Ten dom
Kilka lat po drugiej wojnie światowej. Młody chłopak staje się świadkiem wyjątkowych i niezbyt przyjemnych zdarzeń. A wszystko zaczyna się od wizyty w pewnym domu. W tym domu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Felek dosłownie wiercił mi dziurę w brzuchu. Przekonywał, że jeśli nie zaliczymy tego ostatniego domu, to będziemy zwykłymi frajerami.
– Musimy tam iść – gadał tak przy każdej możliwej okazji. - Po prostu musimy.
Nie pamiętam już dlaczego nie spodobał mi się ten pomysł. Może chodziło o te różne dziwne opowieści, jakich można było się nasłuchać o "tym domu"? Powtarzam – nie pamiętam. Na pewno nie chodziło o strach. Wtedy niczego się nie baliśmy. Byliśmy tak zwanymi dziećmi wojny. Dzieci wojny zwykle niewielu rzeczy przeraża, bo to co mogło ich przerazić, już dawno widziały.
Ależ ten Felek się wtedy uparł. Nie dawał sobie wytłumaczyć, że tam, w tej rozpadającej się ruinie niczego fajnego się nie znajdzie. A włazić tam dla zwykłej satysfakcji? No dobrze, to rzeczywiście był jakiś argument.
– W porządku, Felek – rzuciłem w końcu, trochę dla świętego spokoju, żeby już tylko przestał mnie zadręczać.
---
Długo czekaliśmy w krzakach, aż zrobi się dostatecznie ciemno. Właściwie do dziś nie wiem, po co się tak chowaliśmy – opuszczony dom, do którego mieliśmy zamiar się wkraść, stał na końcu świata, czyli nie wiele więcej niż kilometr za rogatkami naszego miasteczka. Nikt nie mógł nas tak naprawdę nakryć. Sąsiednie domy znajdowały się w sporej odległości, na dodatek przesłaniały je drzewa i gęste zarośla. Jeśli ktoś z miejscowych nie miał wyraźnej potrzeby, to i tak starał się nie kręcić w pobliżu tego zrujnowanego drewnianego domu z walącym się dachem. Jak już wspominałem, krążyły na jego temat niezbyt zachęcające opowieści, więc tym bardziej wieczorami nikt się tu nie śmiał zapuścić. Nikt oprócz nas, rzecz jasna.
Na wszelki wypadek jednak zachowaliśmy wszystkie możliwe środki ostrożności. Siedzieliśmy z Felkiem w tych krzaczorach tak długo, aż chałupa oddalona od naszej pozycji o trzydzieści metrów, zaczęła z wolna roztapiać się w nadchodzącym zmroku. Tak się jakoś działo, że im robiło się ciemniej, tym nasza odwaga malała, natomiast sam dom nabierał coraz bardziej groźnego wyrazu. Był zdecydowanie większy niż wszystkie inne w tej okolicy, miał sporą werandę i dwa grube murowane kominy. Nawet teraz, gdy niemal z dnia na dzień zamieniał się w ruderę, nie ulegało wątpliwości, że kiedyś musiał robić duże wrażenie.
Przed wojną mieszkała tu pewna, bogata jak na nasze miejscowe warunki, rodzina. Wczesną wiosną w trzydziestym dziewiątym doszło do potwornego morderstwa. Jakaś banda napadła w środku dnia na jedzących obiad domowników - ojca, matkę i córkę - i bezlitośnie rozstrzelała ich przy stole. Cel napadu był oczywiście rabunkowy, plotki o zgromadzonych przez właściciela domu bogactwach krążyły w tamtych czasach z ust do ust. Kogoś musiały w końcu skusić i zachęcić do działania. Wokół tej sprawy narosło mnóstwo mniej lub bardziej strasznych legend. Sprawców oczywiście nie złapano. Ludzie plotkowali, że przedwojenna policja w czasie oględzin wykryła tam też ślady zabójstwa osoby spoza tej nieszczęsnej rodziny, której ciała nigdy nie odnaleziono. Potem, gdy już okupacja stała się codziennością, tragedia tego domu utonęła w potoku innych, o wiele bardziej straszliwych tragedii. Zresztą przez czas trwania wojny ludność tutaj znacząco się wymieniła. Na miejsce tych, którzy zginęli lub stąd uciekli, przybyli inni i siłą rzeczy najmniej interesowały ich historie ruin, tym bardziej, że przecież, czego jak czego, ale akurat zdemolowanych i rozgrabionych chałup nigdzie nie brakowało.
Pomimo całej tej okropnej przeszłości był to jednak ostatni opuszczony dom w okolicy naszego małego miasteczka, którego z Felkiem nie obejrzeliśmy od wewnątrz. Wchodziła więc w grę kwestia naszych ambicji – naszych, czyli należących do dwóch niewyżytych, czternastoletnich gnojków, które całe dnie korzystały na swoistym zawieszeniu przeobrażającej się rzeczywistości, jeszcze nie pokojowej, ale już też i nie wojennej. Szkoły i tak jeszcze u nas nie działały pełnym trybem. Mieliśmy dużo czasu dla siebie. Ganialiśmy od rana do wieczora po lasach i ruinach z dziecinną nadzieją na odnalezienie wspaniałego skarbu, oczywiście wyimaginowanego w naszych przepastnych wyobraźniach. W ostateczności zadowalaliśmy się byle drobiazgiem, na przykład niewybuchem albo niemieckim bagnetem.
Nie byliśmy jednak aż tak całkiem głupi i naiwni, jak może się wydawać - nie spodziewaliśmy się po tym domu żadnej wielkiej rewelacji. Chcieliśmy go mieć z głowy, przynajmniej ja tak do tego podchodziłem. A Felek? Wtedy wydawało mi się, że to jego jedyna motywacja, to przecież on nalegał na tę wyprawę.
---
Tylko z pozoru sprawa przedstawiała się trudno. Niby od strony pociętej koleinami szutrowej drogi drzwi i okna były pozabijane deskami, na tyłach domu również, a całość tej bryły jawić się mogła jako niedostępna. My jednak wcześniej zrobiliśmy odpowiednie rozeznanie. W jednym z narożników, w rozłażącej się konstrukcji ścian, utworzyła się całkiem spora dziura pomiędzy belkami. Obaj byliśmy dosyć drobni, więc uznaliśmy w czasie oględzin, że spokojnie się przez to ucho igielne przeciśniemy.
Wreszcie nastała całkowita ciemność. Schowany za słabymi chmurami księżyc dawał akurat tyle światła, ile nam było potrzeba. Wyskoczyliśmy z krzaków, przebiegliśmy drogę i błyskawicznie zaszliśmy dom od tyłu. Nie potrzebowaliśmy włączać latarek, zostawiliśmy je sobie na potem. Widzieliśmy w ciemnościach jak koty.
W całkowitym milczeniu rozpoczęliśmy akcję. Felek, jako nieco większy ode mnie, ruszył pierwszy. Ze sprawnością pająka wpełzł w dziurę między belkami.
– Dawaj – szepnął już ze środka – przejdziesz bez problemu.
Podążyłem za kolegą.
W środku śmierdziało stęchlizną, gnijącym drewnem i czymś jeszcze, czymś nierozpoznawalnym – w opuszczonych, poranionych wojną domach zwykle właśnie tak śmierdziało.
Wiejskie chałupy składały się najczęściej z dwóch przechodnich izb z prowadzącą na podwórze sienią. Tutaj rzecz przedstawiała się nieco inaczej. Kilka dużych izb, spory przedpokój, oddzielna kuchnia z kaflowym paleniskiem. Właściwie z jego resztkami, bo zostało ono metodycznie, kafel po kaflu, rozebrane przez nieznajomych zaradnych ludzi. Niewykluczone, że służy gdzieś do dziś. Wszystko to, co przedstawiało jakąkolwiek realną wartość, już dawno zostało stamtąd wyniesione. Większość pomieszczeń wyczyszczono do gołych ścian. Większość, ale nie wszystkie. Ku naszemu zaskoczeniu największy pokój, pełniący chyba niegdyś funkcję bardzo reprezentacyjnej jadalni, został najmniej zdewastowany i rozkradziony. Właściwie gdyby tam solidnie posprzątać, to dałoby się tam od biedy dalej żyć.
Ostały się w nim zdemolowane, lecz wciąż trzymające się jako tako kupy meble: krzesła i solidny stół z blatem w kształcie elipsy. Leżała na nim resztka sparciałego koronkowego obrusa. Przy przeciwległej do wejścia ścianie ziała czarną czeluścią zdemolowana wielka trzydrzwiowa szafa z rozbitym lustrem w środkowych drzwiach. Skrzydła wisiały smętnie na resztkach zawiasów. Pozostała również komoda z powybijanymi drzwiczkami. Stało na niej kilka oprawionych w ramki zdjęć. Wszystko oblepiała warstewka pyłu zmieszanego z brudem.
Wyciągnąłem z mojego harcerskiego plecaka małą elektryczną latareczkę, którą dostałem niegdyś od dziadka Edmunda. Bateryjka starczała na bardzo krótko, więc mieliśmy niewiele czasu. Oświetliłem nią po kolei wszystkie ściany i wszystkie pozostawione graty. Zaraz potem skierowałem żółtawą plamę światła na pozostawione zdjęcia. Były tak pożółkłe i wyblakłe, że nie dało się rozpoznać, kto na nich został uwieczniony. Poza tym nic więcej. Wszędzie tylko całe firany pajęczyn zwisających girlandami z odsłoniętej przez popękany tynk na suficie trzcinowej siatki.
– Dobra, Felek, zwijamy się – zarządziłem. – Nic tu po nas. Chałupa zaliczona. – Poczekaj – zaoponował Feluś z zaskakującą jak na niego stanowczością w głosie. - Jeszcze się rozejrzę. Trzeba przeszukać tę szafę. – Przecież tam nic nie ma, głupku – zaprotestowałem ze złością, bo przecież gołym okiem wspomaganym latarką widać było dokładnie wyczyszczone przez kogoś wnętrze.
Felek jakby zupełnie mnie nie słuchał. Odchylił na całą szerokość wszystkie z trojga drzwi i dokładnie przejrzał całe wnętrze swoją latarką.
– Tu coś jest! – krzyknął. – Cicho! – nakazałem i natychmiast doskoczyłem do niego. – Co to? – zapytał szeptem, ale raczej skierował to pytanie do samego siebie. – Nie wiem – odparłem – ale zaraz się przekonamy.
Kazałem Felkowi trzymać latarkę i sięgnąłem po leżące na samym dnie szafy filcowe zawiniątko. Było całkiem spore, posiadało obiecujący ciężar. Przeniosłem je ostrożnie do stołu, położyłem na jego pokrytym grubą warstwą blacie. Nie bez trudu wreszcie udało mi się odwinąć najgrubsze warstwy filcu. Coś w środku pakunku ostrzegawczo zabrzęczało. Przez moją nieudolność jego zawartość wysypała się z przeraźliwym jękiem na podłogę. Obaj nieźle się przestraszyliśmy. Gdy oddechy nam się wyrównały, nakazałem Felkowi oświetlić podłogę. Leżała na niej sterta ozdobnych sztućców. Noże, widelce, łyżki. Kucnęliśmy nad znaleziskiem. Wziąłem w dłoń jeden z noży, mrugnął do nas odbitym światłem latarki. Nie trzeba było być żadnym ekspertem od drogocennych przedmiotów – już sama waga nożyka mówiła swoje. Jeśli jednak ktoś miałby mieć jakieś wątpliwości, to zapewne rozwiać je musiał sposób ich wykonania – rękojeści wszystkich sztućców zostały bardzo bogato ozdobione w połyskujące złotem esy-floresy. Bez dwóch zdań cały ten zestaw musiał mieć jakąś wartość. Najprawdopodobniej dużą wartość.
Felek wyłączył latarkę.
– I co z tym robimy? – zapytałem cicho. – Zostawiamy czy bierzemy?
– Głupiś? Bierzemy! – prychnął Felek.
Mnie jednak nagle ogarnęły potworne wątpliwości. Z jednej strony znaleźliśmy te sztućce i zgodnie z niepisanym powojennym prawem był to nasz łup. Gdzieś jednak wewnątrz duszy nie miałem przekonania, czy aby na pewno powinniśmy sobie przywłaszczyć AKURAT te sztućce. Było to bardzo dziwne, przydarzyło mi się coś takiego pierwszy raz, właśnie wtedy. Wcześniej obce mi były podobne skrupuły. Wcześniej zawsze po prostu brałem, co wpadało w dłonie.
Zamilkliśmy. Jak sądzę, Felek wyczuł tę moją rezerwę.
– Zróbmy tak – zawyrokował w końcu – weźmiemy te bibeloty i pokażę je mojemu ojcu. On oceni, co to jest, zna się na takich sprawach, powie nam też, co dalej z tym zrobić. Przecież jak je tu zostawimy, to za tydzień może ktoś inny tu wleźć i po prostu sobie to wszystko zabrać.
Kiwnąłem głową w ramach akceptacji tego pomysłu. W gruncie rzeczy również nie byłem jednak do niego przesadnie przekonany. Ojca Felka znałem tylko ze szczątkowych opowieści mojego kumpla oraz krążących na jego temat niestworzonych historii, i nie wydawał mi się być osobą godną zaufania w takiej akurat sprawie. Owszem, handlował różnymi rupieciami mniej lub bardziej wartościowymi (któż wtedy się tym nie zajmował), był w gruncie rzeczy jednym z bardziej znanych handlarzy w okolicy. Ciągnęła się za nim fatalna reputacja. Niby nic nie ryzykowaliśmy w tym przypadku, tak czy siak, zawładnęły mną jakieś bardzo niedobre przeczucia. Nic jednak mądrzejszego niż rozwiązanie podsunięte przez Felka nie przychodziło mi do głowy. Wygrała blada nadzieja, że może rzeczywiście zrobimy dobry interes. Ojciec Felka wypłaci nam za to znalezisko jakieś pieniądze, a ja je oddam matce - taki rozwój wypadków wydał mi się od biedy możliwy.
– No dobra – poddałem się w końcu – weź to, Feluś, i pokaż ojcu. Niech się stary martwi.
Felek błyskawicznie zapakował sztućce z powrotem w filcowy pakunek i schował go do plecaka.
---
Minęło kilka dni, nim Felek odważył się pochwalić się ojcu naszym odkryciem. Stary Raczyński był bowiem osobą, którego reakcje nie zawsze dawało się przewidzieć, za to potencjalne konsekwencje, jakie mogłyby spaść na barki Felka, powstrzymywały go dosyć skutecznie przed przyznaniem się ojcu, że zdarza mu się czasami w nocy zaglądać do zrujnowanych, opuszczonych chałup i szukać tam rozmaitych przedmiotów.
W końcu jednak pragmatyzm przezwyciężył obawy. Felek opowiedział staremu Raczyńskiemu wszystko o naszej wyprawie od a do z. Z tego co później mi relacjonował, ojciec zobaczywszy te wszystkie sztućce, całkowicie zbagatelizował nieznane mu dotąd hobby swojego syna i jego najlepszego kolegi. Zrobił zagadkową minę, od razu zabrał Felkowi zawiniątko i kazał mu się więcej nie interesować tym tematem. Felek nie miał najmniejszego zamiaru nie respektować tego nakazu. Wkrótce jednak porwały nas inne sprawy, działo się wówczas bardzo dużo i o całej tej sprawie zapomnieliśmy, wydawało się, na dobre.
---
Kilka dni po naszej eskapadzie do opuszczonego domu nawiedził mnie straszny sen, który jeszcze potem kilkukrotnie wracał.
Biała sala - ostro zalana słońcem, tak mocno, że nie sposób było wyłowić z niej jakiegokolwiek kształtu. Po pewnym czasie wyłonił się z tej bieli duży stół, przekryty śnieżnobiałym koronkowym obrusem.
– Zbyszek, obiad! – dobiegł do mnie skądś kobiecy, ciepły głos, ale nie był to na pewno głos mojej mamy.
Znalazłem się przy stole. Przede mną stał duży porcelanowy talerz, obok niego leżały połyskujące słonecznymi promieniami sztućce, bardzo podobne do tych, które znaleźliśmy w opuszczonym domu, tyle że w śnie wydawały się jeszcze bardziej drogocenne. Sięgnąłem po łyżkę. Wtedy ktoś cicho krzyknął dziecięcym głosikiem. Gdzieś u góry coś zgrzytnęło. Cały ten biały obrus, mój talerz i moją dłoń trzymającą łyżkę, pokryły małe drobne, intensywnie czerwone kropelki.
Krew. To musiała być krew, bo i co innego?
Potem zapadła ciemność. Ja wciąż siedziałem przy tym samym stole. Nic nie widziałem w tym mroku, lecz wyczułem, że nie jestem sam. Jacyś ludzie siedzieli obok mnie na krzesłach. Nic nie mówili, w ogóle chyba się nie poruszali, nie słychać było nawet ich oddechów. Strasznie chciało mi się jeść, jakbym nie brał nic do ust przez kilka dni. Zapachniało obiadem. Wymacałem przed sobą łyżkę. Przełknąłem. Zupa wydawała się nie mieć żadnego smaku. Poza tym zupa powinna być gorąca, a ta była po prostu letnia, co bardzo mnie rozczarowało.
Wtedy zrobiło się wokół mnie na tyle jasno, że mogłem zajrzeć do talerza. Zupa była gęsta, o intensywnie bordowym kolorze. Zebrało mi się na wymioty. W panice trzepnąłem ręką w talerz, by go strącić ze stołu. Wokół mnie rozległ się głośny śmiech. To moi współbiesiadnicy. Wszyscy wyglądali jak wyłowione z wody rozkładające się trupy. Widziałem takie zwłoki – rok wcześniej nasz kolega ze szkoły utopił się w stawie zwanym gliniankami. Wyciągnęli go strażacy. Był zielonkawy, napuchnięty, twarz nie dawała się rozpoznać, jego powieki wyglądały jak napompowane żaby.
Śmiali się ze mnie, aż trzęsły się na nich fałdy otłuszczonej, oślizgłej skóry.
---
Cztery lata później
W naszym ciągle jeszcze bardzo wyniszczonym wojną i umęczonym miasteczku życie toczyło się siermiężnie, biednie i mozolnie. Ja na szczęście miałem swoją kochaną mamę, która choć musiała wziąć na barki samotne wychowywanie mnie i starszej o dwa lata siostry Marty, dawała nam poczucie względnego bezpieczeństwa i ciepła. Nie potrafię sobie przypomnieć, żeby mama na coś kiedykolwiek się skarżyła, a jeśli – tak zapewne być musiało – przychodziły do niej chwili słabości, to zapewne rozprawiała się z nimi poza naszym wzrokiem. Dla nas była zawsze silna. Nie tak wcale rzadko wesoła, często za to zła na mnie za jakieś moje właściwie to niegroźne wybryki. Starałem się jak mogłem nie dokładać jej zmartwień.
W niedużym dwupokojowym mieszkanku, upchniętym na pierwszym piętrze starej kamienicy, stojącej niemal w samym centrum miasta, nie mieszkaliśmy sami. Towarzyszyła nam babcia Frania, dziadek Edmund oraz Hela. Ośmioletnia dziewczynka znalazła się w naszym mieście nie wiadomo tak naprawdę skąd. Od zakończenia wojny upłynęło ledwie kilka lat, nikogo wówczas jeszcze nie dziwiło samotne dziecko, błąkające się po ulicach. Helenkę znalazł dziadek Edmund – siedziała w piwnicy, tuż pod drzwiami do naszej komórki. Tam właśnie zamierzała spędzić kolejną samotną zimową noc. Potrafiła tyle tylko powiedzieć, że nie ma mamusi i tatusia, i upierała się, że przyjechała sama, z Warszawy, bo ktoś jej obiecał, że właśnie tutaj czeka na nią jakaś jej ciocia. Dziadek zabrał dziewczynkę do domu. Dostała jeść i zaraz zasnęła z uśmiechem na ustach. Mama i dziadkowie zgłosili sprawę gdzie trzeba w nadziei, że jednak uda się znaleźć jej rodzinę, kogokolwiek. Mijały dni, tygodnie, a Hela wciąż była u nas. I już została.
Było to dziecko bardzo spokojne i zgodne. W dodatku Helenka rwała się do pomocy mamie, chociaż z tej pomocy najczęściej przybywało tylko dodatkowej roboty. Ja sam miałem już siedemnaście lat, uczyłem się nie bez przeszkód w miejscowym liceum. Ponieważ szkoła ta działała z powodu różnych trudności nieregularnie, tak więc wciąż miałem sporo czasu dla siebie. Zabijałem go nieustanną grą w szmaciankę oraz – jak za dawnych lat – krążeniem po okolicy z moim kumplem Feliksem, na którego wciąż mówiono Felek lub Feluś.
Pewnego ciepłego majowego wieczora wracałem z Felkiem z jakiejś eskapady. Było już bardzo późno, ale Felek nie zwracał na to uwagi – jego ojciec, nazywany potocznie w okolicy starym Raczyńskim, który wychowywał Felka samotnie, nie wymagał od niego, by wracał do domu o określonej porze. Stary Raczyński miał wiele innych ważniejszych spraw na głowie - był znanym w okolicy handlarzem, i to głównie zaprzątało jego umysł. Coś kupić? Sprzedać? Wymienić? Każdy wiedział, że stary Raczyński pomoże, a i za bardzo nie zedrze skóry. Jedyną ofiarą tej sytuacji stał się Felek, którego podstawowymi potrzebami nie miał kto się przejąć. Zaproponowałem więc kumplowi, żeby do mnie zajrzał. Ja miałem ochrzan od matki pewny jak w banku, ale też i wiedziałem, że kiedy już się przestanie złościć, to ukroi chleba i posmaruje go dżemem. A Felek raczej nie mógł mieć nawet cienia nadziei na to, że w domu zastanie jakąkolwiek żywność. Nie oznajmiał tego wprost, ale dawało się to wychwycić choćby po jego wiecznym i wilczym apetycie.
Gdy już dotarliśmy do naszej kamienicy, weszliśmy w ciemną bramę prowadzącą na podwórze.
Z przeciwka wyłoniła się grupka ludzi. Szli hałaśliwie, głośno tupiąc buciorami. Wszyscy jak jeden mąż poubierani w ciuchy z demobilu. To byli Gomulaki, czyli dwaj bracia Gomulińscy wraz ze swoimi koleżkami. Największe łajzy w okolicy, mówiąc wprost zwyczajni przestępcy sycący się nieszczęściem ludzkim i przyssani do tego nieszczęścia jak pijawki. O ich wyczynach, wśród których były i te najgorsze, krążyły w okolicy legendy.
Przesunęliśmy się z Felusiem do samej ściany, licząc na to, że nie zwrócą na nas uwagi. Cała ta grupka rzeczywiście przeszła obok nas obojętnie. Tylko jeden z nich obmierzył nas niedobrym spojrzeniem. Odłączył się nieco od swoich kamratów i szedł prosto na nas. Mimo półmroku i tak dobrze mu się przyjrzałem. Był starszy ode mnie jakieś osiem, dziesięć lat. Ogolona na krótko głowa. Dzikie oczy. Zawiesił na mnie wzrok na ułamek sekundy, zrobił dziwną, nieokreśloną minę, po czym bez słowa nas wyminął i dołączył do kumpli, którzy zdążyli już wyjść z bramy na ulicę i toczyli tam jakąś hałaśliwą dyskusję.
– Ciekawe u kogo Gomulaki mogli być? – zaciekawił się Felek, wypuściwszy przedtem z płuc nadmiar powietrza.
– Nie wiem – odpadłem markotnie. Byłem pełen złych przeczuć.
Ten chłopak, który nas wyminął, wydał mi się znajomy.
---
Otworzyła nam moja siostra Marta.
– Artur wrócił – rzuciła beznamiętnie i wpuściła nas do środka. Z kuchni wyjrzała mama. Po jej minie poznałem, że jest z czegoś niezadowolona. Dało się wyczuć, że tym razem, to chyba nie moje spóźnienie było tego powodem.
– Artur – powtórzyła Marta – czyli nasz brat.
Nasz ojciec, zanim poznał mamę, toczył dość burzliwe życie, przynajmniej tak opowiadała nam babcia. Za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na ojca, zaczynała na niego wyrzekać. Jednym z owoców tego burzliwego życia był właśnie Artur, którego jeszcze przed poznaniem naszej mamy, spłodził z jakąś panią, i który jak tylko trochę podrósł, zaczął sprawiać wszystkim masę problemów. To znikał, to znów się pojawiał. Nie uczył się, a przynajmniej nie w szkole, raczej na ulicy. Podobno siedział w więzieniu za coś bardzo złego, ale babcia nie chciała powiedzieć za co dokładnie. Widziałem go wcześniej kilka razy w dzieciństwie (stąd cień wspomnienia na jego widok). Potem, wzorem ojca, w końcu przepadł gdzieś bez wieści. Jeszcze przed wojną. Miałem wtedy osiem albo dziewięć lat, czas już coraz bardziej zamazywał wspomnienie o nim.
Teraz Artur wrócił. Marta w czasie rozmowy o nim uśmiechała się niepewnie. Szybko ucięła jego temat i wróciła do kuchni. Felek jakoś szybko zapomniał o głodzie, pożegnał się i poleciał do domu.
– On przyszedł z Gomulakami – podkreśliłem w miarę obojętnym tonem, żując chleb z marmoladą. Nikt na to nic mi nie odpowiedział.
Nie wiadomo skąd pojawiła się w kuchni mała Hela. Oparła się o stół i zapytała z uśmiechem:
– Kiedy znów wujek do nas przyjdzie?
Mama pogłaskała ją po głowie.
---
Przez następny tydzień słuch o Arturze zaginął. Ja, szczerze mówiąc, szybko o nim zapomniałem. Dni wypełniała mi szkoła i bieganie z Felkiem po okolicy w poszukiwaniu fantów na sprzedaż.
Któregoś jednak dnia znów się pojawił. Grzecznie zapukał, przywitał się jak należy. Czuć było od niego wódę na kilometr. Chciał żeby dać mu jeść. Zjadł cały talerz kartoflanki i polazł. Mama dała mu parę groszy z portmonetki. Wziął je, nie mówiąc słowa dziękuję – potraktował chyba ten dar jako coś oczywistego.
Znów minęło kilka dni. Byłem akurat sam w mieszkaniu. Artur złożył nam kolejną wizytę, jak zwykle po alkoholu. Nie był pijany, ale na pewno miał trochę w czubie. Rozsiadł się przy stole w kuchni. Był wysoki i silny. Miał na sobie szarawy mundur polowy niewiadomego pochodzenia, ale tak w tamtych czasach nosili się wszyscy w jego wieku. Początkowo przez długi czas milczał.
– Ty, młody – odezwał się w końcu – widziałeś coś takiego?
I wyjął zza pazuchy kurtki wielki nóż o nieprawdopodobnie błyszczącym ostrzu. Dał mi go obejrzeć. Był naprawdę duży, jego waga była taka jaka trzeba, ani za duża, ani za mała. Rękojeść z kości słoniowej – tak zapewniał Artur. Takim czymś można by zaszlachtować świniaka, a człowieka z pewnością. By zademonstrować mi jego ostrość, przysunął do siebie talerz z leżącym na nim bochenkiem chleba. Ledwie dotknął jego grzbietu i już bochenek został idealnie przekrojony, choć wydawać się mogło, że właściwie nie użył do tego żadnej siły. Spodobał mu się ten mój zachwyt. Popytał trochę o różne pierdoły, w końcu spoważniał.
– Znasz starego Raczyńskiego? Podobno z nim można zrobić interes, co? - zapytał przypatrując mi się uważnie.
– No, ba – odparłem zadowolony, że mogę czymś się pochwalić – to przecież ojciec Felka, mojego kumpla.
– Zaprowadzisz mnie do niego?
Po wielu latach od tamtych czasów nadal zastanawiam się, dlaczego tak łatwo poddałem się tego dnia woli Artura. Wiedziałem dobrze, co z niego za ananas, i że lepiej się z nim nie wdawać w konszachty. Tak to już jednak jest z nastolatkami, którym przecież w tamtym czasie byłem. Najpierw się robi, potem myśli. Poza tym imponował mi. Tym strojem, tym nożem, i tą pewnością siebie. Nie miałem ojca. Każdy mężczyzna potrzebuje jakiegoś wzorca męskiego. Z braku laku mógł być i taki. Wtedy raczej rzadko miało się to, czego najbardziej się chciało. Nie można było wybrzydzać.
Poszliśmy więc do Felka, a właściwie do jego ojca.
Dopiero w drodze, gdy posłusznie szedłem za sunącym pewnym krokiem Arturem, na widok którego ludzie przechodzili na drugą stronę jezdni, naszły mnie niewielkie wątpliwości. Nigdy tak naprawdę nie byłem w domu u Felka. To znaczy wielokrotnie byłem pod jego krzywym, starym płotem, do samego domu nigdy jednak mnie kumpel nie wpuścił. Mówił, że ojciec nie lubi wizyt. Starego Raczyńskiego też w zasadzie widziałem ledwie kilka razy w życiu. Za to wiele nasłuchałem się o tym, jaki to z niego złoty człowiek interesu. Szybko wszystkie te dylematy od siebie odepchnąłem. Miałem przeczucie, że Artur sobie poradzi.
– To na pewno tutaj? - wyraził słuszne zdziwienie Artur.
No cóż, niejeden by się zdziwił. Raczyński, naczelny handlarz naszego miasta, mieszka daleko za rogatkami, tam gdzie zaczynają się najbiedniejsze chałupy, często sklecone z byle czego? Tak też wyglądał „dom” Raczyńskiego i Felka. Była to w zasadzie raczej buda, obita drewnianymi płytami i papą. Od strony drogi miała tylko jedno maleńkie okienko, tak brudne, że można było w zasadzie uznać brak jego istnienia za fakt. Drzwi z kolei wyglądały na karykaturalnie solidne, jakby przeniesione z jakiegoś bogatego domu, pomalowane niedbale brązową farbą olejną. Widać było na nich cięte rany, zadane najpewniej przez siekierę. Reszty wrażenia nędzy dopełniało podwórko, porośnięte trawą i zawalone różnymi rupieciami.
Staliśmy chwilę w milczeniu. Artur wyjął papierosy.
– Palisz, młody?
Odpowiedziałem, że palę – co było oczywiście kłamstwem – ale akurat nie mam ochoty. On sam przypalił sobie efektowną metalową zapalniczką i wypuścił wielki kłąb śmierdzącego dymu.
Od Felka wiedziałem jaki jest sposób na koślawą furtkę wejściową na ich podwórko. Obaj mieliśmy szczupłe, długie i patykowate ręce, więc tylko my dwaj mogliśmy tego dokonać. Trzeba było włożyć łapę przez tę jedną konkretną szczelinę między dechami, przytulić się do skrzydła furtki i, dokonując różnych wygibasów, dosięgnąć do skobla. I tym razem udało mi się to znakomicie.
– Idź tam i wywołaj tego Raczyńskiego, chcę się z nim na coś umówić. - Artur nakazał sucho.
Nie bez ostrożności wkroczyłem na obce terytorium. Szedłem powoli w kierunku brązowych drzwi, zastanawiając się, jakie mogą być tego konsekwencje. Zapukałem cicho. Błyskawicznie ktoś odsunął zamek. To Felek, który wyskoczył ze środka jak oparzony i momentalnie zamknął za sobą drzwi nie dając mi najmniejszej szansy na zajrzenie do wnętrza ich przybytku.
– Co się stało, Zbyszek?
Był wyraźnie zdenerwowany tym moim najściem. Lękliwie zerkał na stojącego za płotem Artura, który akurat odwrócony podziwiał najbliższą okolicę, czyli porozrzucane bez ładu i składu biedne domki, otoczone zazwyczaj równie nędznymi ogrodzeniami. Pomiędzy nimi wiły się piaszczyste drogi. To była praktycznie wieś. Zapytałem Felka, czy jest jego ojciec. Odparł, że nie ma, że jak zwykle pracuje od rana do wieczora, to znaczy robi interesy. Powiedziałem mu o Arturze, że to mój przyszywany starszy brat.
– On ma jakiś interes do twojego starego.
– Wszystko ojcu przekażę – zapewniał mnie Felek – i wpadnę wieczorem dać odpowiedź, to oni się już dalej będą dogadywać, gdzie i kiedy.
Nie sposób było nie wyczuć, że Felek chciał się jak najszybciej pożegnać. Oczywiście o zaproszeniu do środka nie było mowy.
---
Felek rzeczywiście przyszedł wieczorem. Gdy matka powiedziała mi że czeka, wyleciałem na schody, jakby mnie diabeł gonił. Byłem strasznie ciekaw, jaka jest odpowiedź starego Raczyńskiego, ale na to musiałem chwilę poczekać.
– Gomulaki zabite! – relacjonował mi rozgorączkowany. – Ktoś ich zadźgał we śnie. Cała Akacjowa zamknięta, pełno tam milicji i wojskowych. – Wiedziałeś, że Gomulaki byli wojskowymi, dałbyś wiarę? Dowiedziałem się tego od takiego mojego koleżki, Witka. Wituś miał farta, bo wzięli go na przesłuchanie. Kręcił się pod domem Gomulaków, akurat jak przyjechała milicja i go zwinęli. No i zabrali go do jakiegoś mieszkania w kamienicy, w której mieszkały Gomulaki. Ludzi wszystkich wywiali z mieszkań na okoliczność badania tego morderstwa. A Witek, jak to Witek, sprytna bestia, tak się zakręcił, że przypadkowo podsłuchał jak gadało ze sobą dwóch tajniaków.
Emocje udzieliły się i mnie. Chociaż nie wiedzieć dlaczego przypomniał mi się Artur w towarzystwie właśnie Gomulaków. Przypomniał mi się też jego nóż.
– No i co te tajniaki mówiły?
– Że Gomulakom ktoś poderżnął gardła, i że znaleziono ich w łóżkach. Mówili też, że będzie z tego gruba afera, bo oba Gomulaki mieli papiery w UB.
– Jak to „mieli papiery”.
– Baranie – złościł się Felek – to znaczy, że wiesz, no...
Ściszył głos.
– Pracowali dla UB. Agenci, kapujesz?
W ogóle mnie to nie zainteresowało, że Gomulaki mieli jakieś papiery w jakimś UB. Myślałem tylko i wyłącznie o Arturze i o jego nożu, który mi z taką dumą pokazywał.
– Aha, ojciec Gomulaków też zarżnięty – dodał już spokojniej Feluś, jakby to już był tylko nieważny detal w jego relacji.
– A co z twoim ojcem? - zapytałem beznamiętnie, chyba będąc jednak w pewnym szoku po tych nowinach – umówi się z Arturem?
– Tak, ma przyjść w niedzielę do „Uroczej”, o jedenastej.
„Urocza” to była jedyna kawiarnia w naszym miasteczku. Miejsce spotkań wszystkich ludzi interesu w okolicy. Nie miałem jednak okazji przekazać Arturowi daty i miejsca spotkania z Raczyńskim, ponieważ mój przyszywany braciszek znów zniknął. Minęło kilka następnych takich samych dni.
---
Pewnej nocy obudził mnie dziwny odgłos. Reszta domowników nawet nie zareagowała. Spałem w jednym pokoju z dziadkiem i Helą. Dziadek Edmund chrapał donośnie, do czego wszyscy już dawno się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil DoktorUboot
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…