Tajemnica garbuna
Nawet obrzydliwy pokraka marzy o szczęściu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tajemnica garbuna
Pierwszy kamień świsnął mu koło ucha i ciężko pacnął w pobliską kałużę, wypełnioną po brzegi cuchnącą gnojem czarną wodą. Bezwiednie poruszył wyschniętym na wiór językiem, zlizując przy okazji kilka kropel, który spadły ochładzając mu wargi. Woda śmierdziała nawet we wnętrzu jego gardła. Skulił się, czekając biernie na następne kamienie, które spadną niechybnie na jego koślawe plecy. Brag był przyzwyczajony do tego rodzaju zabaw. Po prostu strażnicy zamkowi nudzili się i by trochę chociaż poprawić sobie humory, szczuli na niego miejscowych parobczaków, przyglądając się później, jak ci próbują wyprostować mu skrzywione plecy i rechocząc przy tym zjadliwie, czynili zakłady, który z zamkowych obwiesiów rozwali wreszcie czerep garbusa. Ale Brag miał twardą czaszkę! Kiedy parobkom było już dość, odczołgiwał się do swojej kryjówki w pobliżu stajni, gdzie zakopywał się w podgniłym sianie, aż kopniak któregoś z masztalerzy nie wydobył go na światło dzienne lub wygłodzony żołądek nie domagał się, by zapchać go resztkami, które litościwa ręka czasem zostawiała niedaleko grodowej świetlicy. Brag przypuszczał, że było to dzieło starej Flo, która z niewiadomego powodu zdawała się nim opiekować, chociaż, kiedy trafiał do jej królestwa – mrocznej, zamkowej kuchni, nieraz obrywał potężne cięgi wymierzone jej ciężkimi łapskami. Brag wiedział jednak, że jej ciosy tak naprawdę nie zrobią mu wielkiej krzywdy, a przynajmniej nie takiej, jakiej mógł się spodziewać ze strony rozwścieczonych parobczaków. A rozzłościć mogło ich cokolwiek! Choćby dzisiaj nie dość szybko ustąpił z drogi przyciężkawemu stajennemu Drogowi, który tylko łypnął na niego swym jedynym zdrowym okiem, splunął i wrzasnął na całe gardło: - Odmienieeec! I to wystarczyło! Chwilę później Brag skulony we dwoje uciekał przed hordą rozwrzeszczanych pachołków, którzy zataczając koło zapędzili go na pokryty rozlewiskami błotnych kałuż placyk niedaleko świniarni, skąd nie było już żadnej drogi ucieczki. Powoli krąg się zacieśniał. - I co pokrako?! – wysyczał przez resztki zębów kudłaty Marg. – Zaraz rozłupiemy twój wstrętny gnomi łeb! – podniósł z bajorka u stóp oślizgły kamień i rzucił. Brag zamknął oczy i czekał. Ale ku jego zdziwieniu kolejne kamienie nie leciały w jego kierunku. Zaskoczony uchylił z lekka powieki. Krąg był przerwany! Parobczaki kulili się w pobliżu drewnianych tramów świniarni, a kudłaty Marg klęczał w samym środku bajorowatej kałuży przed stojącą w smudze słońca postacią. Dopiero po dobrej chwili Brag uświadomił sobie, kim jest osoba, której pojawienie się tak nagle przerwało „zabawę” parobczaków. To była Jolanda! Córka komesa Stogniewa – miejscowego grododzierżcy, który surową ręką sprawował rządy w Dali. - Czego chcecie od tego biedaka? – gniewnym głosem zapytała Jolanda i władczym ruchem rozsunęła kłębiących się u jej stóp pachołków. W tym momencie pobladły nagle Marg zanurzył kudłate włosy w śmierdzącej kałuży. To upokorzenie największego wroga sprawiło Bragowi niewysłowioną radość. Dotąd to tylko on zwykle lądował w zgniłej wodzie. Córka komesa postąpiła znowu krok do przodu, bacząc jednak uważnie, by nie powalać w błocie długiej, szkarłatnej sukni. - Ostawcie go w spokoju! – powiedziała dumnie unosząc głowę i obrzuciwszy nieuważnym spojrzeniem wyratowanego przez siebie nieszczęśnika zakręciła się na pięcie i jak zjawa z innego świata zniknęła z pola widzenia garbusa. Brag jeszcze długą chwilę nie był w stanie się poruszyć i to wcale nie z powodu obawy przed parobczakami, czy grodowymi strażnikami, którzy zresztą jak na rozkaz poniknęli z grodowych murów. Do tej pory Brag widział kasztelankę tylko raz i to ze sporego oddalenia. Widywał ją oczywiście, kiedy była jeszcze dzieckiem i w otoczeniu kilku nianiek bawiła się na zamkowych podworcach. Potem jednakże Jolanda wyjechała na długo. Mówiło się, że stary Stogniew wysłał ją po nauki na dwór księżnej Fiolunelli w Kuropatkach, gdzie miała nabrać niezbędnej dla damy ogłady i odpowiednich dla osoby z jej pozycją manier, których z pewnością nie zdołałaby osiągnąć z prostackimi w obejściu kobietami zamieszkującymi zamek w Dali. Co prawda komes niezbyt chętnie rozstawał się z ukochaną córką i dopiero interwencja grafiny Monto – siostry jego zmarłej młodo żony, skłoniła go do odesłania Jolandy do Kuropatek. Teraz jednak, kiedy coraz głośniej mówiono o jakichś niejasnych zagrożeniach, które miały spaść na spokojne zwykle krainy Zagórza, wolał mieć córkę w swoim pobliżu. I dlatego gdzieś miesiąc wcześniej w orszaku zakutych w miedziane blachy gwardzistów zastukały na zamkowych kamieniach okute koła zgrabnej dwukółki, skąd dumnie spoglądały na rodowe gniazdo niebieskie oczy kasztelanki. Wtedy to właśnie Brag zobaczył ją po raz pierwszy. Tymczasem zaś wśród parobków i grodowej czeladzi zaczęły rozchodzić się plotki o możliwym ataku, jaki może grozić Zagórzu ze strony Wielkiego Imperium Apostatów, których wężowe wojska miały spłynąć lada chwila z cienistych zboczy Gór Brązowych. Tego bano się jednakże w Dali może najmniej. W końcu gród leżał daleko od spodziewanego miejsca ataku, oddzielony od gór potężnymi fortyfikacjami Grodgórza, gdzie siedział waleczny hrabia Mąciwił, o którym wiedziano powszechnie, że prędzej każe pogrzebać się pod zamkową fosą, niż przepuści przez swoje ziemie choćby jednego odszczepieńca. Na dodatek niedaleko był uważany za niezdobyty Malowany Gród, który zgodnie z kursującymi wśród gawiedzi przepowiedniami nigdy nie mógł wpaść w ręce nie-ludzi. W Dali bardziej obawiano się wieści, jakie nadchodziły z zachodu i południa. Nieliczni kupcy, którzy w ten niespokojny czas przedzierali się przez Wielki Trakt Południowy mówili przy kuflu pienistej winnej nalewki o świecących na zboczach Gór Niebieskich oczach, a nawet o migających w oddali watahach przeraźliwych górskich gnomów. Plotkowano nawet, że zagrożenie może też przyjść ze wschodu, chociaż, jak pamięć ludzka sięga, nie słyszano, by plemiona piaskowych ludzi opuściły kiedykolwiek obszary Wielkiego Pustkowia Wschodu. I coś w tych plotkach, szerzących się po karczmach i izbach czeladnych musiało być z prawdy, bo sam komes kilkakrotnie wyjeżdżał na czele świecących w letnim słońcu gwardzistów i znikał na kilka dni, a po powrocie kazał rozsyłać gońców aż na zielone zbocza Gór Niebieskich, zaś zagony gwardzistów z Dali po raz pierwszy od wieków zapuściły się w straszliwe moczary u brzegów Rzeki Barwionej. Czego tam szukały? O tym w zamku woleli jednak nie wiedzieć. Wszystkich mieszkańców Dali opanował gorączkowy wręcz pośpiech. Okoliczni chłopi, zamieszkujący pobliskie sioła, nie czekając na rozkazy ekonomów, czy na to, by zboże dojrzało, wychodzili z sierpami na pola i żęli ledwo co żółtawe kłosy. I o dziwo, nikt ze sług komesa nawet nie próbował temu przeciwdziałać. W zamku też przybywało ludzi. Każdy, kto tylko mógł wysyłał przynajmniej dzieci na teren podgrodzia. Okolica pustoszała! A w zamku wrzało coraz bardziej! Jedyną istotą, która wydawała się nie przejmować wzrastającym w grodzie zgiełkiem, był garbaty Brag. Od momentu, kiedy kasztelanka wzięła go w obronę żył jakby w innym świecie. Cały czas przed oczami stała mu dumna postać Jolandy, taka, jaką ją widział wtedy. Skąpana złocistymi promieniami słońca, które rozświetlały burzę jej złotorudych włosów, wydawała mu się wtedy tak piękna jak żadna inna mieszkanka całego Zagórza, a może nawet wszystkich Krain Środka. Nie zważając na miotane na swoją głowę obelgi, którymi raczyły go przechodzące pokojowe młodej kasztelanki, ani nawet na wylewane przez okna kubły z nieczystościami, specjalnie spuszczanymi przez kuchcików prosto na jego zmierzwioną głowę, całymi dniami snuł się w pobliżu wieży, gdzie znajdowały się komnaty córki komesa Stogniewa. Czasami udawało mu się ujrzeć przez uchylone z powodu gorąca wąskie okna zarys kobiecej głowy, w której domyślał się uwielbianej kasztelanki. A pewnego dnia zobaczył ją w całej jej krasie, kiedy wraz z dwoma dwórkami zachęcona do tego piękną, letnią pogodą i nieobecnością w zamku ojca, który z niewiadomych dla niej powodów nakazywał surowo, by nie opuszczała murów, wyszła z wieży zażyć przechadzki. Brag, kiedy ujrzał ją, wyłaniającą się spoza ciężkich drzwi, zaledwie kilka kroków od niego, zastygł w bezruchu. Czekał na jeden chociażby gest z jej strony i patrzył, starając się zapamiętać każdy szczegół z jej bladawej lekko twarzy i ciemnoniebieskich oczu. - Pani! – Jedna z dwórek spojrzała na niego z obrzydzeniem, spluwając przy tym prosto w twarz garbusa. – Odmieniec! Brag czekał, że jego wielbiona kasztelanka weźmie go znowu w obronę, ale Jolanda nie raczyła nawet na niego spojrzeć. Jedynie drobny ruch ręki, jaki uczyniła w kierunku postępującego za nią potężnego gwardzisty, wskazywał, że jednak dostrzegła jego obecność. Następną rzeczą, jaka dotarła do świadomości Braga, był świński ryj, który metodycznie obwąchiwał mu oblicze. Leżał w samym środku chlewiku, dokładnie upaprany świńskimi odchodami i zdawało mu się, że nie ma w nim ni jednej całej kości. Przez opuchłe oczy z trudnością rozpoznawał zamglone kształty. Z głośnym jękiem podniósł się i kuśtykając podążył ku wyjściu. Przez kilka kolejnych dni przestał pełnić swoją wartę pod wieżą kasztelanki, lecząc poturbowane, garbate ciało. Na jego szczęście uwaga zamkowych pachołków zajęta była zupełnie innymi sprawami i przynajmniej na razie dali mu całkowity spokój. Tak więc jedynym zmartwieniem garbusa stała się codzienna miska strawy, której domagał się jego burczący głośno żołądek. Czasem ukradkiem dawał się zamknąć w chlewiku i nim świniarczykowie się spostrzegli wyjadał z koryta nieco zbełtanych pomyj. Czasem stara Flo litowała się nad nim i przywoływała go gniewnym gestem do swego królestwa . Częstowała go wtedy z lekka stęchłymi, warzywnymi obierzynami, które po świńskich pomyjach smakowały mu jednak jak danie z królewskiego stołu, po czym Brag musiał przez długie nocne godziny szorować zaschłe złogi tłuszczu z mosiężnych patelni i garów, jakie zwalała mu pod nogi olbrzymia kucharka. Aż krew puszczała się z poranionych rąk garbusa. Ale nie narzekał! Po jakichś sześciu dniach wrócił na swój posterunek pod wieżą Jolandy. Tym razem jednak już po paru godzinach zjawił się koło niego mrukowaty gwardzista, który kilkoma brutalnymi kopniakami wyrzucił go na główny dziedziniec. Groźnie wymachując wielkim buzdyganem wystękał nad jego głową ostrzeżenie. - Jak jeszcze raz dostojna pani Jolanda poskarży się – charczał, wypluwając na skołtunioną głowę garbusa grudki tłustej śliny – że twój smród przeszkadza jej zasnąć, to urwę ci ten plugawy łeb, odmieńcze! Rozumiesz?! – gwardzista spuścił gwałtownie rogaty buzdygan. Brag poczuł na policzku pieczenie. Jeden z kolców otarł się o jego twarz. Tego dnia już pod wieżę nie wrócił. Za to w jego głowie począł kiełkować pewien plan. Wieczorem podkradł się pod okienko niewielkiej sutereny, gdzie, jak wiedział, spędzała wieczory stara kucharka i pojękliwym, przerywanym głosem, starając się, by nie dosłyszeli go krzątający się po podworcu strażnicy, począł nawoływać: - Pani! Dostojna pani!- wołał cicho, by wreszcie z większą odwagą zagrzmieć - Dostojna Flo! Chyba właśnie to spowodowało reakcję. Pergaminowa karta, którą przesłonięta była okiennica zaszeleściła i z okna wychyliły się najpierw tłuste, poprzetykane siwizną włosy kucharki. - A kogóż tam licho przyniosło? – chrapliwie zapytała Flo, odgarniając pęki opadających na twarz włosów. Brag wyłonił się tuż przed jej grubym nochalem.– A to ty! – chrząknęła przeciągle nosem, machinalnie wycierając go wybrudzonym mankietem. – Głodnyś pewnikiem? - Nie, dostojna pani! – Brag pokręcił głową. – Mam do was inną sprawę, dostojna Flo! - Ty? – przeciągle zachrypiała stara kucharka. – Do mnie? Sprawę? - Chyba wiecie pani, jaką! – w głosie garbusa zabrzmiała pewność. Flo wychyliła się mocniej i podejrzliwie obrzuciła wzrokiem otoczenie. Chwilę później zaskrzypiały drzwi i silna ręka wciągnęła Braga do sutereny, której wnętrze rozświetlało jedynie cuchnące smołą łuczywo wetknięte koło drzwi. Mimo panującego półmroku garbus doskonale widział napięcie w twarzy gospodyni, która nerwowymi ruchami napełniała mosiężny kubek pieniącą się nalewką. Dopiero popiwszy tęgiego łyka, zwróciła otyłą twarz w stronę garbusa. - Jednak się dowiedziałeś, co? – zapytała z napięciem wpatrując się w oblicze Braga. - Ano dowiedziałem się! – potwierdził pewnym tonem garbus, chociaż w ogóle nie miał pojęcia, o czym stara gada. - Zawsze jej powtarzałam, że nie da się długo przed tobą tego ukrywać! – jakby do siebie zaskrzeczała Flo. – Ale ona była taka uparta! Taka głupia! – wzruszyła gniewnie półnagimi ramionami. – A twój ojciec...! Takiego dziwaka nigdy wcześniej nie widziałam! Żeby cieszyć się z tego, że urodziło mu się garbate dziecko. No ale nie dziwota! – zerwała się nerwowo z ławy, na której przysiadła. - W końcu czegóż można się spodziewać po przybłędzie z dalekiego Zachodu. Ponoć, nim do nas się przybłąkał – na nieszczęście twojej matki, biedaku – mieszkał wiele lat w straszliwej Meganie, gdzie ludzie żyją razem z odmieńcami. - Mój ojciec nie był z Zag…órza? – wyjąkał z wysileniem Brag. Twarz starej Flo nagle skurczyła się w nagłym gniewie. - Po coś tu przylazł, wywłoko? – wrzasnęła, popychając go w kierunku drzwi. Starała się przy tym nie dotknąć jego wywiniętych ku górze pleców, co nie umknęło uwagi garbusa. – Wynoś się! – ryknęła na cały podworzec. Skulony Brag umknął w kierunku zabudowań obory, obawiając się, że wściekłe wrzaski grubej kucharki ściągną mu na kark zamkowych strażników. Przez całą noc w głowie szumiało mu od kłębiących się myśli. Zakopany głęboko w podgniłe siano przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Brag właściwie pozbawiony był wspomnień z dzieciństwa. Jak przez mgłę czasami widział pochylającą się nad nim kobiecą głowę, której twarzy nie był jednak w stanie dostrzec. Tak jakby ukrywała ją przed nim. Dobrze pamiętał tylko głos kobiety. Cichy, uspokajający szept, który kołysał go do snu. Do tej pory jednak nigdy nie myślał o niej, jak o swojej matce. Jako coś zupełnie naturalnego uznawał fakt, że nie ma nikogo bliskiego. Do tej pory... Rozmowa ze starą Flo całkowicie wytrąciła go z równowagi. Poszedł do niej, by poprosić ją o radę, jak może zbliżyć się do uwielbianej kasztelanki. Chciał prosić grubą kucharkę o wstawiennictwo, aby wielmożny komes Stogniew przyjął go na stajennego Jolandy. Wierzył, że dzięki temu będzie mógł przebywać choć krótkie chwile blisko kasztelanki. Tymczasem nagły wybuch gniewu kucharki uniemożliwił mu nawet wydukanie swej prośby. Flo jednak wiedziała coś o nim! O nim i o jego rodzicach! Brag teraz coraz częściej myślał o swoich rodzicach. Zaprzestał nawet wędrówek pod wieżę Jolandy, gdzie czyhał na niego milkliwy gwardzista. Natomiast nie spuszczał prawie z oka grubej kucharki, starając się zresztą schodzić jej z oczu, gdyż od nocnej rozmowy jej stosunek do niego zmienił się diametralnie. Nie tylko przestała go dokarmiać, ale wręcz, widząc go, szczuła na niego kanciastych kucharczyków. Dobrze, że coraz mroczniejsze wieści, jakie dochodziły do Dali, nadal odwracały uwagę parobczaków od jego osoby. A i zamek coraz bardziej pękał w szwach od nadmiaru ludzi, którzy kupili się za obronnymi murami. W takim tłumie niepozornemu garbusowi łatwo było się skryć. Brag tymczasem czekał na okazję. Wiedział, że jedyną szansą, by czegoś dowiedzieć się jeszcze od grubej Flo, jest zbliżyć się do niej wtedy, kiedy jej umysł zamroczy się winną nalewką, której zażywała w wielkich ilościach. Jednak ze względu na wzrastającą liczbę gości w zamku stara kucharka miała mniej czasu dla siebie niż zwykle. Do garbusa szczęście się w końcu uśmiechnęło. Tego dnia do zamku wtoczył się duży drabiniasty wóz, cały wyładowany skrzyniami i domowymi statkami, na którego czubku siedziała olbrzymia kobieta z rękami przypominającymi konary drzewa i tubalnym głosem nawoływała Flo. Powitanie, jakiego cichym świadkiem był Brag, wskazywało, że obie kobiety były bardzo dobrymi znajomymi, które jednak nie widziały się już od lat. Kiedy garbus ujrzał w ręku olbrzymki zielonkawy odblask sporej flaszy, wiedział, że nadeszła jego chwila. Mimo burczenia w brzuchu nie schodził ze swego stanowiska w pobliżu kuchni aż do późnego wieczora, kiedy wreszcie podtrzymywana przez jednego z kucharczyków wytoczyła się stamtąd, ledwo powłócząc nogami stara kucharka. Bez większego trudu, niezauważony przez nikogo garbus wślizgnął się do cuchnącej winem sutereny. Flo leżała na barłogu porzucona tam pewnie przez parobka. Przewracała się co chwilę jakby miotana nagłym strachem, a z jej ust wydobywały się bełkotliwe słowa, których znaczenia Brag nie mógł się początkowo domyśleć. Dopiero, kiedy pochylił się nad potężnym cielskiem kobiety, sens słów począł do niego docierać. - Przeklęty znajda... – syczała Flo. – Strzeżcie się... ON się zbliża! Jaskinia... Yyy... Ukryjcie znajdę... Wiedźma... Ukryjcie!!! – przy ostatnim słowie, które zamieniło się wręcz w przeraźliwy skowyt, stara zerwała się i nieprzytomnym wzrokiem spojrzała dookoła. Kiedy dostrzegła pochylającego się nad nią Braga, zaskowyczała i skuliła się, jakby oczekując na cios. - Kim jestem? – próbował wykorzystać moment garbus. – Kim byli moi rodzice?! – potrząsnął drżącym ramieniem kobiety. - Nieeee!!! – przeraźliwy wrzask wyrwał się z ust staruchy i Brag już nabrał ochoty do rejterady, będąc przekonanym, że krzyk ściągnie mu na kark całą straż zamkową, ale zawahał się na moment i wtedy z ust kobiety wydobył się skierowany do niego charkot. – KOZIA GROTA! Idż do Koziej Groty...! Po wypowiedzeniu tych słów Flo zachwiała się i bez przytomności runęła na podłogę, czym ostatecznie wystraszyła garbusa. Brag wybiegł z sutereny kucharki, jakby goniło go stado apostatów i wyrżnął łbem wprost w nadchodzącego Kleba – dowódcę strażników. Ten zaskoczony nagłym pojawieniem się przed nim człowieka, przykucnął, dając tym samym czas garbusowi na wyślizgnięcie się z potężnych rąk. Brag zatrzymał się dopiero, kiedy mury zamku przesłoniły pierwsze drzewa. W czasie którejś ze swoich ucieczek przed kamieniami ciskanymi przez parobczaków natrafił na niewielką dziurę w murze. Dorosły mężczyzna nie miał żadnej szansy, aby przecisnąć się przez nią, ale Brag przypominał raczej kilkunastoletniego chłopca i bez trudu mieścił się w wąskiej szparze, doskonale zamaskowanej wielkimi kępami grubego łopianu. To tędy właśnie wymknął się teraz garbus, który w tym momencie kierował się głównie instynktem. Wiedział, że nikt nie uwierzy odmieńcowi i strażnicy zatłuką go po prostu na śmierć. Krzyk Flo musiał zwabić Klebę i ten widząc ją nieprzytomną lub – czego Brag obawiał się najbardziej – martwą, uznałby go za napastnika, który chciał obrabować kucharkę albo zbyć ją cnoty. Żadne tłumaczenia, by tu nie pomogły. Kto by zresztą chciał słuchać takiej pokraki jak on. Jedno było pewne! W zamku pozostać nie mógł! Z początku biegł na oślep. Otrzeźwiły go dopiero mocne uderzenia gałęzi i głuche pohukiwania puchunów, które wzbiły się w powietrze wystraszone rumorem czynionym przez garbusa. Zdał sobie sprawę, że dalszy karkołomny bieg przez puszczę może się dla niego skończyć w najbliższym wykrocie, albo w paszczy jakiegoś drapieżnika, którego rozbudzą wydawane przez niego odgłosy. A o Starym Borze, na którego terenie znalazł się, opowiadano w Dali tak mrożące historie, że skołtunione włosy Braga stanęły w jednej chwili dęba. Noc spędził u podnóża potężnej sosny, drżąc z zimna, a może bardziej z rosnącego strachu. Nie był w stanie zebrać myśli. Każdy odgłos podrywał mu nogi do biegu i tylko wysiłkiem woli powstrzymywał się, by nie pobiec z powrotem w stronę mroczniejącej w oddali fortecy. Na jego szczęście noc skończyła się szybko i powoli z mroku zaczęły się wyłaniać wyraźniejsze zarysy drzew oświetlane pierwszymi, nikłymi jeszcze promieniami wschodzącego słońca. Gdy mroki nocy, a wraz z nimi również nocne koszmary rozwiały się w blasku letniego dnia, garbus zagłębił się w szumiącym borze, pożywiwszy się wcześniej kilkoma garściami zebranych jagód, których cierpko-słodkawy smak czuł jeszcze długo. Mimo że praktycznie nigdy nie oddalał się od zamku, wiedział, w którą stronę powinien się kierować. Każdy mieszkaniec Dali słyszał o Koziej Grocie i jej mieszkance. Na samą myśl o tym nogi uginały się pod Bragiem, a w wykrzywionych plecach rozchodziły się nagłe fale gorąca. Garbus jednak kroczył dalej na wschód, zagłębiając się coraz bardziej w Stary Bór. Nie miał już nic do stracenia. Do zamku droga była dla niego zamknięta. Czasami w chwilach zwątpienia miał ochotę lec pod jakimś drzewem i poczekać na zbliżającą się śmierć. Coś jednak stale zmuszało go do dalszego marszu. Szedł na oślep, nie bacząc już na kierunki. Wiedział, że do Koziej Groty trafi, nawet gdyby tego nie chciał. Jeszcze przed zmrokiem Brag dostrzegł zmianę monotonnego krajobrazu. Teren począł się piętrzyć i garbusowi coraz trudniej przychodziło pokonywanie kolejnych przeszkód. I tak miał niesłychane szczęście, że na trop tak łatwego łupu nie wpadł dotychczas żaden drapieżnik. Widział co prawda dwa wielkie niedźwiedzie, które jednak zignorowały go zupełnie. Gdzieś w oddali słyszał też stadko żerujących dzików. Natomiast na żadne krwijaki czy krasnoludy nie natrafił. Niestety coraz mniejszą również nadzieję miał na dotarcie do Koziej Groty przed zapadnięciem ciemności. A na kolejną noc w samym środku puszczy nie miał najmniejszej ochoty. I wtedy ją właśnie zobaczył! Kozia Grota wyłoniła się przed jego oczami jakby wyjęta z trzewi ziemi. W jednej chwili jej nie było, a kiedy mrugnął oczami, już była. Zdumiony przetarł oczy i patrzył na ciemną jamę Groty, z której zionęło stęchlizną. Wiedział już, że znalazł Kozią Grotę! Długo jednak trwało, nim zebrał wystarczającą ilość odwagi, by wejść w ciemność, jaka spowijała jaskinię. Kilka głębszych oddechów i obraz kasztelanki stojącej w pełnym słońcu pomógł na tyle, że uczynił kilka nieśmiałych kroków w głąb Groty. Wbrew pierwszemu wrażeniu wnętrze jaskini wcale nie było mroczne. Jakaś dziwna poświata wydobywająca się z wilgotnych ścian rozświetlała grotę widmowym blaskiem. Brag szedł wąskim korytarzem, który wił się, meandrując. Co kawałek jego bose stopy zagłębiały się w czymś miękkim. Zaciekawiony schylił się i podniósł kawałek do oczu. Już sam zapach mówił sam za siebie. To był kozi bobek. Teraz już zrozumiał nazwę, jaką nadano grocie. Na wiedźmę natknął się równie niespodziewanie, jak chwilę wcześniej na jaskinię. Po prostu w pewnym momencie korytarz zamienił się w obszerną skalną komnatę, na której środku płonęło spore ognisko. Było dokładnie tak, jak Brag sobie zawsze wyobrażał. Pochylona Wiedźma mieszała dostojnie wielką chochlą w olbrzymim kociołku z parującą cieczą i nuciła pod nosem sprośną piosenkę. W migotliwym blasku ognia garbus mógł dobrze się jej przyjrzeć. Z pewnością była już bardzo stara. Jej oblicze przypominało podziurawione bagnisko, a jedyną w miarę gładką całość stanowiły bystro spoglądające oczy. Na głowie całkiem siwe włosy były już tak mocno przerzedzone, że gdzieniegdzie przeświecała pomarszczona skóra. Z wpółotwartych ust sterczał jedyny ocalały ząb o barwie żółtobrunatnej. Wiedźma zdawała się nie dostrzegać początkowo garbusa, całkowicie pochłonięta mieszaniem w kotle i wywrzaskiwaniem kolejnych zwrotek piosenki o jakiejś koziej panience, na którą oskomę miały wszystkie capy w okolicy. Dopiero głośne chrząknięcie spowodowało, że głowa Wiedźmy obróciła się w stronę przybysza. - Aaa...- zagulgotała rozciągliwie. – Syn Zenda! Proszę! Proszę! Znaczy się gruba Flo nie utrzymała języka za zębami! Słysząc te słowa, Brag otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Na terenie Zagórza wiedźmy raczej rzadko kontaktowały się z ludźmi, żyjąc gdzieś daleko w lasach lub na pustkowiach i chociaż każde hrabstwo szczyciło się posiadaniem własnej wiedźmy, to do ich pomocy uciekano się tylko w ostateczności. Skąd więc wiedźma znała starą Flo? - No coś tak zbaraniał, kochaneczku? – gulgotała tymczasem dalej Wiedźma. – Podejdź no tu! – pokiwała wysuszoną na wiór ręką. Niech no ci się przyjrzę, kochaneczku! Syn Zenda! No, no! Brag niechętnie poddał się dokładnej lustracji, jakiej dokonała Wiedźma. Jej suche ręce na dłużej zatrzymały się na skrzywionym kręgosłupie, by pieszczotliwie poklepać go po nim, mrucząc przy tym jakieś niezrozumiałe słowa. Brag nie był do tego kompletnie przygotowany. Ludzie raczej bali się dotykać jego garb. Dłuższą chwilę trwały te wiedźmie oględziny i garbus zaczął się już niecierpliwić. - Syn Zenda! – powtórzyła po raz kolejny Wiedźma, mlaskając przy tym obleśnie. – Bili? Co kochaneczku? Bili! –zapytała wpierw, a potem twardo stwierdziła, natykając się na jedną z licznych blizn po „pieszczotach” zamkowej czeladzi. – Pewnie nieraz bili! I odmieńcem nazywali? Co? Kochaneczku? Taki to już nasz los! Trzeba się przyzwyczaić! A jak nie, to uciekać! Uciekać kochaneczku, gdzie oczy poniosą! Tak jako właśnie uczyniłeś! Dobrześ uczynił! – znowu poklepała go po garbie, w którym poczuł przyjemne mrowienie. - Pani! – wydukał wreszcie ośmielony poufałością Wiedźmy Brag. – Pani, opowiedzcie mi o ojcu! - Nic o nim nie wiesz! Co, kochaneczku? – roześmiała się rechotliwie Wiedźma. – Siadaj więc i popróbuj mojej okowitki! – szerokim ruchem nalała do wyciągniętego zza pazuchy kubka nieco parującej cieczy. Płyn był gęsty i piekący. Brag zaraz po pierwszym łyku zakrztusił się i z trudem po długiej chwili udało mu się złapać oddech. - Pierwszy raz, co kochaneczku! – śmiała się Wiedźma. Brag pokiwał głową. – Nie dawali,co? A okowitka dobra na frasunek! Oj, dobra! A tobie kochaneczku ciężko na sercu, co? Pij jeszcze! Okowitka piecze jeno z początku! Pij! – starucha zachęcająco poruszyła suchą ręką. Garbus pociągnął więc zdrowo i tym razem napój bez przeszkód przepłynął przez gardło. Chwilę później Brag poczuł, że umysł ma jakby nieco jaśniejszy niż zwykle, zaś troski utonęły w chwilowej niepamięci. Wiedźma uśmiechnęła się szeroko bezzębnymi ustami. - Widzisz, kochaneczku? – pokiwała głową, patrząc na garbusa z widocznym zadowoleniem. – Dobrze ci to zrobi, synu Zenda! Chcesz więc wiedzieć, kim był twój ojciec? – Brag skinął potakująco, zaś starucha nabrała głęboki haust powietrza i drapiąc się co chwilę po brązowych kurzajkach, zaczęła opowiadać. – Dziwny to był człek – ten Zend! W tłumie nikt z pewnością nie zwróciłby na niego uwagi. Mały, pękaty, z dala przypominał toczącą się po ziemi beczkę. Jak to pozory mogą mylić? Kiedy pierwszy raz zjawił się w mojej Grocie, też nie dostrzegłam jego prawdziwej MOCY. Ale gdy spojrzałam w ogień, to... – na twarzy Wiedźmy odbiło się nagłe przypomnienie dawnego strachu. – Lepiej nie przywoływać tego... – starucha spojrzała na garbusa uważnie. – Zend był człowiekiem, jakiegom w życiu nie spotkała, a żyję już dłużej niż sięga pamięć kilku pokoleń. Ale miał potężnych wrogów! Tak potężnych, że musiał umykać przed nimi aż do naszego Zagórza. On wszechmocny magun, przed którym drżały całe królestwa, szukał schronienia u mnie, biednej Wiedźmy z kraiku, o którym może nie słyszał nigdy wcześniej. Ale siły, jakie go ścigały... – starucha znowu przerwała i ciężko łapiąc powietrze zanurzyła usta w parującym ciągle płynie. Dopiero po kilku łykach była w stanie ciągnąć dalej swą opowieść. – Dopadli go na moczarach niedaleko Wielkiej Przełęczy Wschodu. Ostrzegałam go przed NIMI! Widziałam ICH w ogniu! Ale on kazał mi jeno przysiąc, że zaopiekuję się tobą i odszedł na pustkowia, by oddalić niebezpieczeństwo od ciebie i twojej nieszczęsnej matki. I tak jak potrafiłam, czuwałam nad tobą, Bragu synu Zenda! - To ty kazałaś Flo opiekować się mną? – zapytał głuchym głosem garbus. - Tak, kochaneczku! – skinęła starucha. – Miałeś nie zwracać na siebie uwagi! I dojrzewać do tego, do czego przeznaczył cię twój ojciec! - Co to ma być?! – z gorączką w oczach zakrzyknął Brag. - Dowiesz się we właściwym czasie, kochaneczku! – poważnie odpowiedziała Wiedźma. Na razie twój czas jeszcze nie nadszedł! Ale TO już blisko, naprawdę blisko! Czuję to! – bezwiednie wzrok Wiedźmy powędrował ku płonącemu ogniowi, który rozjarzył się natychmiast pod jej spojrzeniem. Bragowi zdało się wtedy, że płomienie przybrały w tym momencie ludzki kształt, który kiwał na niego przywołująco ręką. Chciał już zapytać Wiedźmę o to, kiedy obok jego głowy przeleciał ciemny kształt, uderzając wprost w pierś staruchy. Wiedźma zachwiała się, a z jej ust buchnęła struga gęstej krwi. Napastnicy zaatakowali w zupełnym milczeniu. Było ich trzech. Trzy mroczne kształty rozdzieliły się i zaczęły zbliżać z wolna do kulącego się przy leżącej Wiedźmie garbusa. W ich trójkątnych łbach niewiele było ludzkich cech. Ptasio zagięte, haczykowate nosy nadawały im niesamowity wygląd, pogłębiony jeszcze przez jarzące się zielonkawym blaskiem okrągłe oczy bez źrenic. W nadmiernie wydłużonych, załamanych w kilku miejscach łapskach trzymali groźnie wyglądające brzeszczoty. - Użyj MOCY! – wyjęczała Wiedźma, rozpaczliwie unosząc się na ręce. Garbus spojrzał z przestrachem na starą i bezradnie rozłożył ręce. Potworne stworzenia były już dosłownie o kilka kroków i Brag czuł ich śmierdzące bagnem oddechy. Wiedział, że za chwilę srebrzyste ostrza spadną na nich i już nic nie będzie dla niego ważne. I wtedy właśnie poczuł, że ręka Wiedźmy uniesiona siłą woli dotyka jego pleców. Poczuł dziwaczną falę gorąca rozlewającą się wokół niego. Tego, co stało się później nie pamiętał w ogóle. Kiedy wróciła mu świadomość, najpierw poczuł ohydną woń spalonego mięsa, która o mało nie pozbawiła go znowu przytomności. Kiedy zaś otworzył wreszcie oczy, zobaczył dwa kopcące się jeszcze kopczyki poczerniałych szczątków, wśród których lśniły srebrne brzeszczoty. Trochę dalej wił się w straszliwych boleściach ostatni z napastników, który podkurczał pod siebie na wpół opalone stopy i starał się odczołgać jak najdalej od swego przeraźliwego wroga. - Co się stało? – w głosie Braga zabrzmiało olbrzymie zdziwienie. Patrzył dookoła pełnym zdumienia spojrzeniem i nic nie rozumiał. Czyżby on tego dokonał? Ale jak? - To MOC! – wyjęczała z wielkim trudem Wiedźma, której usta pokrywała warstwa spalonej skóry, a oczy zaszły bielmem. – Musisz się z nią oswoić, kochaneczku! Jest twoim skarbem i nieszczęściem! – przerwała, zdając się tracić przytomność. Trwało to jednak krótką chwilę. – Twój ojciec przekazał ci to w darze! Pamiętaj jednak, że jeśli nie nauczysz się panować nad nią, twój los będzie straszny! - Jak mam się tego nauczyć? – zaskowyczał garbus. – Naucz mnie! - Idź na Zachód! – coraz słabszym głosem powiedziała Wiedźma, a w ustach pojawiły się krople krwawej piany. – Uważaj na ...! Nie dokończyła. Przez jej wyschnięte ciało przeleciał gwałtowny spazm, po którym znieruchomiała. Nie żyła! Brag odwrócił się od jej nagle zmalałego ciała, w którym następował gwałtowny rozpad . Kozia Wiedźma przeżyła chwilę swej śmierci o wiele dziesiątków lat i teraz Natura domagała się swoich praw. Kiedy garbus znalazł się koło skowyczącego piskliwym głosem napastnika, ze starej pozostała już tylko kupka zetlałych kości. - Nie dotykaj mnie! – Głos potwornie okaleczonego stworzenia przypominał skrzeczenie puchuna. Potwór starał się odpełznąć w kierunku wejścia do jaskini. - Kim jesteś? – zrezygnowanym tonem zapytał Brag, nie spodziewając się odpowiedzi. - Będziemy pomszczeni! – szarpnął się stwór i nim garbus zdążył zareagować, szybkim jak błyskawica ruchem rozciął brzeszczotem łuskowatą skórę gardła. Zielonkawa krew bryznęła na bose stopy garbusa, którego żołądek nie wytrzymał już tego i z ust Braga poleciała śluzowata ciecz. Dopiero dobrą chwilę później na tyle opanował swoje odruchy, że był w stanie przyjrzeć się lepiej leżącemu już nieruchomo kształtowi. Brag nigdy nie widział stworzenia chociaż trochę do niego podobnego. Z wyglądu jego głowy wnioskował jednak, że miał przed sobą przedstawiciela straszliwego plemienia pustynnych ludzi, powszechniej znanego jako warwary, a na terenie Zagórza nazywanego po prostu piasożerami. Brag nigdy nie słyszał, by pustynni ludzie opuszczali kiedykolwiek Wielkie Bezludzie Wschodu. I mimo że Zagórze bezpośrednio sąsiadowało z ich siedliskami, żaden piasożer nigdy nie przekroczył pasma rozdzielających obie krainy Gór Nieprzebytych. Podobnie jak żaden człowiek nie zdobył się na odwagę, by zbadać Wielkie Bezludzie. Co prawda opowiadano o magunie Sagu, który miał się ponoć zapuścić na te niegościnne tereny, ale, ponieważ słuch o nim potem zaginął, sądzono, że po prostu zawrócił i ze wstydu wyjechał gdzieś może nawet do samej stubramnej Megany. Brag nie zwlekał już dłużej! Musiał wyjść z tej cuchnącej śmiercią jaskini. I ruszyć zgodnie ze wskazówkami Wiedźmy na Zachód. Kiedy wreszcie owiał go podmuch zimnego powietrza, odetchnął z ulgą. Był środek nocy. Nie spodziewał się, że od jego wejścia do Groty minęło już tyle czasu. Z oddali dobiegał go głuchy łoskot. A w koronach wysokich sosen szeleścił poszum wiatru, ale to nie on zaniepokoił garbusa. Od wschodu, gdzie piętrzyły się Góry Nieprzebyte, słychać było dudnienie. Brag już wiedział, co to było. Dzicy warwarowie przekroczyli granicę. I szli prosto na Dal! Chociaż nie widział jeszcze tych zbliżających się watah potworów z trójkątnymi łbami, był pewien, że zmierzają wprost do zamku. Do jego zamku! Rzucił się do gwałtownego biegu, nie czekając tym razem na poranne słońce. Właściwie nie wiedział, dlaczego to czyni! W końcu w Dali nie spotkało go nigdy nic dobrego. Nie miał tam praktycznie żadnej przyjaznej sobie duszy. W jego głowie pulsowała jednak tylko jedna myśl: Ostrzec Jolandę! Ostrzec Flo! Ostrzec komesa Stogniewa! Nim dognały go pierwsze promienie słońca, jego bose stopy zatupotały na drewnianym moście, jak zawsze przerzuconym przez stromą fosę. Dal nie obawiała się napaści! Brag wrzeszczał jak opętany, tłukąc dłońmi w dębowe wierzeje. Zaspany strażnik pojawił się dopiero po długiej chwili, ale widząc garbusa splunął z obrzydzeniem na ziemię i już miał ciężkim ościeniem zdzielić intruza po głowie, kiedy ten sprytnie uchyliwszy się mu pod ręką, wdarł się na zamkowy dziedziniec, napełniając go wrzaskiem. - Trwoga! Trwoga! – darł się Brag na całe gardło, wywabiając tym kolejnych ludzi na mokre od rosy kamienie, którymi wyłożono placyk za bramą. – Piasożery! Piasożery nadchodzą! - We łbie ci się pomieszało, pokrako! – warknął ponury strażnik, który wytoczył się właśnie z wieży. – Piasożery w Zagórzu! Też coś! Chyba się szaleju ożarłeś, wyskrobku! Nuże, łapcie odmieńca! – zarządził obławę i sam wyciągnął olbrzymie łapska. Brag jednak nie dał się łatwo schwytać. Korzystając ze swych dziecinnych wręcz rozmiarów, z łatwością wymykał się rozespanym jeszcze strażnikom, wrzeszcząc przy tym coraz głośniej: - Straszne warwary! P I A S O Ż E R Y !!! Ratuj się, kto może! Jego ryki wywabiły na dziedziniec coraz więcej ludzi. - Co to za wrzaski?! – potężny głos komesa Stogniewa, który wychylił się z okna zamkowej świetlicy, zapanował wreszcie nad rosnącym zgiełkiem. Nawet garbus, słysząc go, zatrzymał się i bez oporu dał się podprowadzić pod okno. - Ten odmieniec oszalał, panie! – warknął strażnik, starając się zmusić garbusa do uklęknięcia. Ku jego zdumieniu Brag, mimo że mężczyzna użył całej siły swych węźlastych mięśni, nie dał się przydusić do ziemi. - To ten krzywus? – zapytał Stogniew, poprawiając mimowiednie rozchełstaną koszulę i mrużąc oczy krótkowidza. – Czego chce ten odmieniec? - Czcigodny komesie! – skłonił się dumnie garbus, nie bacząc na dłoń strażnika, która chciała mu zatkać usta. – Kilkanaście mil od zamku, w pobliżu Koziej Groty napadło mnie trzech piasożerów, a z oddali słyszałem też zbliżanie się ich całej armii! – Brag znowu pochylił głowę i rzekł: - Każcie dostojny panie zamknąć bramy grodu! Będą tu, nim słońce stanie wysoko! Każcie opatrzyć mury, czcigodny komesie! Nim będzie na to za późno! – garbus zamilkł i z napięciem wpatrywał się w komesa, który rwał nerwowo długiego wąsa. - Panie! – odezwał się Kleba – dowódca zamkowej straży, który w międzyczasie pojawił się na dziedzińcu i nieufnie przypatrywał się garbusowi. – Ten wyskrobek zwiał wczoraj z zamku i włóczył się cały dzień i noc po Starym Borze! A co tam porabiał? – Kleba wzruszył ramionami i postukał się wymownie w czoło, dając wyraźnie do zrozumienia, co o tym wszystkim sądzi! - Pewnikiem, panie – dorzucił drugi ze strażników – klepki mu się obruszyły i oszalał dokumentnie. – Może nawet spiknął się z wyjuchami! Takiemu odmieńcowi to nietrudno! Obwiesić psiajuchę! Jak świat światem nie słyszano, by jakowyś piasożer pojawił się po tej stronie Gór Nieprzebytych! Obwiesić odmieńca! Ot i tyle! Tłum, jaki tymczasem zgromadził się na dziedzińcu, zaszemrał przyzwalająco! Podniosły się okrzyki, a w niektórych ściśniętych dłoniach zaczerniły się kamienie. - Panie! – tym razem Brag padł na kolana. – Każcie wysłać gońców w stronę Koziej Groty! – zaskowyczał głucho. Nie mógł pojąć, dlaczego nie chcą mu wierzyć. - Patrzcie odmieńca! – rozległy się głosy. – Kozia Grota mu się marzy! Z Wiedźmą wszedł w konszachty! Chce nas sprzedać czarownicy! Na bramę parszywca! Obwiesić odmieńca! I ten krzyk rozlegał się coraz głośniej. Już kilku co odważniejszych poczęło sięgać do garbusa, szarpiąc na razie tylko postrzępiony kubrak, w jaki był odziany. Jedynie obawa przed gniewem potężnego komesa, który w zamyśleniu przyglądał się całej scenie i dalej szarpał długiego wąsa, powstrzymywała wszystkich od wykonania rzucanych wobec garbusa pogróżek. Wreszcie Stogniew gniewnie fuknął i obróciwszy się na pięcie, zniknął w oknie. Tłum natychmiast uznał to za gest przyzwolenia i dziesiątki nielitościwych rąk pochwyciło Braga i pociągnęło w stronę zamkowych murów, gdzie już niecierpliwy parobczak przerzucił przez jeden z rzygaczy sznur, zwisający aż do samej ziemi. Drugi szybko skręcił pętlę! Garbus nie bronił się! Nagle wszystko stało mu się zupełnie obojętne. Ci śmierdzący gnojem i potem ludzie, którzy wyglądali nie lepiej od spotkanych w jaskini piasożerów, czy warci byli, by ich ratować. Tuż pod karkiem uczuł rozszerzającą się falę gorąca. Wiedział, co za chwilę się stanie! Na głowie poczuł szorstką powierzchnię pętli, którą zarzucał mu na szyję znienawidzony Marg. Mięśnie garbusa napięły się bezwiednie. Nagle jednak tuż nad jego głową rozległ się przeraźliwy wrzask, który zmroził wszystkich. Jeden ze strażników z rozwartymi szeroko ze strachu oczami wskazywał ręką na wschód i wrzeszczał wrzaskiem nie do opisania. Ci,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Winrich
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…