Tequila (1)
Tajemnice, zbrodnie, alkohol i seks - świat morderców na zlecenie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Uwielbiam, gdy czekasz na mnie nago. – poczułam na plecach zimny powiew powietrza i zapach zimnej skóry. Za oknem dostrzegłam wirujące płatki śniegu. Wiedziałam, co pomyślał rozglądając się po pokoju: coraz większe rudery wybierają na kryjówki. Nie powiedział tego na głos, nie miałoby to sensu. Gdy przychodził w wiadomym celu nigdy się nie odzywałam. Nie prowadziliśmy konwersacji. Stanął za mną, w płaszczu, butach oblepionych śniegiem, czułam bijący od niego chłód, charakterystyczny dla tej pory roku. Zmrużyłam oczy. Dotknął lodowatymi dłońmi mojej talii, po chwili przesuwając je na brzuch, a następnie objął nimi moje piersi. Dreszcz, który przeszedł po moim ciele mógł być wynikiem różnicy temperatur lub podniecenia, które rosło z każdą sekundą. Westchnęłam. - Tęskniłem. – nigdy nie mówiliśmy za czym. Nie wolno nam było głośno się do tego przyznawać, zwłaszcza w miejscu pracy. Nigdy nie widomo, kto słucha. Musnął wargami moją szyję, później kark, cały czas pieszcząc mój biust, naprzemian gładząc go delikatnie i lekko ściskając. Uwielbiałam dotyk zimnych rąk. Uwielbiałam dotyk jego dłoni, stanowczych i pewnych siebie, a zarazem szukających granicy czucia i bólu. I delikatne pocałunki na karku i szyi, jakby sprzeczny sygnał, część gry nie będącej wyrazem napięcia, jedyny rodzaj wyznania, na jaki mogliśmy sobie pozwolić. Powoli odwrócił mnie przodem do siebie. Jego wzrok… czasy, gdy wyłapywał każdy szczegół mojego ciała, podziwiał, wręcz fotografował, minęły. Teraz patrzył mi w oczy. Nie prześlizgiwał się między piersiami, po brzuchu, do pośladków i nóg. Nie musiał. Znał mnie na pamięć. Nie pragnienie ciała go do mnie teraz przywodziło. Uwielbiałam jego usta, ciepłe, miękkie, władcze. Jak trzymał moją twarz w dłoniach, choć stałam przed nim naga, dostępna w całości. Te pocałunki, długie, głębokie, mówiły za niego. Że czekał, że myślał. Że tylko ja. To ostatnie wiedziałam na pewno. Tym ostatnim nie mogłam mu odpowiedzieć. Uwielbiałam, gdy całował moje dłonie, każdy paznokieć, każdą kostkę. Musiał je kochać, bardziej niż inne części mojego ciała. Może poza umysłem i oczami. Zawsze wkładałam jedną rękę pod jego koszulę. Dotykałam delikatnej skóry, zagłębienia kręgosłupa, mięśni. Lubiłam czuć każdy jego ruch pod postacią pracy mięśni na plecach, wtedy czułam je podwójnie. Bardzo rzadko mieliśmy czas, żeby mógł się rozebrać. Wizytacje służbowe nie trwały więcej niż kilkanaście minut, a nawet nieśmiałe podejrzenie niepoprawności naszych stosunków, w najlepszym wypadku, skończyłoby się dożywotnią separacją, a najprawdopodobniej śmiercią – w zależności od przydatności każdego z nas dla Grupy. Dla niego nie byłoby różnicy. Dlatego uważał tym bardziej. Najczęściej jedynie rozpinał rozporek. Tak było i tym razem. W jakiekolwiek pozycji tego nie robiliśmy, musiał na koniec widzieć moje oczy. Nie pozwolił mi ich zamykać. Twierdził, że dowie się, kiedy udaję. Nie miał jednak okazji, zawsze miałam orgazm. Czasami nawet kilka, zależnie od sytuacji: niebezpieczeństwa, długości przerwy, ilości alkoholu. Nie wiem, czy była to jego zasługa, czy umiejętności, które nabyłam na przestrzeni lat. Być może znaczenie miało moje praktyczne podejście – po co miałabym to robić, gdyby nie dawało mi przyjemności? Zawsze zostawiałam mu zadrapane plecy. Na dowód – czynów oraz czasu, póki mógł je zobaczyć i wyczuć, nie powinniśmy aranżować spotkań. On zawsze dziękował. Na koniec, ja nago, on w pełnym ubraniu, piliśmy wódkę. W szczególnych przypadkach, gdy mieliśmy więcej czasu, dodawaliśmy cytryny. Picie miało ogromne znaczenie – w Grupie piło się tylko z ofiarami lub samemu. W drugim przypadku piło się z szacunku, dla czystości umysłu, który miał zapominać, dla sprawdzenia umiejętności i możliwości, dla zabicia poczucia samotności. Picie tworzyło więź – ciała z umysłem. A pić można tylko z tymi, którym się ufa, w stu procentach. Odbierając komuś życie, łączysz już na zawsze swoje sumienie z tą osobą. Nie ma w tym zbyt wielkiej filozofii – twoja pamięć za każdym razem będzie przywodziła ci na myśl kolejną twarz, kolejne pociągnięcie za spust. Patrząc w lustro widzisz wszystkich, których zabiłeś. Pijąc z ofiarą, pijesz z samym sobą po wykonaniu wyroku. Ja pijąc z nim, piłam ze swoją ofiarą – nie mieliśmy wątpliwości, że ta znajomość doprowadzi nas do śmierci, a niezależnie od osoby wykonującej wyrok, to ja będę bezpośrednią przyczyną jego, a on mojej, śmierci. Piłam z nim również dlatego, że łączyła nas ta więź, która sprawia, że we własnym odbiciu widzę jego twarz, a w głowie słyszę jego myśli. Różnie to nazywano, różnie okazywano. My piliśmy. - Masz się jutro zgłosić do Szefa. Do tej rudery wciśnie kogoś szeregowego, marnujesz się tutaj. – nie lubiłam zmiany planów. On też nie, zwłaszcza, gdy taki komunikat oznaczał przerzucenie do trudniejszej akcji. – Na mieście wrze. Podobno wykonano odsiew przy akcji zorganizowanej, podejrzewają ludzi Pieczary. Jeśli to się potwierdzi, będziemy mieć z nim regularną wojnę, zrobi się nieprzyjemnie. – podniósł oczy i spojrzał na mnie. Jak zawsze nie reagowałam. Obserwowałam jego ruchy, chłonęłam jego obecność. – Chciałbym… żebyś, jeśli dadzą ci alternatywę, pracowała w VII rejonie. – miał taką samą siłę sprawczą w tej kwestii, co ja. Znaczy: żadną. Szef wyznaczał akcje, dobierał ludzi. Miał świetnych doradców, psychologów, psychiatrów, ludzi od technik manipulacji i szereg specjalistów w każdej dziedzinie. Znał możliwości swoich pracowników, znał swoich klientów. Nie miał ani serca, ani sumienia i dzięki temu osiągnął wiele w tej branży. – Ja muszę zostać tutaj, mój cel widać dopiero na horyzoncie. – poczułam strach. Strach o niego, pełna bezsilności i wstydu, że go odczuwam. Odsiew, o którym wspominał, był niczym innym, jak zamachem ze strony konkurencji. Pieczara miał swoje rewiry, w zupełnie innej części kraju, jednak już od dawna mówiono o jego powiększających się szeregach i nowych, zagranicznych znajomościach. Miasto było nasze, jak i wiele innych, większych miast w kraju. Grupa była pierwszą na tych terenach, dlatego światowy rynek współpracował z nami. Szef był również człowiekiem wychowanym na starych, twardych, wojennych i powojennych zasadach, a Grupa przypadła mu w spadku po dziadku i ojcu. Choć ten ostatni jeszcze żył, przeszedł na wczesną emeryturę, przekazując całą władzę w ręce jedynego syna. Szef nie miał dzieci. Był więc łatwy do zastąpienia – nikt nie będzie dopominał się o swoje. A Pieczara, znany w półświatkach, jako agresywny, bezwzględny, ale równie porywczy, były więzień, miał ogromną ochotę na ten stołek. Nikt nie miał wątpliwości, że Grupa rozleciałaby się szybko za jego rządów – brak zasad, brak kontroli, brak swoistej biurokracji, zawalane, nieterminowe działania i przyciągnięci klienci - to nie miało szans przetrwać. W dodatku, planem na osłabienie Szefa, było zabijanie najlepszych agentów – przez zamachy lub demaskację - i robienie wszystkiego, aby zadania nie zostały wykonane. Shot pracował sam, z jednej strony miał większe szanse na reakcję i uniknięcie kłopotów. Z drugiej strony był jedną z wizytówek Grupy, najlepszym strzelcem i agentem do zadań szczególnie trudnych – jego ofiary stały na najwyższych szczeblach mafii, rządów czy korporacji. Aby wykonać zadanie musiał przenikać do ich otoczenia, zyskiwać szacunek i zaufanie. Często jego akcje trwały nawet kilka lat i wymagały wielu miesięcy przygotowań. I wielu poświęceń. Nie raz już żenił się z córką, zabijał na życzenie nawet współpracowników. Rzadko prowadził kilka zadań na raz, często takie postawienie sprawy bardzo by go narażało, dlatego jeśli już do tego dochodziło, to na dwóch różnych kontynentach i w bardzo odległych od siebie branżach. Ta sława zagrażała mu najbardziej. Mówiło się, że szef widział w nim swojego następce, ale nigdy nie dał mu tego odczuć. Pieczara na pewno zechce go dorwać. Oznaczało to, poza bezpośrednim zagrożeniem życia z ich strony, również wzmożoną próbę inwigilacji Shota ze strony Grupy, która musiała pilnować każdego, czy nie działa na dwa fronty. A co za tym idzie – koniec naszych spotkań. - Nic mi nie będzie, La. – tylko on tak zdrabniał mój pseudonim, dla reszty, jako Tequila, byłam po prostu Teq. Shot nachylił się w moją stronę i ujął moją dłoń w swoje. Czułam jak drży, mimo, że chciał to ukryć. Nie ze strachu o siebie. Ze strachu o mnie. Rejon VII był bardzo daleko. Bardzo nie po drodze w jego akcji. Uniemożliwiający nasz kontakt. Na długi czas. – Obiecaj mi, że się postarasz. – skinęłam głową. Rzadko okazywał mi czułość poza łóżkiem. Oparł głowę na mojej dłoni, którą wciąż trzymał. Żegnał się ze mną. Nie wiedziałam, co robić. Ja nie okazywałam mu uczuć nigdy. Dialog łatwiej zmanipulować z zewnątrz, trudniej się wykręcić, że to tylko szyfr. Ale teraz, jeśli istniało realne zagrożenie, że widzimy się ostatni raz, musiałam coś zrobić. Delikatnie spowodowałam, że się wyprostował. Moje oczy musiały być pełne powagi, a ciało, nadal nagie, zdradzało zdenerwowanie i napięcie. Shot odgarnął niesforny kosmyk włosów z mojej twarzy, uśmiechnął się i wstał. Ja również wstałam. Czas wyznaczony na przekazanie tej informacji i odebranie raportu, minął. - Ustalmy jedno… - powiedział, dotykając klamki, - …hasłem podstępu, pułapki, zdrady będą pozdrowienia. Każda ich odmiana, na piśmie czy w słowie. – skinęłam głową. Przez mój umysł przelatywało milion myśli, ale jedna, że już nigdy go nie zobaczę, była najsilniejsza, najbardziej intensywna. On jednak nie wychodził. Puścił klamkę, podszedł do mnie i szepnął – Jeszcze się zobaczymy, La. Nie dam ci tak po prostu zniknąć. – nie wytrzymałam. Choć moje zachowanie dyskwalifikowało mnie jako agenta Grupy, musiałam tak po prostu się do niego przytulić. Nigdy nie miałam takich odruchów. Nigdy nie czułam ani takiej potrzeby, ani nie widziałam możliwości. Rodzice mnie nie przytulali – nie miałam ich. Wychowywała mnie babcia, ale też nie miała ani czasu, ani ochoty. A gdy umarła, na krótko trafiłam na ulicę. Tam znalazł mnie jeden z agentów szefa, „ujęłam go” okrucieństwem wobec zwierząt i umiejętnością przetrwania, co na 16latkę było sporym wyczynem. Obserwował mnie zaledwie tydzień, mimo to wiedział, że się nadaję. Nie musiał się specjalnie wysilać – swoje umiejętności i charakter zaprezentowałam podczas zaaranżowanego pokazu dla Szefa, gdy uniknęłam gwałtu i pobicia przez członków Grupy, stosując serię ciosów i uników, wykorzystując do tego znalezione po drodze kije i butelki, a zapędzona w pomieszczenie bez ucieczki, w szale prawie podcięłam sobie żyły, krzycząc że nikt nie dotknie mnie bez mojej zgody i że wolę się zabić, niż dać komuś władzę nad sobą. Szef był pełen podziwu, zwłaszcza że żyłam na ulicy prawie pół roku, nie zrzeszona w żadnej grupie, nie umarłam z głodu, ani zimna, a na dodatek byłam dziewicą - nie prostytutką, co mogło przynieść mi najwięcej pieniędzy w tamtej sytuacji. Szkolenia na agentów obejmowy również kontrolę emocji, wyciszanie popędów, zabijanie uczuć. Do tego dnia, do tej chwili, z braku człowieczeństwa mogłam mieć szóstki. Shot nie cofnął się, nie wzdrygnął, nie odtrącił mnie, co zaskoczyło mnie równie mocno, jak mój odruch. Objął mnie mocno, czułam bicie jego serca i słyszałam oddech tuż przy moim uchu. Czułam się bezpiecznie. Dobrze. Pierwszy raz w życiu przestałam myśleć – byłam wolna. Czy tak czują się zwykli ludzie? Czy tak smakuje normalne życie? Gdy zamknął za sobą drzwi, zrobiło się przeraźliwie zimno. Siedziałam ze szklanką wódki na brudnym materacu, w pokoju z odpadającym tynkiem z sufitu i pozrywanymi tapetami. Wbiłam wzrok w płatki śniegu, wyraźnie widoczne w świetle latarni. Squot znajdował się w centrum fabrycznym miasta, słyszałam nie słabnący ruch uliczny, daleki sygnał karetki, huk w pobliskim przedsiębiorstwie produkcyjnym. A mimo to, czułam, jakbym była właśnie na końcu świata, który coraz bardziej oddalał mnie od Shota. Równocześnie czułam każde uderzenie jego serca, którego rytm zlał się, z rytmem mojego. Kolejny łyk trunku przypomniał mi o wszystkich spotkaniach i symbolicznych łykach alkoholu. Na zawsze byliśmy połączeni. Od pierwszego razu. Cokolwiek by się nam nie stało, w jakichkolwiek okolicznościach, to ja lub on, będziemy tego przyczyną.
- Masz dwie godziny na zapoznanie się z tymi dokumentami – pan Kaszana był bardzo zdenerwowany. Miał już swoje lata i coraz częściej łapaliśmy go na nieopanowaniu. Nic dziwnego – miał najdłuższy staż ze wszystkich pracowników, przyjaźnił się jeszcze z ojcem szefa i razem z nim reformował Grupę tuż po kolejnej zmianie systemu politycznego. Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi, dokumenty oznaczone PD nie należały nigdy do moich kompetencji – stanowiły instrukcje dla dowódców i zarządzających z najwyższych szczebli, do tego obejmujące działania w czasie sytuacji awaryjnych lub kryzysowych. Dalsza kombinacja cyfr nie mówiła mi kompletnie nic – nigdy nie miałam nic wspólnego z kadrą zarządzającą, nie znałam się też na dowodzeniu kryzysem, ani tym bardziej na pracy w grupie. - To chyba jakaś pomyłka.- spokojnie przesunęłam lśniącą teczkę w stronę Kaszany. - Dwie godziny. Szef przyjdzie omówić z tobą szczegóły. Jestem tu w celu wyjaśnienia ci ewentualnych niejasności, ale nie licz, że będę ci cokolwiek streszczał. Chyba czytacie cokolwiek podczas akcji…? – pan Kaszan znany był ze swoich poglądów związanych z edukacją. To on przeprowadzał wszystkie zajęcia z typowo szkolnych przedmiotów, później ucząc nas dyskusji, debatowania i zwykłych konwersacji. To oczywiście było podstawą działania części oddziałów operacyjnych, które poza samą likwidacją przenikały wcześniej do środowiska ofiary, także tych, którzy jedynie porywali lub jedynie kontrolowali działania ofiar. Były jednak oddziały tworzone jedynie do ochrony, snajperzy, sztab pomocniczy – oni w wyżej wymienionych dziedzinach pozostawali na poziomie podstawowym, nad czym pan Kaszan bardzo ubolewał. Trzeba mu przyznać, że jego stanowczość we wprowadzeniu tych elementów w edukacji, pozwoliła rozwinąć działalność Grupy i dostosować ją do międzynarodowego poziomu – dlatego jeszcze pozwalano mu pracować. Zniesmaczona sięgnęłam po teczkę. W głowie szumiało mi po wczorajszej czystej, albo po dzisiejszej setce na rozgrzewkę – przerzucając kolejne zapisane kartki, migały mi przed oczami słowa „zastępca”, „kierownik”, „kierownik II”, „rozkaz”, „obrona”, „w razie zamachu…”… - Panie Kaszana, jestem pewna, że to jakieś nieporozumienie. Ostatnią ofiarę miałam na muszce i bardzo nie podoba mi się przerwanie tych działań. Gość ma świetną ochronę i musiałam się napracować, żeby wszystko zaaranżować. Kogo tam wysłaliście? Wszystko spierdoli… - Wyrażaj się, Teq. Nie ma żadnej pomyłki, my się nigdy nie mylimy. Przeczytaj proszę, bo to jest ważniejsze niż jakieś potentat brukowcowy, którego już prawdopodobnie na tym świecie nie ma. Idę zaparzyć sobie herbatę jaśminową, wrócę za pół godziny i wtedy będziesz mogła zadać część pytań. - Ale ja nie mam nic wspólnego z oddziałami PD, a już na pewno z kadrą, poza tym nie mam pod sobą żadnych ludzi, ostatnio nawet mój rekrut… -…wysadził się w powietrze na ćwiczeniach artyleryjskich, wiem. – wyszedł. Raz jeszcze otworzyłam teczkę, której czytanie wydało mi się jedynie stratą czasu. Z drugiej strony Kaszana miał rację – oni nigdy się nie mylili, a czas szefa był na pewno cenniejszy od mojego, co oznaczało jedynie, że gdyby moja obecność tutaj była wynikiem nieporozumienia, ktoś już więcej by się nie obudził. „…drugi następca pozostaje w ukryciu, pod pozorami ważnego zadania…. Pod okiem fachowców… kody do sejfów… tydzień 4 przyswajanie wiedzy z działów F-S-S, tydzień 9 wdrożenie instrukcji PD-B… w przypadku likwidacji pierwszego następcy instrukcja ZP…”. Po przebrnięciu 40 stron nieznanych i nie do końca zrozumiałych wytycznych, wyciągnęłam papierosy i zapaliłam zaciągając się głęboko. Jedne, co przychodziło mi do głowy, to specjalna ochrona szefa albo inna funkcja w tym sztabie, jednak wtedy numery instrukcji i działów nie byłby mi do niczego potrzebne. Pan Kaszana nie wrócił. Wszedł dopiero wraz z szefem, niosąc za nim jego kaszmirowy płaszcz i laskę rodem z amerykańskich teledysków. - Witam miss Teq, jak samopoczucie? – zadziwiająco dobry humor Szefa wprawił mnie w lekkie zakłopotanie. - Nie jestem pewna… - Już słyszałem od Kaszany, że masz problemy ze zrozumieniem swojego pobytu tutaj? Przeczytałaś instrukcję? – skinęłam głową. I tak nie oczekiwał innej odpowiedzi – Już śpieszę z wyjaśnieniami. – miał tłuste palce, a na nich srebrne i platynowe sygnety. Urodę musiał odziedziczyć po matce, gdyż były szef, a ojciec obecnego, był chudy jak patyk. – Otóż słyszałaś wczoraj od Shota o sytuacji na mieście… - jego małe oczka zza okularów wbijały się we mnie, jakby wiedział, że mam coś do ukrycia – Musimy przedsięwziąć pewne kroki zabezpieczające firmę. Jak ci zapewne wiadomo, Shot jest naszą największą chlubą. To oczywiste, że będzie typowany przez wszystkich na mojego następcę. Pieczara zapewne zechce go sprzątnąć przede mną, ale z jego zdolnościami… - … może być różnie. - dokończył pan Kaszana siadając obok Szefa. - Otóż to, otóż to. – Szef zamyślił się splatając dłonie na biurku – My jednak znamy jego tok myślenia i jesteśmy zmuszeni do zabezpieczenia dóbr, na które każdy z nas ciężko harował. Wymyśliliśmy więc, z całym naszym kryzysowym sztabem, plan alternatywny, którego część otrzymałaś w tej teczce. - Nadal nie za bardzo rozumiem… - Jesteśmy pewni ludzi z najbliższego grona, czyli tych wtajemniczonych w 100% w całość instrukcji awaryjnej. Wiemy, że Pieczara sam nie wpadnie na podobne rozwiązanie i dlatego sprawa jest już przesądzona. - Poza oczywistym następcą po mnie, którym jest oczywiście agent Shot, stworzyliśmy alternatywnego zastępcę, o którego istnieniu będzie wiedziało bardzo wąskie grono osób. – Kaszana z Szefem prześcigali się w podawaniu mi informacji. - Drugi następca będzie uczył się zarządzania Grupą, podstaw i bardziej skomplikowanych procedur, równocześnie pozostając pod ciągłą ochroną w postaci zadania. Nikt nawet nie będzie przypuszczał, że jest ktoś taki… - Szef uśmiechał się triumfalnie. - Oczywiście istnieje szansa, że Szef lub Shot przeżyją, wtedy nie ma o czym w ogóle mówić, osoba przeszkolona zostanie nadal zastępcą, możliwe że nigdy nie dostąpi zaszczytu zasiadania na najwyższym szczeblu władzy, ale jako wtajemniczona we wszystko, zostanie w najbliższym otoczeniu szczytu… - Wspaniały plan, nieprawdaż? - No… tak. Tylko nadal nie bardzo rozumiem swoją rolę, mam ochraniać drugiego zastępcę…? - Teq, nie powinnaś być tak niedomyślna, bo pomyślę, że popełniliśmy błąd… - To ty jesteś tylko drugim następcą! – wypalił cały czerwony pan Kaszana i spojrzał przepraszająco na Szefa. - Że co, kurwa?! – aż się zakrztusiłam. Dobre. Nawet im się udało mnie nabrać, choć nie powiem, dość kusząca wizja, najpierw pare tygodniu spokoju w jakimś ciepłym kurorcie, a później gabinecik, służba… I tym bardziej zakaz kontaktu z Shotem. A, no własnie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jeśli ja zasiadłabym na tym fotelu, on wąchałby kwiatki od spodu. - Teq, Pieczara nigdy nie uwierzyłby, że swoje stanowisko oddałbym kobiecie. Do tego młodej, mało doświadczonej, nie zasłużonej na arenie międzynarodowej. Co więcej, ochraniając mojego ojca byłabyś poza całkowitym podejrzeniem, w dogodnych warunkach ucząc się nowej fuchy. Milczałam. Nie mogłam w to uwierzyć. To się w ogóle nie mogło dziać, zwłaszcza, że ja wcale nie chciałam takiego życia. Moje stanowisko, nowa rola na zawsze skreślała jakiekolwiek i tak marne szanse, na wyrwanie się z tego. Gdy zamknęłam drzwi w swoim mieszkaniu, z którego miałam zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, dotarła do mnie powaga tej sytuacji. Zginiemy, ja i Shot, czy z rąk wrogów, czy Szefa, czy nas samych. Nie było już przyszłości. Klamka zapadła. Jak śmiesznie brzmi to stwierdzenie w ustach płatnego mordercy.
Minęło pół roku. Nie widziałam w tym czasie Shota. Wiedziałam, że żyje i realizuje swoje misje, jednak nic poza tym. Brzytwa – ojciec Szefa – szkolił mnie w podstawach funkcjonowania organizacji. Miałam wolny dostęp do wszelkich teczek i akt, poznawałam struktury, zasady, prawa, regulaminy. Szczerze mówiąc coraz mniej mi się to wszystko podobało, nie widziałam się w roli siedzącej za biurkiem pani prezes, która nie może zjeść spokojnie obiadu, nie mówiąc o jego kupieniu czy zrobieniu. Byłam stworzona do zabijania, wykonywania rozkazów, pracy w samotności, czekania i picia. Nie do rządzenia i kierowania. Nie chodziło o odpowiedzialność – średnio interesowali mnie inni ludzie (jak przystało na płatnego mordercę), raczej o niezależność. Można by pomyśleć, że bycie szefem daje tej niezależności więcej nić inne stanowisko – bardzo mylne myślenie. Zwłaszcza, że szefowanie oznaczało picie z innymi i strzelanie jedynie na strzelnicy. Czemu wybór padł na mnie? Brzytwa wyjaśnił, że uznano moją osobę, za kandydatkę w najlepszym wieku i z najlepszym podkładem psychologicznym, na którym można budować dalej. Chodziło o brak jakichkolwiek pozytywnych uczuć wyniesionych z dzieciństwa, także o profesjonalizm, upór i zacięcie, do realizacji rozkazów. Pamiętam dzień, w którym udowodniłam to wszystko na sali ćwiczeń. Od kiedy wdrożono mnie w system edukacji wewnątrz Grupy, wiedziałam, co chcę robić – zabijać. Nie chciałam nikogo ochraniać (najlepiej płatna i pewna z fuch), nie interesowały mnie długie, niepewne akcje (takie, jakimi zajmował się Shot – do końca nie mógł być pewien, jakie plany ma zleceniodawca względem ofiary), ani tym bardziej sekcje zorganizowane, które odpowiadały za szturmy przy większych akcjach. Zawsze chciałam być zwykłym, szeregowym strzelcem wyborowym – z minimalnym kontaktem z ofiarą, terminem wykonania, nieograniczonymi zasobami broni i dużą ilością czasu w samotności. Moje wymarzone stanowisko nie było jednak najprostszym do zdobycia, bo wielu rekrutów równie mocno jak ja, chciało je zająć. Mimo, że zwykły strzał w głowę był podstawową usługą oferowaną prze Grupę, zapotrzebowanie na morderców nie było zbyt duże – praktycznie każdy inni pracownik musiał mieć umiejętności w tej kwestii, na tym stanowisku rzadko zdarzały się emerytury i wypadki, często wręcz przeciwnie – z jakichś powodów osoby spalone przy innych robotach, były przekierowywane do sekcji zabijania. Dlatego zdobycie tego stanowiska, wymagało wyróżnienia się szczególnymi zdolnościami albo mierzeniem o wiele wyżej – do drużyny Shota (już za czasów mojej młodości znanego i rozpoznawalnego), kiedy samodzielne zabijanie byłoby jedynie kolejnym stopniem wtajemniczenia. Wszystkie testy przechodziłam dobrze. Byłam młodsza niż inni na wszelkich kursach w tym kierunku, ale moje zdolności i szybkość przyswajania informacji były niewystarczające. Na sali ćwiczeń nie wykonywaliśmy jedynie ćwiczeń sprawnościowych, jak można by sobie to wyobrażać, byliśmy poddawani różnego rodzaju próbom – w tym normalne pobicia różnymi przedmiotami bez możliwości obrony, rażenie prądem i inne czynności, które nazwalibyśmy torturami. My, rekruci, uznawaliśmy to jednak za kolejny element nauki i sprawdzianu równocześnie. Na tym etapie wycofanie się z działalności było możliwe, choć już bardzo trudne i wedle statystyk, które poznawałam w czasie półrocznego kursu na szefa, rzadkie. Jak wspominałam – byłam najmłodsza. Tamtego dnia dostaliśmy informację, o możliwej inspekcji zarządu, co oznaczało mniej więcej tyle, że każdy z nas gotów był zabić partnera w trakcie ćwiczeń, aby zwrócić na siebie uwagę Szefa. Mnie przydzielono do zwykłych ćwiczeń sprawnościowych, dano rękawice i worek. Żaden z trenerów nie uważał mnie za gotową do czegokolwiek, uznali, że mam jeszcze czas i powinnam po prostu nie zajmować miejsca innym. Nie powiem, wkurzyłam się. Na tej pozycji i przy takim treningu nie miałam zbyt wielkiej szansy, na zwrócenie czyjejkolwiek uwagi. Wściekłość dała mi jednak siłę, która stała się moim późniejszym atutem. Wyładowywałam się na worku, najpierw lekko mrucząc coś pod nosem. Później usłyszałam, że Szef, wraz z Brzytwą i paroma innymi już obserwują ćwiczących. Na sali zawrzało – wszyscy zaczęli się okładać i bić, ja jedyna stojąc pod trybuną, dostałam kopa adrenaliny. Nie rozumiałam, jakim prawem oni – trenerzy – decydują o moich umiejętnościach, wytrzymałości. Skupiłam się na tym worku, nic więcej nie istniało. Wokół mnie nie było nikogo, a ja widziałam twarz trenera zamiast skóry z trocinami w środku. W pewnym momencie w amoku zrzuciłam rękawice i waliłam, wcale nie na oślep, w zużyty już lekko przyrząd. Nie powstrzymało mnie złamanie lewej ręki i wielu kości w dłoni. Waliłam nie czując bólu, nie myśląc o konsekwencjach. Dopóki nie zrobiło mi się ciemno przed oczami. Pamiętam, że ostatnią myślą zanim osunęłam się na ziemię, była wręcz pewność, że wszystkie moje szanse zostały zaprzepaszczone. Nie straciłam tej przytomności na długo – czując, że ktoś chce mnie ruszyć (nie myślałam, że może to być lekarz, albo trener, którzy chcą mnie opatrzyć), powaliłam tę osobę na ziemię dociskając jej krtań kolanem do podłogi. Być może dopiero wtedy poczułam ból, ale świadomość wróciła, gdy osobnik leżący pode mną w niezauważalny sposób wyrwał się i obezwładnił mnie chwytem, którego nigdy wcześniej nie znałam – nigdy nam tego nie pokazano, nie nauczono, że w ogóle można uwolnić się położenia, do którego ja sprowadziłam przeciwnika. Dopiero wtedy, gdy oczy zamroczył mi ból złamanej ręki, rozejrzałam się. Na około stali wszyscy rekruci, trenerzy, zobaczyłam uśmiechającego się pod nosem Brzytwę i Szefa szepczącego coś na ucho Kasztanowi, paru innych wysoko postawionych. I Shota. To on mnie obezwładnił. To ja jego sprowadziłam na matę. Choć w tamtym momencie jeszcze nie wiedziałam, kim jest. - Synu, nadal uważasz, że Shot może być chlubą Grupy, skoro zwykła rekrutka, i to jeszcze tak młoda, potrafi sobie z nim poradzić? – Brzytwa popatrzył po zebranych i wyszedł, uznając wizytację za zakończoną. - Shot, zaprowadź ją do punktu szpitalnego, oni mogą sobie nie poradzić… - Szef chrząknął patrząc na trenerów i rekrutów - …a potem znajdź jej opiekuna i przekaż mu wszystkie informacje. Chcę ją widzieć w poniedziałek w sekcji strzelniczej, niech dopełnią wszystkich formalności. Nie zrozumiałam ani słowa. Poczułam tylko zwalniający się uścisk, i głos słynnego Shota, pytający, czy już się uspokoiłam. Nie pamiętam zbyt wiele z dalszych wydarzeń, wiem, że nie byłam w stanie iść sama, więc zaniósł mnie do pokoju, w którym już czekał lekarz. Nie zapamiętałam go, wtedy czułam tylko ból, wściekłość na siebie i żal, że wszystko zaprzepaściłam. Dopiero w nocy uświadomiłam sobie, że jest wręcz przeciwnie. Żal ustąpił euforii – pierwszy raz w życiu miałam coś, czego bardzo chciałam. I to tylko dzięki sobie.
Brzytwa wiele razy wspominał mi o tej sytuacji, podkreślał jej istotę. Znał również bardzo dobrze fakty z mojego życia z przed Grupy, wiedział doskonale kim byli moi rodzice i inni krewni, znał sprawy z tej rodziny, o których ja nie miałam pojęcia. I wcale nie chciałam mieć. Zamknęłam tamten rozdział i nigdy nie chciałam do niego wracać. Rozumiałam jednak, że Grupa musiała wszystko sprawdzić. Rzadko bowiem brano ludzi z łapanki, tak jak mnie. Najczęściej były to dzieciaki wyselekcjonowane z domów dziecka z całego świata, dzieci przestępców, ale bez obciążenia genetycznego chorobami. Czasami były to dzieci agentek, choć o tym dowiedziałam się dopiero podczas obecnego szkolenia. Przyjmowano też ludzi z polecenia – znajomych lub ofiar, czasami ktoś zgłaszał się sam. Nigdy jednak nie byli to aktywni działacze innych grup i organizacji. Nigdy ich dzieci, ani krewni. Agentki, które te dzieci rodziły, znikały. Teraz dowiedziałam się, że gdzieś istniał specjalny dom, w którym musiały dożywać swoich dni, jeśli nie chciały – mogły popełnić samobójstwo. Do Grupy nie miały już powrotu, z dwóch względów. Raz – matka, zawsze jest matką. Istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie chciała odnaleźć, chronić, kontrolować swoje dzieci. Dwa – prawda ostatniej próby wyszłaby na jaw. Ostateczna próba, tuż przed pierwsza akcją - po niej nie ma już możliwości rezygnacji – tylko nogami do góry. Wszystkim kobietom, rekrutkom, przyszłym agentkom, dawano do podpisania zgodę na sterylizację. Tłumaczono to, poza względami praktycznymi, czyli ewentualnymi ciążami z ofiarami czy klientami, także kontrolą gospodarki hormonalnej, która miała być odpowiedzialna za nastroje, emocje, uczucia. Faktycznie sprawdzano też posłuszeństwo, determinację, dojrzałość. Przed podpisem można było jeszcze rezygnować, odejść. Przejść tak zwane pranie mózgu, zgodzić się na wieczną kontrolę, ale żyć jak zwykły człowiek. Potem – już nie. Podpisałam te papiery bez mrugnięcia okiem, nigdy przenigdy nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym dać nowe życie. Nigdy. Teraz okazało się, że nigdy takiej operacji nie przeprowadzono na żadnej z agentek. Wszczepiano nam jedynie specjalne środki antykoncepcyjne, wymieniane przy okazji badań okresowych. Badano nas, względem czystości i innych chorób. Oczywiście dziewictwo samo w sobie nie było ważne jako takie, było jednak informacją o naszych poczynaniach, wypełnianiu zadań. Informacje o możliwości zajścia w ciążę jednak krążyły wśród agentek – że niedoświadczony lekarz, że niektóre będą miały misje rozrodcze – stąd dzieci. Najwięcej jednak wpadek miało miejsce wśród romansów między agentami. A to, jak wcześniej wspominałam, było surowo zabronione. Gdyby z ojcem dziecka agentki nie łączyły uczucia, nie miałaby przecież skrupułów w dokonaniu aborcji. Czasami Grupa informowała o faktycznym stanie, szczególnie zasłużone agentki. Mogły zdecydować się świadomie na dzieci, oczywiście było to równoznaczne z odejściem od czynnej pracy w Grupie, ale przydzielano je wtedy do sekcji opiekuńczej, w której opiekowały się niemowlętami, lub zaczynały szkolić dzieci w wieku przedszkolnym. Wiele z nas, mimo rezygnacji z macierzyństwa, miało problem z zabijaniem dzieci. Najczęściej dzieci były po prostu świadkami, często zdarzało się, że ofiara była jedynym opiekunem potomka, częściej – dziecko samo było ofiarą, a jego śmierć stanowiła zemstę lub ostrzeżenie. Wiele agentek zamykało sobie karierę na takich akcjach, nie mogły strzelić, ktoś musiał dokańczać zadania dla nich. Ich tłumaczenia zawsze były podobne – to niewinna istota, możliwe że nic nie zapamięta, jej czas się nie skończył. Ja nigdy nie miałam z tym najmniejszego problemu. Wiedziałam, co czują opuszczone dzieci. Wiedziałam, jak ciężko jest żyć pod presją ciągłej agresji i braku zaufania. Prawdopodobne było, że pozostawione przy życiu dziecko, w przyszłości zechce się mścić, a jego motywacja i desperacja da mu przewagę. I właśnie ta niewinność, była dla mnie kluczowa – czemu małe ma cierpieć za błędy rodziców, kiedy tych ktoś z nas po prostu sprzątnie?
- Nie mogliśmy wybrać nikogo lepszego. – podsumował Brzytwa odkładając na bok moje akta – Uważam nawet, że mimo swojej płci, byłabyś lepsza od Shota. Problem tylko w tym… - miał takie same oczy jak Szef: błękitne i świdrujące. Tak samo podejrzliwie patrzył na każdego i nigdy nie spuszczał wzroku - …że ty tego nie chcesz. – I zawsze miał rację. – Są tego dobre i złe strony. – upił łyka swojej ulubionej, czarnej kawy, ze swojego ulubionego kubka – Więc mam nadzieję, że nie będziesz miała okazji zasiąść w moim byłym gabinecie. Ja też codziennie zasypiałam z taką nadzieją. Tyle, że z zupełnie innych powodów…
Kolejny tydzień bez wieści. Być może przyczyną tego dziwnego uczucia gdzieś w żołądku była nuda i dużo czasu na rozmyślania. Być może jednak, to co łączyło mnie z Shotem było czymś więcej, niż myślałam, że jest. Usłyszałam jakieś hałasy, a z krótkofalówki podpiętej do częstotliwości ochrony (swoją drogą: czy to ja nabyłam nowe umiejętności, czy ich systemy były aż tak bardzo niezabezpieczone?) dowiedziałam się, że będziemy mieli gości: Szefa, Kasztana i parę innych osób. Ich wizyty były ostatnio dość częste – chcieli być na bieżąco z moimi postępami, naradzali się z Brzytwą w wielu sprawach. Dla mnie te spotkania były nudne, mimo że musiałam w nich uczestniczyć, nigdy nie wyrażałam własnego zdania. Nie uważałam, aby ktokolwiek w ogóle wziął je pod uwagę, nie uważałam też, aby było pomocne. Starałam się słuchać, ale nie przychodziło mi to tak łatwo. Wychwytywałam jedynie informacje o stratach, atakach i zamachach, wstrzymując oddech i czekając na jakiekolwiek wieści o Shocie. Po usłyszeniu szczęku zamykanej bramy, postanowiłam zejść do gabinetu, aby przywitać się i stracić kolejne dwie godziny na słuchaniu o problemach. Odłożyłam książkę, wyłączyłam radio i skierowałam się do drzwi, kiedy otworzyły się nagle, a w progu stał… Shot. Nie mogłam się ruszyć. Był. Cały i zdrowy, poważny, ale ze swoim uspokajającym spojrzeniem. Nie wierzyłam, że tutaj jest. - Przyszedłem przekazać ci pewne ważne informacje, Szef wraz z Brzytwą chcieli zostać sami, a ja… - gdy tylko zamknął drzwi natychmiast mu przerwałam. - Tu jest czysto, nie musisz… - podszedł do mnie i lekko popchnął w stronę ściany. - Co ty tu robisz, La? Tak się martwiłem, wszyscy mówią że jakaś rekonwalescencja, myślałem, że cos się stało, coś o czym mi nie powiedziałaś…? – pauzy między słowami były długimi pocałunkami, trzymał moją twarz w dłoniach, całował oczy, policzki, usta. Ja nie wiedziałam co mam zrobić. Jak to możliwe, że on nie wiedział? Czemu tak musiało być? Nie mogłam mu powiedzieć, nie mogłam go też okłamywać. Nienawidziłam takich wyborów, a z nim już od naszego pierwszego, świadomego spotkania, musiałam ich dokonywać. Oddając pocałunki grałam na czasie, myśląc szybko i szybko wybierając mniejsze zło. Nie mogę mu powiedzieć – gdyby zdarzyło się najgorsze, umierałby z myślą, że jestem następnym celem. Że przez niego utknę na zawsze na znienawidzonym stanowisku, albo zginę. - Przecież nie okłamałabym cię… - na szczęście bardziej interesowały go teraz moje stringi, których próbował szybko mnie pozbawić. Choć kłamstwo i tak zostało powiedziane. Tym razem sama nie zamykałam oczu, musiałam go zapamiętać. Każdy ruch, grymas, uczucie. Robiąc to tutaj igraliśmy z ogniem bardziej, niż kiedykolwiek. Pewne było jednak, że żadnego z nas nic nie było w stanie powstrzymać. Oparł spocone czoło o ścianę tuż obok mojej głowy, zwolnił uścisk z uda. - Dziękuję, La. – pocałował moje ucho, dotykał twarzy, włosów. Wiedziałam, że też zapamiętuje, wita i żegna równocześnie, na nie wiadomo jak długi czas. Wyciągnęłam z jego kieszeni piersiówkę, tą którą dostał ode mnie przy jakiejś okazji, upiłam łyk gorzkiej whisky i oddałam mu, aby zrobił to samo. - Cieszę się, że tu jesteś, bezpieczna kryjówka, bezpieczniejsza niż rejon VII. – uśmiechnął się i znów musnął moje usta. Smakował wypitym przed chwilą trunkiem. – Na mieście jest źle. – zamknęłam z bólem oczy. Wiedziałam, że sytuacja nie jest komfortowa, ale kiedy mówił to Shot, nabierało najgorszego z możliwych wymiarów. Z krótkofalówki dotarła do nas informacja o wyjeździe gości w ciągu kilku najbliższych minut. Być może ostatnich minut, w których go widziałam. - Nie mogę ci obiecać, że nic mi nie będzie, ani że się jeszcze zobaczymy… - poczułam, że wkłada mi coś do ręki - ...pamiętaj, że nic się nie zmieniło. Od zawsze, w najgorszych momentach, to twój zapach trzyma mnie przy życiu. – ostatni pocałunek i po jego obecności nie został tu już żaden ślad, poza przedmiotem w mojej dłoni. Dopiero po usłyszeniu zamykającej się za samochodami bramy, rozchyliłam palce. To była kula. Kula, którą wyjęli mu z barku po jednej z nieudanych akcji. I która byłaby przyczyną jego śmierci, gdyby nie ja.
To była moja pierwsza, samodzielna akcja, miałam zaledwie 19 lat i do tamtej pory, mogłam opuszczać siedzibę Grupy tylko w towarzystwie bardziej doświadczonego agenta. Najczęściej zajmowała się mną Koka, która lubiła dużo wypić i dręczyć mężczyzn. Ale dobrze wykonywała swoje zadania. Nie wróżyłam jej zbyt długiej kariery, głównie dlatego, że nie dostrzegała własnych błędów. Dodatkowo zamykała się tylko na jedną sekcję, nie chciała pomagać innym, nie chciała uczyć. Zginęła krótko po moim usamodzielnieniu – zabił ją alkohol i zbytnia pewność siebie. Do momentu przejrzenia akt, wierzyłam, że wysłano mnie z odsieczą z powodu braku innych, doświadczonych osób na miejscu. Dziś już wiem, że była to idealna okazja na sprawdzenie mnie. Jadąc po Kokę, otrzymałam rozkaz udania się do pewnych magazynów – jeden z naszych agentów został ranny, miałam sprawdzić jego stan i postępować zgodnie z regulaminami. To znaczyło jedynie tyle, że powinnam zebrać go jeśli jest przytomny, jeśli istnieje poważne zagrożenie szybkiej śmierci, mam po prostu podpalić okolicę i dopilnować, aby nikt nie rozpoznał ciała. Teren magazynów, na które mnie wysłano, był rozległy, jednak po zapachu spalenizny i benzyny, mogłam domyślać się o które magazyny chodzi. Zatrzymałam auto widząc ślady krwi. To nie wróżyło nic dobrego, zwłaszcza, że akcja była jednoosobowa – mogła dotyczyć tylko jednej sekcji. Wysiadłam szybko na rozgrzany piach, wyciągnęłam swoją broń i z zachowaniem wszelkich środków ostrożności podążyłam krwawym śladem. - Kurwa mać! – krzyknęłam widząc to, po co mnie tu przysłali. Gość nie miał twarzy, jedynie krwawą miazgę, zapuchnięte oczy, złamany nos, prawdopodobnie wybite zęby. Cała koszula pokryta była brudem i krwią, widziałam wyraźnie źródło najpoważniejszej rany: wciąż rozrastająca się plama w okolicach barku. Oddychał, ale na pewno nie był przytomny. Schowałam broń, podeszłam do jego głowy. Dopiero wtedy z trudem rozpoznałam, że był to Shot. W głowie narodziło się milion pytań: czemu wysłano akurat mnie, czemu do tego agenta, czemu to ja miałam decydować o jego życiu? Wedle wszelkich regulaminów powinnam zostawić go tam, tworząc wokół wielkie ognisko. Z drugiej strony wiedziałam kim był i jak jego strata osłabi szeregi. Skoro był ranny (praktycznie: zabity) w czasie akcji, na pewno nie dokończył jej, na pewno dysponował informacjami, które będą przydatne dla następcy. Szybko sprawdziłam jego numer – kilkanaście, wszczepionych pod skórę z tyłu ucha, kulek ze specjalnego tworzywa, składające się na numer seryjny każdego agenta. Nie było już wątpliwości, że to on. Wyprostowałam się myśląc intensywnie, kopnęłam z wściekłości jedną ze stojących obok beczek. Docierało do mnie, że jeśli nie zdam tego testu, mogę zapomnieć o samodzielnej pracy. Byłam wściekła na tych, którzy doprowadzili go do tego stanu – powinni byli strzelić mu kilka razy w głowę dla pewności, że nie będzie czego ratować. Usłyszałam, jak jęknął. Nie dziwiło mnie to – pewnie poza widocznymi obrażeniami, miał połamane żebra, nie wiadomo jak nogi i ręce… Spojrzałam na jego dłonie. Dłonie dla płatnego mordercy, są tak samo ważne, jak dla pianisty. Naciskanie spustu też jest sztuką. Jego były całe. Nie znalazłam na nich nawet zadrapania – nie bronił się. Czując mój dotyk na ręce poruszył się gwałtownie. Podałam mu swój numer, podałam jego. Nie mógł mi odpowiedzieć, ale jeśli słyszał, zapewne się uspokoił. Poczułam jak zaciska swoje palce na mojej dłoni w rękawiczce. Być może było to błaganie o kulkę w skroń. Ja na pewno o to bym prosiła. Nie wiedziałam jednak, o co prosi on. Litość, czy współczucie nie były moją domeną. Ale w tamtym momencie zdecydowałam, że zabieram go do siedziby, najwyżej umrze w moim samochodzie, albo na stole operacyjnym. - Zabieram cię, nie będzie to przyjemne. – rzuciłam tylko, a potem chwyciłam go pod ramionami i zaciągnęłam do wozu. Nawet nie pisnął, choć nie mogłam wątpić w jego cierpienie. Usiadłam za kierownicą, oparłam na niej ręce, a na nich głowę. Chyba nawet krzyknęłam zastanawiając się, co teraz. Słyszałam, że próbuje coś powiedzieć. - Nic nie mówi, zaraz coś wymyślę… - Ślady… - wyszeptał - …ciało… pożar… Zrozumiałam. Tylko skąd wziąć trupa na pustkowiu? I wtedy, zupełnie niespodziewanie, przypomniałam sobie o facecie, który od dwóch dni leżał w bagażniku. Podczas poprzedniej akcji z Koką, miałyśmy widownię i kompletny brak czasu, na eliminowanie świadków. Ogłuszyłyśmy gościa, wrzuciłyśmy do bagażnika, a dzisiaj właśnie miałyśmy razem, zakończyć tę misję gdzieś na obrzeżach miasta. Stan świadka po dwóch upalnych dniach w bagażniku mojego Volkswagena nie miał znaczenia. Oprawcom Shota wystarczą spalone kości w miejscu, w którym go zostawili, Grupie – fakt, że facet nie przeżyje i nie wypłynie za dwa tygodnie w dole rzeki. Nie było więcej czasu do stracenia. - Czym cię postrzelili? – jak mogłam wymagać od tak zmasakrowanego człowieka takiej wiedzy? Nie miałam pojęcia z jaką organizacją pracował, co mogłoby dać mi odpowiedź. Nie wiedziałam czy był to wypadek, czy robiła to ochrona, czy ktoś inny. Widziałam, że nie odpowie mi na to pytanie. – Desertem? Berettą? Rengerem? – przecież nie będę rozgrzebywać mu teraz rany, żeby to sprawdzić – Chyba nie Whalterem? Coltem? – drgnął. Wyjęłam z podręcznej walizki odpowiedni sprzęt. Małe były szanse, że model będzie ten sam, ważna jednak była kula, która przecież nie spłonie wraz z ciałem. Otworzyłam bagażnik, wyciągnęłam na wpół przytomnego faceta. Właściwie chłopaka – wyglądał na ledwo starszego ode mnie. W myślach współczułam mu nawet, że pojawił się w złym miejscu i o złym czasie. Miał to szczęście, że oszołomiony brakiem tlenu, głodem i pragnieniem, nie będzie bał się zbyt długo. - Przykro mi, stary. – rzuciłam przewracając go na plecy – Zmów ostatnią modlitwę. – Tylko przez chwilę widziałam przerażenie w oczach, potem z całej siły uderzyłam go kolbą w skroń. Czaszka pękła jak arbuz. Po chwili przestał oddychać. Przeładowałam broń i strzeliłam mu w ramie, tak aby rana odpowiadała tej u Shota. Przeciągnęłam zwłoki za beczki, oblałam wszystko benzyną, wróciłam do auta po jakąkolwiek biżuterię należącą do agenta - Nienawidzę brudnej roboty… - warknęłam odrzucając broń na podłogę i zdejmując sygnet z palca Shota. Widziałam jak próbował się uśmiechnąć, jakby ta sytuacja w ogóle była śmieszna, nienawidziłam kropel krwi zostających na ubraniu przy bezpośrednim kontakcie z ofiarą. – Rozumiesz, że muszę ci to zabrać… - i tak nie mógłby się bronić. Sygnet rzuciłam w okolice ciała, które po chwili całe płonęło. Odpalając silnik i ruszając spod magazynów, myślałam tylko, co teraz będzie. Nie powinnam zabierać tak pokiereszowanego agenta, z drugiej strony nie był to zwykły, szeregowy agent tylko właśnie Shot – dowódca swojej sekcji, odpowiedzialny za wiele toczących się ciągle akcji. Przez telefon podałam obrażenia agenta, lekarze już byli gotowi do udzielenia pomocy. W niecałe 10 minut dotarliśmy do siedziby. Wzrok Szefa mówił sam za siebie, zwłaszcza, gdy tuż pod jego nosem przetoczono nosze. - Wiesz jakie są zasady, nie powinnaś przywozić tego truchła. Czekam na szczegółowy raport. I dobrze by było, gdybyś znalazła Kokę, bo ona też odpowie za twoją decyzję. Mimo tych gróźb dostałam notę pochwalną, a po złożeniu wyczerpujących wyjaśnień nawet nagrodę – niesubordynowani rekruci musieli doczyścić wnętrze mojego samochodu z krwi. Niedługo po tym otrzymałam swoje pierwsze zlecenie. Wiedziałam też, że Shot przeżył, a jego obrażenia nie były aż tak poważne, na jakie wyglądały. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że odbieranie życia jest łatwiejsze, niż jego ratowanie. I że jedynym wspólnym punktem tych dwóch procesów, była wieczna więź ratującego z ratowanym, i zabijającego z zabijanym. Z tym, że ta pierwsza nie istniała jedynie we wspomnieniach.
Po przeczytaniu raportów z tamtej sytuacji, przypomniałam sobie wszelkie szczegóły. Teraz wiem, że ludzie, którzy mieli zabić Shota albo nie sprawdzili w ogóle miejsca zdarzenia, albo sprawdzili bardzo niedokładnie. Kula, którą ściskałam w ręce była z Magnum. Żeby było śmieszniej: nawet, gdybym wiedziała to wtedy, w moim samochodzie nie było żadnej broni tej marki – dwa dni wcześniej, podczas akcji z której pochodził niewygodny świadek, jedyny pistolet zaciął się i został oddany do ekspertyzy…
- Dlaczego agent Shot nie wie nic o mojej roli? – spytałam Brzytwy następnego dnia. - Do czego mu ta wiedza? – odparł, nawet nie był zaskoczony. – Im mniej osób wtajemniczymy, tym większe szanse na powodzenie. Oczywiście nie powiedziałaś mu nic? - Nie. Ale gdyby sam nie przyznał się do swojej niewiedzy, mogłabym coś zasugerować. Wolałabym na przyszłość być informowana o zakresie wtajemniczenia kolejnych osób, z którymi rozmawiam. Zwłaszcza takich, których mogę podejrzewać o posiadanie pełnych informacji. Brzytwa odłożył gazetę i spojrzał na mnie, po czym pociągnął łyk szkockiej z lodem, którą zwykł pijać po śniadaniu. - Powiedz, czemu nigdy nie chciałaś zostać samodzielnym agentem? – spytał w końcu. – Masz wszelkie predyspozycje do takiej pracy, umiejętności, wygląd… - Nie lubię brudnej, niepewnej, monotonnej roboty. – odparłam zgodnie z prawdą. - Zawsze jest zapotrzebowanie na krecią robotę, często nie kończy się ona na zabójstwie. Co więc jest w niej brudnego i niepewnego? - Nie zostałam mordercą po to, żeby siedzieć w hotelach, kasynach i restauracjach z bufonami, podobać się im, a później w najlepszym wypadku, zaciskać im na szyi żyłkę. Kocham broń. Kocham te godziny czekania na odpowiedni moment, kocham to, że wyrok już dawno zapadł, a ode mnie zależy tylko czas i miejsce, nie decyzje. – Brzytwa miał zadowoloną minę. - Cóż, unieszczęśliwimy cię prezesurą. - Nic nie jest jeszcze przesądzone. - Ale bardzo prawdopodobne. Powiedzmy sobie szczerze: agent Shot nie ma zbyt wielkich szans na przeżycie najbliższych trzech miesięcy. Radziłbym się przyczaić do myśli o poważnym stanowisku. - Zacznę o tym myśleć, kiedy zginie choć jeden z nich. – Brzytwa znów sięgnął po gazetę. - Byłaś jego protegowaną od tego swojego boksowego popisu. Nikt nie zaskoczył go tak jak ty wtedy, nikt nie pokazał tak zwierzęcego instynktu, który każe walczyć do końca mimo poniesionych strat. Wszystkie akcje, które później otrzymywałaś, dostawałaś dzięki niemu. My baliśmy się, że nie będziesz umiała poskromić swojej agresji. Myliliśmy się. Od tamtej pory widzieliśmy cię na wysokich szczeblach, potrzebowaliśmy jednak kogoś, kto cię do tego przekona, popchnie. I nawet jemu się to nie udało. - Nie raz zabierał mnie na swoje misje, widziałam jak to się robi. - Odporność na wszelkie tego typu zabiegi, jest również dobrą cechą w twojej przyszłej roli. Przecież nie byłam odporna na Shota. Brzytwa nie miał pojęcia, co jeszcze poza swoją pracą, pokazał mi mój opiekun.
Po nieudanej akcji Shota, nie wiedziałam go przez długi czas. Wiedziałam, że ma się dobrze, podobno krążył czasem po siedzibie z ręką w temblaku, ale nigdy osobiście go nie spotkałam. Aż pewnego dnia otrzymałam misję towarzyszenia mu podczas jakiegoś balu – jednego z wielu, które musiał
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Creator
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…