Wróć do katalogu

To co nas łączy

Dłuższe opowiadanie napisane przed dwoma laty (obecnie po gruntownej korekcie). Dla tych wszystkich, którzy nie przepadają za miniaturami poetyzującymi :). Ze szczególnym uwzględnieniem Nambli i T.Obłudy. Pozdrowienie dla was.

turkućpodjadek, opublikowano , 16 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

TO CO NAS ŁĄCZY

Pewne dziwne zdarzenie, które bardzo silnie zapadło mi w pamięć a miało miejsce podczas jednego z moich wieczornych powrotów do domu, chciałbym uczynić przedmiotem tej opowieści. Nie upłynęło od tamtej chwili znowuż tak dużo czasu, więc jej wspomnienie jest wciąż jeszcze żywe w mym umyśle. Tamten dzień był jednym z wielu tak do siebie podobnych kwietniowych, wietrznych i deszczowych dni. Wiosna okazała się tego roku niezwykle kapryśna i co chwila płatała złośliwe figle miłośnikom słonecznej pogody. Ja osobiście nie mam nic przeciwko szarym i pochmurnym popołudniom, a takie właśnie owego dnia zatruwało niektórym moim znajomym życie – wpędzając w chandrę, depresję i Bóg wie jakie zaburzenia jeszcze. Miałem zaplanowane wieczorne wyjście do teatru i jedyne na czym mi zależało to brak silnych opadów o tej właśnie porze, szczęśliwie niebo, chociaż zasnute gęstymi chmurami, nie zgotowało mi żadnej niemiłej niespodzianki i łaskawie aż do późna w nocy powstrzymywało oczekiwaną ulewę. Do teatru dostałem się bez większych przeszkód, jeśli nie liczyć piętnastominutowego błąkania się wokół wielkiego neonu z napisem „Teatr Rozmaitości” w poszukiwaniu wejścia. Drzwi okazały się sprytnie zakamuflowane, na pierwszy rzut oka zwykłemu śmiertelnikowi wydawać się mogły jedynie przybrudzoną szybą, a dopiero po dłuższym wpatrywaniu się weń odkrywały swą prawdziwą naturę. Jednakże pomimo tych, jak zwykle obecnych, acz tym razem drobnych, przeciwności losu, wszystko potoczyło się po mojej myśli, toteż o wyznaczonej porze, a nawet wcześniej, zdołałem znaleźć się w środku, zakupić wejściówkę i korzystając z wolnego kwadransa przeczytać dwa akapity z wówczas zajmującej mnie powieści. Wszystko zatem było jakim być powinno i gdy tylko otworzono salę wdarłem się wraz z całym tłumem ludzi do środka, gorączkowo poszukując w miarę dobrego miejsca, z którego udałoby mi się zobaczyć możliwie najwięcej. Scena była mała i dlatego, pomimo, że po raz kolejny magicznym sposobem sforsowałem wejście jako ostatni (muszę wyjaśnić, że od kiedy pamiętam, nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się pokonać, zwyciężyć tej napierającej masy ludzkiej i zawsze lądowałem na samiuteńkim końcu, nie ważne czy była to kolejka do sklepu, do lekarza, do autobusu czy też do narciarskiego wyciągu, zawsze ja, przez każdego, po kolei, niby ofiara jakiejś potwornej zmowy, spychany byłem bez krztyny litości, bez żadnych skrupułów, bez żadnego nawet słowa wyjaśnienia, coraz dalej i dalej aż za ostatnią osobę) miałem szanse na przypatrzenie się przynajmniej w najważniejszych momentach temu jakże istotnemu elementowi gry aktorskiej, jakim jest mimika twarzy.

Godzina upłynęła mi niezwykle przyjemnie, przedstawienie okazało się dosyć udane i niebanalne, a prócz tego zabawne, co ostatnimi czasy rzadko udaje się pogodzić (zwłaszcza w snobistycznych, awangardowych pseudo sztukach, które są specjalnością TR), toteż wyszedłem z teatru w dobrym humorze, choć jak zwykle pogrążony w rozmyślaniach. Na ulicach zapalono już latarnie, ich blask oświetlał pogrążoną w mroku okolicę, późna pora i pochmurne niebo sprawiały, że wszelkie zaułki i osiedlowe dróżki zatopione były w wieczornej ciemności, jeszcze nie tej nieprzeniknionej i ponurej, tylko senno-szarej, kłębiącej się tu i ówdzie niby zbrudzone obłoki. Ludzie, którzy chwilę temu wylewali się przez drzwi teatru teraz rozchodzili się na różne strony znikając gdzieś pomiędzy budynkami. Ruszyłem wraz z większą grupką dalej prosto Marszałkowską mijając zaparkowane na chodniku samochody, jaśniejące szyldy i neony oraz zasłonięte sklepowe witryny. Na tej jednej z ruchliwszych warszawskich ulic teraz panowała zaskakująca cisza, przechodnie milcząc posuwali się naprzód w sobie tylko znanych kierunkach, maszyny robotników poprawiających nawierzchnię buczały monotonnie, jednolity szum pędzących na przyległych ulicach samochodów niósł się melancholijnie w powietrzu. Klucząc między rozstawionym sprzętem, kierowany kolejnymi wykrzykiwanymi komendami: „Nie tędy!”, „Tamtędy!”, „I gdzie leziesz?!”, „Tu się pracuje!”, skręciłem wreszcie z rozebranej drogi, mając pod sobą ciągnącą się Trasę Łazienkowską, na znacznie pewniejszy i dla pieszego przeznaczony, chodnik. Otuleni ciepłą ciszą ludzie sunęli leniwie wydeptanymi ścieżkami i bez pośpiechu zmierzali w różne strony: jedni do pubów, inni na dyskoteki, jeszcze inni zwyczajnie do domów. W ich krokach nie dostrzegało się żwawości, zniecierpliwienia, pogoni, słowem całej tej codziennej, nerwowej bieganiny, każdy wolał raczej powoli, konsekwentnie i z mozołem dreptać do upragnionego celu. Niebo było bezgwiezdne, zasnute ciężkimi chmurami, które sprawiały, że jego głęboka ciemnogranatowa barwa przestawała przytłaczać swym majestatem, stając się na podobieństwo wspaniałego płótna, które po latach używania wyblakło i zszarzało. Słaby wietrzyk poruszał świeżo ulistnionymi gałązkami drzew leciutko szumiąc, jakby świadomy, że nie jest w stanie rzucić wyzwania miarowemu pomrukowi rozpędzonych kół i próbując jedynie nieśmiało zaznaczyć swą obecność. Wieczór był przyjemny, w bladym blasku latarni zazielenione krzewy rzucały poplątane cienie na przyprószoną kępkami młodej trawy ziemię, jednakże w swojej wczesnowiosennej, przeddeszczowej atmosferze przypominał zaskakująco podobne, melancholijno-ponure jesienne popołudnia. Również ja, tak jak przypadkowo napotykani ludzie pogrążyłem się w tym sennym, półprzytomnym stanie, zaś moje myśli przestały krążyć wokół przedstawienia, na którym skupiały się moment temu i popłynęły bezładnie, obijając się, niczym rzucona na rzekę kłoda, o kolejne problemy, rozterki, dylematy, marzenia i urywki wspomnień wystające znad tafli wszechobecnej dziwności. Świat, miasto, znajome tereny, wszystko wydawało się oplecione mgiełką, taką, jaka zawsze towarzyszy wszelkim magicznym sztuczkom. Rzeczywistość drżała, rozszczepiała się, zmieniała kształty, falowała jak fatamorgana na odległym horyzoncie. Miałem wrażenie, że zaraz opadnie fasada znanej mi codzienności a mym oczom ukaże się coś dalece głębszego, wspanialszego, prawdziwszego. Rozglądałem się dokoła, wpatrywałem w ludzkie twarze, wszystkie podobnie zmęczone, podobnie rozespane, na każdej malowało się podobne poszukiwanie czegoś nieokreślonego, odległego. Zdawało mi się, że oto każdy z nas został natchniony, że my właśnie, tylko my, rozumiemy, wiemy oraz czujemy, czym jest los człowieczy i jaki jest jego sens.

Po krótkim spacerze dotarłem do metra, zszedłem po schodach na stację, po czym wsiadłem do pociągu i rozpocząłem podróż w kierunku Kabat. Wagon był mocno zatłoczony jak na taką, stosunkowo późną, porę. Przyciśnięty do drzwi wbijałem tępo wzrok w przesuwającą się za szybą, poprzecinaną ciemnokolorowymi kablami, szarą ścianę tunelu. Zawsze zadziwiała mnie obcość, jaka panuje pomiędzy zgromadzonymi w jednym miejscu ludźmi, im mniejsze pomieszczenie, tym dotkliwszy brak jakiejkolwiek więzi. Wagony metra są najdobitniejszym tego przykładem: każdy pogrążony we własnych rozmyślaniach (bądź też w bezmyślności), zajęty jedynie sobą. Milczący mur dzielący współpasażerów. Oczywiście nie może i nie powinno być inaczej, ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której nawiązuje się konwersację z każdą napotkaną osobą a zawieranie znajomości podczas pięciominutowej jazdy tramwajem zdaje się kuriozalnym pomysłem, ale pomimo tej świadomości, są chwile, gdy ta cisza, samotność w tłumie i szum pędzącego metra, jawią się znacznie bardziej nierealnymi i niesamowitymi niż wspomniana wizja. Pociąg zatrzymał się z piskiem na oczekiwanej przeze mnie z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych