Wróć do katalogu

Trebisonda

Angelika, która podróżuje po Europie, mówi wieloma językami i doskonale wykonuje prace, której większość dziewcząt w prawdziwym świecie nie chce wykonywać nawet przez rok. Pomimo to spotyka na swo

LilaBez, opublikowano , 1 godz. 31 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Trebisonda

Rozdział I Wspomnienia

Pogoda w lipcu nawet w północnym rejonie Włoch jest bardzo gorąca. Jednak tego lata padało niemiłosiernie. Angelika szła zakurzoną drogą co kilka metrów przyspieszając kroku. Zagrzmiało. Był to znak nadchodzącej burzy. Niebo pociemniało i wkrótce spadło milion kropel zimnego deszczu. Dziewczyna poczuła powiew wiatru na mokrej twarzy. Zatrzęsła się z zimna. Kiedy pomyślała o sukience i butach, które zaraz miały być przemoczone – zrobiło jej się zimno. Powoli kurz na drodze zamieniał się w błoto. Przemoknięta do suchej nitki biało - zielona sukienka od dołu pokryta była kroplami błota. Z długich prostych włosów dziewczyny spadał ciężkimi kroplami deszcz. Spojrzała na brązowy skórzany pasek z piękną srebrną klamrą wykładaną białymi cyrkoniami i pożałowała, że tak się upierała, żeby go tego dnia założyć. Sprawdziła nerwowo czy na palcu nadal ma duży pierścionek z fioletowym ametystem i czy nie zsunął się z jej mokrej dłoni i już odetchnęła z ulga, kiedy wysunęła się z jej ręki biała plastikowa torba i na drogę wysypały się wszystkie brzoskwinie jakie w niej były. Dziewczyna powstrzymała się, żeby głośno nie przekląć. Obiecała sobie, że nie będzie używać brzydkich slow. Schyliła się by pozbierać porozrzucane owoce. Przedtem jednak oczy jej zdołały wyłapać, że ktoś zbliżał się drogą. Poznała srebrny samochód i szybko usunęła się na bok, żeby umożliwić mu przejazd. Odwróciła głowę, tak żeby przejeżdżający jej nie poznał. Wiedziała jednak, że ją pozna, już się przecież kiedyś na tej drodze spotkali. Angelika postanowiła, że się zatrzyma. Pod wpływem zimna i gwałtownych emocji zadrżała. Widząc jak zbliżający się otwiera szybę pojazdu przybrała poważny, ale przyjazny wyraz twarzy. Raffaello, bo tak miał na imię jej znajomy spytał po włosku. „Hai scelto il tempo non giusto per prendere una passeggiata.”1) Gdyby dziewczyna nie była za bardzo skupiona na tym, żeby zabrzmieć uprzejmie, być może zauważyłaby, że w jego głosie tkwi pewna nuta, którą już kiedyś słyszała – był to być może cień radości ze spotkania, którą sam starał się ukryć. Widząc przemokniętą dziewczynę zawołał „Siediti, ti porto a casa”.2) 1)“Hai scelto il tempo non giusto per prendere una passeggiata.” – Wybrałaś się na spacer w nieodpowiednim momencie. 2)“Siediti, ti porto a casa”. – Usiądź, podwiozę cię do domu.

Nie chciała się sprzeczać. Postanowiła, że załatwi to jak najprościej bez komplikowania niczego niepotrzebnie. Szybko wsunęła się na siedzenie obok. Raffaello podjechał na koniec drogi i nawrócił by odwieźć dziewczynę do domu. Spuściła lekko głowę aby uniknąć jego wzroku. Przez chwile jechali powoli, w milczeniu. Dziewczyna była zbyt przejętą całym wydarzeniem by zauważyć, że mężczyzna jedzie wolno, jakby chciał dać sobie czas na rozmowę. Oczywiście spytał jak się ma i gdzie się tym razem podziewała. Zauważył, że była dziwnie milcząca i to go zmartwiło. Postanowił nie mówić za wiele. Niedługo potem zatrzymał się pod czarną bramą Trebisondy, odpowiedział uprzejmie na jej pożegnanie i powoli odjechał. Kiedy wysiadła z samochodu i zamknęła za sobą drzwi deszcz jeszcze bardziej nabrał mocy. Przyspieszyła kroku nie zważając na kałuże wody, które już i tak zniszczyły buty. Angelika nie zdołała zauważyć, że firanka w jednym z okien poruszyła się nieznacznie. Kiedy szybko wbiegła do domu zsunęła je i cicho zamykając za sobą drzwi, pobiegła na górę do swojego pokoju. Nie chciała teraz nikogo napotkać. Na szczęście Thomaso jeszcze spał, a razem z nim obok spała jego matka. Szybko zdjęła przemoknięte rzeczy i zmęczona padła na wielkie łóżko. Zatrzęsła się z zimna, więc nakryła się kołdrą po czubek głowy. Dziękowała Bogu za schronienie jakie miała w domu Marco i Antonelli. Nie chciała myśleć o Raffaellu i ich spotkaniu. Nie teraz. Pomimo, że była zła na swoje zmęczenie poczuła wszechogarniająca senność. Trebisonda powoli odpływała. Zniknął bezpieczny pokój na poddaszu. Deszczową pogodę zastąpiło upalne lato. Nieopodal morze odbijało się od brzegu, który porastały palmy, w oddali rysowały się sylwetki gór. Biała wieża pałacu króla Arabii Saudyjskiej i głos Araba śpiewającego modlitwę o zachodzie słońca były na wyciągnięcie reki. Była to Malaga, która dla Angeliki była symbolem tego co utraciła. Utraciła by na nowo odzyskać, pomyślała i z tą myślą zasnęła.

Tego dnia Raffaello poczuł, że coś jest nie tak. Jadąc powoli potarł czoło i uświadomił sobie, że już dawno nie przemierzała drogi, na której ją spotkał. Dotarło do niego, że nie przychodziła nawet, żeby się przywitać z jego kuzynem. Zrozumiał, że robiła to celowo i wcale nie zamierzała przyjść. Pomyślał, że być może ma nowych znajomych. Po raz pierwszy przebiegła mu przez głowę myśl, że być może popełnił błąd tamtego lata.

Następny dzień był zupełnym przeciwieństwem poprzedniego. Słońce świeciło już od rana zaglądając do każdego okna. Angelika obudziła się już o szóstej. Korzystając z tego, że wszyscy jeszcze spali i cala Trebisonda pogrążona była w błogiej ciszy, wybiegła na dwór. Z oddalonego zaledwie dwa metry drzewa odleciała znajoma sowa. Dziwne, że światło dnia nigdy jej nie płoszyło. Dopiero zwykle pierwsze odgłosy sprawiały, że nisko odlatywała, zbyt nisko jak na dzikiego ptaka. Angelika popatrzyła na bramę, ale szybko odwróciła wzrok jakby odsuwając od siebie to co się wydarzyło poprzedniego dnia. Zza lasu dobiegł ją odgłos pawi. I one się już zbudziły. Dziewczyna ruszyła w stronę koni, które też ją rozpoznały i teraz biegły w jej stronę z drugiego końca okólnika. A więc chłopak, który pracował dla Marca musiał już być skoro zdążył je wypuścić. Nie mogły przecież spać na zewnątrz w burze jaka miała miejsce poprzedniej nocy. Anglika obeszła wielki dom dookoła wdychając poranne, jeszcze rześkie powietrze. Chciała urwać jabłka jakie jeszcze dobrze nie zdążyły dojrzeć, a które rosły w wysokiej trawie w pobliżu bramy, kiedy pomyślała o rosie i wahając się zrezygnowała besztając się w głębi ducha za taki pomysł. Spojrzała na swoją białą, długą nocna koszule i szybko pobiegła w stronę wejściowych drzwi. Pomyślała, że nie byłoby rozsądne, żeby ktoś ją teraz zobaczył. Wbiegła cicho po schodach i ponieważ było ciepło, a nawet gorąco jak na tak wczesną porę, postanowiła, że weźmie kąpiel. Kiedy siedziała na brzegu wanny, która znajdowała się w jej pokoju odgrodzona wielką szafą, mieszając ręką wodę, która ciekła z kranu mocnym strumieniem tak jakby miało to cokolwiek przyspieszyć, nagle przypomniała sobie jak jej znajomy śmiał się kiedyś, że ma pokój z wanna. Musiał więc tu kiedyś gościć, skoro o tym wiedział. Uśmiechnęła się na to wspomnienie, ale tak szybko jak uśmiech pojawił się na jej twarzy, tak szybko zniknął. Nie chciała o nim więcej myśleć. Po tym co zrobił zeszłego lata nie zasługiwał na jedną myśl o nim. Spojrzała na pokój i zdecydowała, że musi przynieść znowu płatków róż jakie rosły w ogrodzie i porastającego jeden z domków dla gości jaśminu do kąpieli. Te myśli sprawiły, że poczuła się lepiej. Słysząc głos Thomaso, który jak zwykle ją wołał, zdecydowała pomimo, że było jeszcze przed ósma, że zejdzie na dół. Postanowiła włożyć dżinsy chociaż wiedziała, że potem może być za gorąco. Kiedy zeszła po schodach prowadzących do salonu wzięła chłopca za rękę i razem zeszli do kuchni. Postanowiła, że nikomu nie wspomni o tym jak Raffaello podwiózł ją poprzedniego popołudnia do domu. Starała się unikać jego tematu już od dawna.

Angelika dobrze pamiętała pierwszy dzień swojego przyjazdu do Trebisondy. Obawiała się trochę Włochów i ich temperamentu. Ale tuż przed samym przyjazdem czuła, że będzie dobrze. W końcu jechała tylko na kilka tygodni. Wiedziała, że ze swoim doświadczeniem nawet jeśli trafi w nieprzyjazne miejsce, przez krotki okres czasu była w stanie wytrzymać swój pech. Dziewczyna była gotowa poświęcić wiele, żeby osiągnąć swój cel, którym było wyszlifowanie włoskiego. Coś jej mówiło, że tym razem czeka ją mile spędzone lato. Już kiedy pierwszy raz rozmawiała przez telefon z kobietą, dla której miała pracować wyczula wielką gościnność i obietnice milo spędzonych dni. Pomimo tego co mówili jej wszyscy, którzy ją znali, że powinna przestać wyruszać w nieznane miejsca, postanowiła dać losowi jeszcze jedną szansę. Okazało się, że los ją za to wynagrodził. Pomimo, że wcześniej widziała zdjęcia domu, w którym miała spędzić lato, to co ujrzała nawet w połowie nie równało się jej oczekiwaniom. Już jadąc z lotniska zachwyciła ją okolica słynnego jeziora Garda. Urzekły ją granatowe szczyty gór i rozpościerające się wokół winnice. Kiedy dotarła na miejsce i otwarła się przed nią czarna brama zabrakło jej tchu. Zobaczyła piękny dom na wzgórzu otoczony żywopłotami i drzewami. Dookoła rozpościerał się olbrzymi padok dla koni. Dom z kamienia udekorowany był porastającymi go zielonymi liśćmi roślin o czerwonych wielkich kwiatach pnących się po ścianach. Kiedy na jej spotkanie wyszła piękna kobieta o kruczoczarnych włosach z podobnym do niej najładniejszym dzieckiem jakie Angelika kiedykolwiek widziała, potwierdziły się jej przypuszczenia, że czeka ją wiele mile spędzonych tu chwil. Kiedy ją oprowadzali po domu od razu zaoferowała swoją pomoc w czymkolwiek by jej nie potrzebowali. Jej uwadze nie umknął też chwilowy niepokój kobiety, która patrzyła z podziwem na strój dziewczyny. Wtedy Angelika pomyślała jak wielką skromnością obdarzona jest ta piękna kobieta, kiedy poczuła się zagrożona jej własnym towarzystwem. Już pierwszego dnia Angelika udowodniła swoją wartość. Skupiła się na tym, żeby pokazać, że nie obawia się pracy, kocha dzieci i że ma wiele doświadczenia. Wkrótce dzieci na jej przyjaźń odpowiedziały przywiązaniem. Jej angielski sposób postępowania z nimi wzbudził zachwyt. Dziewczyna wykorzystała swoje doświadczenie nie tylko z Thomaso i małym Robbiem, których uwielbiała. Wkrótce raz w tygodniu uczyła też angielskiego dzieci w letniej szkole, do której raz w tygodniu zabierała chłopców. Angelika zawarła swoje pierwsze znajomości w Trebisondzie na drodze, którą nie chciała początkowo chodzić, a którą wskazała jej Antonella, by uniknąć słońca kiedy brała dzieci na spacer. Droga ta była ukryta pod lasem otaczającym Trebisondę. Zaczynała się polną wąska dróżką, a potem okazywała się dość szeroką i ubitą, z wielkimi dziurami, po kałużach, w których po deszczu stała woda. Z jednej strony ściana lasu kontrastowała z polem kukurydzy po drugiej stronie. To właśnie od tej strony słychać było rżące konie, tu też znajdował się punkt gdzie miejscami widać było góry, kiedy się wracało z powrotem. Droga prowadziła lekko w dół, gdzie rozgałęziała się na dwie części: jedną prowadzącą w górę w stronę starego opuszczonego domu i drugą, okrężnie prowadzącą do padoku z końmi i na rozciągające się rozlegle pola, których latem nie było widać zza wysokiej trawy i kukurydzy. Ta druga z nich była ciężka do przemierzenia ze względu na wgłębienia i zawsze stojącą w nich wodę. Zaczynała się wielka kałużą, którą Thomaso nazywał jeziorem, i do której uwielbiał wrzucać kamienie. Angelika i chłopiec często chadzali tą droga, zwykle do małego jeziorka. W jednym z pierwszych dni Angeliki pobytu zabrali ze sobą rodzeństwo gości, małą Lare i Johna, którzy spędzali w Trebisondzie kilka dni, zanim mieli się udać do ich ojca rodzinnych Niemiec. Thomaso uwielbiał dzieci, a szczególnie chłopca. Lara była zafascynowana Robbie, którego tego dnia też wzięli ze sobą. Dziewczynka szła, a raczej biegła w podskokach, bez przerwy komentując ubiór, albo zachowanie wychylającego się z wózka małego chłopca. Właśnie wtedy zobaczył ich stojący na polu mężczyzna. Na imię miał Raffaello i podszedł żeby się przywitać z Thomaso, którego już dobrze znał. Witając się z Angelika wspomniał, że ona musi być tą osobą, o której mówiła mu Antonella, że miała przyjechać, aby spędzić lato w Trebisondzie. Raffaello lubił dzieci i szybko zwrócił swoją uwagę w stronę małego Robbiego rozmawiając przy tym z Thomaso i pytając go o rodziców. Dziewczyna cieszyła się, że poznała kogoś z kim mogła porozmawiać po włosku. Spodobało jej się w jaki sposób traktuje Thomaso. Poza tym wcale nie wyglądał jak rolnik. Brzmiał na młodego, inteligentnego człowieka. Jego dżinsy i buty wskazywały na to, że wiedział co się nosi, albo wiedział w czym wygląda dobrze. Dla Angeliki wydawało się interesujące, że podczas ich rozmowy ani razu nie oddał jej uśmiechu pomimo, że ponieważ go nie znała, czuła się odważna, żeby z nim żartować. Było coś dostojnego w jego powadze. Tego dnia zdołali wymienić liczbę swoich lat. Raffaello był od dwudziestoośmioletniej dziewczyny o osiem lat starszy. Zwróciła uwagę na jego modne dżinsy i niebieską koszule, która podkreślała jego niebieskie oczy. Kiedy przykucnął rozmawiając z Thomaso wydal jej się jedną z tych osób dopiero poznanych, które się zna od dawna. Żartował sobie z chłopcem wyraźnie ciesząc się na jego widok. Potem kiedy wstawał i patrzyła jak odchodzi podziwiała sposób w jaki się poruszał. Przypominał kowboja, który pomimo swojej prostoty miał w sobie wiele godności. Dla chłopca dzień ten był jak ze snu. Oto na drodze spotkał swojego ulubionego towarzysza do rozmowy wraz ze swoimi dwoma przyjaciółmi, których już od rana wołał widząc ich przez okno; ‘Amici, amici…’- krzycząc na cale gardło, chociaż oni nie rozumieli jego języka. No i w końcu była też Angelika, która w świadomości dziecka sprawiła, że te dwa światy się spotkały. 3)‘Amici, amici – przyjaciele, przyjaciele!’

Stary Most wiodący do miasta był jedną z większych atrakcji okolicy. Wiedzieli o tym okoliczni mieszkańcy, kiedy szczególnie w niedziele przyjeżdżali nad rzekę podziwiać utworzony na szerokiej rzece mały wodospad. Angelika wiele razy przekraczała ten most. Było to jej ulubione miejsce. Rzeka nie była głęboka w miejscu gdzie leżały wielkie, białe kamienie, które opływała pluskająca woda. Sprawiało to wrażenie jakby rzeka płynęła bardzo szybko, wrażenie, które potęgował odgłos płynącej pod mostem wody, którą można było słyszeć i widzieć na wyciągniecie dłoni w piwnicy jednej z restauracji, znajdującej się zaraz przy kamieniach wodospadu w dole rzeki, a której stoliki pokryte białymi obrusami widać było z mostu już z daleka. Sam most był olbrzymi. Mógł mieć nawet kilometr długości. Po obu stronach czternastowieczne mury pokrywały dziury, przez które widać było rzekę. Puste przestrzenie po kamieniach, które przez wieki spadały do rzeki porastała trawa. Na jedynej pozostającej części stanowiącej fragment dachu ptaki budowały swoje gniazda. Patrząc w górę widziało się szybujące pary skrzydeł. Po drugiej stronie rzeka była węższa i po obu jej brzegach porastały ją drzewa, zdawać by się mogło, nie kończącego się lasu. Widok z jednej strony mostu i z drugiej był bardzo różny. Płynąca wartko woda od strony wodospadu i prowadzący do restauracji i sklepów z pamiątkami dla turystów drugi most, po którym przemierzali ludzie, a którego widać było w oddali, jakby był wiszącą nad rzeką drewnianą kładką, różnił się od cichego i pustego brzegu po drugiej stronie, który sprawiał wrażenie cichego jeziora które porastały krzaki i drzewa. Pomimo, swojej piękności chwile kiedy Angelika wybierała się nad most nie zawsze były najszczęśliwsze. Czyniła to zwykle wtedy kiedy chciała pobyć sama. Było coś magicznego w Starym Moście. Pomimo, że każdego dnia przemierzało go wiele samochodów i rowerzystów był bardzo cichym i samotnym miejscem. Na moście miało się wrażenie, że czas stoi w miejscu, a jednocześnie przypominał, że czas płynie. Każde jego przemierzenie było inne. Inni byli na nim ludzie, inne niebo i pora dnia. Stary Most uświadamiał, że każdy dzień jest inny. Zmieniali się jego przechodnie, czas i pora dnia, ale most i rzeka pozostawały takie same.

Za kilka dni dzieci wybrały się znów na odkrywanie okolicy. Angelika słyszała kilka razy o opuszczonym domu, którego mury widać było wyżej kiedy minęło się małe jezioro. Dziewczyna słyszała też, że gdzieś w pobliżu są pawie, których była ciekawa tym bardziej, że miały być białe. Dzieci były podekscytowane widząc samotnie stojący dom. Starszy John żartował, że jest to dom kryjący tajemnice. Thomaso nie rozumiał języka swojego przyjaciela, który przyjechał z USA. Komentował jednak wszystko po włosku skacząc z podniecenia. Lara położyła swój sweter do wózka z Robbiem, gdyż zrobiło się ciepło i rześki poranek zamieniał się w słoneczny dzień. Powoli zbliżyli się do murów domu, w którym prawie wszystkie szyby były powybijane, a który pomimo szarych ścian miał swój urok. Thomaso biegł na przodzie jakby po swoim dobrze znanym terenie. Na widok wolno chodzących pawi zakrzyknął wskazując palcem w podekscytowaniu. Angelika podążała za dziećmi pchając wózek z Robbiem i rozglądając się z ciekawością. Dom był rzeczywiście opuszczony, ale zdziwiło ją to, bo jednak ktoś musiał opiekować się ptakami. Niedaleko na wzgórzu znajdował się drugi dom co tłumaczyło ujadanie psów w oddali. Pomyślała, że być może są spuszczone i spojrzała na dzieci ze strachem. Chciała je dogonić kiedy za rogiem domu, który właśnie mijali zobaczyła czyjś cień. Zatrzymała się i w obawie zdecydowała, że powinni zawrócić, bo być może znajdowali się na cudzej posesji, a właściciel nie lubił gości. Zawołała na dzieci żeby zawróciły. Zbliżający się cień rósł nieubłaganie. Nagle zza rogu wynurzyła się postać mężczyzny. Dziewczyna poznała w nim przyjaciela Thomaso, który musiał być także ich sąsiadem. Zaskoczyło ją to ponowne spotkanie, a jednocześnie poczuła ulgę, że nie okazał się on niegościnnym pobliskim rolnikiem. Spytała czy mogła obejrzeć miejsce ze względu na dzieci. Raffaello obrzucił sylwetkę dziewczyny szybkim spojrzeniem. Miała na sobie białą sukienkę za kolana, a ramiona nakryła cienka bluzka z zielonej koronki. Podczas ich krótkiego spotkania, kiedy pytała co tu robił próbowała patrzeć mu w oczy jako na swojego rozmówce i okazać zainteresowanie tym co mówi. Teraz nie było to jednak łatwe. Tym razem patrzył jej intensywnie w oczy, a w jego spojrzeniu było coś, co kazało jej odwrócić wzrok. Zaraz kiedy jej wyjaśnił, że w opuszczonym domu nikt już nie mieszkał i zapewnił ją, że psy szczękające w oddali są w zamknięciu i należą do sąsiada tak jak i pawie, szybko zawołała dzieci i nie chcąc mu przeszkadzać w pracy, udali się w drogę powrotna. Schodząc w dół dziewczyna zobaczyła jeszcze jedną drogę prowadzącą do lasu. Kiedy powoli schodzili stromym zboczem pokrytym jasnymi kamieniami ich oczom ukazała się najwyższa z granatowych gór. Angelika westchnęła widząc piękno w oddali. Musi to być nad samym jeziorem – pomyślała - musi o to zapytać Antonellę. Już czas, żeby zacząć zwiedzać okolice.

Kiedy dotarli do domu Thomaso opowiedział Antonelli o spotkaniu ze swoim znajomym. Antonella wyjaśniła Angelice, że Raffaello mieszkał pod Mediolanem, ale tutaj miał swoją plantacje, a stary dom należał kiedyś do jego dziadka. Angelika kiedy tylko miała chwile wolnego czasu chętnie spędzała go nad starym mostem. Fascynował ją swoją wielkością i przestrzenią. Było coś interesującego w przemierzaniu dobrze znajomego miejsca zawsze spotykając ludzi, których wcześniej nigdy nie spotkała i miała już nie spotkać. Wkrótce jednak odkryła inne miejsca gdzie mogła pobyć sama. Kiedy już poznała okolice mając kilka godzin wolnych w ciągu dnia postanowiła udać się w kierunku lasu. Idąc dobrze znajomą drogą usłyszała czyjś głos. Nie widząc nikogo nie zatrzymała się od razu, kiedy usłyszała znowu, że ktoś wyraźnie do niej szeptał. Zorientowała się, że to Raffaello ją wołał stojąc nisko, ukryty za drzewami na polu. Poprosił, żeby zeszła i poznała jego towarzysza, która mu tego dnia pomagał. Wtedy zobaczyła pomiędzy gałęziami drzew sylwetkę drugiej osoby. Raffaello wyjaśnił wskazując na pracującego na polu, że był to jego kuzyn Ricardo. Widząc zmieszanie dziewczyny ponowił swoją prośbę, żeby zeszła na dół. Angelika chętnie zawróciła. Szybko obeszła trudny do przemierzenia uskok i ześlizgując się lekko ze zbocza znalazła się na polu. Kiedy mężczyzna przedstawił jej swojego kuzyna, który zaraz kiedy ich zobaczył udał się w ich stronę, łagodnie podała mu rękę i uśmiechnęła się. Nowo poznany chłopak jak się okazało, był w wieku Angeliki. Był wysoki i dość dobrze zbudowany. Jego ciemne włosy kontrastowały z blond czupryną starszego kuzyna. Przypominał jednak Raffaello swoją powagą, która jak się potem miało okazać nie była do końca cechą jego charakteru. Tego dnia Angelika pierwszy raz znalazła szanse na zawarcie bliższych przyjaźni. Kiedy wracała do domu uśmiechała się do siebie z nadzieją, że być może jednak będzie miała tu co robić. Odtąd często udawała się w tamtym kierunku: rano z Robbiem, bo Thomaso częściej uczęszczał do szkoły: popołudniami sama, żeby zamienić kilka słów z nowo poznanymi przyjaciółmi. Czasami byli ukryci pomiędzy drzewami, które sadzili i zajęci praca i dopiero kiedy zagwizdała i wspięła się na wielki kamień mogli ją zobaczyć. Zostawiali wtedy na chwile prace i chętnie z nią rozmawiali. Kiedy długo się nie pojawiała pytali gdzie się podziewała. Czując, że ją lubią odpowiadała na ich zaproszenie kolejnymi wizytami. Kiedy coś ją zatrzymało na dłużej i nie mogła pojawić się w ciągu kolejnych kilku dni, przy następnym spotkaniu wydawali się poruszeni i musiała zadać sobie wiele trudu, żeby znowu zdobyć ich sympatie. Czasem znowu wydawało jej się, że swoją otwartością i bezpośredniością szokowała ich, co potwierdzali gospodarze domu, w którym mieszkała i ich przyjaciele. Często słyszała, że jest inna od włoskich dziewcząt, że jest bardziej wyemancypowana i wzbudza zainteresowanie swoją żywiołowością i inicjatywą. Nieraz śmiała się z tych komentarzy, ale w głębi ducha brała je jako komplement. Wiedziała, że jej przyjaciele mówią prawdę, bo choć nie znała Włoszek, zdołała poznać wiele innych kobiet. Angelika wiedziała, że choć była Polką, była również mieszaniną tego czego nauczyła się od ludzi, pomiędzy którymi mieszkała przez ostatnie lata. Obracając się w towarzystwie wolnych i nie zakompleksionych Angielek, także i ona zaczęła poznawać swoją wartość i ją doceniać.

Do grona przyjaciół Angeliki dołączył też Michele, który pracował dla Raffaella, a wkrótce także i jego siostra Liza. Michele zaczął swoją prace już wczesną wiosną. Był młodym rumuńskim chłopakiem,, ale mówił zadziwiająco dobrze po włosku. Angelika bardzo go polubiła, bo w przeciwieństwie do swoich starszych towarzyszy nie ukrywał przed nią swojego zainteresowania. Lubiła też jego siostrę, która przyjechała na lato, aby razem z nim pracować. Angelika miała dla nich obojga wiele sympatii. Kiedy zobaczyła, że mieszkają w małej letniej budce zbudowanej na polu bez możliwości gotowania, tak ciasnej, że ich łóżka blokowały drzwi, tym bardziej zaoferowała im swoją przyjaźń. Postanowiła, że pokaże im słynny stary zamek i ogrody. Mogli wtedy wzorem innych turystów wsiąść do drewnianego pociągu, z którego można było je podziwiać. Antonella mówiła, że były to jedne z najpiękniejszych ogrodów świata. Zaplanowali, że spotkają się w niedziele. Razem postanowili wejść na sam szczyt zamku skąd mogli zobaczyć calą okolice. Stary zamek z kamienia, którego widać było z mostu i do którego, aby dojść, trzeba było przemierzyć park, a potem maszerować stromą wąską ulicą do góry, przyciągał wzrok swoją wielkością. Nie trzeba było wchodzić na szczyt, żeby można było zobaczyć cały most i szczyty domów w pobliżu rzeki. Widok ze wzgórza zapierał dech. Zwykle turystów było niewielu. Ludzie przechodzili rozmawiając miedzy sobą, nie rozglądając się dookoła. Dawało to wrażenie jakby wcale ich nie było, albo jakby złapanie z nimi kontaktu nie było możliwe – tak jakby byli z innego filmu, albo z innego świata. Zamek można było też podziwiać z leżących u jego podnóża ogrodów. Te ogrody choć piękne i znane ze swojej wielkości i doskonałego położenia z widokiem z góry na calą okolice, także sprawiały wrażenie opuszczonych przez ludzi. Kontrastowało to z ich doskonałością w utrzymaniu. Latem można było podziwiać ciągnące się setkami metrów róże. Na zielonych trawnikach chyliły się przepiękne, wielkie wierzby płaczące. Małe stawy porastały białe i fioletowe lilie wodne, a nawet kwiaty lotosu. W małych zagródkach pasły się małe sarenki, jelenie i krowy z wielkimi dzwonkami. Na wzgórzach dookoła poza ogrodzeniem parku pasły się też zwierzęta sąsiadujących farmerów. Nie kontrastowało to zbytnio z dobrze utrzymanymi trawnikami gdzie pośrodku przed sezonem trenowali najlepsi gracze Wimbledonu. Szare mury wysokiej budowli dawały cień od gorąca letniego dnia. Przez zakratowane okna oślepiały ich promienie słoneczne kiedy pokonywali kolejne stopnie drewnianych schodów. Idąc powoli na górę co jakiś czas mijali innych zwiedzających, w większości turystów niemieckich. Kiedy dotarli na sam szczyt ujrzeli przed sobą widok nie do zapomnienia. Rozciągał się przed nimi stary most, który z góry wydawał się jeszcze większy. Z olbrzymiej wysokości mogli podziwiać całą okolice. U ich stop leżało oddalone miasto. Michele chętnie robił im zdjęcia swoim telefonem. Ponieważ byli blisko ogrodów resztę popołudnia postanowili spędzić na ich zwiedzaniu. Mogli wsiąść na mały pociąg, który obwoził turystów wyznaczonymi szlakami. Tym chętniej potem usiedli w restauracji przy moście zmęczeni, wciąż robiąc sobie zdjęcia. Angelika podziwiała to jak Liza adorowała swojego brata. Dziewczyna sprawiała wrażenie bardzo cichej i zamkniętej w sobie. Ponieważ nie znała nawet słowa po włosku tym trudniej było z nią nawiązać bliższy kontakt. Kiedy Angelika przechodziła z dziećmi obok pola, na którym pracowali, Liza rzadko włączała się w rozmowę. Nigdy też widząc Angelikę nie przerywała pracy, jak to robił Raffaello i Ricardo. Siedziała cicho, z twarzą ukryta pod czapką baseballową. Angelika bardzo lubiła Ricardo i jego poczucie humoru. Bila od niego siła i charyzma. Ponadto był pracowity, a to ceniła w ludziach ponad wszystko. Pamiętała gospodarstwo swoich dziadków i to jak nigdy nie widziała swojego dziadka wokół domu w ciągu dnia. Zawsze bowiem coś naprawiał, kiedy nie pracował w polu i zdawał się nigdy nie odpoczywać. Jedyne chwile, które były dla niego chwilami relaksu, były tymi kiedy szedł na grzyby. Przynosił wtedy cały kosz, bo znal dobrze las i wiedział gdzie będzie ich najwięcej. Czasem przed wieczorną pracą siedzieli z babcią na ławce przed domem. Właśnie ten obraz utkwił w pamięci Angeliki najbardziej. Pamiętała jak wolno płynął wtedy czas i pamiętała dobrze dom, w którym spędzała każde lato swojego dzieciństwa. Kiedy jadła śliwki węgierki z ogrodu dziadek mówił, żeby uważała na kiełbaski, miał na myśli robaki. Kiedy jej siostra pytała czym są wysłodki położone w wielkim dole na stodoła, odpowiadał, że był to makaron.

Pewnego słonecznego popołudnia Angelika chciała jak zwykle udać się nad most, widząc jednak dojrzale brzoskwinie na jednym z tysiąca drzew, które choć nie były przy samym domu, należały do Trebisondy, zmieniła zdanie i zeszła, żeby urwać kilka dla siebie i dla Marco, która lubił jej brzoskwiniowo-miętowe kompoty. Brzoskwinie te były największe i najsłodsze jakie dziewczyna kiedykolwiek jadła. Wielkie i pomarańczowym, mogła je jeść bez umiaru. Urwała kilka i udała się w stronę domu. Zdecydowała, że tego dnia pouczy się trochę hiszpańskiego, a potem poczyta włoskie gazety. Słońce tego dnia mocno świeciło w oczy i była zadowolona, że miała ze sobą słoneczne okulary, które kupiła poprzedniego dnia kiedy była w mieście z Antonellą. Spojrzała na swój strój i krotką spódniczkę, która ledwo zakrywała jej nogi. Uśmiechnęła się kiedy przypomniała sobie jak Antonella skomentowała jej ubiór kiedy wychodziła z domu, że jej strój jest bardziej dyskotekowy niż wycieczkowy. Kiedy uniosła wzrok ujrzała nadjeżdżający z drugiego końca drogi dobrze znajomy samochód. Spodziewała się, że jej znajomy się zatrzyma. Nie była na polu już tydzień po tym co powiedział do niej Raffaello. Zaproponował wtedy, żeby spotkała się z Ricardo, bo jak określił, on już miał narzeczoną. Uraził ją wtedy. Miała wrażenie jakby jej o czymś przypominał. Tak jak przypuszczała zatrzymał samochód. Szybko podniosła okulary zakładając je sobie na głowę. Raffaello zgasił silnik samochodu więc i ona się zatrzymała. Spojrzał na jej opaloną twarz, która zdołała już złapać słońce. Sprawiało to, że nawet kiedy mówiła białe zęby błyszczały już z daleka.

- Znudziło ci się chodzić wciąż tą samą drogą? – spytał nawiązując do jej długiej nieobecności na polu. Wyjaśniła mu, że teraz chciała narwać brzoskwiń, a w tygodniu zajęta była chodząc z dziećmi do szkoły, co było zresztą prawdą. Raffaello do końca nieświadomy dlaczego długo unikała drogi sąsiadującej z jego polem, znowu odezwał się na wpół żartującym tonem; - Ja mam wielu kolegów, z którymi cię chętnie zapoznam. - Ja nie szukam narzeczonego – odpowiedziała, starając się ukryć zmieszanie jakie spowodował tym komentarzem. Kiedy zapytał dlaczego, odpowiedziała, że ma wielu przyjaciół i ceni sobie życie single.

Przypomniała sobie chwile kiedy jej siostra chciała ją zabrać na wyścigi konne i jak bardzo broniła się, żeby w ogóle gdziekolwiek wychodzić. Przekonał ją jedynie argument, że bardzo lubiła konie. Dzień ten okazał szczególny i zapamiętała go na długo potem i często wracała do niego pamięcią. To ówczesny narzeczony jej siostry zorganizował cale spotkanie wraz ze swoim ojcem. Musieli jechać trzema samochodami, tylu ich było razem z rodzeństwem Gawina, ich przyjaciółmi jak i dorosłymi dziećmi partnerki jego ojca. Potem dołączyli koledzy ze szkoły Gawina. Okazali się przystojnymi studentami właśnie zaliczającymi ostatni rok na uniwersytecie. Wszyscy ubrani byli w garnitury, a ich nażelowane włosy połyskiwały w słońcu. Pogoda była przepiękna. Lipcowe słońce grzało mocno i tym samym zwabiło tysiące ludzi. Angelika rozglądając się dookoła podziwiała stroje kobiet. Widziała też przystojnych graczy, którzy w przeciwieństwie do niej nie byli pierwszy raz na wyścigach. Angelika cieszyła się, że miała okazje założyć nową sukienkę. Była długa, biała w czarne groszki, z rozcięciem po boku i wiązana na biodrach pasem z tego samego materiału. Odbicie tego jak wyglądała tego dnia widziała w oczach mijających ją mężczyzn. Jej włosy już wtedy były dość długie i błyszczały w słońcu tak jak i małe diamenty butów na cienkim obcasie. Cale towarzystwo żartowało kiedy zdążyło im się postawić na niewłaściwego konia. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że organizator ich pikniku miał wtedy wygrać pięćset funtów co skłoniło go do pokrycia całej sumy jaką musieliby zapłacić za ich bilety. Był doświadczonym graczem i znal konie, które biegły w wyścigach. Angelika śmiejąc się, że nie lubi ryzyka wolała stawiać pieniądze swoich nowych towarzyszy. Nie odmawiali jej minimalnych sum, jakie można było postawić, a o jakie ich prosiła tym bardziej, że jej wybrany koń miał na imię “Give Me The Night”. Potem był piknik z szampanem i wtedy podszedł do niej jeden ze znajomych gospodarzy. Rozmawiał z nią chwilę patrząc na nią swoimi zielonymi oczami. Pomyślała wtedy, że takie oczy nie mogą być wierne. Choć odmówiła mu kiedy zaproponował jej spotkanie, nigdy nie zapomniała jego i dnia, w którym go poznała. Dzień wyścigów konnych stał się symbolem i wyzwoleniem. Stał się początkiem czegoś nowego w życiu Angeliki. Uświadomiła sobie wtedy ilu interesujących ludzi jest na świecie i jak jedno spotkanie może wzbogacić życie. Rozglądała się z ciekawością dookoła na stroje kobiet i oczy otwierały jej się ze zdziwienia ilu jest pięknych ludzi na świecie. Przystojni gracze zdawali się traktować swoje hobby z wielką powagą. Angelika podchodziła blisko do bieżni kiedy rozpoczynał się kolejny wyścig nie tylko po to, żeby patrzeć na biegnące zwierzęta. Ponad wszystko uwielbiała słuchać dźwięku kopyt na ubitej ziemi. Słońce, nie wiedząc o tym, paliło jej ramiona i brązowiło twarz. Tego dnia często gubiła towarzystwo swojej siostry i sama poruszała się w tłumie ludzi. Lubiła kiedy co jakiś czas ukazał jej się widok mężczyzn w skórzanych kowbojkach. Czasem taki strój wraz z obcisłymi dżinsami nosiły zgrabne kobiety. Będąc adorowana przez niejednego, tego dnia odkryła, że życie w pojedynkę nie musi być smutne, jak dotąd o nim myślała i o swoim wolnym stanie, wspominając dawno już zamężne koleżanki ze szkoły. Tego dnia Angelika pozbyła się wszelkich kompleksów. Pomyślała, że dzieli los Sharon Stone, która nie obawiała się iść sama na przyjęcie i mężczyzna na jej ramieniu nie był jej jedynym atutem. Sharon Stone była ozdobą samą w sobie i Angelika postanowiła, że i ona stanie się niezależna. Ta myśl dała jej wiele pewności siebie. Poczuła się w kontroli swojego życia i tak zaczęli ją postrzegać inni. A cóż może być bardziej atrakcyjnego niż świadoma swojej siły kobieta. Angelika odsunęła od siebie te wspomnienia i usłyszała jak Raffaello włącza silnik. Zrobił to tylko na chwile, żeby go zaraz zgasić po tym, jak zjechał na pobocze, żeby umożliwić przejazd przejeżdżającemu samochodowi. Również i Angelika musiała się przesunąć. Zorientowała się, że musiała wejść pomiędzy porastające pobocze osty. Raffaello zwrócił jej uwagę, żeby uważała, bo się porani, patrząc na jej niczym nie przykryte nogi w krótkiej spódnicy. Chcąc podtrzymać rozmowę kiedy mijający ich samochód przejechał, spytała o jego narzeczoną. Wiedziała, że była na wpół Algierką i chciała wiedzieć czy czyniło to z niej muzułmankę. Angelika wspomniała swojego dawnego przyjaciela muzułmanina i przepaści jaka ją z nim dzieliła,. Przepaści, którą może stworzyć religia i odmienna kultura. Raffaello wyjaśnił, że jego przyjaciółka była bardziej Włoszka, ale skomentował historie ojca dziewczyny, która zamierzał zostawić dotychczasowe życie i dołączyć do swoich ziomków w Algierze. Raffaello dał jej do zrozumienia, że nie rozumie jak można zostawić swoją rodzinę. Angelika wiedziała, że za to właśnie go lubiła. Pomimo sarkazmu z jakim ją czasem traktował wiedziała, że był dobrym człowiekiem. Nałożyła na oczy słoneczne okulary nie chcąc, żeby odkrył to co myśli. Pożegnała się z nim pierwsza, tak jak to czyniła zawsze. On na końcu odpowiedział; - Widzę, że jesteś nadal zakochana w swoim Muzułmaninie. Na co nic mu nie odpowiedziała, tylko zaśmiała się cicho. Raffaello odjeżdżając nie słyszał nuty żalu w jej glosie.

Rozdział II Mieszkańcy Trebisondy

Pokój Angeliki był duży z wielkim łóżkiem po środku, pod którym znajdował się niebieski w beżowe kwadraty dywan. Aby do niego dojść trzeba było pokonać strome drewniane schody. Jedyną jego wadą było to, że nie było w nim dużego okna tylko dwa małe tuż przy podłodze i nie wpuszczały one zbyt wiele światła. Angelika lubiła go jednak takim. Sprawiało to wrażenie jakby za chwile miał padać deszcz. A deszczowe dni, kiedy można było siedzieć w ciepłym pokoju i czytać były dla niej najlepsze. Po obu stronach łóżka miała małe szafki, na których mogła położyć swoje ksiązki i gazety, na które nie miała zbyt wiele czasu. W pokoju stała wielka, drewniana komoda i szafa na ubrania, które odgradzały go od małej łazienki z wanna. Poza tym było w nim dużo przestrzeni. Z obu okien, ponieważ były nisko, mogła widzieć niewiele. W jednym widok zasłaniały pnące się na frontowej ścianie rośliny, a z drugiego mogła widzieć jedynie domki dla gości. Angelika uwielbiała skrzyp drewnianej podłogi, która znajdowała się w całym domu. Sam dom był olbrzymi, z kamienia na zewnątrz i z dekorowanymi na biało ścianami od wewnątrz. Cały utrzymany był w stylu „Country“ z kuchnią gdzie poustawiane były puszki z herbatą dla gości i zioła, a w szklanych słojach, różnego kształtu makaron. Z sufitu zwisały suszone hortensje, które od lat rosły w ogrodzie, a pod nimi wielki drewniany stół przy którym jadali ravioli oboje z Thomaso w dni kiedy jego rodzice wieczorem wychodzili. Mieli wtedy małe party, które zwykle kończyło się oglądaniem Toma i Jerrego, po którym Thomaso zasypiał na sofie nie wcześniej jak o 10.00. Schody ze starego białego marmuru, po ubytkach których widać było ząb czasu, a po których uważnie schodzili co rano z Thomaso, który potrafił być na nich bardzo ostrożny i schodząc krok po kroku trzymał się poręczy, prowadziły do salonu. Angelika zwykle zbiegała szybciej niż chłopiec, żeby nie byli sobie w drodze. Robiła to każdego dnia i każdego dnia wołał do niej „ Aspetta, aspetta!“, żeby zanim zaczekała. W salonie znajdował się kominek, na którym stały pudla z dziecięcymi zabawkami. Na podłodze salonu leżały biało – czarne łaciate skory. Na ścianach wisiały obrazy z namalowanymi końmi. W domu było dużo świec i lamp, które stały na nocnych stolikach i wcześnie rano zapalały się dając wrażenie klimatu i ciepła domowego ogniska. Sala, w której goście z całego świata jadali śniadania była tą samą “salą da pranzo”, gdzie jadali obiady i kolacje także razem z Marco i Antonellą. Znajdował się tam kominek, a na drewnianych komodach udekorowanych białymi, haftowanymi obrusami stały zdjęcia Robbiego i Thomaso. Był to najprostszy pokój w domu, a jednocześnie najładniejszy. Po nim tak jak i po całym domu widać było zmysł dekoratorski jego właścicieli, którzy sami takim go urządzili przed laty. Angelika lubiła czytać księgę gości, do której wpisywali się czasem ‘ospiti’. Znalazł się tam także wpis zadedykowany jej, kiedy opiekowała się John’em i Larą. Ich rodzice zostawili jej potem swój email. Po wielu miesiącach próbowała się z nimi skontaktować. Bardzo chciała jeszcze raz ich zobaczyć. Każdy dzień pracy Angeliki wyglądał tak samo. Wstawała o 7.00, żeby zacząć swoją prace o 8.00. Starała się wstać dość wcześnie, aby się trochę pouczyć. Schodziła na dół do chłopców i równie szybko pojawiała się Carmen, która mieszkała w pobliskim miasteczku, a która pomagała w utrzymaniu domków dla gości i przy codziennym śniadaniu. Kiedy Thomaso obudził się wcześniej wołał często stojąc u stop schodów prowadzących do pokoju Angeliki, nie mogąc się jej doczekać. Angelika dbała o to, aby zawsze ładnie wyglądać. Ponieważ było lato często zakładała sukienki i rozpuszczała włosy, które po ścięciu u jej ulubionego fryzjera jeszcze w Anglii były jej prawdziwą ozdobą. Często też zagadywała do gości, którzy co rano jadali śniadanie tuż przy wielkiej kuchni gdzie nie było drzwi, a gdzie zaczynała swój dzień od śniadania z Thomaso, rozmawiając i żartując z Carmen. Starała się nauczyć Thomaso nie krzyczeć przy stole tak jak to zwykle robił zaraz po jej przyjeździe. Razem z Carmen w chwilach kiedy ospiti jeszcze się nie pojawili rozmawiały o tym co wydarzyło się dnia poprzedniego. Z powodu pracowitego okresu jakim dla ‚Trebisondy’ było lato nie miały zbyt wiele czasu, ale wystarczająco, aby zaangażować Thomaso, żeby zjadł swój jogurt. Swoje rozmowy zwykle kończyły popołudniami, kiedy Angelika odwiedzała Carmen i jej męża w ich domu. Carmen pochodziła z Rumunii i Angelika zaprzyjaźniła się z nią od razu. Jan, bo tak się nazywał jej mąż i Carmen mieli bardzo ładną piętnastoletnia córkę. Wszyscy mówili bardzo dobrze po włosku. Będąc szczupłą Carmen wyglądała bardzo młodo. Gdyby nie zęby, na których widać było zamiłowanie do słodyczy, mogłaby uchodzić za bardzo ładną kobietę. Carmen szybko zaprosiła Angelikę do swojego domu, jak i pokazała jej targ, na którym znalazły ładne i niedrogie ubrania. Angelika często odwiedzała Carmen przywożąc ze sobą piwo. Pewnego dnia kiedy pomagała jej w sprzątaniu jednego z domków, znalazły butelkę wina, którą zostawili po sobie goście. Śmiały się wtedy i kosztowały tak, żeby nikt ich nie widział. Carmen znała się na żartach i była bardzo otwarta. Angelika wiedziała, że może jej zaufać. I tak o każdej randce ‚nagranej’ przez Marco i Antonellę wiedziała także Carmen, która też znała większość przyjaciół swoich pracodawców. Dziewczyna lubiła to jak mocno Carmen potrafiła stać na ziemi nie gubiąc tym samym poczucia humoru. Prostota i łatwy sposób bycia czyniło z niej nie tylko pracownice Antonelli, ale i jej powierniczkę. Także i ona opowiadała Carmen o swoich problemach, a ta zawsze znajdowała dla nich rozwiązanie. Angelika uważała, że Carmen, choćby się nigdy do tego nie przyznała była dobrą osobą, dzięki trudnemu dzieciństwu jakie przeżyła z jedyną siostrą jaką miała i matką, która umarła przed dwoma laty. Ojciec Carmen zostawił je obie kiedy były małe i matka wychowywała je sama. Wspominała często Angelice, że było im bardzo ciężko. Angelika to rozumiała i współczuła. Potem razem z Marco chcieli zrobić Carmen niespodziankę i znaleźć jej tani lot do Rumunii, aby mogła odwiedzić siostrę, która wkrótce miała brać ślub. Nie mogła udać się w daleka podroż samochodem, bo mąż jej miał wypadek na budowie, na której pracował i skończyło się to z naga w gipsie. Ku ich zmartwieniu nic wtedy nie znaleźli, ale to siostra sprawiła Carmen niespodziankę i przyjechała, aby ją odwiedzić. To właśnie długo planowane wesele było powodem dla którego Marco i Antonella potrzebowali Angelikę w ‘Trebisondzie’. Podczas nieobecności Carmen obawiali się, że zostaną bez jakiejkolwiek pomocy z gośćmi i potrzebowali także kogoś kto mógłby się zająć dziećmi. Pewnego razu Carmen i jej mąż zabrali Angelikę do Kościoła znajdującego się w okolicach gór, które Angelika widziała ze swojego domu. Było to malowniczo położone miejsce, do którego aby się dostać trzeba było piąć się pod górę, by na końcu ujrzeć piękne wierze kościoła ukrytego jakby we wnętrzu góry, który wyglądał jak zawieszony w powietrzu. Dzień był bardzo gorący i dlatego postanowili zakończyć swoją wędrówkę kąpielą w jeziorze. Jezioro Garda jest jednym z największych i najpiękniejszych we Włoszech – to Angelika wielokrotnie słyszała. Nie spodziewała się jednak, że woda w nim ma kolor niebiesko-zielony i ten kolor i góry z drugiej strony stanowią widok z bliska nie do uwierzenia. Jezioro przy brzegach nie jest głębokie i można po nim spacerować nawet kilometr w głąb. Turystów nie brakowało, a pogoda dawała uczucie, że się jest w tropikach. Carmen częstowała Angelikę jedzeniem, które przygotowała, a dziewczyna z wdzięczności za to, że ją wzięli, dala jej ręcznik kąpielowy, który kupiła, bo zapomniała wziąć z domu i wiedziała, że nie ma miejsca, żeby go ze sobą zabrać. Miała za duży bagaż do wożenia po Europie. Angelika często odwiedzała Carmen i sprawiało jej przyjemność siedzenie w jej domu, który dawał przyjemny chłód podczas upałów w ciągu dnia kiedy miała przerwę. Jednym z tych, kto często odwiedzał Trebisondę był Leonardo – żyjący z zona w separacji stary przyjaciel Marca i Antonelli. Bywał u nich czasami na kolacji i ponieważ był myśliwym opowiadał historie jakie przeżył na polowaniach. Leonardo mieszkał tuż nad rzeka w pięknej okolicy, w samotnie postawionym, otoczonym drzewami i wodą domu. Miał dwa wielkie myśliwskie psy, ale nie były one jedynymi zwierzętami w jego otoczeniu. Często wspominał bowiem, że w jego sąsiedztwie mieszka właścicielka pobliskiej restauracji, która miała lwa, a którego, kiedy miało się szczęście i echo roznosiło z łatwością odgłosy wieczoru, słychać było wieczorami. Angelika miała okazje zobaczyć dom Leonarda, gdy w geście odpowiedzi na zaproszenia od Trebisondy zaprosił ją na kolacje. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w malowniczo położonej nad jeziorem Garda restauracji. Wypiła wtedy nieco za dużo wymyślnych drinków jakie chciał, żeby spróbowała, a jakie poznał na wędrówkach polując w rożnych krajach. Lubiła słuchać jego opowiadań szczególnie o Maroku. Jemu zaś odpowiadało zainteresowanie jakie okazywała jego historiom, biorąc je mylnie za zainteresowanie nim samym. Leonarda historia z Marokiem zaczęła się od poszukiwań małego ptaka, który w marcu przylatuje składać jaja, aż z południa Afryki. Jego podroż miała swój początek w Marrakeszu gdzie nowe miesza się ze starym, cywilizacja z prostotą, samochody, autobusy, pałace i sklepy z tłumami ludzi… Bazary w starym mieście są niesamowite z dwukołowymi pojazdami ciągniętymi przez ludzi, albo przez chude konie. Różnorodność tego co można kupić zostawiają człowieka odurzonym widząc handlujących Europejczyków i Arabów biżuterią, dywanami, porcelaną pomalowaną w najróżniejsze żywe kolory… Owoce i warzywa najróżniejszego rodzaju, leki naturalne przeciwko chorobom, wyglądające jak mieszanki suchej trawy z kawałkami skóry węża, skóry leoparda albo kości dzikich zwierząt, żywe zwierzęta na sprzedaż, albo te dopiero co zabite, jak jaszczurki pustynne, kameleony, młode i dorosłe hieny, żółwie. Na placu, na którym znajduje się targ, późnym popołudniem stoją otwarte małe restauracje, które oferują dziesiątki marokańskich potraw z mięsa, warzyw i najróżniejszych rodzajów ryb. Zupy i warzywa najlepszego smaku sprzedawane na duże ilości w wielkich miskach. Można też zamówić głowę owcy, która jest czyszczona i przyrządzana na oczach gościa… Potem podroż Leonarda zaczęła się wypożyczonym samochodem i po mniej niż godzinie poza miastem wjeżdżają na teren gór Atlasu, które trzeba im przejść, żeby dostać się na pustynie. Jazda jest długa i dojeżdżają do wysokości 2.200 metrów gdzie szczyty są jeszcze pokryte śniegiem. Podczas ciężkiej do przebycia trasy podziwiają widoki na kaniony i dopiero pod wieczór temperatura robi się do zniesienia. Dojeżdżają do małego miasta u podnóża gór gdzie ze względu na piękne krajobrazy nakręcono wiele słynnych filmów takich jak “Lawrence z Arabii”. Potem robią przerwę w małej restauracji, żeby zjeść typową regionalną potrawę, która wygląda jak kebab z baraniny. Ruszając dalej mijają małe strumienie, i wysokie skały, które…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych