu. "Żałosny starcze! Długo kryłeś się w swej norze, a ja długo ciebie szukałem. Zaraz me wysiłki wynagrodzone zostaną tysiąckrotnie. Dowiesz się wreszcie, jak to jest zginąć, a twego ciała nikt nie znajdzie i nie zostaniesz wskrzeszony" Ledwo przeczytał ostatnie słowa, z koperty wyskoczył maleńki, biały owad. Wzbił się w powietrze i nie minęła sekunda, a Vaselinna otuliła ciemność, by zabrać jego życie.

Przez leśną polanę przepływał krystaliczny strumyczek, szemrzący cicho o dawnych dziejach, zapomnianych historiach sprzed wieków. Dwie piękne nimfy słuchały jego opowieści, w ciszy kontemplując piękno przyrody. Ptaki śpiewały w gałęziach drzew, kwiaty nieśmiało wychylały swe główki sponad traw i mchów. Lecz nawet wśród tak pięknego otoczenia niektórzy mieli problemy. — Czy słyszałaś już, że zamordowali Vaselinna?— zapytała nimfa Norka swej przyjaciółki Żaby — Daj spokój, jak miałabym o tym nie wiedzieć... Ktoś normalnie przysłał mu Fonklica w poczcie. Małe to takie, ale śmiercionośne! — Co tam Fonklic, staruchowi należało się! Nie chciał chędoży㏠to teraz ma! Dziad izolował się od świata i w końcu dostał nauczkę. Dobrze mu tak, niech to będzie przestrogą dla innych magów, żeby pomagali nimfom w potrzebie. Do czego to... Nie dane jej było dokończyć, gdyż miast powiedzieć coś, zaczerwieniła się. Żaba już wiedziała, w czym rzecz. Norka rumieniła się na widok jednej tylko osoby, a mianowicie wiedźmaka 3jaja. I rzeczywiście, słychać już było kroki mężczyzny. Nimfa ujrzała jego zielone włosy rozwiewane przez wiatr i z trudnością powstrzymała się od śmiechu. —Witajcie, piękne panie— zaczął 3jaja bez ogródek— ładny dziś dzień¸ nieprawdaż? Zadając to błahe pytanie uszczypnął Norkę w jędrny tyłeczek. Niczym jakąś karczmiańską dziewkę! Ale nimfa dzielnie zniosła tę obelgę. Zmusiłaby się do wielu rzeczy, byle tylko go przechędożyć... Chociaż raz... Tylko raz, dałaby mu nawet na kamieniu... —Albo na jeżozwierzu— dodała Żaba —Chędożenie na jeżozwierzu? —Jakie chędożenie?— zdziwił się wiedźmak— co ci chodzi po głowie, zbereźnico? —No, bo tego, zabili Vaselinna— zmieniła temat— Fonklica mu przysłali w liście. To robota dla ciebie! Wiem, że nie zabijasz ludzi, a przysłał mu to zapewne człek, ale ten, kto wyczynia takie rzeczy, zasługuje na miano potwora! Znajdziesz go i nie dość, że dostaniesz mnóstwo pieniędzy, to jeszcze zyskasz sławę! A mówiła to tak przekonywująco, z roziskrzonymi oczami i żywo gestykulując, że 3jaja zapragnął nagle odnaleźć tego złego mordercę. Nawet się nie pożegnał z nimfami. Szybko pobiegł w las i ostatnią rzeczą, jaką widziały, był blask Geralta, jego wiernego miecza.

Wszędzie lasy, mnóstwo drzew i elfich miast. 3jaja aż się oblizał na myśl, ile tam może biegać pięknych spiczastouchych z łukami. Ale najpierw przyjemność płynąca z obrony ludu przed potworami, a dopiero później przyjemności prywatne- igraszki z elfami i picie dobrego wina. Wiedźmak westchnął. Uwielbiał lasy, lecz nie znosił patrzeć na białą wstęgę drogi, niczym bliznę na pradawnej, pełnej majestatu, zielonej twarzy boru. Bolała go myśl, że drzewiej na miejscu traktu wznosiły się wiekowe sosny i dęby. Teraz wszystko umilkło, szczere pustki na drodze... Ale to konsekwencje postępu technicznego, wspaniałego zjawiska powstałego dzięki pracy ludu. Już wkrótce powstaną wielkie fabryki i wszystkim będzie się żyło lepiej, łatwiej... Niestety, socjalizm był opacznie rozumiany. Przecież lasy i fabryki mogły współistnieć, a wyzyskiwaczom wystarczyłyby lochy, a nie od razu zsyłka do krainy Nigdylato. —Tak Psotko— prawił do swej kobyłki— Rewolucja wszystko zmieni! El viva la Resistance! Psotka tylko zarżała. Nie była socjalistką, ale lubiła słuchać głosu swego pańcia. Przejmowały ją dreszcze, gdy ten wznosił bojowe okrzyki i z furią szarżował na nieprzyjaciela. Uwielbiała chwile, kiedy wiatr smagał jej ciało, jak niczym legendarny mustang galopowała przez bezkresne stepy. Radowała się spędzając księżycowe noce, kołysana do snu szumem drzew. Wszystkie przygody napawały ją bezgranicznym szczęściem. Pamiętała, jak pewnego razu wyruszyli zgładzić szczurołaki w kanałach... Kobyłka pogrążyła się w słodkich rozmyślaniach. Z półsnu wyrwał ją krzyk 3jaj, pociągającego za wodze —Psotka, stój! Uważaj! Trudno jest się rozbudzi㏠gdy przed oczami jak żyw stoi obraz ciasta, zostawionego na parapecie przez niefrasobliwego karczmarza. Zapach pieczonych jabłek poraża włosy w nozdrzach, a pora obiadu dawno minęła. Nagle ciasto zniknęło, a łeb kobyłki doświadczył bolesnego spotkania z twardą i chropowatą powierzchnią. Gdy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą bezczelną sosnę, która z pełną premedytacją stanęła jej na drodze. Chamstwo ludzkie nie zna granic. Psotka, zdenerwowana i z obrażoną miną, zawróciła na drogę i szła już uważniej. Tak uważnie, że nie zdarzył się jej żaden wypadek. Wreszcie minęli lasy i wkroczyli na teren żyznych pól,obsianych żytem, pszenicą, kartoflami, kukurydzą oraz makiem. Gdzieniegdzie drogę przebiegały im szare, zwinne zające, zgrabne łanie-dziewice oraz koczkodany o sfilcowanym futrze. Słychać też było nawoływania nietoperzy wyruszających na żer. Zmierzch powoli zapadał i 3jajom oczy poczęły się same zamykać. —Ano, zaraz trza by znaleźć jakąś gospodę. Jutro wstajemy o świcie. Psotka przyjęła ten pomysł z radosnym entuzjazmem. Mimo zmęczenia przyspieszyła kroku. Wkrótce 3jaja ujrzał na horyzoncie ostrokół i dymy palenisk. Nieomylny znak, że nieopodal znajdowali się ludzie i jedzenie. Kobyłka również osadę ujrzała i poczęła tak galopować, iż mało podków nie pogubiła. Ale przed bramą zdążyła z piskiem wyhamować. Przy okazji pokryła kluczników kurzem. —Sta-ać!— krzyknął jeden z nich, tęgi chłop o niskim czole i wysuniętej, włochatej szczęce, od którego czuć było marynowanym śledziem— jaki macie w grodzie naszym interes? —To nic osobistego— odparł wiedźmak, gestem pojednania ukazując wnętrze dłoni— pragniemy jeno przenocować i bladym świtem was opuścimy, nie powodując żadnych szkód. —A tak— rzekł drugi klucznik, drapiąc się po łysinie— jak tak, to proszę. Takem se myślał, żeś jaki interes parszywy przywiódł, ale prawie gadasz i dobrze ci z oczu patrzy. Możesz wjechać. —Mężczyźni poczęli otwierać bramę. Skrzypiała, zgrzytała, ale- o dziwo- na nikogo nie spadła. Zapewne zrobi to dopiero, gdy do osady zapragną chamsko wtargnąć Czarni Najeźdźcy. Wiedźmak był już w grodzie. Z chałup wychylały się głowy ciekawskich chłopów, dzieciaki biegały wokół Psotki, czyniąc przy tym mnóstwo hałasu. Psy wyły, szczekały i szczerzyły kły. 3jaja nie znosił tych bezużytecznych kundli. Śmierdziały, dużo jadły i zostawiały włosy na tapczanie. W dodatku robiły gówna w najmniej oczekiwanych miejscach i jak głupie potrafiły biegać całymi godzinami za kijem rzuconym przez człowieka. Wiedźmak za to sympatyzował z kotami. Te puszyste kulki były zawsze czyste, choćby i wylać na nie smołę, zaraz by się wymyły do sucha różowym języczkiem. Języczkiem tym lizały też po oczach, tak rozkosznie i uroczo. A jak wdzięcznie mruczały, gdy stawały mu na plecach i jęły podnosić to jedną łapkę to drugą, jak gdyby ugniatały ciasto. No i te ich oczy, zielone, niczym liście, jak mchy i porosty oraz elfie umysły... 3jaja zawsze chciał mieć zielone oczy z pionową źrenicą, albo chociaż żółte, ale musiały mu wystarczyć brązowe, standardowy kolor wiedźmaków. Jednak zielonookie koty czuły wiedźmakową sympatię i z całego serca ją odwzajemniały. Towarzyszyły mu na każdym kroku, miaucząc przyjaźnie i purcząc z rozkoszy, gdy brał je na ręce. Teraz też wśród dzieciaków pętało się kilkanaście futrzaków. Czuły wiedźmińskie feromony, mądre stworzonka. One czuły feromony, natomiast 3jaja czuł pieczeń. Soczystą, tłustą golonkę z chrupiącą skórką i gotowaną kapustą, przyprószoną cebulką podsmażaną na złocisty kolor. Wiedźmakowi ślinka napływała do ust na myśl o wszystkich smacznych potrawach, jakie go czekają.

— Przykro mi, golonka wyszła— rzekł otyły oberżysta wycierający gliniany kufel. Mężczyzna wyglądał tak, jak prawdziwy oberżysta wyglądać powinien, miał rumianą, pucołowatą twarz, wydatny mięsień piwny i czarne wąsiska, w których karaluchy uwiły sobie gniazdo. Ale co z tego, skoro nie było golonki! Świat wiedźmaka legł w gruzach. — To może baranina jest?— spytał nieśmiało 3jaja— Albo schab z gliny? Albo chociaż te wstrętne krasnoludzkie cham-bürgery? — Nie, panie— zawstydził się grubas— nic już tera nie mamy. Jeno fasolę z majerankiem... — Co z ciebie za karczmarz, że nawet mięsiw nie masz? Nie możesz wysłać kogoś, żeby upolował jakieś? — Rozejrzyj się pan i powiedz, czy ktokolwiek stąd mógłby zagłębić się w las w tak niebezpiecznych czasach? Wiedźmak posłusznie zaczął się rozglądać po sali. Gdyby nie infrawizja, nic by nie zobaczył, gdyż błony okien pokrywała warstwa pyłu z Zielowego dymu. Wśród oparów bawiła się wiejska gawiedź,: chłopi, którym słoma z butów wystawała, wiejskie dziewki o jędrnych tyłkach, smarkacze podający się za dorosłych, przyczepiwszy sobie uprzednio sztuczne wąsy. Tacy ludzie potrafili się posługiwać widłami, a nie mieczem. Pewno w życiu nie mieli takowego w rękach. Ale świnie zapewne potrafili bić, tak, jak ich żony posiadły umiejętność wyrobu znakomitej kiełbasy. W czym więc problem? — A tak— wybąkał oberżysta, widząc zdumienie na twarzy 3jaj— Pewno myślisz se pan tera: dlaczego by jakiego prosiaka nie zarżnęli? Ano, prosiaków po prostu nie ma. Żadnych zwierzy już tera nie ma. — Jak to tera?— zainteresował się wiedźmak— To ongi inaczej się sprawy miały? — Jakbyś pan odgadnął! Od kiedy się te gengary pojawiły... — Gengary? Małe, włochate, śmierdzące, niebieskookie i wielkostope? — Tak, dokładnie takie. Dobrześ pan nainformowany! No i te gengary wyżarły całe bydło, kury i świnie. Ni kurczak się nie ostał! Prawdziwa tragedyja, powiadam. — Uspokój się! Zabiję je, jestem wiedźmakiem. Gdy tylko to powiedział, oczy wszystkich ludzi z oberży zwróciły się na niego. Niektórzy zaczęli coś szeptać, inni wydawali odgłosy obrzydzenia. 3jajom zrobiło się nieprzyjemnie. Zaraz mnie zlinczują, pomyślał. Tymczasem atmosfera była napięta niczym kobieta przed miesiączką. — Ja wam chciałem tylko pomóc!— krzyknął wiedźmak— Chciałem zabić gengara, abyście byli bezpieczni! Aby wasze dzieci mogły się spokojnie bawić i byście podczas chędożenia nie musieli co chwila sprawdzać, co się dzieje na dworze! Czy teraz za pragnienie niesienia pomocy dostaje się nienawistne spojrzenia i szyderczy śmiech? Wstydźcie się! Myślicie, że skoro jestem wiedźmakiem, to nie mam uczuć? Ale tak, jestem wiedźmakiem i jestem z tego dumny! Jak nie chcecie pomocy, to pocałujcie się w rzyć! Goście oberży znieruchomieli. Nie wiedzieli, jak zareagować na kwiecistą, pełną spontanicznie okazanych uczuć przemowę 3jaj. Dlatego też po prostu patrzyli na siebie w oczekiwaniu, że ktoś przerwie złowrogą ciszę. Wreszcie zza stołu wstała jasnowłosa dziewka o nieobecnym spojrzeniu i zataczając się podeszła do wiedźmaka. — Przepraszamy pana— powiedziała cichutko— rzadko ktoś taki do naszej osady przybywa. Nie gniewaj się pan więc, nam jest naprawdę przykro. To mówiąc, cmoknęła go w policzek. Rozległy się oklaski i radosne okrzyki. — Piwa mu! I barda wołać, niechaj pieśń zaśpiewa! — Ja po barda pójdę— zaoferował się anemiczny wieśniak, żłopiący wino prosto z dzbana— Pewno chrapie gdzieś tam na górze. Przeklęte półelfy, tylko by spały cały dzionek. Ach, półelf! 3jaja rozmarzył się. Tymczasem oberżysta podsunął mu piwo, ale wiedźmak nawet na trunek nie spojrzał. Przebywał w krainie marzeń, gdzie piwo nie jest potrzebne. Był tam za to przystojny półelf o dużych, niebieskich oczach i złocistych włosach spływających miękką falą na ramiona. W szczupłych, gładkich dłoniach trzymał pięknie zdobioną lutnię i jasnym, czystym, melodyjnym głosem wyśpiewywał wzruszającą pieśń o wielkich czynach legendarnych postaci. W słowach pieśni dźwięczał szum oceanu, odgłosy bitew, w których ważyły się losy świata. Słodka melodia brzmiała trelami setek ptaków. Nagle wiedźmak został wyrwany z marzeń. To głos dobiegający jakby z oddali przywołał go do rzeczywistości.

Opowiem wam historię o starym jeziorze Co żaden człek widzieć go nie może Ujrzawszy tylko srebrną taflę wody Zmienia się, czy był stary, czy młody W gnijące, śmierdzące, robaczywe ciało Gdzie dużo siarkowodoru, a białka mało

Głos wydawał się znajomy. 3jaja spojrzał na barda. To, co ujrzał¸ wielce go przeraziło. Czyżby piękny sen zmienił się w paskudny koszmar? Zamiast oczekiwanego przystojnego blondyna, na stole siedział wielki, barczysty humanoid o zielonkawej skórze i spiczastych uszach. Rysy jego twarzy były niezwykle delikatne, co silnie kontrastowało z żółtymi kłami i płaskim, kartoflowatym nosem. Istota ubrana była w wiejską, płócienną koszulę oraz obcisłe spodnie z fioletowego aksamitu, uwydatniające potężne mięśnie nóg. W której połowie on jest elfem?, pomyślał 3jaja, bo chyba nie w zewnętrznej! Gdy mężczyzna skończył śpiewać, poprosił wiedźmaka na słówko. Wieśniacy ze zrozumieniem kiwali głowami. "Dwaj odmieńcy się dobrali" — To prawda, że w połowie jesteś elfem?— zapytał 3jaja bez ogródek, gdy tylko znaleźli się na osobności Twarz humanoida przybrała kolor zgniłej zieleni, co oznaczało, że zapewne się zaczerwienił. — Nooo... tak— odpowiedział po chwili namysłu— ale to nie moja wina, że tak wyglądam! Ojciec mój dnia pewnego po lesie spacerował, bez broni, bo tylko śpiewu ptaków chciał posłuchać, aż tu nagle jakaś samica trolla go napadła i zawlekła w krzaki! Ja nie chciałem tak wyglądać! Duszę mam zresztą elfią, tylko uwięzioną w tym paskudnym ciele! — Rozumiem— westchnął 3jaja, klepiąc go po plecach— ja też nie miałem wyboru. Nikt mnie nie pytał, czy chcę zostać wiedźmakiem, a teraz ludzie patrzą na moje zielone włosy, zamiast na prawe serce. Ale cóż robić, musimy walczyć z monotypami, bo choć wszyscy jesteśmy inni, powinniśmy być równi! — Eh, 3jaja, ty świetnie gadasz, jak chcesz! Chyba ułożę balladę o nietolerancji. Mówiąc to, bard nagle zaczął jakby się kurczyć. Skóra jego zmieniła kolor i zniknęły kły. Stwór stał się człowiekiem. I to jakim! Nie dość, że miał rude włosy, to jeszcze jego spodnie pozostały obcisłe. Wiedźmak pozbył się wszelakich wątpliwości. Mężczyzna przed nim stojący był Bajdlem, najbardziej zaskakującym i wkurzającym muzykiem oraz poetą świata, tudzież jego przyjacielem, zależnie od ilości spożytego piwa. — Ty... jak to zrobiłeś?— z trudem wyszeptał 3jaja — Oj, głuptasie— zarechotał Bajdel— Miałem dość tych wszystkich napastujących mnie bab, to i zmieniłem wygląd. Ma się te znajomości z pięknymi czarodziejkami. Teraz i też chętnie wszyscy mnie słuchają, ale kobiety nie odważą się mnie tknąć! — A zauważyłeś, że jak tylko wejdę do jakiejś oberży czy choćby przed budkę z piwem, zawsze muszę cię tam spotkać? — Nie, za to zauważyłem— poeta silnie zaakcentował to słowo— że masz zabić jakieś gengary i nie chcesz zabrać ze sobą przyjaciela! — A jak mam cię zabrać? W tamtej postaci chrabąszcze wyzdychają na twój widok, a w tej przecież nie możesz się pokaza㏠bo co ludziom powiesz? — Dobra, mów im, że odczyniłeś urok złej jędzy, czy coś takiego. W końcu jesteś wiedźmakiem, nie?

— Nie mogę uwierzyć, że zabrałem cię ze sobą— pożalił się 3jaja Bajdlowi— strasznie hałasujesz, a my musimy je zaskoczyć! Hałas wynikał z tego, że poeta ubrał piękne, błękitne pantofle, ostatni krzyk mody wśród artystycznych środowisk Tazmanii. Niestety, do skradania się po prostu nie nadawały. — Akurat o tej porze ktoś tu będzie! Normalni ludzie to teraz śpią! Wiedźmak oczywiście nie odpowiedział. Spieranie się z Bajdlem nie należało do przyjemnych czynności. Muzyk zawsze potrafił dowieść swej racji. Nie przekonałyby go słowa typu "Ale ty głupi jesteś, większość potworów poluje o świcie, gdy takie pierdoły jak ty łażą po lesie jak stado makreli i same się proszą o pożarcie" — No, wiedźmuś, nie gniewaj się— rzekł poeta, widząc kwaśną minę przyjaciela— Wyluzuj! Zobacz, jaki piękny dzień nastał i raduj się razem ze skowronkami! Dzień rzeczywiście pięknie się zapowiadał. Na mchu spoczywały krople rosy, niczym łzy dziewic. Powietrze przesycone było wilgocią i świeżością. Na gałęziach drzew podskakiwały radosne szynszyle. W krzakach dokazywały dziki i tchórze, wspólnie szukając opadłych żołędzi i korzeni wilczomlecza. Błyszczące kwiaty lichowego ziela otwierały błękitne główki, czując życiodajne promienie słońca. Siły ciemności umykały do dziupli i jam, udając się na niezasłużony spoczynek i już myśląc o następnej nocy, pełnej rozlewu krwi i szerzenia nienawiści. W blasku słonecznym świat wydawał się bezpieczniejszy... ale pozory myliły. Lecz 3jaja nie zauważał piękna natury. Był zbyt pochłonięty obserwacją dziwnego śladu odciśniętego na trawie. Wiedźmak przypuszczał, iż należy on do gengara. Na źdźbłach tkwiły drobinki brudu i wokół niego pachniało zwierzęciem gospodarskim. Wiedźmak z przejęciem odkrył, że odcisk jest jeszcze ciepły. — Tak, tak, fascynujące— rzekł Bajdel ironicznie— co kogo obchodzi jakiś głupi ślad!? — Idź się pobaw gdzie indziej! Przeszkadzasz mi! Poeta wpadł we wściekłość. Potrząsał głową, zaczął podskakiwać i wymachiwać rękami. Przypominał kurczaka próbującego wzbić się do lotu. Jednak zamiast fruwać (nie mógł tego zrobić, gdyż nie pił krasnoludzkiego bimbru Krasnego Bysiora, co dodaje skrzydeł) napluł na ślad, rozkopał go i stanął obok ze skrzyżowanymi rękami. — Durny laluś!— wrzasnął 3jaja— Coś ty najlepszego zrobił! Wiedźmak próbował powąchać pozostałości odcisku, by po zapachu i procentowości atomów miedzi poznać, w którą stronę poszedł potwór. Lecz poczuł jeno perfumy Bajdla o zapachu jaskrów. Poeta zawsze tak pachniał. Kiedy w jakimś pomieszczeniu czuć było jaskrem, wszystkie baby mdlały, gdyż wiedziały, że za chwilę wejdzie ich ukochany bard. — Więc taki jesteś! Wolałbyś mnie zabić, byle tylko uratować trop jakiegoś chędożonego potwora! 3jaja aż się przewrócił. Śmiał się i śmiał, tarzając po ziemi, brudząc ubranie i rozgniatając owady, które nie zdążyły uciec. Bajdel wciąż wywoływał coraz to nowe emocje. Zabawniejszego człeka ze świecą by szukać (świece ostatnio podrożały, więc nikt by tego nie robił). Poeta także się uśmiał niczym koń i norka. Podniósł wiedźmaka z ziemi, otrzepał i uścisnął niedźwiedzim uściskiem. Przytulali się tak i całowali w dowód niezniszczalnej przyjaźni, a tymczasem wokół nich rozległ się tupot płaskich stóp, nieartykułowane nawoływania i piski. Powietrze wypełniło się fetorem zwłok, krwi i kwasu masłowego. Ptaki przestały śpiewać. Nadeszli!

Przyjdą zewsząd, niewidziani W czarny płaszcz nocy odziani Za martwych dawno uznani Każda twoja myśl cię zrani Nawet każdy szept cię wyda Giniesz! Już tylko śmierć widać Sieje szaleństwo i rozpacz Swe szpony w górę uniosła Stoi gotowa do ciosu To władczyni twego losu Piękna, okrutna i podła On cię tutaj przywiodła Na ofiarny ołtarz krwawy Krzycz! Proś! Nic cię już nie zbawi

— wyrecytował Bajdel jednym tchem. 3jaja natomiast złapał za Geralta i przyjął pozycję, z której łatwo uderzyć, a jednocześnie zrobić unik. Ze złowrogim błyskiem w oku wyglądał na mężnego wojaka. — Wyjdźcie z ukrycia, stwory nikczemne!— zagrzmiał Tedy, jak na komendę, z chaszczy poczęły wyskakiwać potwory. Tuzin ich był, a każdy uzbrojony w kły i pazury. Wyglądały zaiste straszliwie. Pękate, owłosione i błękitne miały korpusy, duże, niemyte stopy o sześciu palcach i chwytne, sękate dłonie. Wielkie, żółte oczy patrzyły z ukosa na świat. Natychmiast otoczyli 3jaja i Bajdla. Poeta, nie namyślając się, podniósł z ziemi kij i zamachnął się nim na najbliższego gengara. Trafił. Stwór przekoziołkował wprost na wiedźmaka. Ten, zaskoczony, zastygł w bezruchu i tym sposobem gengar nabił się na sztych Geralta. Krew trysnęła obficie, niczym czerwony deszcz. Tymczasem kolejny potwór począł gryźć 3jaja w nogę. Wiedźmak kopnął go w szczękę i począł mu skakać po czaszce. Coś chrupało i trzaskało, aż w końcu została tylko czerwona maź gdzieniegdzie przetykana niebieskim futrem. Reszta gengarów w złość okrutną wpadła i ze zdwojoną furią na wroga nacierać poczęła. 3jaja bronił się zaciekle, z gracją parował ciosy i elegancko ścinał łby, niczym zręczna manikiurzystka skracająca paznokcie. Wirował w szalonym tańcu, gdzie śmierć była orkiestrą, a jego miecz prosił do ostatniej poleczki. Wszędzie widział krew, bez różnicy, czy jego, czy potworów. Chciał więcej. Ciął i ciął, uderzał we wszystko, co nawinęło mu się pod miecz. On i Geralt, złączeni bitewnym uściskiem, szorstka rękojeść, srebrne błyski przed oczami, czerwień gładko spływająca po klindze. Już nie było przeciwników, ale ostrze jeszcze nie skończyło swego dzieła. Siekało na plasterki, aż w końcu 3jaja zaspokoił żądzę szatkowania. Stał sam pośród głuszy, wyczerpany, z ubraniem mokrym od krwi, lecz szczęśliwy. Myśli jego kierowały się ku przestworzom... — 3jaja, one naprawdę nadchodzą!— zabrzmiał krzyk Wiedźmak otrząsnął się z zadumy. Rozejrzał się dookoła. Ani śladu ciał gengarów, żadnej posoki na czystej zieleni, Geralt siedział spokojnie w pochwie. Znowu musiał oddać się marzeniom. I wtedy go zobaczył Stwór miał dwa rzędy żółtych, ostro zakończonych kłów, z których kapała czerwona piana. Z okrągłego, pokrytego niebieskim włosiem tułowia zwieszały się cienkie, długie ręce o zakrzywionych pazurach. Przekrwione, kose oczy patrzyły wprost na 3jaja. Ich wzrok spotykał się na tej samej wysokości. Wiedźmak zamknął oczy. Chwycił Geralta i ciął na odlew. Potwór w ostatniej chwili odskoczył. Wtedy 3jaja zrobił zamach, usiłując pchnąć gengara w tętnicę szyjną. Klinga świsnęła w powietrzu, zawirowały niebieskie kłaki, lecz stwór wykonał 3/4 obrotu i znalazł się tuż przy 3jajach. Silnym ciosem powalił go na ziemię. Próbował rozerwać ciało wiedźmina pazurami, lecz miast tego tylko się zatoczył i nieprzytomny runął w trawę. — Trafiłem!— ucieszył się Bajdel Obok potwora leżał kamień. Lecz gengar wciąż oddychał. Ale poeta jakby tego nie zauważył. Wyciągnął zza pazuchy harfę i zaintonował pieśń:

Wrogi pokonane A my wygrane Czeka nas chwała Miód i gorzała Hej, hej-o-hej Miód i gorzała

Być może pieśń nie wzbijała się na wyżyny kunsztu i artystycznego geniuszu choćby i pijanego dziada, ale nie została ułożona po to, by zachwycać starannie dobranymi, złotymi rymami i bogactwem środków stylistycznych. Legenda głosi, iż zaśpiewali ją wojownicy z Belville po zwycięstwie nad mrocznymi siłami. Właśnie taki był jej cel- by wydobywała się z tysiąca ryczących gardeł twardych wojowników. Inaczej... — Na Wielką Rewolucję! Uszy mu pleśnieją!— wrzasnął 3jaja Rzeczywiście, organy słuchowe potwora poczęły falować i pokrywać się szarym nalotem. Zaśmierdziało gównem. Po chwili zamiast gengara leżała kałuża brunatnej mazi.

— Tak, panie sołtys— prawił 3jaja dumnie— Walka była zażarta, ale to ja wygrałem! Gengar padł. Oczekuję zapłaty w brzęczącej monecie. — Skurwysyn— warknął sołtys— I co ty zrobiłeś!? — O co panu chodzi? — O co? O to, że zabiłeś naszą jedyną atrakcję turystyczną, idioto! Teraz już nikt do nas nie przyjedzie! Nie wiedziałeś, że gengary są pod ochroną? — Pod jaką ochroną? Oberżysta mówił... — Ach tak!— przerwał sołtys— Wiedziałem, że to on. Zawsze to gada, taka jego mać! Lisy mu zżerają bydło, ale płota nie chce postawić! Tedy zwala wszystko na Obliczowi ducha winnego gengara. Przepraszam panie, widać, że to nie twoja wina. Trza oberżyście porządnie sprać dupę! Jedźcie lepiej stąd. Jak lud się dowie będzie bida...

— 3jaja, dokąd jedziemy? Wiedźmak nie odpowiedział. Postanowił już nigdy nie odpowiadać. W środku aż się gotował od narastającej wściekłości. Wszystko przez tego niewydarzonego paskudę Bajdla! To on zabił gengara swym kozim śpiewem! Głowonóg jeden. Poeta jak zwykle mruczał pod nosem coś o chamstwie, wiedźmakowym wychowaniu i wieśniackim grubiaństwie. Walić Bajdla. 3jaja zaś rozmarzył się słodko. Wyobraził sobie, że właśnie dotarł do Rejestru Tajnych Stowarzyszeń. W miejscu tym opisana była każda mroczna organizacja Alaspazji. Można tam było zdobyć informacje o Kucharzach Cienia, Stowarzyszeniu Nieumarłych Trubadurów, a nawet o budzącym grozę i niepokój Magicznym Związku. Jeśli jakiś związek nie figurował w spisie, był albo całkowicie jawny, albo też niewart uwagi. Ale Bajdel nie musiał tego wiedzieć. — 3jaja, a gdzie jest Bydlino? Do czego mu Bydlino? Ma tam jakąś kochanicę, konkurs Poety Roku, czy co? A może właśnie nie chce tam jechać, może zaśpiewał o wójcie, że jest pijak i rozpustnik i teraz na ścianie każdej chałupy wisi list gończy z twarzą Bajdla, przyozdobioną wąsami domalowanymi przez niesforne dziatki? — No, bo wiesz— kontynuował poeta niezrażony. Uwielbiał słuchać brzmienia własnego głosu. Zapewne prowadził długie monologi przed lustrem. Nie obchodziło go, czy ktoś słucha, czy nie— w Bydlinie mój znajomy spisuje wszystkie te złe organizacje, mógłbyś tam poszukać o tych Fonklicach... Na Szczeliny Dziada, czy on musi wszystko wiedzieć? Taki człowiek jak on powinien zostać tajnym agentem, a nie poetą! Psotka też tak myślała. Więcej już nie słuchali muzyka. Wiedźmak zajęty był rozmową z kobyłką, a Bajdel mówił coś do siebie, pewnie komponował nową balladę albo narzekał na stan dróg. Wreszcie dzielni podróżnicy dotarli do Bydlina. Było to dość duże miasto, otoczone kamiennymi murami. Wewnątrz wznosiły się murowane budynki. Do środka mógł się dostać każdy, bo Bydlino z radością witało wszystkich przybyszów, potencjalnych nabywców słynnego octu. Niegdyś produkowano tu tanie wino, od którego rzygali nawet wprawni pijaczkowie, pamiętający jeszcze czasy, gdy do źle zamkniętych beczek z piwem szczały koty. Wtedy żołądek wywracał się na drugą stronę już po pierwszym łyku obleśnego trunku. Następnie do alkoholi zaczęto dodawać esencję oddechu czarnego smoka i już żaden zwierz nie odważył się ich tknąć. Żołądek w tym wypadku podzielał opinię zwierząt. W końcu do miasta przybyła alchemiczka Ładzia, miłośniczka dobrych win owocowych, i poradziła ludziom produkować ocet zamiast wina. Nie trzeba było już wydawać pieniędzy na smoczą esencję i nikt się nie martwił, że coś skwaśnieje. Alchemiczka zaś zbiła fortunę i mogła zapłacić podatek od produkcji bimbru. — Dzięki bimbrowi Ładzia żyje już 100 lat— pochwalił się Bajdel znajomością plotek— a wygląda zaledwie na 95 Ale nie jechali odwiedzić alchemiczki. Udali się za to w stronę zachodniego krańca miasta, gdzie majestatycznie wznosił się Rejestr. Przedzierając się przez tłumy mieszczuchów spieszących na targ, dotarli w końcu do celu. Przed oczyma widzieli dwupiętrowy, drewniany budynek zwieńczony bezkształtnymi rzeźbami w kształcie obierków od ziemniaka. Okalał go zaniedbany ogród, po którym panoszyły się oswojone świnki morskie. Zwierzęta obwąchiwały buty 3jaj. Widocznie uważały wiedźmaka za przyjazną istotę, bowiem zaczęły ocierać się o jego nogi i kwiczeć z zadowolenia. Oczywiście świnki nie służyły tu za pieszczoszki do pogłaskania, lecz za czujne straże, alarmujące o intruzach. Informacje o tajnych stowarzyszeniach mogły dojść do niepowołanych rąk. Na szczęście Bajdel i 3jaja wyglądali na uczciwych ludzi i zostali wpuszczeni bez problemu. Wkrótce stali przed solidnymi drzwiami. Mosiężna kołatka miała kształt głowy smoka... a może to wiwerna? Wiedźmak zastanawiał się chwilę, lecz nie mógł odgadnąć. Przy najbliższej okazji zapyta właściciela. Tymczasem poeta zastukał do drzwi. 3jaja stracił z oczu zagadkową kołatkę. Na jej miejscu pojawił się wypłowiały surdut nakrapiany plamami po gulaszu. Nieco powyżej błyszczała dumnie rozległa łysina pokryta starczymi przebarwieniami. W połowie drogi między nią a frakiem rozciągała się naznaczona zmarszczkami twarz o bystrym, otoczonym worami spojrzeniu i kilkudniowym zaroście. — Witam pana— przywitał się Bajdel— mój przyjaciel ma tu coś do znalezienia 3jaja zarumienił się, co nie uszło uwadze starca. — Oj, nie bądź ty mi jak elfia panienka. Znajdziesz u mnie wszystko, co chcesz. Nawet o krasnoludzkich agencjach towarzyskich... no, ale ja tu gadam, a się nie przedstawiłem. Plik jestem. — Ja zaś 3jaja, miło mi — No, skoro dopełniliśmy formalności, wejdźmy. Zaraz przyniosę wino. Mężczyzna poczłapał w głąb domu, zaś poeta wszedł do przedsionka. Wiedźmak starannie wytarł elfie trzewiki i także przestąpił próg. Wewnątrz roznosił się zapach kurzu, charakterystyczny dla starych bibliotek. Po chwili słychać było brzęk naczyń i ciche podśpiewywanie. — Chodźcie, przyjaciele!— wołał starzec 3jaja nie dał sobie tego powtarzać. Ruszył niepewnie w stronę pomieszczenia, z którego dochodziły dźwięki. Znalazł się w niewielkiej izbie, na środku której królował stół z powyłamywanymi nogami, nakryty obrusem haftowanym w różowe kwiaty. Dzieła uwieńczał drewniany talerz ze smakowicie wyglądającymi ciasteczkami i ułożone w artystycznym nieładzie trzy cynowe kubki. Na honorowym miejscu stała karafka wina. Na chyboczących się krzesłach siedzieli już Plik i Bajdel. Zajęci byli rozmową na temat roli poezji w zdobywaniu kobiet. 3jaja wolał im nie przerywać, gdyż sam na ten temat wiedział niewiele. Nawet, jak chciał uwieść kobietę, to ona nie chciała dać się uwieść. Skoro nie mógł wtrącić się do dyskusji, usiadł na krześle i założył nogę na nogę. Poeta kontynuował rozmowę: — To wcale nie jest tak, że jak zaśpiewasz balladę o nieszczęśliwej miłości, to już laska należy do ciebie. Miałem kiedyś taką elfkę, dałem jej bimber z sokiem makowym, kwiatki i inne takie duperele, a ona nie chciała mi się oddać. No to zaintonowałem elfią pieśń, a wiesz, w tych ichnich utworach zero chędożenia, tylko natura i motylki... — I w końcu dała? — Oj, dała, i to jak! A wystarczyło ją rozebrać! — Też żem kiedyś taką miał... Piękna nimfa, a nie działały na nią komplementy ni pocałunki. Raz żem się po prostu wkurzył i zawlókł ją w krzaki, a wtedy ona, miast uciekać, poczęła... och, nie mogę. Jeszcze dziś czerwienię się, gdy myślę o tym. W każdym razie było niesamowicie. Niektóre potrzebują trochę przemocy! Cóż za okrutni mężczyźni, pomyślał 3jaja. Traktują damy jak przedmioty! On też kiedyś myślał, że jest to słuszne. Jakże się mylił... W Mukhetootha, wiedźmakowej warowni, nie było kobiet. Do 16 roku życia jej wychowankowie uważali je za mityczne stworzenia z dziwnych bajek starszych. Później przyszli wiedźmacy wymykali się nocami do odległej wsi i obserwowali chłopki śpiące w stogach. Następnie 3jaja, świeżo upieczony anihilator potworów, poznał obleśną¸ starą gnomicę. Może nie poznał, ale złapał za coś obwisłego. Kobieta okazała się być obeznana z praktykami magicznymi i strzeliła w niego Czarodziejską Kulką. Bolało. Od tamtej pory 3jaja zachowywał się jak dżentelmen. Wkrótce spotkał Jane Achonen i już nie zwracał uwagi na inne panie (nie licząc kilku nieletnich, samych się o to proszących). Wiedźmak z błogością wymalowaną na twarzy sięgnął po ciasteczko. Pachniało orzechami, miodem i czymś jeszcze. Czymś słodkim, nieuchwytnym. Jak jaśmin i borówka. 3jaja westchnął i ugryzł kawałek. Ciasto smakowało niczym legendarna Amberozja, ulubiona potrawa Oblicza. Było takie kruche i delikatne, rozpływało się w ustach, pozostawiając delikatny smak pieszczący podniebienie. — Smakuje ci!— ucieszył się starzec— wszyscy uwielbiają moje wypieki, bo dodaję do nich szczyptę kurzu ze starych ksiąg. Boski smak zaczął nagle przypominać brodawkę niemytego goblina. Wiedźmak pospiesznie sięgnął po karafkę. Sączył wino, dopóki nie wypłukał gardła z chrzęszczących paprochów. Trunek smakował całkiem nieźle. Był mocny i półwytrawny, chłodził przyjemnie i uderzał do głowy. 3jaja ani się spostrzegł, a już opróżnił naczynie do połowy. Nie przejął się tym. Oblizał usta i odstawił karafkę na stół. — Ho ho!— zagrzmiał Plik— winko też ci smakuje? A pij sobie, na zdrowie. Nie ma prawie kalorii i benzoesanu sodu, bom sam je zrobił z pajęczyn między księgi wyrosłych. 3jaja poczuł, jak jego okrężnica wykonuje karkołomne pływanie synchroniczne, a żołądek wykręca piruety. Lecz jego przełyk skulił się do swojego wnętrza, by nie zrobić przykrości miłemu staruszkowi. Byle nie patrzeć na te paskudztwa... — Chodźmy już zobaczyć coś o tej organizacji— poprosił Plik zgodził się i cała trójka pomaszerowała na górę po pokrytych kornikami schodach. Całe piętro przemienione było w wielką bibliotekę. Na starannie odkurzonych półkach spoczywały woluminy, grimuary, opasłe tomiszcze o pożółkłych kartkach, oprawione w skórzane okładki. Jak tu można było cokolwiek znaleźć? Bajdel powtórzył na głos wątpliwości 3jaj. Starzec tylko się uśmiechnął i zaprowadził ich do przedziwnego urządzenia. Zbudowane było ono z kryształowej kuli, deski upstrzonej starodawnymi runami, białej myszy w klatce oraz szarego pudła skrzącego się kolorowymi, magicznymi światełkami. Staruszek złapał za jedno z nich i wtedy niespodziewanie kula zabłysnęła, a w środku pojawił się obraz drzwi. Nad nimi zapisane było w Starszej Mowie: MAKROCHARD DORS 80 — Co to jest?— zdziwił się Bajdel. Musiał ujrzeć wielki dziw, gdyż poetę trudno było wytrącić z równowagi. — KOMP— odpowiedział Plik ze spokojem — Że jak? — Krystaliczny Obwód Magii Powszechnej. KOMP — On coś robi? — Ba, robi, nawet sporo. Dzięki niemu potrafię za pomocą wpisania jednego słowa znaleźć zawartość dowolnej księgi. Mogę rozmawiać z mieszkańcami całej Alaspazji, byle tylko mieli kompa! Albo też wysłać wiadomość do przyjaciół i umówić się na sesję RPG. Bajdel słyszał kiedyś o RPG. Polegało na tym, że zbierało się kilka osób i wybierały drogą tajnego głosowania najgłupszego z nich czyli Mistrza Głupoty. Wtedy on kierował losami graczy wcielających się w postacie wysłanników przyszłości i kazał im rzucać kostkami. Najbardziej popularnym systemem Alaspazji był Cyberskin 1969. Akcja rozgrywała się w świecie zdominowanym przez dzikich skinów znad Słupi. Maniacy RPG potrafili całą noc spędzić na zabawie w przygody typu "przynieś piwo Łysemu" oraz zabijaniu w wyobraźni mitycznych cyborgów, czy niewyobrażalnie strasznych potworów z przyszłości- Hipisów. Walki polegały na tym, że gracz rzucał kostką na stół i MG dowolnie interpretował wynik. Można też było trafić w MG i przy następnej okazji zostać pożartym przez komornika z Torbą +3. No ale zaprosić na taką sesję za pomocą wiadomości... — Wiadomość!— Przypomniał sobie 3jaja— A możesz wysyłać pocztę do tych, co nie mają kompa? Można wysłać im Fonklica? — Nie, a czemu pytasz? — Chcę wiedzie㏠kto wysyła Fonklica! — No to patrz. To mówiąc, wyjął mysz z klatki, złapał ją za ucho i pociągnął za ogon. W kuli coś zagrzmiało, zaświeciło i w środku zaczęły wyskakiwać przedziwne symbole. Starzec wystukał na tabliczce jakieś słowo, zapewne "Fonklic". Pudełko zabrzęczało. W końcu w kuli pojawił się jakiś tekst. — Trafiony, zatopiony!— krzyknął Plik— Mamy ich! Samoatak z Żelkowa. Księga 633, strona 402. —Żelkowo jest tutaj! Rzut kiełbasą od Bydlina!— ucieszył się Bajdel— zabijemy ich i znajdziemy potężne artefakty! Poeta wyjął księgę z półki i jął kartkować. — Tu jest! Znalazłem! Masz wiedźmak, czytaj! 3jaja zaczerwienił się. — Ale wiesz, ja tak nie bardzo widzę bez binokli... no i to jest tak niewyraźnie napisane... — Nie możesz mi po prostu powiedzieć, że nie umiesz czytać? Ja rozumiem, że niektórzy pochodzą z nizin społecznych i nie mieli okazji się nauczyć! Bajdel uważał, że jak ktoś umie czytać, to od razu jest szlachcicem. Sam poeta w rzeczywistości był synem zubożałego szlachcica i przełożonej domu publicznego. Wychowywał się w miejscu pracy matki i nauczono go czytać i pisać tylko po to, by prowadził zapiski rachunkowe. Kurtyzany uwielbiały rudego chłopca i potrafiły całymi dniami z nim rozmawiać. Był jedynym osobnikiem płci męskiej, który nie traktował ich jak dziwki. Dlatego też zwierzały mu się ze wszystkich swoich problemów. Oczywiście wtedy Bajdel był dzieckiem, a gdy dorósł, chętnie chadzał na dziwki, a doświadczenie z lat szczenięcych wykorzystywał do uwodzenia kobiet. Poeta zadarł w górę i tak już zadarty nos i odczytał dumnym głosem: — "Samoatak: organizacja z siedzibą w Żelkowie, powstała w 74 roku, założona przez A. Rzepera; specjalizacja: produkcja Fonkliców, blokada gościńców, hodowla rzepy; Samoatak zrzesza 17 członków"... hi hi, ale będzie rzeź! — Rzeźnia— splunął 3jaja na puchaty dywan śliną jeszcze zabarwioną ciasteczkiem. I obaj zaśmiali się demonicznie.

Jeśli powiedzieć o Żelkowie, że to zadupie, obraziłoby się inne zadupia tego świata. Dla pięciu chałup pochylonych wokół studni nie było nazwy. Dlatego o miejscu tym mówiono Żelkowo, a nazwa ta oznaczała różowe prosiaczki baraszkujące wraz z dzieciakami po podwórzu, bezkresne pole rzepy i malownicze babuleńki tkające bezkształtne kilimy. Gdy dwaj tajemniczy przyjezdni, jeden zielonowłosy z groźnym mieczem, a drugi elegancki jak spod igły na skołtunionym wałachu, przybyli do osady, jej mieszkańcy nawet ich nie zauważyli. W innych miejscach Bajdel i 3jaja byli albo witani jak bohaterowie (gdy wiedźmak zabił jakiegoś potwora lub poeta miał tam swe wielbicielki) lub rzucano w nich pomidorami i sałatą (gdy wiedźmak nie chciał zapłacić podatku lub poeta ułożył kuplet na temat małego przyrodzenia miejscowego bohatera). Jednak Bajdel nie byłby Bajdlem, gdyby nie wymyślił sposobu zwrócenia na siebie uwagi. Podbiegł do staruszki siedzącej na ławie przed chatą i wrzasnął jej do ucha "Pobudka! Goście przyjechali!". Babuleńka tylko spojrzała na muzyka z ukosa i wróciła do stanu półsnu, w którym przed chwilą się znajdowała. — Oni tu są ułomami od tych Fonkliców— stwierdził muzyk— lepiej się stąd oddalmy, bo jeszcze na nas przejdzie! Nagle zza chaty wyszedł przybrudzony chłopiec, lat około sześciu. W dziecku nie byłoby nic niezwykłego, gdyby miało na sobie choć strzęp ubrania. — Babcia głucha jak pień, nie usłyszała, coście gadali— powiedział uprzejmie — Tak, widzieliśmy, chcieliśmy się jednak upewnić— tłumaczył 3jaja— słuchaj chłopczyku, nie wiesz może, gdzie mieszka pan Rzeper? Bardzo byśmy chcieli się z nim spotkać. Dzieciak ze zdumienia otworzył usta, ukazując kolekcję dorodnych dziur w uzębieniu i rekordową hodowlę próchnicy. — A żebym to ja wiedział! Nie ma tu żadnego Rzepiera. — Jak to nie ma?— zdziwił się Bajdel— a kto produkuje Fonklica? 3jaja myślał, że zaraz Geralt samoczynnie wyskoczy z pochwy i poderżnie poecie gardło. Mówić o Fonklicu w miejscu publicznym, to jak... no w każdym razie mogą cię za to powiesić. Albo co najmniej wrzucić Fonklica do piwa. Ale dzieciak zareagował zupełnie inaczej, niż tego oczekiwał wiedźmak. Wieśniacy potrafią być nieprzewidywalni, niczym krowa wpuszczona do tawerny. — A nie mogliście tak od razu? Idźcie tam. Wskazał chałupę nie różniącą się niczym od innych domostw. Taki sam brud, takie samo zaniedbane podwórko. Tymczasem dzieciak gdzieś znikł i przyjaciele musieli radzić sobie sami. Cóż było robić, przywiązali konie do płotu, choć obawiali się, że ktoś mógłby je ukraść i przerobić na koniki na biegunach czy polędwicę wołową. Im bardziej 3jaja zbliżał się do drzwi, tym większy odczuwał niepokój. Już czuł na karku lodowaty oddech Fonkliców. Nie bał się jednak. Strach jest czymś, czego wiedźmacy nie znają. Nie znają. Nie znają! Pocieszony nieco tą myślą z całej siły naparł na drzwi. Sądził, że są zamknięte na zasuwę, w końcu za nimi działy się niebezpieczne rzeczy, których nie miały prawa oglądać oczy śmiertelników. Tymczasem wejście stało otworem. 3jaja przekonał się o tym, lądując wraz z wyłamanymi drzwiami na deskach podłogi. — Uważaj, jeszcze zakurzysz mi włosy!— pisnął Bajdel. Wiedźmak otrzepał się z domniemanego kurzu i rozejrzał po izbie. Nie posiadała ona okien, jedyne światło wpadało do niej wąskim strumieniem przez dziurę w dachu. Na połamanych półkach piętrzyły się stosy kartek. Na wielkim, byle jak skleconym stole pełzały białe niczym majtki księżnej larwy. Na suficie siedziały owady tegoż samego koloru. Całe pomieszczenie wypełniał furkot setek maleńkich skrzydeł. W powietrzu unosił się odór nieświeżego mięsa. Bajdel poczuł na plecach zimny pot. Dopiero po chwili, widząc, że właściciela przybytku prawdopodobnie nie ma w domu, wyprostował się i podniósł głowę do góry. Jednak wciąż krył się za wiedźmakiem. Ten zaś z uwagą obserwował podejrzane robaki. Coś mu przypominały. Gdy sobie przypomniał, było już za późno. Fonklice! Jak tylko wymówił myśli to słowo, do izby wkroczył mężczyzna, będący zapewne A. Rzeperem. Twarz jego przypominała rzepę, która za długo leżała na słońcu. Nie różnił się tym od innych rolników, skórę miał ogorzałą i brązową, a dłonie stwardniałe od pracy. Jednak w jego wyglądzie dostrzec można było niewielki szczegół, wyróżniający go spośród chłopów, coś, co wiedźmin dobrze znał. Nie chodziło o broń, którą wieśniak nosił na plecach, w tych nie bezpiecznych czasach większość wydałaby wszystko na najlichszy miecz. Chodziło o oczy. Oczy mężczyzny były brązowe. 3jaja znieruchomiał strwożony. Nie mógł stawać przeciw niemu, zabraniał tego wiedźmacki kodeks, a poza tym Rzeper był wiele od niego starszy i na pewno by zwyciężył. Wieśniak, widząc osłupienie wiedźmaka, zawahał się chwilę, lecz w końcu zdecydował się na walkę. Ze skórzanej pochwy wydobył ciężkie, lśniące srebrzyście widły. Chwycił narzędzie niczym oburęczny miecz, szczerząc zżółknięte zęby w potwornym grymasie. — Śmierć wam, mieszczuchy— syknął z wiejskim akcentem. — Przepraszam, ale mieszczuchem nie jestem— odpowiedział 3jaja— wychowałem się w Mukhetootha. Widzisz więc, że jestem wiedźmakiem jak i ty, więc dlaczego mnie atakujesz? — Ja? Chyba ci krowa ucho potrąciła. Jestem wieśminem i chronię wieś przed takimi jak ty. Ty se myślisz, że jak żeś jest z miasta, to ci wszystko wolno, możesz się tu panoszyć, zabijać niewinne potwory, wykupywać nasze ziemie i budować nowoczesne chlewy, pozbawiać pracy Tazmańskich rolników i sprowadzać tu brudne krasnoludy! Wieśmin nie wiedźmin, czyli zabić można. 3jaja, pokrzepiony tą myślą sięgnął po Geralta. Gdy tylko poczuł chłód doskonale wyważonej rękojeści, jego ciało ogarnęło przyjemne ciepło. Potrafił walczyć. Wielokrotnie zabijał. Rzeper zaś stał niewzruszony niczym głaz. Nie bał się tego zielonowłosego młokosa. Nie imponował mu magiczny miecz ani pokaźna blizna. W ciągu trzydziestu siedmiu lat walk nauczył sie osądzać przeciwnika po tym, jak radzi sobie w boju, a nie po ilości mięśni i groźnych spojrzeniach. W zasadzie ci, którzy najbardziej łypali i posiadali największe miecze, najszybciej padali. Ponadto im cięższy topór, tym słabsza główka, powiadali mędrcy. Oczywiście 3jaja nie dbał o to, jakie zrobi wrażenie na przeciwniku. Z pewną dozą nonszalancji chwycił Geralta lewą ręką i wykonał precyzyjnego młyńca nad głową wieśmina. Następnie złapał miecz w obie dłonie i zaczął podrzucać go pod sam sufit chałupy, aby zawsze spadał głownią do podłogi, gdyż w ten sposób można go było elegancko łapać. Na zakończenie pokazu uderzył Rzepera płazem miecza w krtań, by wydał dźwięk podobny do rechotu żaby. Wiedźmak uśmiechnął się od ucha do ucha i zgiął się w akrobatycznym ukłonie. Rzeper patrzył z politowaniem na te wygłupy. Nie atakował jednak. Trzydziestosiedmioletnie doświadczenie nauczyło go, że nie należy się spieszyć. Ten, kto zadaje pierwszy cios, pierwszy spotyka się z bogami, powiadali mędrcy. 3jaja nie wierzył w bogów, więc ochoczo zabrał się za walkę. Ciął od dołu, zamierzając trafić w brzuch. Jednak wieśmin ze zwinnością wiejskiego kota podczas rui odskoczył na bok. Wiedźmak ze świstem przeciął powietrze. Już miał się zachwiać i upaść, lecz z niemałą trudnością udało mu się oprzeć na głowni Geralta. Ten moment słabości został wykorzystany przez Rzepera, który pchnął przeciwnika w klatkę piersiową. Ułamek sekundy przed śmiertelnym ciosem 3jaja zdołał się uchylić, nie zdążył jednak cofnąć ręki. Z przerażeniem patrzył, jak trzy ostrza bezlitośnie zbliżają się do jego nadgarstka. Chłód stali i zdrętwienie martwej tkanki. A później palący ból, jakby widły zostały nasączone trucizną. Wiedźmak z trudem otworzył zaciśnięte dotąd powieki i przerażony spojrzał w miejsce, gdzie niegdyś znajdowała się jego dłoń. Dłoń wciąż się tam znajdowała. Nie została nawet draśnięta. Zęby broni nie trafiły na rękę, przeszły obok. Wiedźmak odetchnął. Nie dane mu było jednak radować się z powodu dobrego zdrowia. Wściekły wieśmin nie zamierzał mu tego darować. Ryknąwszy coś w wiejskim dialekcie, zamachnął się grabiami na 3jaja. Wiedźmak był w szoku, nie miał szans. Zapewne jego czaszka zostałaby zmiażdżona rolniczą bronią, gdyby do akcji nie wkroczył Bajdel. Dotychczas nikt nie raczył go zauważyć. Stał więc cicho w kącie, nie przeszkadzając w walce. Jednak teraz przypomniał sobie czar, którego niegdyś nauczyła go znajoma czarodziejka. Pamiętał, miał sentyment do tego zaklęcia. Nazywało się Płonący Kamień i potrafiło zapalić włosy ofiary. Nic więcej, ale innych czarów poeta nie znał. Z niepewnością zaczął wymawiać inkantację. Ameviem odoeghn vudnidig nead! Gdy tylko starożytne słowa zabrzmiały w jego ustach, wieśmina otoczyła gęsta, jasnoszara mgła. Rzeper ze złością wrzasnął, co uważa o matce Bajdla. Była to prawda, więc muzyk nie obraził się. Zaś wieśmin wykrzykiwał coraz to nowe przekleństwa, związane z burakami oderwanymi od pługa i odbytami wypchanymi dynią. W końcu niespodziewanie umilkł. Okazało się, że czar nie wyrządził mu krzywdy. Trefna magia. Pozwoliło to jednak 3jajom na dojście do siebie. Wyprostował się i uniósł Geralta do śmiertelnego ciosu. Lecz zanim miecz opadł ciężko na ramię nieprzyjaciela, Rzeper próbował uderzyć wiedźmaka. Jednak wcelował widłami z podłogę, wybijając sporą dziurę. Wieśmin z trzaskiem uderzył głową o deski. Słychać było jeszcze dźwięk pękających kości, ciche mlaśnięcie i momentalnie całą izbę ogarnęła przerażająca cisza. Ani 3jaja, ani nawet Bajdel nie mieli ochoty się odezwać. Obawiali się, czy przeciwnik naprawdę jest martwy. Wszystkie znaki na to wskazywały. Wokół zwłok leżała powiększająca się kałuża krwi. Ciało stawało się coraz sztywniejsze i zimniejsze. Można było pchać palce do oczu Rzepera, a ten nawet nie pisnął. Był więc martwy niczym trup. Cóż, trzydzieści siedem lat doświadczenia to mało w porównaniu z miliardami lat istnienia magii. — Co ty na niego rzuciłeś?— zapytał po chwili 3jaja — Czy ja wiem?— odpowiedział nieco zmieszany Bajdel— na pewno nie Płonący Kamień, hehe. Czekaj... a, wiem to było... nie mogę, ale ze mnie agent. Centralnie! O bogowie, już nawet poeta zaczął posługiwać się krasnoludzkimi odzywkami. Jakby nie można było od brodaczy uczyć się jak ciężko pracować. Ale nie, dzisiejsza młodzież musi przejmować tylko złe obyczaje. — Co?— burknął muzyk w odpowiedzi na nie wróżące nic dobrego spojrzenie przyjaciela— aha, tak. Wiesz co, ja na niego rzuciłem Usilnienie! Dobre, nie? Taki był silny, że z całej siły walnął na ryj! Wiedźmak nie uznał tego za śmieszne. W krytycznych momentach należy zachować powagę. Dlatego też, zamiast przeglądania cudzej korespondencji leżącej na półkach, zajął się przeszukiwaniem ciała wieśmina. Znalazł główkę czosnku, święty symbol jakiegoś wiejskiego bóstwa, kieszonkowy nóż i list. Czyżby Rzeper umiał czytać? — Tak, wiem— zaśmiał się Bajdel— zapomniałeś binokli i chcesz, żebym to przeczytał. Dawaj. 3jaja, pokraśniały z zażenowania, podał poecie wymiętą kartkę, poplamioną krwią i moczem. List głosił:

Drogi Przyjacielu! Dopełnił się czas, aby wydarzenie to miało miejsce. Proszę cię o niezwłoczne przybycie, gdyż nikt tak nie zagrzewa drużyny naszej do boju, jak ty to robisz. Pokażemy krasnoludom, na co nas stać! Mam nową tajną broń, dryblingowane podanie. Do zobaczenia w Bierkowie Dnia Szczwanego Wilka. Twój Aen'Ghel — A co to znowu?— zdziwił się wiedźmak— Bitwa jakaś będzie! Ludzie chcą podbić plemię krasnoludów, podając im Fonklice. Spieszmy do Bierkowa, ratować świat! Co to jest Dzień Szczwanego Wilka? — Pospólstwo tak dziwnie nazywa dni, bo nie zna liczb. Wieśniaki. Albo Szczwany Wilk, albo Rudy Mamut. Co za różnica? Możemy pojechać do tego Bierkowa na piwko... to już, spadamy stąd. 3jaja złapał poetę za frak — Czego chcesz?— obruszył się muzyk Wiedźmak dał mu widły wieśmina i gestem nakazał, by obserwował, co się zaraz będzie działo. Chwycił Geralta i z dzikim wrzaskiem natarł na Fonklice. Potwory były zbyt małe, by miecz mógł je trafić, lecz zestresowane uciekały na cztery krańce świata, by nie czynić już więcej szkody. Poecie bardzo się ta zabawa spodobała. Uniósł ciężki oręż i jął ganiać za owadami w szaleńczej furii. I nawet widły nie były dla niego za ciężkie! Fonklice wkrótce rozpierzchły się niczym kijanki z bajora uciekające przed śmierdzącym butem krasnoluda. Zadanie można było uważać za wykonane. Czas wyruszyć do Bierkowa!

Im niżej słońce stało w zenicie, tym głośniej Bajdel narzekał. Kulbaka uwierała go w dupę, od kilku godzin nie miał w ustach bimbru, od dwóch dni się nie mył i nie pomacał żadnej dziewki. W mniemaniu poety taki stan rzeczy oznaczał tragedię sromotną. 3jaja także nie był zbytnio uradowany. Ciągle tylko łazimy po miastach, narzekał. A lasy? Lasy musiały poczekać, tak samo jak i jeże pragnące bezpiecznie przekroczyć gościniec. Na drodze panował niesamowity tłok. Wszelkiej maści szulerzy, rzezimieszki, zboczeńcy, zabójcy i przede wszystkim wieśniacy zmierzali w stronę Bierkowa. Większość z nich miała na szyjach biało-czerwone szaliki z owczej wełny. Wszyscy radośnie pokrzykiwali, szturchali się i próbowali oderwać innym sakiewki. Wśród ludzkiego gwaru gdzieniegdzie przetykały się zakute w stal krasnoludy o pomalowanych na czerwono-biało toporach. Czerwień jak krew i biel jak łzy dziewic, niedoszłych żon chłopców, którzy nigdy nie wrócą z wojny. A więc szykowała się wojna, ludzie emigrowali na nizinę by bezpiecznie ją przeczekać. Cieszyli się ostatnimi chwilami wolności i wykrzykiwali hasła bojowe, by zagrzać żołnierzy do boju. Smutny widok. — 3jaja, a my mamy zapobiec wojnie?— zapytał Bajdel, jak zwykle pełen obaw — Nie bój się, przyjacielu— pocieszał wiedźmak— wojna nie nastanie, bo przekonamy krasnoludzkiego króla, że nie warto wojować. Spójrz tylko na twarze tych kobiet i dzieci, przecież nawet krasnoludy mają serca... no dobra, z kamienia, ale mają, nie? Poeta nie miał więcej pytań. Miał właśnie pomysł na zabawną piosnkę propagandową na temat serc wroga. Opisze je jako twarde niczym stal, co ją noszą na sercach i nieczułe niczym topory, wgryzające się w miękkie ciała młodych rekrutów. Oczywiście przedstawi tam też swoje pacyfistyczne poglądy i opisze, że podczas wojny piękne kobiety są gwałcone. Wtedy nikt na wojnę nie wyruszy, chcąc pilnować swych żon i córek, a muzyk będzie miał w karczmach większe audytorium. — Ale nudy— westchnął 3jaja— ile jeszcze tak się będziemy ciągnąć? Mogłoby się teraz coś ciekawego wydarzyć. W tym momencie bogowie uśmiechnęli się i postanowili spełnić jego prośbę. Niech ci na dole w końcu wiedzą, że ich słuchają. Tym bardziej, że łatwiej jest spełnić życzenie tego zielonowłosego, niż tych bab, co się przez dwadzieścia lat modlą o syna, a są dziewicami. Oblicz uśmiechnął się serdecznie. Wiedźmak zaś doświadczył znanego wszystkim uczucia. Zabolał go żołądek i pewna rzadka, brązowa maź miała nieprzepartą ochotę wydostać się na zewnątrz. U mniej cywilizowanych ludów nazywa się to sraczka. — Muszę w krzaki!— jęknął. Bajdel nie kwestionował tej prośby. Po kozim serze ze spiżarni Rzepera także nie czuł się najlepiej, ale doświadczenie z przeróżnej jakości trunkami nauczyło jego jelita wytrzymałości. Bez słowa skierował swego wiernego wałacha w stronę pobocza. Psotka i koń poety narobiły niemałego zamieszania, na chwilę wstrzymując ruch i doprowadzając ludzi do nieprzyjaznych reakcji. Nim ich pańciowie zostali jednak zlinczowani przez bezwzględną tłuszczę, wierzchowce szczęśliwie dotarły na soczystą trawę. 3jaja szybko zeskoczył z kobyłki i nie dbając o otoczenie, zdjął spodnie i od razu w powietrzu pojawił się swojski zapaszek. Niczym zielona strzała ze smukłego elfiego łuku, wiedźmak pognał w najbliższe krzaki. Niestety, listowie rośliny było znacznie przerzedzone, więc nie zakrywało wiele. Gdy wiele lat później poeta opowiadał o tym incydencie, prawił "Wtedy wiedźmak wlazł w krzaki, ale one były takie łyse i wszystko prześwitywało. Jak na niego popatrzyłem to aż mi szczęka opadła. Wiecie, strasznie podobało mi się to co, w nim najlepsze i taaaakie długie!" Wtedy zbereźni rozmówcy myśleli, że 3jaja ma niezwykle długiego kołka. Czy wszyscy muszą myśleć tylko o jednym? Niestety, większość humanoidów myśli, że kołek jest dłuższy od nogi, gdyż pewnie biedacy nigdy nie mierzyli, zaś kobiety nie słuchają Bajdla. A jemu chodziło o to, że jego przyjaciel ma zgrabne i umięśnione nogi. 3jaja, nieświadom podglądania, właśnie kończył się wypróżniać. Rozsiewał wokół siebie charakterystyczne zapachy i jeszcze bardziej charakterystyczne dźwięki. Od czasu do czasu wzdychał rozkosznie i pociągał nosem. W końcu wrzasnął coś niezrozumiale, zatoczył się, cudem unikając spotkania z aromatyczną substancją i wreszcie wyprostowany, z wyrazem ulgi na twarzy, stanął przed Bajdlem. — Możemy ruszać— oświadczył — Nie— rzekł poeta— znowu ci się zachce i będziemy jak łosie szukać ustronnego miejsca. Zostań chwilkę i poczekaj, aż cię znowu nie weźmie. Wiedźmin usiadł pod brzozą i oddał się rozmyślaniu. Kilka razy jeszcze zmuszony był chodzić w krzaki, aż w końcu rozbolał go odbyt i nie był w stanie podcierać się liśćmi. Wciąż czuł coś lepkiego między półdupkami i chodził, ocierając kolanami o siebie, by w ten sposób mniej zabrudzić spodnie. Na dodatek wciąż bolał go żołądek. Nic to, pomyślał, każdy bohater ma chwilę słabości. Byle ochronić świat, reszta nieważna! Gdy zdecydowali się kontynuować podróż, niebo zaczęły zasnuwać chmury. Wzmógł się wicher i ciemności szarą falą poczęły spływać na świat. Kolejna noc nastawała, kolejna kochanka płakała na sienniku samotna, kolejne dziecko modliło się do Oblicza przed snem, by zniszczył jego nauczyciela. Dwóch jeźdźców kłusowało przez osnuty ciężką mgłą gościniec, spiesząc do miasta, gdzie już dawno powinni być, gdzie wkrótce rozegra się wydarzenie tworzące w przyszłości historię, historię niezbyt chwalebną, acz zupełnie ludzką. Na drodze nie pozostał już nikt, jeno jeże mogły wreszcie wrócić do domów i tłumaczyć się matkom, że był korek i nie miały jak przejść. Przy okazji wywietrzał z nich cały zapach piwa z muchy. Bierkowo nie spało tej nocy. Ulicami ciągnęły się barwne korowody radosnych ludzi, tawerny i karczmy pełne było podchmielonych wesołków, pokrzykujących i bełkoczących do siebie. Nikt nawet nie spostrzegł dwóch spóźnionych istot, przemykających na rasowych wierzchowcach. Jedynie nieumiejętnie podkute kopyta dzwoniące po bruku oświadczały światu, że ktoś przemyka obok. I długo jeszcze przemykali, gdyż w żadnej oberży miejsc znaleźć nie mogli. Każda ich rozmowa z właścicielem wyglądała tak samo. — Czy można tu przenocować?— pytał Bajdel. 3jaja zawsze chował się za rogiem, gdyż jego wygląd potrafił skutecznie zniechęcać ludzi. — Nie można— odpowiedź zawsze była taka sama — A nie moglibyśmy na strychu czy w stajni albo tutaj pod stołem? Gdziekolwiek... mamy złoto, możemy dobrze zapłacić. Mogę też zaśpiewać piękne pieśni, wie pan, jestem uznanym bardem. — Byś był nawet matką Oblicza w zaawansowanej ciąży, i tak bym cię nie wpuścił. Miejsc nie ma i już. Spojrzyj no tylko, ludź na ludziu, a jak się popiją i legną wszyscy na podłodze, to nie będzie jak przejść. Przykro mi. Poeta wtedy robił smutną minę i teatralnym gestem ocierał z policzka wyimaginowaną łzę. Niestety, w dzisiejszych czasach ludzie są nieczuli na krzywdę innych. Myślą tylko o zyskach albo nie chcą się poświęcać dla innych. Po obejściu wszystkich dostępnych lokali w mieście przyjaciołom zrobiło się ciężko na duszy, gdyż nadziei wszelakiej się z serc wyzbyli. I oto nagle przed nimi jak spod ziemi wyrosły, nieotrzepawszy się jeszcze z kurzu i brudu, zamajaczył budynek szary, niepozorny, krzywy, jakby na chwilę tylko przycupnął gdzieś w kąciku i zaraz miał zamiar ruszać w świat. Już z daleka zalatywał skwaśniałym piwskiem, przypalonym mięsiwem i zupą rybną. Jego ściany były swojsko upstrzone plamami z moczu. Bajdel poczuł się tu prawie jak w domu. Brakowało tylko obecność kilku pań lekkich obyczajów. Już miał zostawić swego wiernego rumaka, gdy 3jaja powstrzymał go ledwo zauważalnym w mroku skinieniem głowy. — Ja pójdę— zaoferował się— w takiej melinie na pewno spojrzą przychylniej na twardego wojaka, niż na takiego wyfircykowanego cwaniaczka jak ty. Zresztą ja też kiedyś muszę spróbować... a jakby co to powiem, że jestem dobrym druidem i mi roślinki obrosły łeb. Wiedźmak otulił się mocniej kozim płaszczem i niezdecydowanym krokiem wszedł do przybytku. W środku panowały ciemności. Ni jedno oko nie zaświeciło, nawet robaczki świętojańskie nie raczyły sobie polatać pod powałą. Lecz od mroku gorszy był zaduch, mocny fetor potu i ryby, przyprawiający o mdłości. 3jaja pewnikiem by zwymiotował, gdyby tylko cały kozi ser nie uciekł drugą stroną. Wiedźmak, muskając koniuszkami palców rękojeść Geralta, wkroczył w głąb sali. Smród nasilił się jeszcze. Słychać też było przyspieszony oddech pozostałych gości i przyciszone rozmowy. W końcu odezwał się i karczmarz: — Co pan se myślisz, żeby uczciwych ludzi tak nachodzić po ciemku, w środku nocy i po mieczu się macać? Pokaż pan ryj i gadaj, jakie twoje zamiary, żebym cię nie musiał siłą wykopywać!— zagrzmiał. — Spokojnie, już staję w rozkroku i daję się przeszukać— prawił ostrożnie 3jaja. — Zboczeniec! Zboczeniec tu przyszedł! Zara nas pomorduje albo co i gorzej!— wrzasnął ktoś. — Ludzie, uspokójcie się!— przekrzyknął wiedźmak tamtego— Przyszedłem tu, bo chcę przenocować, jak ktoś ma coś przeciwko mnie, niech mi powie "Do widzenia", a nie wrzeszczy i wyzywa od zbereźników. Nie moja wina, że tu ciemno, było zapalić jakie świece, jak wam łuczywa pogasły. — Przepraszam— bąknął karczmarz— Wżdy to nie nasza wina. Świece wszelakie, łuczywa, kaganki, latarki i inne bańki dawno już powykupywane, więc po ciemku siedzimy, przynajmniej spokój jest i dziewek nikt nie waży się tknąć, bo jeszcze trafi na flakowatą rzyć dziada jakiegoś. To damy panu miejsce w stajni na czystym sianie, będziesz miał tam jeno osła Maurycego za towarzystwo, on nie skubie po rękach, nie bójta się. To jedyne miejsce co się jeszcze ostało. A z tym zboczeńcem to tylko tak, by sprawdzić, czy kto prawy, bo jak jaki złodziej, morderca, zbój czy jaki inny wiedźmuch przylizie, to zara ucieka, bo myśli, żeśmy go przydybali. I spokój jest. — Ale ja mam jeszcze kobyłkę i towarzysza z koniem... Zmieścimy się? — A juści. Nie dawaj tylko Maurycemu jeść, bo znowu będzie puszczał wiatry i gości odstraszał.

Za nocleg zapłacili tyle, ile kosztowałby tydzień w normalnej oberży w normalnych czasach. Ale przed wojną nasiliło się skąpstwo i jak zwykle cierpiał lud pracujący, nie dość, że mniej zarabiał, to jeszcze więcej płacił. O słodki dniu Rewolucji... 3jaja nie miał okazji zbyt wiele śnić o owym dniu, przeszkadzały mu wrzaski i uczucie, że ogon osła znajduje się wprost nad jego głową. W dodatku Bajdel chrapał w rytm melodii "Do boju, stary junaku". Pozostał tylko stan czujnego półsnu i marzenia na jawie. Nawet Psotka nie chciała rozmawiać. Nastał świt, ciężki od chmur i zawodzeń znachorek, wilgotny od rosy i biało-czerwony od szalików. Wszyscy ludzie zmierzali za miasto. Towarzyski Bajdel chciał pójść za nimi. — Zobaczysz, będzie fajnie— namawiał wiedźmaka— Gdzie ludzie, tam zabawa i piwo! — Mamy uratować świat od wielkiej wojny— przypomniał 3jaja— a nie zabawiać się na wiejskich festynach — A jak tam właśnie będzie wojna i teraz takie czasy, że wszyscy muszą obserwowa㏠co robią wojska? Co ci zaszkodzi iść za nimi? Może przy okazji czegoś się dowiesz? Argumenty poety były jak zwykle nie do zbicia, dlatego wiedźmak z udawanym ociąganiem zaczął oporządzać wierzchowce, gdy Bajdel wybierał się pożegnać karczmarza i wyłudzić bochenek chleba, mówiąc, że to dla konia. Nim Psotka poczuła siodło na swym srokatym grzbiecie, wrócił muzyk, bledszy niż zazwyczaj. — 3jaja, ty wiesz, co tam się dzieje?— zapytał retorycznie— tam normalnie jest jakaś speluna czy melina pełna najgorszych żuli! W środku takie dryblasy, że dziesięciu takich jak ty nie da jednemu rady, piją piwo zmieszane ze szczynami i przeklinają jak krasnoludzki snajper spod mostu. Na ziemi leżą potłuczone naczynia, resztki baraniny sprzed roku, jakieś zwłoki, zaschnięta krew, biegają szczury, dziewki mają pryszcze i wąsy! Pewno czyściej w tej stajni, niż u nich w pokojach! Wiedźmak nie miał zamiaru tego sprawdzać. Szybko oddalił się od okropnego miejsca. Na razie wolał nie wsiadać na Psotkę, gdyż upadek na niewinnego człowieka mógłby zakończyć się tragicznie. Zresztą kobyłka bała się tłumów, dlatego wiedźmak musiał mieć głowę jak najbliżej pyska swej ulubienicy, by bezustannie szeptać jej uspokajające słówka. Bajdel też prowadził swego wałacha za wodze, by nie zdejmował damom kapeluszy. Również zwierzę mniej się męczyło, gdy żaden poeta nie szturchał go co chwilę piętami. Szli więc wszyscy razem, podążając za biało-czerwoną masą, aż doszli na rozległą łąkę. Ustawiono tam byle jak sklecone ławki, w połowie już zajęte. Siedzący na nich ludzie wymachiwali szalikami i śpiewali. Po drugiej stronie, na solidnych zydlach siedziały mniej licznie krasnoludy, jak zawsze opanowane. Bajdel i 3jaja usiedli z boku, by nie przeszkadzać nikomu. Wierzchowce stały obok nich, by nikt nie ważył się ich ukraść. Bajdel zauważył, że na przeciwległych krańcach łąki rozmieszczone są dwa drewniane stelaże w kształcie prostokąta, z przymocowanymi siatkami podobnymi do rybackich sieci. Ciekawe, do czego służyły? Nie miał czasu się zastanawiać, oto na łąkę wbiegł tuzin ludzi ubranych nieprzyzwoicie (a gdy poeta tak uważał, znaczyło, że ich odzienia są gorzej niż nieprzyzwoite), czyli w czerwone pantalony ledwo zasłaniające pośladki i białe koszule. Chwilę później pojawiła się taka sama liczba młodych, pulchnych dziewcząt w samej tylko bieliźnie, dzierżących podejrzanie wyglądające pędzle. Za nimi wbiegł podstarzały, otyły kurdupel. Po dłuższym przyglądaniu się Bajdel stwierdził, iż mężczyzna ten jest po prostu krasnoludem, tylko nie ma na sobie zbroi płytowej, co u tej rasy zdarza się nader rzadko. Ale pod fałdami niezbyt czystego kubraka wyraźnie zarysowywał się kształt topora. Krasnolud zawsze musi mieć topór przy sobie, bez niego czuje się nagi. Ludzcy mężczyźni ustawili się w równym szeregu, zaś dziewczyny stanęły przy obserwujących i wypięły tyłki. Krasnolud gwizdnął donośnie. Wtedy z krzaków wyszedł tuzin krasnoludów, wszyscy jak jeden mąż odziani w szkarłatne kaftany i granatowe spodnie. Mieli też lekkie kolczugi i ciężkie, niedokładnie wytarte z krwi topory. Stary krasnolud dał im znak i ustawili się naprzeciw ludzi. 3jaja nie wytrzymał. — Słuchaj no, o co tu chodzi? Co tu się dzieje?— zapytał nieco gwałtownie rudego chłopaka, który przycupnął za nimi, by lepiej wszystko widzieć. — A pan co? Z elfiego ucha się urwał?— dziwił się wyrostek, że aż usta otworzył— Toż to cała chyba Alaspazja wie, tylko pan nie. — Jestem z Zaa, tam nie ma krasnoludów, więc nie wiem— skłamał wiedźmak. Znaczy się, skłamał co do pochodzenia, bo nie miał pojęcia o składzie ludności tego odległego państwa. — Ach tak— pokiwał głową z politowaniem, spoglądając na zielone włosy— Zaa to daleko, nie? Ale dobre przyprawy tam robią, tylko drogie... No, a tutaj to mecza robią. Ludzie kontra krasnoludy. To jest taka gra, co się piłka nożna nazywa... Fusbal po krasnoludzku. Biegają za piłką i próbują wkopać do bramki. A ten stary to sędzia i im mówi, jak zrobią coś źle... ale najlepsze są te tutaj- czirliderki. Nie ma pan pojęcia, jak wymachują cyckami... — Czekaj. To znaczy, że nie ma wojny? Nie będą płakać czyste dziewice? Nie będą dzieci modlić się do bogów, by zachowali ich tatusiów? Nie będzie Bajdel pisał gniotów o walecznych sercach? — Też pan wymyślił— przyłączył się do rozmowy starszy jegomość o szlachetnych rysach twarzy— Kto tedy będzie od nas kupywał wołowinę i od kogo będziem brać takie dobre piwo? Wojna mogłaby zabić nowoczesnom gospodarkę i ten, jak go zwą? Demojakośtam. Tera mamy nowe czasy. Epokę ununnilu! — Cicho!— przerwał chłopak— nadchodzą krasnoludzkie czirliderki... ale obleśne baby! Zara zacznie się mecz! Jedynym kobiecym elementem czirliderek były ogromne piersi, zawieszone na tłustych brzuchach. Krasnoludki miały takie same brody, jak męscy przedstawiciele rasy i zapewne tak samo też pachniały. Nic dziwnego, że wielu krasnoludów szukało kochanek wśród o wiele ładniejszych niziołek, a ze swoimi żonami spędzali noce tylko dla przedłużenia gatunku. Gdy cała gromada stawiła się na boisku, sędzia dał znak i wtedy krasnoludy zaczęły śpiewać swą narodową pieśń w twardym, niezrozumiałym krasnoludzkim języku. Widzowie na trybunach (oczywiście tylko po ich stronie) wstali i jęli wymachiwać toporami i co najdziwniejsze, nie zrobili sobie krzywdy.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych