Teatr
Łatwo jest wyplenić
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Teatr
W naszym zakładzie było tak, że zawsze musiał być zatrudniony pan Mietek. Nie żeby ktoś odważył się to powiedzieć głośno. Niektórzy nawet woleli zdać się na instynkt i o rzeczy nie myśleć. To było naturalne, wynikało z charakteru zakładu i jego historii. Nie żeby ktoś się nad tym rozwodził, ale jakieś 60 lat temu, pewien młody pan Mietek wziął mocno w gębę od dziadka dzisiejszego kierownika i jakoś od tamtego czasu zawsze mamy Mietka w zespole. Oczywiście powiązanie faktów nie było ani pewne, ani oczywiste, ale ja coś podejrzewałem. Nie wiem, jak inni, ja – tak. Nasz aktualny Mietek był kierowcą wózka widłowego. Chłopina uczciwy i zapał miał do roboty, jak trzeba. Kompan zresztą też przedni. Nieraz żeśmy z Mieciem po szychcie szli na piwo, albo ucinali partyjkę brydżyka, gdy kierownik wyjeżdżał po cement. Nie było nam źle – my, fabryka, Mietek. A potem na emeryturę odszedł Zdzich, sprzątacz. Wystarczyły dwa dni bez Zdzicha, żeby nasz niewielki zakładzik zaczął zachodzić syfem. Kierownik dał ogłoszenie do gazety. Już na drugi dzień zgłosił się pierwszy kandydat. Kierownik wziął go do biura. Stach, co to, diabli wiedzą skąd, zawsze wszystko miał w rozeznaniu w przeciągu kilku minut, doniósł, że ponoć nowy ma dobre referencje i że bankowo go kierownik weźmie. Długo tam siedzieli w tym biurze. Potem, ku naszemu zdziwieniu, wyszedł sam kierownik. Przez drzwi widzieliśmy, nowego, siedzącego dalej spokojnie przy biurku. Kierownik wyglądał na podenerwowanego. Minął nas, nie nakazując nawet, abyśmy wrócili do roboty. Wyciągnął paczkę Marsów i zapalił. Oj, tak - wyraźnie coś go wybiło z rytmu, bo zapalił filter, a drugą stronę wsadził do gęby. Nikt nawet nie myślał, żeby podejść i o coś zapytać, ale w jakiś niewyjaśniony sposób, wszystkim nam udzielił się lekki niepokój. Kierownik rzucił peta (tak, wypalił całego od drugiej strony!) i sztywnym krokiem znów skierował się do biura. Gdy nas mijał, wydało mi się, że pod nosem szepce: „No...referencje ma...”. Jeszcze dobre pół godziny tam siedzieli. Wreszcie z pomieszczenia wyszedł nowy, a my udaliśmy, że nie zwracamy na niego uwagi i wróciliśmy do zajęć. Wtedy on podszedł do naszej najliczniejszej grupki i ze sporą dozą nieśmiałości przywitał się, spuszczając wzrok: -Witajcie, koledzy. – Aha, zatrudniony. Sprzątacz był nam dość potrzebny, więc każdy z nas rozumiał, że warto jest go ciepło przyjąć, żeby szybko się zaaklimatyzował i ruszył do roboty. Znowu przerwaliśmy pracę i podeszliśmy uścisnąć mu dłoń. Pierwszy rękę wyciągnął Roman. -Czołem, Romek jestem. -Witam, Mietek. Wszyscy zadrżeliśmy. Spojrzeliśmy z lekką konsternacją na niego, potem po sobie. Słychać było kilkukrotne, stłumione „gul”. To my przełykaliśmy ślinę. Oczywiście postaraliśmy się opamiętać, potrząsnęliśmy z nim po kolei dłońmi, przedstawiliśmy się itd. Kiedy przyszła kolej, aby przywitał go Mietek stary, wszyscy, mimo woli, wstrzymaliśmy oddech. Ale po zabawnym: „Mietek” – „Mietek” obrzucili się tylko wcale bystrymi spojrzeniami, uśmiechnęli i to wszystko (chyba zawsze mniej więcej tak wygląda przywitanie imienników). Mietek stary wsiadł znów na wózek, Mietek nowy dostał miotłę, kubełek z wodą i poszedł z kierownikiem, zobaczyć cały budynek. Tak, to była jedna z tych chwil, w których wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale nikt nic nie mówi. W pewnym sensie ciekawe są takie pozawerbalne porozumienia, ale – słowo daję – wolałbym się tym razem bez tego obyć. Poczuliśmy wszyscy, że tracimy grunt pod nogami. Ich naturalne i swobodne powitanie oraz bojaźliwe wręcz usposobienie nowego dodawały nam nieco otuchy, ale to było zbyt mało. Zdecydowanie zbyt mało. Tak się złożyło, że wracałem tego popołudnia jednym autobusem ze Stachem. Wymieniliśmy uwagi co do ostatniego meczu reprezentacji i budżetu na przyszły rok. Potem przez parę minut milczeliśmy. Zamyśliłem się. Wtem, jak spoza mgły, doszły mnie słowa Stacha. -Ehm... To może kierownik chce wylać starego Mietka...? Oho, miałem teraz pewność, że to nie moje urojenie. Powiedzmy sobie szczerze – strach nas obleciał jak diabli. Po prostu jeden Mietek to była norma. Norma znakomita, ostoja, symbol stateczności. Teraz było ich dwóch. No pomyślcie sami, to nie wróżyło niczego dobrego. Jeden Mietek czuł, że jest figurantem – to jasne. To cały…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…