Transporter
Niezobowiązujące, momentami śmieszne a momentami obrzydliwe opowiadanie o urokach jazdy pociągiem. OSTRZEŻENIE: Tylko dla miłośników groteski i ludzi z dużym poczuciem humoru, także tego mocno przerysowanego.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}Transporter{/b}{/i}
— Naprawdę nie ma pan drobniej? — Kasjerka obdarzyła stojącego przed Erykiem chłopaka srogim spojrzeniem swoich wybitnie brązowych oczu. — Entschuldigung, ich werstehe nicht was du sagst — odparł sam zainteresowany, przyglądając się kobiecie z zaciekawieniem. Dostrzegłszy po chwili jej pytającą minę, dodał — Do you speak German? Or English, French, Estonian maybe? Eryk od początku podejrzewał, że obcokrajowiec będzie miał kłopoty. Dogadać się w języku innym niż polski na dworcu kolejowym? Wątpliwe w tym kraju. — Halo, kolego! — Kasjerka spojrzała na niego znad staromodnych okularów. Już wiedział, że się nie wymiga. Chciał udać Niemca, ale najwyraźniej zdradziła go mina. W sumie nie miał czego się obawiać. Z wymienionych języków tylko estoński wydawał mu się nieosiągalny. — Przetłumaczy mi pan, co on mówi? Nie znam włoskiego… — On pewnie też — mruknął pod nosem Eryk. Miał szczęście, że kasjerka nie usłyszała tej drobnej złośliwości, w końcu stał następny w kolejce, a nie chciał, żeby przypadkiem wydrukowała mu bilet do Bukaresztu. — On mówi, że nie ma drobnych, to jego jedyne pieniądze. Skłamał, i to na dwa sposoby. Dla młodego Niemca sto polskich złotych to pewnie nic innego jak drobne właśnie. Nie można chłopaka winić. W czasie gdy kasjerka przeczesywała stanowisko w poszukiwaniu drobnych, Niemiec odwrócił się do Eryka. — Danke — powiedział z uśmiechem. — Bitte — odparł Eryk, również się uśmiechając. Miał w zwyczaju dbać o dobrosąsiedzkie stosunki. W końcu żył w stale się jednoczącej Europie. Był na swój sposób dumny, bo rozejrzawszy się dookoła nagle uświadomił sobie, że stał w pięknej, oszklonej hali nowo wybudowanego dworca. Wreszcie nie miał się czego wstydzić. Może z wyjątkiem sztuki ulicznej, elementami której ktoś raczył już przyozdobić betonowe fragmenty elewacji. {i}Jebać policję{/i} — głosił jakże twórczy i ambitny w przekazie {i}street art.{/i} Być może Polacy obcowali w ten sposób ze sztuką najwyższych lotów, której spora część z nich po prostu nie rozumiała? {i}Ela to szmata{/i} — komunikował inny slogan. Obok widniał też napis {i}JP100%{/i}. Do niedawna Eryk myślał, że to symbol nowej ery ewangelizacji odwołującej się symbolicznie do polskiego papieża. Internet uświadomił mu, jak bardzo się mylił. Z zamyślenia wyrwała go nagle uwaga kasjerki: — Podchodzi pan czy nie? Podszedł, omijając Niemca, który zbierał właśnie z posadzki jakieś monety. Najpewniej była to należna reszta, którą rzucono mu w złości a może i w rewanżu za fatygę. Eryk nigdy nie dziwił się kasjerkom, zarówno na dworcach, jak i w sklepach. Przecież one nie produkowały drobnych. Niejednokrotnie widział ludzi, którzy płacili dwusetkami za paczkę zapałek, gumy czy gumek. Sam pewnie by się wkurzył. Obcokrajowca jednak potraktowałby uprzejmie, przynajmniej dla pozorów. — Studencki do Warszawy Centralnej — zawołał z uśmiechem. Pani w kasie chyba miała wyjątkowo bolesny okres, bo spojrzała na niego jak na psa. Nie pierwszy raz zresztą Eryk spotkał się z podobnym zachowaniem, choć szczerze musiał przyznać, że trend wrednej twarzy powoli zaczynał się zmieniać i coraz częściej obsługiwały go miłe i uśmiechnięte kobiety, które nie wyglądały, jakby pracowały za karę. Tym razem niestety było po staremu — Dwadzieścia trzy trzydzieści — usłyszał po chwili, gdy kasjerka od niechcenia zaczęła wystukiwać na ekranie komputera te i inne dane. — Plus osiem złotych dopłaty, obowiązuje rezerwacja miejsc. Eryk przemilczał tę uwagę, i z pokorą zaczął szukać portfela. Wiedział, że i tak nic nie wskóra. Jego miejsce na pewno było już zajęte przez poplamionego musztardą grubasa, który, gdy tylko poprosi się go o zejście z zarezerwowanego fotela, powie, że jego miejscówkę też już ktoś zajął. Błędne koło. Gdy wreszcie znalazł portfel i go otworzył, poczuł niemiłe ukłucie w okolicach żołądka. W środku spoczywał jeden niepozornie wyglądający banknot — dwieście złotych. Eryk bał się pokazać go kasjerce, mimo że oddzielała go od niej gruba szyba, najpewniej kuloodporna. W jednej chwili zrozumiał, po co te zabezpieczenia. Nie miał jednak wyjścia. Delikatnie, niemal bezszelestnie, wsunął banknot w wąską szczelinę u dołu okienka. — Pan chce mnie zdenerwować, nie chce pan? — zaczęła kobieta, zerknąwszy na Eryka spode łba. Cóż za wspaniały przykład spongliszowanego {i}question tag’a{/i}! Jednak zna trochę angielski — pomyślał, ale szczęśliwie nie podzielił się swoimi przemyśleniami. Zamiast tego, jak potulny piesek, wyskamlał: — Nie chcę, naprawdę… Eryk czuł się jak upokorzony i zdany na pastwę oprawcy. Pozbawiony godności czekał na wyrok. To ona rozdawała tutaj karty, on był tylko pionkiem w jej bezlitosnej grze. — A mogę być dłużna sto sześćdziesiąt sześć siedemdziesiąt? — usłyszał, choć nie od razu dotarł do niego sens tego jakże wykwintnego żarciku. Zakładając, że to w ogóle miał być żart. — Hahaha — zaśmiał się z grzeczności. Już słyszał za sobą utyskiwania zniecierpliwionych ludzi. — Wolałbym nie… — Wydam panu resztę — oznajmiła w końcu kasjerka, jakby robiła Erykowi łaskę. W sumie, robiła. — Nie wiem, czy wy to robicie specjalnie — mruczała pod nosem. — Gdyby istniały banknoty o nominale tysiąca złotych, pewnie tylko takie bym tutaj widziała. — Pewnie tak — odparł potulnie, nim zdążył ugryźć się w język. Po prostu chciał być miły i z grzeczności przyznać jej rację. Kasjerska z pogardą wyrzuciła mu garść monet, czego zresztą oczekiwał. Nie bacząc na śmieszność, Eryk zasłonił całym ciałem szparkę u dołu szyby, by nie musiał jak młody Niemiec zbierać pieniędzy z podłogi. Gdy już zgarnął pokornie całą resztę razem z biletem do portfela, odszedł na bezpieczną odległość i upewniwszy się, że kobieta nie wysłała go do innej niż oczekiwana europejskiej stolicy, udał się w kierunku peronu trzeciego, gdzie według rozkładu już wkrótce miał się pojawić jego pociąg.
Zgodnie z rozkładem do przyjazdu pociągu pozostawało ponad pół godziny, co w praktyce mogło oznaczać mniej więcej godzinę czekania. I to mimo wymiany większej części taboru na nowy. Eryk nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego nowe pociągi nie szły w parze z punktualnością. Tak czy inaczej miał czekać. Na peronie, oprócz niego, czekało już kilkadziesiąt osób. Wszystkich traktował jak potencjalnych rywali w walce o miejsca siedzące. Pech chciał, że w Warszawie chyba odbywał się właśnie festiwal ciąży albo zlot przeciwniczek antykoncepcji, bo co druga kobieta na peronie wyposażona była w nieprzeciętnych rozmiarów brzuch i na pierwszy rzut oka tylko w kilku przypadkach mógł on być efektem diety wysokotłuszczowej. Ciężarnym nie wypadało nie ustąpić miejsca, szczególnie tym, które wyglądały, jakby mogły urodzić w każdej chwili. Gdzie ten zasrany niż demograficzny? — pomyślał Eryk i natychmiast przypomniała mu się pewna prawidłowość. Ilekroć jechał do Warszawy, zawsze towarzyszyła mu obawa o miejsce siedzące. Podejrzewał, że bez względu na to, ile wagonów liczyłby skład i jak często realizowane byłyby połączenia do stolicy, peron i tak wypełniałyby rzesze podróżnych. Oprócz ciężarnych, na peronie z każdą minutą przybywało ludzi starszych. Oni również odbierali nadzieję na znalezienie miejsca siedzącego. Ta podróż od początku źle się zapowiadała. — Dzieci, proszę za mną! Kamil, mały gnojku, odłóż ten młotek! Jessica, załóż majtki, do jasnej cholery! Gdy Eryk myślał, że gorzej już być nie może, zza zakrętu wyszła spora grupa rozwrzeszczanych dzieci, prawdopodobnie uczestników kolonii. — Ustawcie się, muszę was policzyć, do diabła! — krzyczała jedna z nauczycielek. Dzieci, mówiąc nieelegancko ale szczerze, miały ją w dupie, a właściwie w dziesiątkach dup. Wszystkie krzyczały, biegały i jadły słodycze. — Proszę paniiiii — zagaił w pewnym momencie jakiś drobny chłopczyk. — A jak się nie pomieścimy? — Pomieścimy — uspokoiła go nauczycielka. — Mamy zarezerwowane dwa wagony. — Nosz kurwa! — mruknął Eryk, najwyraźniej zbyt głośno. Błyskawicznie poczuł na sobie karcący wzrok członkiń grona pedagogicznego, części emerytów obdarzonych mimo wieku dobrym słuchem i kilku kobiet w ciąży. — Dziecko mi pan demoralizujesz! — oburzyła się jedna z ciężarnych i ku jego zdziwieniu zaczęła głaskać swój gigantyczny brzuch, szepcząc cicho. — Tylko mi się nie naucz takich słów, bo ci wpierdolę. — Przecież to płód… — zaczął Eryk, ale uświadomiwszy sobie, że dyskusji z młodą matką nie miał szans wygrać, odpuścił. Dalsze przekleństwa wygłosił w myślach, skrupulatnie dopasowując ich wagę do zaistniałej sytuacji.
Pociąg podjechał, zgodnie z oczekiwaniami (bo przecież nie zgodnie z rozkładem) po pięćdziesięciu minutach i, ku zadowoleniu Eryka, był całkiem ładny. Nowy, połyskujący w wiosennym słońcu skład nie wyglądał na przepełniony. Liczył dwanaście wagonów. Od dziecka Eryk miał w zwyczaju liczyć wszystkie wagony każdego pociągu, który zauważył. Nad wyraz nowoczesny pociąg zatrzymał się bez charakterystycznego zgrzytu kół. Gdy tylko znieruchomiał, rozpoczęło się piekło. Ludzie rzucili się do drzwi jak stado dzikusów. Przypominało to sceny z Krzyżaków. W powietrze wzbił się kurz, słychać było ryk tłumu i tupot setek stóp. Nawet na pozór schorowani emeryci poczuli najwyraźniej przypływ sił witalnych, bo bez zahamowań ruszyli do boju, rozpychając się na wszystkie strony metalowymi balkonikami i drewnianymi laskami. Nikomu chyba przez myśl nie przeszło, by przepuścić tych pasażerów, którzy chcieli wysiąść z pociągu. — Gdzie się pchasz, stara pokrywo?! — wrzasnęła jedna z ciężarnych, gdy nieprzeciętnie zwinna starsza pani z fioletowymi włosami uderzyła ją walizką w brzuch. — Uszkodzisz mi larwę! — Proszę zrobić miejsce! Musimy wysiąść! — dobiegło z tłumu niewyraźne nawoływanie konduktorki. W tym momencie Eryk wiedział już na pewno, że nie usiądzie. Obawiał się tylko, że za chwilę padną strzały. Nie padły, choć patrząc na te dantejskie sceny chłopak zaczął się poważnie zastanawiać nad zasadnością uzbrojenia załogi pociągów w karabiny. Gdy jako jeden z ostatnich wkroczył do pociągu, mógł zapomnieć o znalezieniu miejsca siedzącego. Większość zajęta już była przez starszych ludzi i kobiety w ciąży. Szczerze ich wtedy wszystkich nienawidził. Nie mając nic do stracenia, ruszył, przeciskając się przez kolejne wagony, do tego właściwego, w którym, zgodnie z nadrukiem na bilecie, powinno na niego czekać wygodne siedzisko. Nie łudził się, że będzie puste. Chciał tylko zobaczyć, kto mu je zajął. Szczęśliwie nie miał ze sobą żadnej większej walizki czy nawet torby. W przeciwnym razie nie dałby rady się nigdzie przepchnąć. Mimo że był dosyć szczupły, po drodze bez przerwy słyszał pod swoim adresem niewybredne obelgi. — Gdzie pchasz tę spasioną dupę, baranie?! — zawołała do Eryka jakaś gigantyczna kobieta. Była tak gruba, że tarasowała całe przejście, mimo iż teoretycznie siedziała na dwóch fotelach. W ręku trzymała nadgryzioną kiełbasę, której obrzydliwa woń wypełniała każdy zakamarek tej części wagonu. Zielone twarze innych pasażerów sugerowały, że to mogła nie być pierwsza śmierdząca potrawa, jaką pozwoliła sobie publicznie skonsumować. Istotnie w powietrzu czuć było jeszcze bigos i czerninę. Tę ostatnią chłopak dostrzegł swym sokolim wzrokiem — baba nalała sobie zupy do butelki po coli, dietetycznej, rzecz jasna. Gdyby tę kobietę przerobić na kotlety, zniknąłby głód na świecie — pomyślał, wstrzymując oddech, i bez zbędnej zwłoki ruszył przed siebie. Był zdeterminowany, choć pozbawiony większej nadziei. W gruncie rzeczy wiedział, czego powinien się spodziewać po dotarciu do rzekomo zarezerwowanego dla niego miejsca. Nie mylił się. — Przepraszam, siedzi pan na moim miejscu — powiedział spokojnie, zwróciwszy się do spoconego grubasa. Następnie pokazał mu numerek nadrukowany na bilecie. Ten tylko spojrzał na Eryka i ugryzł spory kawałek kanapki, którą trzymał w wielkiej jak talerz łapie. Patrzył na chłopaka swoimi świńskimi oczkami przez dłuższą chwilę, przeżuwając zawzięcie ugryziony kęs. Jego twarz wyglądała w tym momencie jak włączona pralka. — Chwila — powiedział po kilku sekundach i gdy Eryk już myślał, że usłyszy jakąś wymówkę, ponownie ugryzł kanapkę. Chyba nie potrafił jej się oprzeć. Albo chciał zyskać czas do namysłu. Nadal nie odrywał od Eryka wzroku, więc chłopak nie mógł wykrzywić twarzy. A chciał, bo czuł się jakby stał nad otwartym sedesem. Jegomość śmierdział potem i przeżuwanym właśnie pokarmem. Eryk bał się, że nawet gdyby wstał w końcu z jego miejsca, mogłoby być ono całe mokre, czy wręcz stopione. W pewnym momencie spora część musztardy z kanapki skapnęła grubasowi na jeden z dziesięciu podbródków, a stamtąd prosto na koszulkę. Jedz szybciej, pieprzony warchlaku! — pomyślał Eryk. — Przepraszam, pan mnie chyba nie zrozumiał — oznajmił jednak uprzejmie. — Zrozumiałem — odparł grubas, wycierając tłustą jak polędwica łapę w koszulkę. Po plamie z musztardy został rozmazany ślad. — Widzi pan, chętnie bym ustąpił, ale na moim miejscu już ktoś siedzi. To powiedziawszy wskazał na kobietę z dwójką dzieci, siedzących na drugim końcu wagonu. — Jeśli ją pan przekona, żeby zeszła z mojego miejsca, ja zwolnię pańskie. W Eryku zagotowało się nie na żarty. Miał ochotę wyrwać mu z łapy tę bagietę wielkości bochenka i wysmarować nią jego okrągłą twarz. Nie był jednak przekonany, czy aby na pewno zrobiłby grubasowi w ten sposób na złość. Nic więc nie powiedziawszy odszedł i już zamierzał się oprzeć o ściankę przy drzwiach, gdy dostrzegł jedno wolne, jakby go wołające miejsce siedzące. Czekało tam niezauważone najwyraźniej właśnie na niego. Pognał co tchu w kierunku wypatrzonej oazy, nieprzekonany, czy mógł ufać własnym oczom. Nie obchodziło go, że pewnie na najbliższej stacji wsiądzie ktoś, kto sobie tę miejscówkę wykupił. Zachowam się jak ten grubas — pomyślał. W takich sytuacjach uprzejmości należało odkładać na bok. — Przepraszam, wolne? — zapytał dla formalności siedzącą obok starszą kobietę, zaczytaną w jakimś kucharskim czasopiśmie. Najwyraźniej przerwał jej w ważnym momencie, bo spojrzała na niego jak na psa i odburknęła oschle: — A nie widać?
Eryk poczuł rozpływające się po jego ciele błogie ciepło. Był bardzo zadowolony i pewnie cieszyłby się owym ciepłem bez końca, gdyby w pewnym momencie nie zaczęło mu ono przeszkadzać. — Co jest? — zapytał sam siebie, wiercąc się w miejscu. — Pan ustatkuje tę dupę! — odezwała się siedząca obok starowinka, gdy trzeci już raz została trącona łokciem w twarz. — Przepraszam — odparł. — Po prostu strasznie tutaj duszno. Rzeczywiście, temperatura w wagonie zdawała się rosnąć z minuty na minutę i najwyraźniej nie tylko Eryk to odczuwał. Po kilku chwilch ludzie masowo zaczęli zdejmować z siebie kolejne partie ubrań. W normalnych okolicznościach pewnie wzbudziłoby to jego zainteresowanie, jednak otoczony zewsząd pomarszczonymi jak podkoszulki emerytami i brzuchatymi kobietami zmuszony był odwrócić wzrok. Jak można o tej porze roku tak mocno grzać?! — pomyślał. Była wiosna, na dworze plus dziewiętnaście a w wagonie plus siedemset. — Tutaj jest jak w piekle! — odezwała się w końcu jedna z kobiet. Na sobie miała już tylko sandały. — Gówno wiesz o piekle! — odparł z niesmakiem jakiś długowłosy fan metalicznych brzmień, w przeciwieństwie do pozostałych pasażerów nadal okuty czarną odzieżą od stóp po czubek głowy. Wysoka temperatura na szczęście nie zmusiła go nawet do zdjęcia glanów. — Można się usmażyć — dodał jakiś usmażony w solarium biznesmen. Granatowa marynarka była w tej chwili jedynym elementem garderoby, którego jeszcze się nie pozbył. Facet najwyraźniej uznał, że nawet w takim ukropie to właśnie ona powinna świadczyć o jego statusie. Spodnie, koszula czy bielizna odgrywały drugorzędną rolę, nie było więc sensu ich trzymać na siłę. Eryk kątem oka widział krople potu, spływające biznesmenowi po twarzy. — No dalej, zdejmij je! — zagaiła w pewnym momencie kobieta siedząca naprzeciw Eryka, zerkając sugestywnie na jego spodnie. Sama miała na sobie już tylko skórę. — Po co się męczyć? To powiedziawszy mrugnęła zalotnie.
Ilekroć Eryk podróżował koleją, zawsze spotykał się z absurdalną polityką grzewczą. Którejś zimy, gdy jechał składem starszego typu, omal nie zamarzł. Grzejniki nie były włączone, a okna nie dawały się domknąć. Mógłby przysiąc, że widział wtedy na korytarzu niedźwiedzia polarnego. Nawet fakt, że jechał wówczas do Suwałk nie usprawiedliwiał obecności szronu, śniegu i lodu na fotelach i ubraniach załogi pociągu. Żeby się ogrzać, pasażerowie zmuszeni byli podpalać własne bagaże. Innym razem z kolei grzejniki w pociągu, którym jechał do Wrocławia, porozkręcane były do tego stopnia, że usytuowane nad nimi siedzenia, łącznie z fragmentami zajmujących je pasażerów, zaczęły się topić. Żar unosił się w powietrzu, a wszelkiego rodzaju aerozole w torbach podróżnych co pewien czas eksplodowały. Połowa ludzi opuściła wówczas skład zwęglona, a sam Eryk przez miesiąc leczył pęcherze na twarzy. Wszystko wskazywało na to, że i tym razem sytuacja mogła się powtórzyć. Nauczony doświadczeniem przywołał więc do siebie konduktorkę, gdy ta, w samym tylko bikini, przechadzała się między pasażerami. — Przepraszam, można wyłączyć ogrzewanie? — zapytał, a widząc jej oburzony wzrok szybko dodał — Albo chociaż zmniejszyć? — Ciągle źle! — mruknęła konduktorka i odeszła, ale najwyraźniej poinformowała o sytuacji maszynistę, bo po kilku minutach temperatura w pociągu zaczęła powoli spadać.
Chwilę później skład ruszył, a zrobił to na tyle bezszelestnie, że tylko coraz szybciej się przesuwające za oknem obrazy uzmysłowiły Erykowi ten fakt. Na wypadek, gdyby się jednak nie zorientował, początek podróży dosyć czytelnie zaakcentowała natychmiastowa kontrola biletów. — Legitymację poproszę — oznajmiła oschle konduktorka, wziąwszy do ręki bilet Eryka. Najwyraźniej nie zapomniała, że to on w swojej bezczelności ośmielił się skrytykować działania załogi. Podawszy jej plastikowy dokument, chłopak mimowolnie uśmiechnął się do niej próbując ocieplić nadwątlone relacje. Czekała go przecież kilkugodzinna podróż w jej towarzystwie. Niestety konduktorka najwyraźniej nie podzielała jego chęci, bo chwilę później podnosił już bilet i legitymację z posadzki. — Przepraszam, spadło, podniesie sobie pan, jeśli się przy tym nie zgrzeje — usłyszał i zgrzał się potwornie. Z nerwów, rzecz jasna. Eryk już chciał coś odburknąć, ale w porę ugryzł się w język. Kobieta wyraźnie nie była w nastroju, a do tego czarę goryczy przelał chwilę później jakiś chłopak, na pierwszy rzut oka będący w wieku gimnazjalnym. — To ma być legitymacja?! — warknęła konduktorka, gdy na prośbę podał jej wygnieciony, podarty, poplamiony czymś, odbarwiony a może też przeżarty i wypluty przez krowę zwitek papieru. — Tę szmatę uważasz za dokument państwowy, młody człowieku?! Gdzie żeś to trzymał?! — W spodniach — mruknął cicho wyraźnie przestraszony dzieciak. Eryk nawet po części mu współczuł, choć z drugiej strony zachodził w głowę, co musiało dziać się z tą legitymacją. — W spodniach! — wrzasnęła kobieta, chwytając dokument koniuszkami palców i odsuwając go z niesmakiem na bezpieczną odległość, zupełnie jakby bliższy kontakt z nim groził zarażeniem dżumą. — To chyba nalałeś w te spodnie, kolego! To się nawet nie nadaje do umycia sedesu. Nie ma zdjęcia! — Przepraszam... — Teraz chłopak już niemal zaskamlał. Był blady jak papier i istniało ryzyko, że posika się naprawdę. — Proszę mi to jak najszybciej wymienić! — Konduktorka w nosie albo i niżej miała jego przeprosiny. — Dziwię się, że nie dostałeś jeszcze mandatu, mój drogi! Zapamiętam cię i jeśli jeszcze raz zobaczę tę ścierę zamiast nowego dokumentu, nie będę tak miła jak teraz! To powiedziawszy, wyraźnie naburmuszona kobieta ruszyła dalej. Słychać było, jak czekający na spotkanie z nią pasażerowie przełykali głośno ślinę. Gimnazjalista niepotrzebnie uruchomił drzemiące w konduktorce pokłady agresji. Doprowadzając ją do stanu wrzenia dokończył to, co zaczął Eryk, prosząc o wyłączenie ogrzewania. Dalej mogło być już tylko gorzej. — Nie wykupił pan dodatkowego biletu na przewóz zwiększonego bagażu — dało się słyszeć, gdy konduktorka dotarła do uświnionego musztardą grubasa, zajmującego nadal przysługujące Erykowi miejsce. — Jakiego bagażu? — zapytał mężczyzna. Z daleka słychać było, że akurat coś przeżuwał, czy raczej unicestwiał. — Nie mam większego bagażu niż inni. — A ta torba? Zapanowała chwila niezręcznej ciszy, w czasie której grubas najwyraźniej nad czymś się zastanawiał. Albo po prostu znowu coś żuł. Eryk, z wrodzonej i jakże bliskiej ludzkiej naturze ciekawości chciał dostrzec, co działo się za jego plecami, ale wiedział, że kolejne próby wiercenia się w fotelu uruchomią siedzącą obok, jak dotąd stosunkowo stateczną, choć zionącą parą staruszkę. I tak czuł już na sobie jej czujny wzrok. Postanowił więc jedynie biernie przysłuchiwać się rozmowie. — To nie jest torba tylko brzuch! — Boże! — Konduktorka najpewniej nie uznała swojej uwagi za niestosowną, bo brnęła dalej — A czy w środku brzucha jest torba? Albo pasażer, który powinien siedzieć w tym miejscu? Na pana bilecie jest inny numer. — Co za bezczelność! — wrzasnął grubas, nie przestając przeżuwać.
Kontrola biletów w tej części pociągu trwała jeszcze jakiś czas, aż w końcu odgłos elektronicznego czytnika zamilkł. W tym czasie pociąg zbliżył się już do pierwszej z kilku planowych stacji. Gdy po delikatnym, niemal bezdźwięcznym hamowaniu skład w końcu stanął w miejscu, ponownie rozpętało się piekło, choć tym razem nieco mniejsze. Kilkadziesiąt osób naraz wgramoliło się do pociągu, nie zważając na utyskiwania innych pasażerów. — Proszę uważać, zgniecie mi pan dziecko! — zawołała jedna z miliarda ciężarnych. Starszy pan, który akurat przepychał się obok niej z walizką, ani myślał przepraszać. — To nie dziecko, to brzuch jest przecież! — warknął. — A w środku dziecko! — Nie trzeba się było bzykać! To powiedziawszy mężczyzna zahaczył jeszcze kilka osób nad wyraz obszernym bagażem, po czym stanął w miejscu i zaczął się rozglądać po przedziale, wyjątkowo uważnie lustrując numerki nad siedzeniami. Spoglądał przy tym od czasu do czasu na trzymany w ręku bilet. Gdy po kilku minutach starzec niebezpiecznie zbliżył się do Eryka i z nieskrywaną satysfakcją, kilkukrotnie się upewniwszy, zerknął na zajmowane przez niego siedzenie, chłopak zaszlochał. — Młody człowieku, najwyraźniej przez nieporozumienie zająłeś… — Dlaczego, do kurwy pierdolonej?! — krzyknął Eryk, patrząc mężczyźnie prosto w twarz. Czuł napływające do oczu łzy i nawet nie próbował ich powstrzymywać. Pociąg przejechał dopiero kilkanaście z kilkuset zaplanowanych kilometrów! Dlaczego już na pierwszej stacji musiał wsiąść pasażer, na którego miejscu Eryk planował odpocząć jeszcze przez jakiś czas? — Jakie {i}dlaczego{/i}, bezczelny gówniarzu?! — Starzec porzucił uprzejmy ton i nie siląc się już na grzeczność, dodał — Złaź mi z miejsca, szczonie zawszony, albo wezwę organa ścigania! — Dlaczego, pytam?! — kontynuował Eryk, zupełnie ignorując morderczy wzrok starca. — Dwanaście wagonów, kilkadziesiąt miejsc w każdym, co najmniej dziesięć połączeń do Warszawy każdego dnia… Dlaczego jedzie pan tym pociągiem? Proszę wysiąść, w Warszawie jest naprawdę drogo, na pewno ma pan za niską emeryturę, nie ma po co tam jechać. DLACZEGO JEST PAN STARY?! To ostatnie pytanie wyrwało się z ust Eryka mimowolnie i w trybie natychmiastowym wzbudziło ogólne poruszenie. — Skandal! — zawołała w końcu siedząca obok starowinka, odrywając wzrok od trzymanego do góry nogami czasopisma o gotowaniu. Widać było, że od dłuższego czasu nosiła się z zamiarem wzięcia udziału w dyskusji. Eryk nie dbał jednak o to. Z poczuciem niesprawiedliwości wstał z miejsca. Gdyby chociaż ten człowiek okazał się młodszy, może nie musiałby mu ustępować. Mógłby urzeczywistnić swój misternie opracowany plan i po prostu udawać głuchego, siedząc dalej w wygodnym, mięciutkim fotelu! Podobnie jak robili to pozostali ludzie, zajmujący czyjeś miejsca. Dyskusja jednak nie miała sensu. Wypatrzywszy w pobliżu toalety skrawek wolnej podłogi, chłopak ruszył przed siebie. — Halo! — usłyszał za sobą wołanie. — A torba? Sama nie wniesie się na górę! Starszy mężczyzna stał nadal w przejściu i wskazywał palcem to na swoją wielką walizę, to na stalową półkę pod sufitem. — Pani pomoże rówieśnikowi. — Eryk zwrócił się do starszej kobiety, obok której przed chwilą siedział, po czym ignorując wszelkie wyrazy oburzenia podszedł do toalety. Rzecz jasna przed drzwiami stała już spora kolejka. Co najmniej kilkanaście osób czekało na swoją kolej. Połowę oczekujących stanowiły, co oczywiste, dzieci i ich głupi rodzice. Najpierw piją i jedzą ile i co wlezie, wrzucają w siebie jak do śmietnika, a potem tylko srają i sikają — pomyślał Eryk, kątem oka dostrzegając małą dziewczynkę, która najpierw ze zniecierpliwieniem tupała nóżką, a gdy nie mogła już dużej wytrzymać, dla odmiany zwymiotowała na posadzkę. — Oj, odbiło się Zuzi? — zaśmiał się jej ojciec, po czym otarł córce twarz chusteczką. Najwidoczniej ani myślał posprzątać rzygowin, na których chwilę później poślizgnęło się inne dziecko. Upadek chyba osłabił stabilność pęcherza małego chłopczyka, bo obok zapachu treści żołądkowej dziewczynki chwilę później powietrze wypełnił odór moczu. — Oj, Alex — szepnęła mu do ucha młoda matka. Widać było, że cała sytuacja porządnie ją rozbawiła. — Mówiłam ci, żebyś wytrzymał! Niegrzeczny jesteś. Ale przynajmniej nie musimy tutaj dłużej stać. To powiedziawszy kobieta pociągnęła synka za rękę i chwilę później obydwoje zniknęli w tłumie, a jedynym śladem ich obecności pozostała żółta plama. — Co pani tam do diabła robi?! — wrzasnął w pewnym momencie jeden z oczekujących, trzaskając w drzwi toalety. Istotnie jego frustracja zdawała się być w pełni usprawiedliwiona, bowiem ktokolwiek siedział teraz w toalecie, był tam już od kilkunastu minut. — Bo zaraz tutaj zdefekuję! Szczęśliwie dla mężczyzny chwilę później elektronicznie sterowane drzwi rozsunęły się niespiesznie, po czym wyszła przez nie wyraźnie oburzona kobieta w średnim wieku. Ciągnął się za nią zapach czy raczej odór do przesady słodkich perfum. Spojrzawszy najpierw z niesmakiem i niekłamanym zdziwieniem na obrzyganą i obsikaną posadzę a potem na zniecierpliwionego mężczyznę, oznajmiła spokojnie: — Proszę nie podnosić głosu, przechodzę wyjątkowo bolesną kulminację cyklu. Mężczyzna nie zamierzał jej jednak słuchać. Wbiegłszy do toalety zatrzasnął za sobą drzwi, prawdopodobnie uszkadzając ich elektroniczne mechanizmy. Ludzie mieli to do siebie, że obcując z nowoczesnością zachowywali się jak słonie w składzie porcelany i zupełnie nie pojmując łopatologicznie opisanych mechanizmów uszkadzali wszystko, by później móc narzekać na stan otaczającej ich rzeczywistości. Po kilku chwilach ściana toalety zadrżała, a spod drzwi wydobył się kolejny nieprzyjemny zapach. — Nie wytrzymam! — warknął Eryk i poderwał się z miejsca. — Świnie, nie ludzie! Zrezygnowany ponownie zaczął się przeciskać przez tłum. Starał się nie słuchać kolejnych utyskiwań pod swoim adresem. Przebrnąwszy z kamienną twarzą przez połowę pociągu, zatrzymał się wreszcie na samym końcu składu, gdzie było nieco więcej miejsca. Rzecz jasna nie dało się nigdzie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Smith12
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…