TERRANUM
Początkujący dziennikarz pewnego poranka spotyka na ulicy dziwnego człowieka w kapeluszu; postanawia przeprowadzić z nim wywiad do swojej gazety; niestety próba ta kończy się uprowadzeniem dziennikarza:-))
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Terranum" by K. Wredny
"…Sto pokoleń Srebrnego Rodu przeminie nim ludy Terranum ponownie dostąpią łaski otwarcia Portalu Ludzi Braci Elfów. Nastanie to gdy dwa słońca spopielą Ziemię Tharkas, a na północy Lody Bogin Medelkharts przekroczą Ocean Mroku. Tylko Wybraniec przebędzie Zasłonę Czasu, by zagubione narody mogły się odnaleźć."
XII Przepowiednia Sharen Księga Niebiańskich Portali
Poniedziałek to najbardziej znienawidzony dzień tygodnia 90 % ludzkości, przynajmniej tej części, która robi to czego najbardziej nie lubi, pracuje. Zwlokłem się z wyra dwadzieścia po siódmej. Odczuwając pulsujący ból w czaszce przypominający o wczorajszym wieczorze spędzonym w pubie z przyjaciółmi z poprzedniej pracy, darowałem sobie prysznic przemywając tylko to, co niezbędne do w miarę normalnego funkcjonowania. Wybiegłem z domu udowadniając samemu sobie, że można zdążyć do oddalonej o trzy przecznice redakcji na godzinę ósmą. Przeciskając się między ludem pracującym spieszącym się tak samo jak ja, albo już spóźnionym, brnąłem w kierunku biurowca, gdzie zakotwiczyła nasza świeżo powstała gazeta "Życie w Mieście". Powstanie gazety było dla mnie zbawieniem. Miałem już po wyżej dziurek w nosie pracy w firmie, której parafrazując Tolkiena "nazwy nie wolno wymawiać", mobbingu szefa furiata i schizofrenika oraz jego jeszcze bardziej powalonej konkubiny. Praca w tejże firmie była dołująca i frustrująca, a głupota właścicieli przekraczała wszelkie granice siedmiomilowymi butami! Dlatego na wieść o naborze do gazety niemalże na kolanach zaniosłem swoje cv do redakcji. Potem była krótka rozmowa kwalifikacyjna i etat z marszu w dziale Sportowym! Zmiana pracy była jak orzeźwiający powiew morskiej bryzy… Dzień zapowiadał się nieciekawie. Siąpiący deszcz powodował, że wszystko wokół było szare i bez wyrazu. Sunące leniwie w korku samochody, zaspani sprzedawcy otwierający zaspane sklepy. Gdzieniegdzie kolorowy parasol ubarwiał czerń tradycyjnych osłon przeciwdeszczowych. "Wczorajszy", ale pełen zapału brnąłem nierównym chodnikiem, a zimny jesienny deszczyk bombardował moją twarz tysiącami miniaturowych kropelek, gdy moją uwagę przyciągnął człowiek w stroju rodem z mrocznych westernów. Poły wytartego skórzanego płaszcza powiewały na boki w rytm kroków masywnych, równie wytartych traperów. Prosty kapelusz z szerokim rondlem, z pod którego opadały na ramiona długie proste kruczo czarne włosy, miał ciasno nasunięty na oczy. Mijając go poczułem dziwny zapach, jakby lasu i kwiatów, nie bardzo mogąc sprecyzować jakich? Trochę dla tego, że moja wiedza o kwiatach, a raczej ich zapachach, była u mnie nikła a właściwie żadna, a trochę dlatego, że ów zapach błyskawicznie się ulotnił. Zatrzymałem się. Przez chwilę bijąc się z myślami stałem wpatrując się w tego mężczyznę. Postanowiłem zawrócić i przynajmniej przez jakiś czas podążyć za nim. Sięgnąłem po komórkę i wystukałem numer do redakcji. Odebrała Agata, sekretarka redakcji, młoda zgrabna blondynka odrabiająca u nas studencki staż. Przekazałem jej, że spóźnię się godzinę, bo być może będę miał ciekawy materiał na artykuł do nowego wydania. Przestało padać, spomiędzy chmur wyjrzało słońce rozjaśniając ulice. Szedłem za nim oddalony o dwadzieścia kroków. Był średniego wzrostu tak jak ja. Wąskie ramiona, na których nosił plecak pasujący kolorem do jego płaszcza i kapelusza. Jednak kiedy padły nań promienie słońca zmienił kolor na zgnito-zielony. Uwagę mą przykuło dziwne zapięcie. Nigdy wcześniej takiego nie widziałem. Była to mieniąca się metalicznym blaskiem broszka w kształcie zielonego klonowego liścia. Szedłem tak za nim kilka minut zastanawiając się cały czas po co to robię. Zaprzątnięty myślami ledwie zauważyłem, że skręcił w boczną uliczkę. Odczekałem chwilę i też w nią skręciłem. Szedł pewnie pomiędzy pustymi kartonami i pomarańczowymi kontenerami na śmieci. Po prawej wznosiła się rampa starego magazynu chyba mięsnego. Obdrapana farba na ścianach świadczyła o tym, że był długo nieużywany. Z dziurawej przerdzewiałej rynny kapała woda. Starałem się uważnie stawiać kroki, żeby nie zwrócić jego uwagi jakimś nie potrzebnym hałasem. Skręcił w prawo w wąską zakończoną owalem bramę. Przyspieszyłem kroku by nie stracić go z oczu. Brama prowadziła na typowe wewnętrzne podwórko, na około którego wznosiły się cztero piętrowe ściany powojennych kamienic. W kilku miejscach widać było nieregularne dziury, z których odpadł pewnie jeszcze komunistyczny tynk. Mury pięły się wysoko zwężając ku sklepieniu ciągle jeszcze zachmurzonego nieba. Podwórko było zasypane walającymi się starymi gazetami i przeganianymi przez podmuchy wiatru śmieciami. Ale w zasięgu mojego wzroku nie było żywego ducha! W każdej ze ścian były drzwi prowadzące na klatkę schodową. Szybko zacząłem lustrować okna z nadzieją, że uda mi się dostrzec cień mężczyzny wchodzącego po schodach. Niestety nigdzie nie było widać żadnego ruchu. Zły na siebie podszedłem do pierwszych drzwi po prawej. Były zamknięte. Tak samo następne i kolejne. Chwileczkę, coś tu nie gra. Pomyślałem sobie. Albo gość zajarzył, że go śledzę i schował się blokując któreś z drzwi, albo... Właśnie, albo co? Albo... zniknął?! Przecież nie wyfrunął górą! Już zacząłem sobie wyobrażać, jak szef będzie mnie beształ za spóźnienie. I co ja mu powiem? Że śledziłem jakiegoś dziwoląga i mi znikł?! Czy że odfrunął? Odwróciłem się chcąc jak najszybciej udać się do redakcji. Serce stanęło mi na ułamek sekundy, a potem przyśpieszyło przechodząc od razu do galopu. W odległości pół metra ode mnie stał ten gość! Zajrzałem w jego zimne i nienaturalnie rozszerzone błękitne oczy. Wpatrywał się we mnie bez mrugnięcia, jakby sondując moje myśli. Poczułem jak zimny pot wystąpił mi na czoło a dreszcz przechodzi po kręgosłupie. Miał bardzo kształtne rysy twarzy, powiedziałbym perfekcyjne, bez zarostu, którego niemal się spodziewałem. Prosty, lekko szpiczasty nos, niezwykle bladą cerę, lekko tylko zaróżowioną na policzkach. Gej?! Pomyślałem. Gej - psychopata?! Najchętniej bym uciekł, ale jedyną drogę ucieczki zagradzał mi ten facet. Kiedy pierwsza chwila paniki nieco zelżała, postanowiłem użyć jednego z moich darów. Przecież jestem niezłym dyplomatą. Chciałem się odezwać, zaimprowizować coś na prędce, jakoś się wykpić ale mnie uprzedził. - Dlaczego mnie śledzisz? - Miał taki dźwięczny głos. Męski, jak najbardziej, ale jednak jakiś taki śpiewny. Cofnąłem się o krok przyjmując pozycję na wykroku. W końcu oglądało się kilka filmów, w których samotny bohater rozprawiał się z całą nawet armią czarnych charakterów. Gotowy na najmniejszy ruch stwierdziłem, że lepiej powiedzieć mu prawdę. - Pozwoli pan, że się przedstawię - powiedziałem nieswoim głosem, którego ton samego mnie zdziwił. - Nazywam się Michał Sienkiewicz - sięgnąłem powoli do wewnętrznej kieszeni kurtki po wizytówkę. Człowiek uważnie śledził moją rękę. Podałem mu ją. - Jestem dziennikarzem gazety "Życie w Mieście" i chciałem porozmawiać z panem o pobycie w naszym mieście, bo wnioskując po pana stroju... Uśmiechnął się półgębkiem i nie dając mi dokończyć powiedział: - Mam uwierzyć w to, że śledzisz mnie po to by przeprowadzić ze mną wywiad? Przytaknąłem zastanawiając się, czy na jego miejscu sam bym sobie uwierzył. - Wie pan, może faktycznie dziwnie to wygląda - zacząłem się tłumaczyć - ale naprawdę jestem dziennikarzem, niech pan sprawdzi na mojej wizytówce. W ułamku sekundy wyprowadził cios w czoło. Upadłem w tył na drzwi. Osuwając się, nim przyszła ciemność, zobaczyłem jak staje nade mną. Straciłem przytomność.
* * *
Ocknąłem się w kącie, słabo oświetlonej jarzeniówkami hali. Przeszywający ból ramion przywrócił mi świadomość. Byłem spętany. Wykręcone do tyłu ręce miałem związane w łokciach i nadgarstkach. Nogi w kostkach i kolanach. Leżąc na boku rozejrzałem się po pomieszczeniu. Betonowa zimna posadzka nadgryziona zębem czasu. Takie same, z przybrudzonymi oknami, ściany. Metalowe przęsła i wsporniki podtrzymujące dziurawy blaszany dach. Walające się wszędzie zakurzone papiery i tekturowe pozostałości po przemysłowym przeznaczeniu tego miejsca sprawiały wrażenie opuszczonego i zapomnianego przez ludzi miejsca. W przeciwległym kącie w pakamerze przy zapalonej lampce siedziały trzy pochylone nad stołem postacie. Jedną z nich był mój "znajomy" w kapeluszu. Dwie pozostałe skrywały swoją tożsamość pod ciemnymi kapturami. Rozmawiali przyciszonymi głosami tak, ze nic nie mogłem zrozumieć. Ból w kończynach nieco zelżał więc postanowiłem nie czekać na rozwój wypadków i spróbować się uwolnić. Zacząłem energicznie poruszać spętanymi rękami, lecz ten kto mnie wiązał doskonale wiedział jak to się robi. Mimo zimna spociłem się walcząc z więzami, lecz efekt dało to taki, że tylko obtarłem sobie boleśnie nadgarstki. Drzwi od pakamery otwarły się ze zgrzytem. Znieruchomiałem i zamknąłem oczy udając nieprzytomnego. Słyszałem zbliżające się kroki. Poczułem nad sobą czyjąś obecność. Jedna z postaci w kapturze odezwała się tak samo dźwięcznym głosem co facet w kapeluszu. - Masz uderzenie lordzie Fabianie. Może za mocno dostał? Lordzie Fabianie?! Pomyślałem, że to jakiś pseudo arystokratyczny spisek. Mój oprawca nazywał się Fabian i był jakimś lordem. Żeby tylko nie byli psycholami, którzy coś sobie ubzdurali, a ja głupek wpadłem, nie przymierzając, jak gówno w przerębel! - Nic mu nie będzie - odezwał się beznamiętnie kapelusznik. Trzeba go ocucić i przepytać. Długo już śpi... Poczułem szturchnięcie butem w nogę. Co będę ściemniał. Udałem, ze się budzę. Zmrużyłem oczy i przyjrzałem się szybko pozostałej dwójce. Jedną z nich był mężczyzna bardzo podobny do kowboja, tyle tylko, że miał zamiast kapelusza pelerynę z kapturem, spod którego zwisały jaśniejsze włosy. Druga z postaci była bez wątpienia kobietą. Miała smuklejsze ramiona a jej peleryna sięgała ziemi skrywając stopy. Na piersi dzwonił medalion w kształcie ośmioramiennej gwiazdy zawieszony na zapewne srebrnym łańcuszku. Spod kaptura zwisał jej gruby długi do pasa blond warkocz, w który wpleciona była złota wstążka. - O! Budzi się - zauważył towarzysz kapelusznika. - Bystry to jesteś... nie ma co - stwierdziłem i od razu tego pożałowałem. Momentalnie dostałem kopniaka w piszczel. Syknąłem z bólu i powiedziałem przez zęby - Nie poszłoby ci tak łatwo gdybym nie był związany. Chyba, ze lubisz kopać skrępowanych leżących. Frajerze! - Chętnie się spróbuję - odparł. - Spokojnie Danbercie! - powstrzymał go kapelusznik. Milcząca do tej pory kobieta odezwała się śpiewnym i melodyjnym głosem: - Co to znaczy "frajerze"? - Coś... jakby klient, ale w tym znaczeniu raczej... zwykła obelga, Pani - pośpieszył z wyjaśnieniem kapelusznik. - Coście za jedni? - spytałem - Jakaś banda pseudo arystokratycznych pomyleńców? Znowu ten narowisty mnie kopnął. Zawyłem tym razem, bo dostałem dokładnie w to samo miejsce. - Nauczę cię szacunku psie! - odezwał się gniewnie. Ponownie kapelusznik przywołał go do porządku. - Panowie! Spokój! Zachowujecie się jak dzieci! Z naganą w melodyjnym głosie kobieta osadziła ich w miejscu. Jak na komendę obaj pochylili głowy i razem przeprosili z pokorą godną co najmniej bogini. - Wydaje się, że człowiek naprawdę nic o nas nie wie - stwierdziła. A ja zacząłem się zastanawiać nad ich dziwną mową i całą resztą nie pasujących mi szczegółów. Kobieta nie zna znaczenia słowa "frajer", goście mówią do nie per Pani z wielkim respektem i czcią, wyglądają jakoś tak blado i inaczej są ubrani.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Karol Wredny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…