To ja się napiję.
Masochistki... Długo zastanawiałem się nad tą publikacją. Nie zależy mi na waszych ocenach, czy punktach, jedynie na przemyśleniach i emocjach. Jeśli szukacie łatwej, banalnej rozrywki, lepiej nie czytajcie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}To ja się napiję.{/i}
Masochistki. Z daleka wyglądały jak bliźniaczki, w perspektywie bez szczegółów, nie zbliżając się, pozory były oczywiste i łatwe do jasnego sformułowania. Identyczne sylwetki, te same kształty, może siostry, dopiero, gdy przyszło komuś stanąć w bliskiej odległość, niech będzie na rzut kamieniem, czy-czym-kolwiek, to bez znaczenia w takich przypadkach, wtedy zatem wystarczyło jedno spojrzenie i nagle oczywiste stawało się, że są tak samo różne, jak podobne; a we wtajemniczonych kręgach wytykano je palcami i ostrzegano się nawzajem, są niebezpieczne, wiadomo: masochizm nigdy nie jest zdrowy, a już szczególnie jedna z jego odmian – piękno. Małgorzata i Victoria zanurzone w nim z wyboru i konieczności.
Migotały niewyraźnie wzdłuż szerokiej, błotnistej ścieżki, gdy szły równolegle, oddzielone płytkim rowem wyżłobionym przez spływającą, brudną, deszczową wodę, nie spoglądając na siebie, intuicyjnie wyczuwały własne ruchy i stąpały symetrycznie, niczym aktorki, magiczne tancerki odgrywające wyuczony układ. Prześwitała przez nie pomarańczowa, idealnie okrągła połówka zachodzącego słońca, roztaczając swój łuk pomiędzy dwie dziewczyny. Polna, właściwie nieużywana droga prowadziła Małgorzatę i Victorię przez środek dzikiej łąki, która zdawała się otaczać je w troskliwym uścisku, z prawej, z lewej strony, uścisku wielobarwnym, nasyconym intensywnymi farbami, które w przebłysku świadomości zdawały się krzyczeć i nawoływać, by przy każdym kontakcie, delikatnym dotykiem pozostawiać głębokie, różnokolorowe plamy-rany niezwykłej, zachodzącej polany…
Z daleka porażająco identyczne, z bliska nabierały osobistych rysów i różnice między nimi stawały się wtedy nienaturalnie jaskrawe, wygrawszy już bitwę z pierwszym wrażeniem. Dwie dziewczyny kroczyły pewnie i spokojnie: z prawej strony niebezpiecznie krótka sukienka, której czarny materiał, niczym pobudzony narkoman, niespokojnie falował w oderwanym od świata hipnotycznym transie, w drapieżnie drobnej dłoni drgało beztroskie wahadło aparatu fotograficznego trzymanego za wzmacnianą, pewnie kosmicznym materiałem linkę, odmierzając w ten sposób kolejne delikatne kroki, tak szła dziewczyna z prawej, a jej ramiączko lubieżnie opadło w głuchym zachwycie, w niemej zachęcie, dziewczyna z prawej, Małgorzata.
Obok zdecydowanie twardszym krokiem, ale jednocześnie z większą gracją, stąpała druga menada i wydawało się, że bardziej niż ktokolwiek inny zanurzona była w swym osobistym, ekstatycznym tańcu, chód jej, sposób poruszania były tak niespotykane i urzekające, a przy tym figura smukła jak lalka, czarny welon utkany z cieniutkich jak niteczki włosów, ciemne, obcisłe dżinsy i biała, ekstremalnie czysta, nie dość długa bluzeczka w paski, dziewczyna z lewej w nieruchomym uścisku trzymała jeszcze miniaturową, srebrną torebkę, dziewczyna z lewej, Victoria.
Gdyby spojrzeć na nie wtedy z ubocza, zdziwić mógł fakt, że ich profile nakładały się z mistyczną harmonią, ktoś rzec mógłby, że jest w tym doskonały matematyczny sens, inny, że to boskie objawienie, modernista namalowałby je – tak oświetlone od tyłu – jednym pewnym pociągnięciem pędzla. Nauka, religia, sztuka, czym to się różni? W ich przypadku, pojęcia te w swej istocie są tożsame. Wielu ludzi przeraziłyby, zresztą całkiem słusznie, powietrze wokół wypełniały nieopisanym lękiem, czy to, dlatego że tak świetnie się znały, że czasami zdawały się zlewać, jest to możliwe; kto jednak zgadnie…
Małgorzata majestatycznym ruchem, jednym z tych, od których kiedyś zależało życie i śmierć milionów, ruchem królów, który przesądzał o wojnach, szczęściu i miłości, takim ruchem właśnie podniosła rękę, by poprawić jeden z niesfornych kosmków włosów, niby to nieforemnych, delikatnych łańcuszków, które tworzyły kształt rozpuszczanego w wodzie najczarniejszego atramentu, odgarnęła je do tyłu, a obok równo, równolegle, bezwiednie i cichuteńko kroczyła Victoria. Obie w pantofelkach z wysokim obcasem, nic nie przeszkadzało im wilgotne, brudne błoto, niczym po czerwonym dywanie umiejętnie szły prowadzone przez ścieżkę zachodzącego słońca.
I nagle…mrugnięcie, może tysięczna część sekundy nieuwagi, a jednak wystarczy, i proszę – równowaga zburzona. To Victoria. Zniknęła? Nie. Zatrzymała się. Z rozgorączkowaniem przeczesywała właśnie torebkę, w końcu zrezygnowana zawołała, gubiąc swój błędny, nieobecny wzrok w ślad za plecami oddalającej się towarzyszki:
- A niech to cholera! – Druga dziewczyna stanęła i wciąż nie odwracając się, zaczęła intensywniej wymachiwać aparatem, od czasu do czasu zakręcając nim w powietrzu beztroskie kółko, z drgającymi plecami nasłuchiwała dalej. – Pamiętasz jego imię?
- Nie. – Małgorzata najpierw pokręciła pomału głową, dopiero po chwili odpowiedziała z wyrachowaniem, cicho i chłodno. – Przecież teraz to bez znaczenia… – Gdy skończyła, z gracją odwróciła się na pięcie, obrzuciła Victorię beznamiętnym spojrzeniem, a jej sukienka falowała w bezwiednym zamyśleniu. Druga dziewczyna z zaniepokojoną miną złapała się za głowę, jakby łudząc się, że mały masaż pomoże jej przypomnieć imię, w końcu zdenerwowana twardo orzekła:
- Nie dla mnie. – Małgorzata milczała, słuchając jej bez przekonania. Po obu stronach, scenie przyglądało się nieme pole, gdzieś zginął wiatr i między dziewczynami drgała jedynie stojąca, gęsta cisza. – Już nie wróci, prawda?
- Nie.
- Przynajmniej nie powinien, to byłby rekord. – Victoria powiedziawszy to zamyśliła się na chwilę, na jej twarzy pojawił się dziki zachwyt i w końcu ciągnąc, spytała. – Ile już minęło?
- Tydzień.
- Nie wróci. – Victoria ze stanowczością w głosie dopowiedziała sobie sama. – To było coś na „B”, myślisz? – W nagłym przebłysku próbowała podchwycić myśl i przypomnieć sobie coś więcej niż pierwszą literę, może nawet całe imię.
- Nie wiem, nie ważne. – Zawyrokowała Małgorzata, a jej towarzyszka lekkim i nieobecnym krokiem podeszła do niej.
- Ale to już pora, też to czujesz? – Victoria wypowiedziawszy te słowa czule pogładziła czerwony policzek swojej przyjaciółki, z zapamiętaniem przyglądając się jej delikatnej twarzyczce, obłędnym oczom, dotykając malutkiego nosa, cicho i powoli dmuchając ciepłym powietrzem w jej pełne usta.
- Tak myślę, zresztą wiesz, że nigdy i tak nie zgadniesz, kiedy i kto się trafi, ale tak, już chyba najwyższa pora na nowego… – Małgorzata chwilę pokiwała z zadowoleniem głową i odeszła od niej na odległość paru kroków, lądując obcasem w sztywno kiwającym się białym maku.
W wyniku niezwykłej przemiany stała tam teraz ezoteryczna kapłanka z mistyczną rozpustą na ustach i w spojrzeniu, gotowa do odprawienia ekstatycznych czarów, tajemniczego rytuału, który dawno zapomniany próbuje ciągle podtrzymywać, pozostając ostatnią posłanniczką, jedyną wybraną i dzierżącą jego głęboki, metafizyczny sens, ciągle na nowo odtwarzając lubieżny trans, odnajdując pierwotną moc w swym zapamiętaniu i magii tkwiącej w całym ciele, a może ciągle była to Małgorzata, przygotowująca powoli, pełnym uświęconego namaszczenia ruchem, swój skarb, swój boski artefakt – aparat fotograficzny, napełniając przy tym świat wokół nieopisaną niezwykłością i urokiem kapłanki.
Zdjęcia, poza paroma wyjątkami, powinny być czarno-białe, wtedy oddają prosty sens, nie rozpraszają i ułatwiają zachwyt nad meritum, nad obiektem. Z wystudiowaną pewnością w oczach Małgorzata spojrzała do obiektywu i chwilę zwlekając, chwilę, w której, rzeczywistość przestaje być sobą, gdy zmienia się, rozciąga i w magiczny sposób transformuje w sztukę, dziewczyna czuje się wtedy jedyną, najważniejszą we wszechświecie, kapłanką ostatniego rytuału, bosko natchniona kreuje nowy świat, tej chwili nikt nie jest w stanie jej pozbawić, jeszcze sekunda, niepowtarzalny wycinek materii czasoprzestrzeni, ostrość ustawiona…
{i}…pstryk!Wokół wirowały kolorowo-ciemne gąszcze, niczym dziewicze zarośla obejmowały w napuchniętym zielenią łapsku, w zapamiętaniu rozczapierzając wijące się palce pnączy i grubych łodyg, nienaturalnie wyzywająco, jakby na przekór przyrodzie, zaprzeczając swej wewnętrznej istocie, pragnąc i próbując za wszelką cenę pochwycić Victorię. Stoi delikatnie, prawie unosząc się nad roślinnością błotnistej łąki. Zdają się być magicznym, nabrzmiałym sokami, kunsztownie pofałdowanym suknem, na którym rozsypano, niby to nieuważnie i z pozoru bez wyraźnego sensu guziczki delikatnych kwiatów, tak niepasujących do brutalnej siły łodyg, na których się wznosiły. Dziewczyna stoi w centralnym miejscu kadru, twarz jej świeci białą niewinnością, jedynie oczy, ciemne i burzowe zdradzają nieobecność, drapieżną i brudną, spogląda nimi gdzieś w dal, poza obiektyw i poza łąkę, a nad nią przemykała długa, rozciągnięta wstążka chmury, niczym welon, nieprzebyta osłona dla uciekających myśli i duszy Victorii, pstryk! {/i}
Oszołomiona ciężarem wydarzeń dopiero-co-chwili, pijana własną mocą, dumna i szczęśliwa, prawdziwie, w tej sekundzie prawdziwie jak nigdy, chwiejnym i niepewnym krokiem Małgorzata znalazła się z powrotem na nierównej, błotnistej ścieżce, a słońce za plecami opuszczało się bezwiednie, całkowicie za horyzont, pozostawiając obie dziewczyny w bladym, gasnącym blasku. Ruszyły – znów symetrycznie, równo i intuicyjnie, ani razu nie oglądając się na siebie.
***
W ciemnościach nocy leniwy, ciepły wiatr przynosił do nich nierówne, migoczące na zmiany światło pobliskiej latarni i obskurnego neonu głoszącego chwiejnymi literami „GRANDE”. Oświetlone w ten sposób twarze zdawały się znikać co chwilę, za każdym razem pojawiając się bardziej upiorne i mroczne, wynurzały się i gasły, potem znów i znów, jakby żarówki umówiły się, kiedy i która ma zaświecić.
Dziewczyny stały plecami odwrócone do okratowanych, ciężkich i oblepionych tysiącem brudnych ogłoszeń drzwi baru, jedynego w tym mieście, osławionym ponurym słowem, wspaniale przeklęty – wielki GRANDE. Ich twarze migotały w rytm latarni i neonu, pojawiając się raz jedna – raz druga, nigdy jednocześnie, obydwie dziewczyny z tym samym zachwytem i dziwną satysfakcją, sprawiały wrażenie jakby świetnie się bawiły, jakby odkryły tajemnicę istnienia, kto jednak wie, czy tak nie było właśnie?
Tylko od czasu od czasu mroki wąskiej uliczki rozdzierał ze zdławionym warkotem rzadki samochód, tak jakby nocne powietrze mogło być zastygniętym lodem, a nieskazitelnie białe światła reflektorów rozgrzanym nożem, wtedy można było dostrzec obydwie jednocześnie, stojące tuż przy sobie, mrużące oczy przed nagłym, drażniącym blaskiem.
W końcu kierowane własną logiką, zsynchronizowanym krokiem, jednako delikatnie weszły do środka, otwarłszy z przytłumionym hukiem potężne drzwi tak, jak odsuwa się zwiewne, najlżejsze zasłony, możliwe, że umówiły się wcześniej, może odgrywały zaplanowaną scenę, pierwsza Małgorzata, tuż za nią Victoria, rzuciwszy ostatnie, tęskne spojrzenie na świecący nad jej głową neon, który zaraz i tak miał zgasnąć, by po chwili znów obudzić się i przemówić.
W środku panował nieznośny zaduch pomimo święcących, rażących w oczy, pustek przy zakurzonych, niewycieranych od dawna stolikach, czy luźnych i samotnych, niezmiennie wysokich, barowych krzesłach. Toteż nikt nie odwrócił się z zaciekawionym spojrzeniem na wchodzące dwie dziewczyny, które czarującym wdziękiem i zalotnie wesołym hałasem stukających obcasów przeparadowały przez salę gęstą od oparów alkoholu i dymu. Już dawno minęła północ i dlatego właśnie wszyscy goście porozchodzili się do żon, córek, kochanek, czy-do-kogokolwiek jeszcze…
Wawrzyniec, tylko on został. Młody i krzepki, samotny i zniszczony. Podobno był poetą i patrząc na jego natchnioną minę, czy wysoko mądre czoło, zdawało się to bardzo prawdopodobne, on sam jednak wolał się co noc upijać, być może, że był najlepszym na świecie, usilnie jednak twierdził, że ma parszywą robotę i właśnie w GRANDE szuka swej nowej nirwany…
Był jeszcze cichy, nijaki barman. Oboje doskonale znali tam wszystkich i wcale nie zdziwił ich widok dwóch dziewczyn, przeciwnie – od razu po ich wejściu rozpoczął się niezwykły teatrzyk, zupełnie jakby na scenie pojawiły się wybitne aktorki, a Victoria skorzystawszy z uroku chwili, sięgnęła po aparat i z nabożną miną, niczym ze świętych ikon, rozpoczęła mistyczny rytuał, licząc na szczęście i robiąc trochę za dużo zdjęć…
{i}…pstryk! Najpierw z wystudiowaną precyzją usiadły przy ostatnim stoliku, chwilę popatrzywszy się na siebie i po wymienieniu paru szeptów Małgorzata z chłodną miną odnalazła wzrok Wawrzyńca, który leniwie kiwnąwszy głową popatrzył na nią, a ta skinąwszy drobną, śnieżna ręką potwierdziła jego myśli, tu do akcji wkroczył szary barman, który sięgał akurat pod ladę, by wyciągnąć dwa szczerbione kufle, a w tym samym czasie niespełniony poeta podszedł do nich, nie śpiesząc się, jedynie zaciskając kurczliwe lewą dłoń, a otrzymawszy od Małgorzaty lichy banknocik, wrócił do miejsca zajmowanego uprzednio przy ladzie, gdzie w mgnieniu oka nastąpiła niewerbalna transakcja, raptem koniec, finał spektaklu: cała trójka siedziała ospale przy sennym stoliku, Małgorzata i Victoria dzierżące w smukłych palcach żółte mętnym piwem kufle, a Wawrzyniec z miną odkrywcy warzący w rękach butelkę ćwiartki. Zaledwie sześć zdjęć historii w otaczającej, odrzucającej scenerii szarego szkła, pustawych butelek, straszących stolików i zastygłych w groźbie, zdawało się, poprzewracanych krzeseł, wszystko czarno-białe i na poły magiczne, pstryk!{/i}
Victoria z milczącym skupieniem na twarzy troskliwe odłożyła na bok jeszcze przed chwilą używany przyrząd, a Małgorzata popatrzywszy chłodno na załogę stolika, niczym kapitan egzaminujący swój okręt głośno cmoknęła i tajemniczo pokręciła głową, niezadowolona, zapewne w myślach strofując się i przeklinając, otworzyła usta, a cisza wokół nich nabrzmiała, wypełniła się niecierpliwym napięciem i wydawało się, że już, lada moment, pęknie, przemówi, ona jednak tylko zrezygnowanym, ale pełnym godności ruchem podniosła stojące przed nią naczynie i z beznamiętnym odgłosem upiła delikatny, kobiecy łyk. Skupiony na otwieraniu swej butelki Wawrzyniec, wypełniwszy płynem kieliszek, ocknął się i szeroko uśmiechnął, jakby wieszcz doznał natchnienia, by po chwili z powagą w głosie zapytać:
- Może wolicie? – Wskazał na wódkę i zamarł.
- Wolimy, – Spokojnie zaczęła Małgorzata, zupełnie jakby tłumaczyła uczniakowi banalne oczywistości i kontynuując wykład, uzupełniła – ale nie dzisiaj.
- Dziwisz się? – Na widok lekceważącego uśmieszku Wawrzyńca szybko rzuciła Victoria, a w lichym oświetleniu jej twarz rozjaśnił oskarżycielski ton.
- Powiedzmy, że staram się zrozumieć. – Wyjaśnił zwięźle i rzeczowo, na chwilę znów zapadła cisza, jak ciężki kurz pokryła wszystko wokół, tak samo jak gęsty brud oblepił małe okna i tylko od czasu do czasu wnętrze wypełniało się niewyraźnym światłem przejeżdżających, głośno krzyczących samochodów. W końcu skonsternowany stwierdził, co miało być jednocześnie pytaniem: – A wy, zdaje się, macie jakiś problem.
- Victoria ma.
- Zapomniałam, jak miał na imię nasz ostatni. – Wysłuchawszy, Wawrzyniec ze zrozumieniem wypił kolejny kieliszek, nie był jeszcze pijany, ale też nie był trzeźwy, gdy dziewczyny weszły do baru.
- Masz przecież swój magiczny notesik, w którym wpisujesz wszystkie od początku… – Z delikatną nutą pobłażliwości w głosie Wawrzyniec zaczął tłumaczyć Victorii, tak jakby mogła zapomnieć o swojej torebce i przechowywanym w niej notesiku skrzętnie zapełnianym przez nią imionami i cyframi dat przy każdym.
- No właśnie! – Wykrzyknęła z desperacją w głosie.
- Chciała go wpisać. – Małgorzata uczynnie pośpieszyła z wyjaśnieniem wszelkich niejasności. – I wtedy uświadomiła sobie, że zapomniała…
- Przegrana spawa. – Oficjalnie zawyrokował Wawrzyniec, jednocześnie nie zwalniając solidnego tempa w opróżnianiu swojej butelki, dziewczyny jednak niebyły pewne, co miał na myśli.
- Jak zawsze… – Odrzekła w końcu Małgorzata.
- To było coś na ‘’B’’, jestem pewna… – Druga z dziewczyn tymczasem nie traciła nadziei i staczała kolejne, wyczerpujące bitwy ze swą pamięcią.
- Może Burek? – Podpowiedział Wawrzyniec. Był już prawie-pijany i znajdował się o krok od osławionego kieliszka granicznego. – To zawsze jest Burek, przynajmniej dla mnie. Powinniście zmienić nastawienie.
- Nie ucz nas.
- Dla nas każdy staje się w końcu Burkiem. – W niepewny świetle ulicy przebijającym się przez mętne szyby miniaturowych okien, Małgorzata ze swym poważnym tonem i kamienną twarzą wyglądała jak nawiedzona nauczycielka, gdy niecierpliwie, ale pewnie kontynuowała poruszony wątek. – W odpowiednim momencie ląduje w magicznym notesiku i nie ma znaczenia, kim był przed, a kim po… Każdy w końcu staje się dla kogoś Burkiem…
- Panta rhei… – Szybko zanucił Wawrzyniec dumny ze swej wielce błyskotliwej odpowiedzi, dopijając ostatni tej nocy kieliszek; w alkoholowym transie zawsze stawał się ironiczny i niebezpiecznie łączył głoski oraz wyrazy.
- To tylko nerwica Victorii. Przejdzie jej przy następnym.
- Który i tak zostanie Burkiem? – Zapytał z niepotrzebną ironią.
- Nie łudź się, i tak nie zrozumiesz.
- Wiesz, zabawny jesteś… – Z czułością oznajmiła Victoria, włączając się nagle do rozmowy, a za obskurną ścianą głośno przejechała ciężarówka, wlewając do środka tysiące, efemerycznych, kłujących igiełek ekstremalnie białego światła, rozjaśniając na moment wszystkie twarze, jego zmęczoną i opuchniętą, a także te czyste i mleczne dziewczyn.
- Zato wy otej porze powinniście być już dawno w łóżeczkach. – Z nienaturalnym rozdrażnieniem Wawrzyniec zaczął swój unifikacyjno-futurystyczny wywód, gdzie za sprawą magicznie rozwiązanego przed chwilą języka, żadna sylaba czy głoska nie mogły być pewne swego spokojnego żywota. – Przecież znamwas. Wblasku dziennego słońca jesteś wzorowymi uczennicami, 5 ztego i ztego, w domu przykładne córeczki, płacz, botylko 4 z tamtego, obiadek zbabcią i zdziadkiem, jak trzeba poniesiecie reklamóweczkę… – Obrzucił je rozgoryczonym wzrokiem, szukając wsparcia, choćby najmniejszego gestu, gdy zawiódł się jednak, ciągnął z napięciem rosnącym w każdym dźwięku. – Wnocy musicie odreagować, byrównowaga wszechświata się niezachwiała, ying i yang, boska harmonia. Znam t-a-k-i-e-j-a-k-w-y…
- I to być może… – Victoria z monumentalną powagą zaczęła analizować słowa Wawrzyńca, tak jakby odkrył przed nią nowy, kuszący świat.
- Przecież znasz nas lepiej niż ktokolwiek inny. – Powiedziawszy to, Małgorzata znów z dezaprobatą, głośno cmoknęła, jakby czarodziejska formuła miała przywołać porządek, a przynajmniej spokój. W końcu prostując się i urósłszy w ten sposób, wykonała niezrozumiały, tajemniczy gest, po chwili ciągnąc dalej. – I właśnie dlatego doskonale wiesz, że tak nie jest…
- I niepisane nam jest, by kiedykolwiek było tak jak mówisz…
- Czasami lepiej sobie coś wmówić i łudzić się…– Wawrzyniec powiedziawszy to spojrzał na nie obłąkańczo zrezygnowanym wzrokiem. Bał się, sam jednak nie był w stanie zdiagnozować tych uczuć i z upartą nadzieją zaczął czegoś wypatrywać, za brudnym oknem, za ciężkimi drzwiami, tak jakby chciał uciec przed odpowiedzią pięknych, uśmiechniętych dziewczyn, a krajobraz baru wokół nieprzyjemnie mu wirował.
- Czy nasz świat jest aż tak straszny, że trzeba sobie budować inny? – Gdy Małgorzata skończyła w te słowa, rozejrzała się błędnym, dwuznacznym wzrokiem po parującej alkoholem sali i uśmiechnęła się zalotnie, może chciała coś jeszcze dodać…
Wawrzyniec przebłyskiem świadomości zrozumiał, że wygłosiła właśnie pytanie retoryczne, on jednak nie znał na nie odpowiedzi. Kto zresztą wie, czy faktycznie takowa istnieje, pomyślał i począł analizować to swym świeżym, pijackim transem. Bladymi oczami rozejrzał się po barze i stwierdził, że wszystko zaczęło się ujednolicać i zlewać w bezkształtną masę, łącznie z mętnymi szkłami, zakurzonymi stolikami, gęstym powietrzem i nie wiedział już, czy Małgorzata i Victoria zniknęły i czy to one zostawiły po sobie mleczny, falujący obłok mgły, coraz mocniej i ciaśniej obejmującej jego zbolałą głowę…
***
Balonik pomiędzy Małgorzatą i Victorią bezradnie się unosił, co rusz potrącany przez ulotną myśl niesfornie uciekającą akurat z którejś z dwóch główek, na których rozlany wieczny atrament czerniał kruchymi, nierównej grubości sopelkami włosów, każdy z osobna, w tamtym nisko zawieszonym nad horyzontem słońcu. Pięknie tak siedziały, a pomiędzy czerwony, pełny helem balonik przywiązany do ławki, tak niewinnie osamotnionej, mającej za kompana jedynie dziką, wiecznie niepohamowaną łąkę za plecami.
Były jeszcze dziewczyny, przynajmniej wtedy tam siedziały, na dwóch biegunach, podkuliwszy nogi, skrzyżowały je stopami w samym centrum ławki, u wylotu wełnianego łańcucha ich czerwonego balonika. Stworzyły w ten sposób idealną figurę, symetryczną we wszystkich trzech wymiarach, epatując boską harmonią, matematyczną dokładnością i spełnieniem wszelkich proporcji estetyki, zupełnie jakby ustanowiły nowy rodzaj bytu, organizmu idealnego, fantastyczną chimerę, której symetria tak bardzo kłóciła się z szalejącą, zdawać by się mogło, ze złości nieuporządkowaną przyrodą łąki w tle.
Nigdy niczego nie planowały, wszystko czyniły wiedzione telepatycznie wspólną intuicją, kto jednak wie, czy przypadkiem nie był to rodzaj profetyzmu tudzież innych, gęsto osławionych zdolności nadprzyrodzonych, z tego powodu i tym razem siedziałby tam prawie-przypadkiem, wiedzione wspólnym przeczuciem, nosem masochistek, rzekłby inny. Obydwie w maskach szerokich, ciemnych jak wszechświat okularach przeciwsłonecznych, z lekko odchylonymi w tył głowami, starając się złapać promienie nisko krwawiącego słońca.
Toteż nie zdziwiły się, gdy go zobaczyły, wiedziały, że coś w-tym-stylu nastąpi. Dostrzegły jego wolne, od niechcenia stawiane kroki już, gdy znajdował się na początku szeroko brukowanego chodnika. Czarno-biała czapka, nierówny uśmieszek i zamglony wzrok zbliżały się do nich napełniając ziemię ledwo wyczuwalnym drżeniem rozkoszy, a wraz z nim u boku, mały, czarny piesek-kuleczka, spuszczony biegał zataczając tajemnicze kręgi. Minął ich ławkę ledwie zahaczywszy o dwie dziewczyny niewyraźnym spojrzeniem.
Gdy tylko jednak przeszedł, zadowolone uśmiechnęły się i choć oczy miały skryte za czernią wszechświata, wymieniły znane sobie tak dobrze, porozumiewawcze spojrzenia. Małgorzata odchyliwszy się jeszcze do tyłu, rytualnie wyciągnęła swój wielki atrybut, dzięki któremu na chwilkę ulotną i wspaniałą, stała się równa boskiemu stwórcy…
{i}…pstryk! W uroczystym, środkowy planie znajdują się jego silne, kamienne w tamtym oświetleniu plecy, kiedy to oddalał się leniwie, rozsiewając, niby lekką pajęczynę, aurę jego słodkiego zamyślenia, z głową bezwiednie zwieszoną, obojętnie pozostawioną na powiewy, sztormy i wichury rzeczywistości, a w lewej dłoni, jakby niebezpieczny bat, zwisa starannie złożona smycz; przodu i twarzy nie widać, ale byłby to tylko niepotrzebny luksus w tym obrazku oczywistości. Po lewej niekarczowane nigdy, wciąż nie odkryte gąszcze dzikiej, tajemnej krainy, a po prawej brzeg cywilizacji, zgrabne i zadbane, najpierw brukowany chodnik, później ulica obsadzona rzędami porządnych drzewek; i wyglądał tak, jakby spacerował na niewidzialnej granicy, linii demarkacyjnej świata natury i państwa człowieka. I jeszcze tylko mrocznym uśmiechem, bez spojrzenia ukrytego za czernią okularów, zdaje się, przemówić chce Victoria, której twarz z niemym napięciem zawartym w każdym mięśniu zamarła na pierwszym planie. Wszystko znów wyłącznie w odcieniach szarości, stabilizowane pewną ręką boskiej-na-chwilę Małgorzaty, pstryk!{/i}
Gdy tylko odłożyła na bok aparat, wciąż na wpół obecna wśród śmiertelników, usatysfakcjonowana wypełnioną misją, jej ciało efemerycznej czarownicy wciąż drżało z nieokreśloną niepewnością, odsłaniając nagość tajemniczej duszy wyzierającej z każdego gestu, uśmiechu, odgłosu zupełnie tak, jakby przechodziła niebezpieczną, wyczerpującą przemianę powracając do tamtej Małgorzaty, jednej z osławionego duetu. Obydwie jednak czekały zupełnie cierpliwie, pewne nadchodzących wydarzeń i sprawiały wrażenie, że wszystko już dawno zaplanowały, że były profesjonalistkami.
Po chwili chłopak z psem zawrócił, by znów minąć ich ławkę ledwie zarejestrowawszy fantasmagorię czerwonego balonika. Odczekawszy jeszcze pokerową chwilę Małgorzata krzyknęła dopiero, gdy znaleźli się parę metrów od siebie odwróceni plecami, nie poruszyła się, a jej głos, choć zabarwiony tak intensywną emocją, był przytłumiony ciężkim, wilgotnym powietrzem wieczornym:
- Ej! Ślicznego masz psa! ¬– Powiedziawszy, wciąż siedząc, wyprostowała się i odwróciła lądując delikatnymi pantofelkami na bruku, bezwiednie rozchyliwszy nogi.
- Dziękuję, staram się. – Nie był zaskoczony i gdy wolno się odwrócił, począł odważnie mierzyć wzrokiem jej czarną spódniczkę, delikatną twarzyczkę i balonik wciąż łagodnie obijający się o niewidzialne przeszkody.
- Nic nie rozumiesz. – Rzuciła zaczepnie Victoria, w którym to momencie nagle się zmaterializowała dla niego i jego rozbiegane oczy poczęły pośpiesznie analizować nowy obiekt.
- Rozumiem, jakby nie patrzeć, to był komplement. – Nie zamierzał się poddawać i niemalże na zawołanie przybiegł do nich czarny pies, posturą przypominający zabawną, żywą kuleczkę.
- Mamy słabość do piesków. – Wyjaśniła Małgorzata.
- Każdy ma swój fetysz. – Uzupełniła Victoria, po czym obydwie wstały i zupełnie jakby na umówiony znak wszyscy ruszyli kontynuując powrotny szlak chłopaka i jego psa.
- Znam was?
- Tego możesz akurat być pewny. – Victoria na chwilę zawiesiła głos, podczas gdy w za ich plecami nieodwołalnie niknęła, jak we mgle rozpływała się ławka, a wraz z nią spokojny już, lecz uwięziony na zawsze balonik. Kontynuując wykład głosem tak oczywistym, jakim tłumaczy się tabliczkę mnożenia, wyjaśniła. – Nikt nas nie zna.
Na całą trójkę opadła nagle cisza urodzajna w śmiałe domysły, niepewne spojrzenia, uśmiechy pełne niemej zachęty i zdawało się, że w powietrzu wokół wirowały ledwo dostrzegalne błyski myśli, które przekornie uchodziły pierwotnym właścicielom i napełniały wszystko przyjemnie słodkim zapachem wspomnianej ciszy.
Pierwsza przełamała się Małgorzata, która patrząc z rosnącym podekscytowaniem na biegającego wokół nich psa, wydawała się przeżywać największą rozkosz swego życia.
- Czy mogę? – Zapytała w końcu, patrząc błagalnym wzrokiem to na smycz, to na skaczącą akurat kuleczkę.
- Zapytaj go…
- Zgadzasz się? – Spojrzała na niego zupełnie tak, jakby nagle przestała rozumieć mowę polską, niecierpliwa i zaskoczona spytała w końcu, postanawiając podjąć nieme wyzwanie do gry. – Czy to ciągle propozycja?
- Z psami jak z mężczyznami. – Podał jej smycz z wyrazem dziwnej satysfakcji i roztaczając wokół błysk samozadowolenia. – W takich przypadkach zawsze się zgadzają.
- Niepotrzebna kurtuazja. – Victoria nagle podsumowała ich rozmowę, podczas gdy druga z dziewczyn zajęła się przypinaniem smyczy.
- Fakt, nazywam się Marek.
- A ja Małgorzata, ta od mistrza…
- Victoria. – A widząc jego pytający wzrok szybko uzupełniła. – Od zwyciężania.
Obserwując to ekstrawaganckie towarzystwo z zewnątrz można by rzec, że oddawali się urokom wspólnego spaceru i choć w rzeczywistości cała trójka czerpała jakąś nieokreśloną przyjemność ze swej wzajemnej obecności, jej źródło było zdecydowanie bardziej skomplikowane i nieuchwytne. Tymczasem pozostawili za sobą krainę dzikiej łąki i krajobraz wokół niebezpiecznie szybko transformował się, na ich oczach nieokiełznana zabudowa gąszczy i krzaków przemieniała się w tą miejską, na wpół urbanistyczną małych, zgrabnych, cichych domków.
- Świetny jest! – Znów to Małgorzata przerwała milczenie nabrzmiałe przyjemnością, którą chcieliby przedłużyć za wszelką cenę, ona jednak z rozpustą w każdej głosce, do perfekcji opanowawszy wszystkie dźwięki zaklęcia, głośno je wyrecytowała: Kocham go!
- A czy to jest propozycja? – Spytał, niepewny jednak, o kim mówi.
- Nazwij to jak chcesz. – Małgorzata zaczęła obojętnie. – Po prostu chciałabym jeszcze kiedyś przespacerować się z twoim psem. - A Victoria, gdzieś w tle zaśmiała się cicho, ale złowieszczo przeciągle i drapieżnie.
Wśród gęsto rozsianych, identycznych, podmiejskich domków wprowadzali niecodzienną atmosferę odświętności, tworzyli istny korowód karnawałowy, niosąc jego światło, radość i rozwiązłość, a mieszkańcy, wszyscy tacy sami, równie mocno zgorszeni, co zazdrośni, a jednocześnie pożądając ich, coraz bardziej ujednolicali się w szarą, pozbawioną formy i fantazji masę, rzucając im złowrogie, ukradkowe spojrzenia wzrokiem własnych zawodów i niespełnionych pragnień.
- Dobra dziewczyny, koniec wycieczki, tak się składa, że akurat tu mieszkamy. – To Marek, tym prostym, acz stanowczym zdaniem sprowadził zagładę na ich magiczny spacer, niespodziewanie przerwał błogą kontemplację Victorii i pierwotną rozkosz Małgorzaty. Popatrzyły na niego oczyma malutkich dziewczynek pozbawionych ukochanej lalki. Przez pewien czas walczył ze sobą i w końcu zapytał. – Może wejdziecie?
- Do zobaczenia! – Wesoło oznajmiła Victoria, po tym jak Małgorzata zawiedzionym gestem oddała mu smycz i w końcu odeszły, przekornie trzymając się za ręce, pozostawiając po sobie kwaśny zapach niedosytu. Doskonale wiedziały, że to dopiero początek, że kurtynę spuszczono jedynie na moment, to tylko koniec aktu I, choć może…
Natomiast Marek uniósł klucze w bolesnym uścisku, zamarłszy przed własną furtką głuchy na ponaglające ujadanie psa-kuleczki, na kilka chwil, dostatecznie długich, by uznać jego ciało za skamieniałe w upojnym śnie, w czasie których jego umysł wciąż niepewny obrazów podsuwanych mu przez najświeższą pamięć intensywnie je analizował, próbując oddzielić prawdę od wybujałej z egoizmu, płatającej figle wyobraźni.
Były piękne. Mętnym wzrokiem odprowadzał dwie dziewczyny niknące we mgle jego skrytych marzeń, oparach fantazji i fatamorganie rzeczywistości, wciąż walcząc z mlecznobiałym złudzeniem, bezskutecznie usiłując wykryć iluzję…
***
Wszystko, co nastąpiło potem jawiło się Markowi jako szaleńczy rejs po wezbranych fantazją morzach wyobraźni dwóch dziewczyn i gdy on zapamiętale wiosłował całym swym zafascynowaniem, Victoria i Małgorzata spokojnie siedziały na dziobie ich własnej patafizycznej łodzi, chłodno przeglądając horyzont zdarzeń w poszukiwaniu miraży ich pragnień, urojonych obrazów i nieistniejących wysp pragnień. Wspólnie dokonywały wyborów, mniej lub bardziej absurdalnych, nakreślając secesyjną kreską linię ich historii. Gdy Marek wiele lat później miał wspominać wszystkie te przeżycia, wszelkie bezradne analizy kończyły się jedynym słusznym wnioskiem, że takie rzeczy się nie zdarzają.
Nawet wtedy trudno było mu zdefiniować uczucie ich łączące, zupełnie tak jakby wkroczyli w nowy wymiar, gęsty amalgamat wymieszanych emocji i żądz, w świat, w którym niczego nie da się do końca określić, gdzie niemożliwym jest uchwycenie jakiś węższych granic i wiele niezwykłych spraw staje się prawdopodobnymi. Posiedli wszystko, tak przynajmniej myślał. Poczynając od błogiej atmosfery ich codziennych spotkań, poprzez fascynację, fanatyzm, obłąkańczą rozkosz, kończąc na despotycznej zazdrości, a miłość i nienawiść egzystowały obok siebie na nieuchwytnych prawach. Wiedział, że było to czymś więcej niż wariacką grą i w końcu porzucił starania zrozumienia dwójki swoich dziewczyn.
W umyśle Marka wspomnienia stworzyły niezwykłą mozaikę wydarzeń, które wydawały się na wpół rzeczywiste, możliwe i nierealne jednocześnie, osiadły gdzieś na dnie jak leciutki, kolorowy piasek w akwarium jego duszy, z rzadka odkopując go i przypominając sobie tamto zaczarowane pasmo, a przechowywał tam wiele obrazów….
…Pamiętał – na przykład – legiony malutkich, nieznośnych komarów, żołnierzy zaciekle broniących królestwa swej rzeki, w jeden z tamtych upalnych wieczorów, kiedy to, szukając wytchnienia od skwarów dnia, siadywali na miękkim zielenią brzegu, w mokrym powietrzu nie znajdując ukojenia, jedynie rozbudzając kolejne pragnienie, łapczywie odkrywając niespokojną, urywaną rozkosz.
Niczym leciwi generałowie nad stołem taktycznym, wiekowe drzewa pochylały się wtedy nad rzeką płynącą tak wolno, że swym niewzruszonym lustrem zdawała się stać i przysłuchiwać ich rozmowom, a Małgorzata, Victoria oraz Marek nie zdając sobie sprawy z powagi i ważkości szumiącej na gorącym wietrze dyskusji wierzb, topoli i czarnych olch, samą swą obecnością zakłócali atmosferę oficjalnego zebrania, nie mówiąc już o wybuchającym nagle śmiechu, urywanych okrzykach, niespokojnych oddechach…
Odkrył tam notesik Victorii zapełniony śmiesznymi, pospolitymi tudzież niezwykłymi imionami – jak poprawnie rozumował – psimi, a spostrzegłszy wyzywające i jednocześnie pewne miny dziewczyn, nie próbował nawet zrozumieć, zadowalając się tłumaczeniem, że teraz i tak notesik ów nie odgrywa żadnej roli, jak powtarzała Małgorzata i jedynie Victoria z tęsknotą ukrytą za maską obojętności spoglądała co chwilę na zeszycik w rękach Marka.
Przypadek też sprawił, że w ferworze przekomarzań i niewinnych żartów notesik wpadł do rzeki z bezdźwięcznym pluskiem, który był elementem napiętej do granic możliwości ciszy wywołanej zaraz po fatalnym zdarzeniu. Przestraszony wiatr uciekł, zamilkły do tej pory rozgadane drzewa, a rzeka zupełnie jakby tylko na to czekając, nagle przyśpieszyła niosąc swą papierową zdobycz.
Równie niespodziewana przemiana zaszła w Victorii, która w przypływie panicznego strachu ruszyła w prawdziwie szaleńczym transie na ratunek swego skarbu, w dzikiej gorączce ciskając gromy najohydniejszych przekleństw. Pobiegła wzdłuż rzeki, goniąc uciekający nurt, a wraz z nim magiczny notesik, po drodze siłą swej wściekłości wrzucając do wody Marka, który w ogólnym rozbawieniu pociągnął za sobą Małgorzatę, by doznać tam objawienia w sprawie najskuteczniejszej metody ochłody. Natomiast Victoria wciąż biegła w słonej ulewie łez, podejmując kolejne, rozpaczliwe próby odzyskania zeszyciku, by w końcu, również w przypływie olśnienia, pochwycić długą, wytrzymała gałąź, którą wiatr zlitowawszy się nad jej cierpieniem, podrzucił pod zgrabne nóżki.
Tym sposobem w zdradliwej rzece o złodziejskim nurcie, kolorze i konsystencji roztopionego srebra, w przyjemnie ciasnym uścisku kąpali się Małgorzata i Marek, a Victoria nieco dalej uprawiała, jakby się zdawać mogło, nową dyscyplinę sportową, notesowe wędkarstwo; i całej scenie z niemym zdziwieniem, graniczącym z poczciwą rezygnacją, z boku przyglądał się malutki piesek-kuleczka, chyba jedyna normalna istota w całym towarzystwie, kto jednak mógłby rozsądzić…
…Często wspominał także rozpędzoną lokomotywę z perspektywy torów kolejowych, mrówki wobec losu, jak zgodnie powtarzały, tłumacząc mu cel bądź, co bądź niebezpiecznych wypraw na nasypy kolejowe. Słońce z wysoka kłuło swymi suchymi, ziarnistymi promieniami w szczytowych punktach południa i wyjaławiało wszystko wokół z kolorów, czym były ze wszech miar urzeczone, gdyż jak twierdziły, dzięki takiemu oświetleniu świat faktycznie staje się czarno-biały, szary od żaru, pijany gorącem. Szyny przekwitłe pomarańczem rdzy straszyły i wydawały się niemalże krzyczeć, ostrzegać nierozsądnych. Obnażone ze wszelkiej roślinności, w której mogłyby schować się przed skwarem, parowały napełniając powietrze wokół słodkim, metalicznym posmakiem.
Niezwykła atmosfera nadawała ich czynom rangę misji, niewytłumaczalnego posłannictwa, które wypełniają z obowiązku tkwiącego w podświadomości, intuicyjnie wyczuwając odświętność i unikalność chwili. Z ostrożnością, nabożnością i czcią godną jedynie największej relikwii oddały mu aparat, by z zachłanną uważnością obserwować każdy jego ruch. Cel jednak uzasadniał poświęcenie, bezkrwawą ofiarę złożoną na ręce Marka. Siląc się na profesjonalizm, a uzyskując w efekcie jedynie błazeńską nieporadność, z napięciem wpatrywał się obiektyw, czekając na odpowiedni moment, gdy pociąg stanie się tak realny i niebezpieczny, że poczujesz smrodliwy chłód nadjeżdżającej śmierci, lokomotywa nie może być za daleko, ani za blisko…
{i}…pstryk! Z wyglądu niewinne i bezbronne, Małgorzata i Victoria siedziały na przeciwległych szynach z bosymi, rozchylonymi bezwiednie nogami, zamykając blade światła rozpędzonej lokomotywy między pełnymi piersiami białych, papierowych rzec-by-można, sukienek. Z wyzywająco uniesionymi głowami, nie mrużąc, nie osłaniając niczym oczu, wpatrując się bez bólu w błyszczące, odsłonięte słońce. Rozlany atrament ich włosów, niczym najszlachetniejsza próbka, stanowił w wyblakłym obrazie jedyny prawdziwe czarny element, falując i szamocąc się we wszystkie strony, chciał zawładnąć całym światem i tak właśnie, w niemej, wietrznej ofensywie, został uwieczniony. Najważniejszy był jednak pociąg w samym sercu fotografii, utknął tam na zawsze, z wybałuszonymi ze strachu oczyma reflektorów, z zacięciem na przerażonej, pobrużdżonej w walce z wiatrem twarzy, z piskiem, którego choć nie słychać, doskonale widać w iskrach bezradnego hamowania. I wszystko w perfekcyjnej ostrości, nadspodziewanie perfekcyjnej w drżących rękach Marka, pstryk!{/i}
Potem uciekali wśród niespokojnych, zbyt głośnych śmiechów, tak jakby starali się ukryć za nimi krzyczącą niepewność sumienia, czy wciąż żyją, czy może w ten sposób właśnie Małgorzata, Victoria i Marek z psem pod pachą przeszli w nowy wymiar egzystencji, zresztą czy ktokolwiek ma taką pewność…
Marka nie należy jednak tak łatwo potępiać, gdyż biedaczyna na początku usilnie starał się poznać i zrozumieć dwie niezwykłe dziewczyny. Logiką próbował tłumaczyć ich wszelkie pomysły, niekończące się ekstrawagancje, dramatyzm, jak same określały swoje przygody w licznych, niezrozumiałych wykładach, jednym tchem wyliczając katharsis, hybris oraz hamartie i choć Marek zagubił się bezpowrotnie w ich świecie, był tym zachwycony, przyjemnie poddawał się wszystkim przypływom i falom absurdu Małgorzaty i Victorii.
Czuł się wyjątkowo, doświadczając zupełnie nowego smaku życia, zupełnie jakby złączono ich jeszcze przed narodzinami. Metafizyczne kajdany! Pragnął tego i tak właśnie widział własne przeznaczenie, co zgodnie i wyczerpująco wyśmiały dziewczyny, gdy tylko im o tym powiedział. Sam zaś nieodmiennie dziwił się ich jasnością i ostrością w postrzeganiu wszystkiego wokół. Gdy on ledwie zdawał sobie sprawę z jakiś fenomenów, one wyczuwając to, bezbłędnie nazywały rzeczy po imieniu, z lekką, niewymuszoną bystrością odnajdując właściwy sens. Intuicję tę również traktował jako dowód, jak bardzo do niego pasują, jak bardzo go uzupełniają.
Swoją tezę uwielbiał udowadniać tym, że zarówno on jak i Victoria byli śmiertelnie uczuleni na orzeszki ziemne. Banalnym, wręcz śmiesznym faktem próbował tłumaczyć, jak małe jest prawdopodobieństwo znalezienia dwóch osób, w niewielkiej mieścinie, chorych na to samo, tak rzadkie schorzenie. Małgorzata wtedy tylko litościwie się uśmiechała, czule go głaskała i mówiła o nauce badającej to, co wyjątkowe, co rzekomo jest niemożliwe i dlaczego tak często się to zdarza, bo faktycznie Marek był głupcem, łudzącym się na okiełznanie nadprzyrodzonego żywiołu i może, dlatego dziewczyny utkwiły w jego pamięci na zawsze…
…Spotkało ich wiele niezwykłych zdarzeń, które zdawały się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil erazmus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…