Wróć do katalogu

Triumf mądrych ludzi

Był otoczony przez mężczyzn w czarnych kombinezonach. Ich maski z wielkimi lustrzanymi goglami nadawały im wyglądu olbrzymich owadów. W dłoniach trzymali długie karabiny. Celowali w Marcina.

Obłuda.T, opublikowano , 53 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pociąg magnetyczny zatrzymał się bezszelestnie na Dworcu Centralnym w Warszawie. Drzwi wagonów rozsunęły się, a z wnętrza pojazdu zaczęli wysypywać się ludzie. Jaskrawe ubrania lśniły w światłach peronu, tłum z oddali przypominał kolorową wiosenną łąkę. Z jednego z wejść jako pierwszy wyskoczył Marcin. Zawsze go przepuszczano. W końcu był inteligentny. Nie dało się ukryć jego ogromnego współczynnika IQ – sto dziewięćdziesiąt pięć punktów robiło wrażenie. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę i nie zamierzał rezygnować z przywilejów. Rozejrzał się po peronie, na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech. Czytniki nie wskazywały, aby ktokolwiek w okolicy był mądrzejszy. Nie zdziwił się zbytnio, był przecież geniuszem, nie wielu mogło się z nim równać. Dwie, niezbyt ładne blondynki obdarzyły go uśmiechem. Spojrzał na nie niechętnie. Sto dziesięć i sto dwanaście punktów – jeśli nie było konieczności, nie rozmawiał z takimi ludźmi. Wsiadł do automatycznej taksówki i kazał zawieźć się na Uniwersytet. Maszyna pomknęła cicho w stronę uczelni. Mijając szklane wieżowce i centra handlowe, na których migały holograficzne reklamy, rozmyślał nad swoim szczęściem. Należał do dwudziestu tysięcy młodych Polaków, którzy studiowali na „żywej uczelni”. Cała reszta musiała zadowolić się nauką w sieci, lub korzystała z nowego wynalazku, jakim były holograficzne uniwersytety. Zajęcia były tam prowadzone przez boty imitujące żywych profesorów. Tylko ludzie z wysokim IQ mieli prawo studiować w Warszawie, na ostatnim Uniwersytecie w Polsce, gdzie zajęcia prowadzili żywi ludzie. „Najlepsi z najlepszych; dla wybitnie uzdolnionych, by tworzyć nowe elity.” – takie było główne założenie sytemu szkolnictwa wyższego. Wszedł do budynku i od razu stwierdził, że coś jest nie tak. Marcin należał raczej do introwertyków, lecz w powietrzu unosiło się takie napięcie, że bez wysiłku dało się wyczuć negatywne emocje. Przemierzając szeroki korytarz, rozglądał się uważnie. Wykładowcy i studenci stali w małych grupkach i dyskutowali zawzięcie. W czasie zajęć innym ludziom nie wolno było przebywać w gmachu. Sprzątaniem i konserwacją zajmowały się maszyny, a jeśli była niezbędna ingerencja człowieka, obsługa zjawiała się po dwudziestej. Rektor nie chciał aby mało inteligentne jednostki psuły estetykę budynku. Marcin zatrzymał się, gdyż na końcu korytarza dostrzegł znajomą sylwetkę. Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna kroczył wolno i majestatycznie. Kiedy zbliżył się na wyciągnięcie ręki, przeczesał dłonią pukiel włosów opadających na czoło i uśmiechnął się nieznacznie. - Cześć, Piotr – przywitał się Marcin. - Witaj przyjacielu – odparł atleta i wyciągnął w stronę kolegi zaciśniętą pięść. Marcin odpowiedział tym samym gestem. - Powiedz Piotrze, czy stało się coś niedobrego? Zauważyłem podenerwowanie wśród ludzi. Ktoś umarł? – Przyglądał się uważnie twarzy blondyna. Piotr zmarszczył czoło, a na jego twarzy pojawił się grymas zmartwienia. - To jeszcze nic nie wiesz? Sytuacja jest kryzysowa. - Mów jaśniej – Marcin otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Piotr należał do pogodnych studentów. Chyba nigdy nic tak bardzo go nie zmartwiło, a przynajmniej przygnębienie nie było tak dostrzegalne, jak w tej chwili. - Doszło do zdrady. Rząd okłamał wyborców. Oszukali społeczeństwo. Z gardła Marcina wydobył się głośny chichot pełen zdenerwowania i niedowierzania. - Nadal nie rozumiem. To aż tak poważna sprawa? Chodzi o uczelnię? – zafrasował się wyraźnie. - Poniekąd. Premier chcę zmienić ustawę o czytnikach IQ – przerwał zerkając na kolegę. Marcin jednak milczał, czekał na dalsze informacje. – To nie będą kosmetyczne zmiany, szykuje się rewolucja. - Chcą zabrać dotacje na sprzedaż soczewek? - Nie. Chcą ich zakazać. Marcin zbladł, a oczy Piotra stały się wilgotne. Świat stanął nad przepaścią. Ich świat. Nim w 2031 roku urodził się Marcin, kult piękna i młodości osiągnął apogeum. Jak uczono w szkołach, pierwsze symptomy były dostrzegalne już w dwudziestym wieku, ale to co działo się po przekroczeniu drugiego tysiąclecia, przechodziło najśmielsze wyobrażenia dawnych pokoleń. Wygląd zewnętrzny stał się głównym kryterium oceny drugiego człowieka. Najpierw standardy Hollywood wkroczyły na salony polityki. Z czasem wyborcy podczas głosowania zaczęli zwracać uwagę wyłącznie na wygląd, a liderami partii stawali się aktorzy i modele, władzę przejęło wiele pięknych kobiet. Ze sfer rządowych zasady te przedostały się do biznesu. Dotychczas piękno było istotne wśród pracowników obsługujących klientów, lecz po pewnym czasie nawet w zarządach firm zaczęli zasiadać najprzystojniejsi przedstawiciele korporacji. To było istne szaleństwo. Kulminacja adoracji urody nastąpiła w 2019, kiedy zmarł papież, a na konklawe, już po drugim głosowaniu, wygrał Antonio Saguri. Był to trzydziestotrzyletni argentyński kardynał, który swoją pozycję w kraju uzyskał dzięki popularności zdobytej jako gwiazda telenowel. Watykan nie chciał zrezygnować z możliwości, jakie dawało osadzenie na tronie Piotrowym tak popularnego mężczyzny. Od tej pory już nikt nie udawał – kto był brzydki, był gorszy. Chirurdzy plastyczni zbijali fortuny, firmy kosmetyczne i farmaceutyczne stawały się powoli potęgami finansowymi. Zakony chrześcijańskie chylące się od lat ku upadkowi, przeżywały oblężenie młodych ludzi pragnących uciec od przytłaczającego ze wszystkich stron nacisku na piękno. Nastolatek, który nie grzeszył urodą, a jego rodziców nie było stać na kosztowne operacje i wizyty w salonach piękności, czuł się jak zamknięty w szklanym słoiku, który z każdym dniem zmniejsza swoją objętość. Kiedy świat oszalał na dobre, całkiem przystojny, jeszcze bardziej kreatywny doktor uniwersytetu w Yale, stworzył wynalazek, którego przeznaczeniem, jak później się okazało, była zmiana losów ludzkości. Zlatan Jaskovic opracował narzędzie mające zrewolucjonizować system szkolnictwa. Urządzenie skanowało umysł badanego, odczytując współczynnik inteligencji, według Wechslerowskiej skali IQ. Dzięki takiej wiedzy pedagodzy i rodzice odpowiednio wcześnie mieli przygotować najkorzystniejszy program wychowania i kształcenia dla dziecka. Jednak trzy lata po opatentowaniu aparatu stał się on zabawką oraz hitem handlowym, zaś Zlatan Jaskovic milionerem. Każdy bogaty przedstawiciel zachodniej cywilizacji chciał, aby jego dziecko zostało przebadane przez skaner Jaskovica. Urządzenie z czasem stawało się coraz mniejsze, a tym samym poręczniejsze i tańsze. Kiedy skaner zmieścił się w kieszeni, a skanowanie trwało kilka sekund, stało się nieodłącznym gadżetem dla nauczycieli, szefów firm oraz młodzieży. Wreszcie doszło do konfrontacji elektronicznego giganta z koalicją firm medycznych. Ludzie od poprawiania wyglądu stwierdzili, że skaner zmniejsza ciśnienie społeczne na kult piękna, a tym samym odbiera im dochody. Elektroniczna korporacja DSC miała jednak jeden atut, który skutecznie pomógł im zwyciężyć. W ich rękach znajdowały się wszystkie duże wytwórnie fonograficzne, filmowe oraz największe wydawnictwa. Ludzie mediów i kultury odpowiadający za kształtowanie opinii publicznej, chcąc nie chcąc, stanęli murem za swoim pracodawcą. W 2027 roku w Bułgarii rząd wprowadził nakaz stosowania skanerów Jaskovica przy rekrutacji urzędników państwowych. Od tamtej pory nie wygląd miał stanowić o karierze, lecz inteligencja, a dokładniej współczynnik IQ mierzony aparatem, którego całkowitą produkcję przejęło DSC. W krótkim czasie gospodarka Bułgarii ruszyła do przodu, pojawiły się nowe inwestycje, zwłaszcza w nowoczesną technologię. Inne państwa szybko podchwyciły ten pomysł i także zaczęły wykorzystywać skanery przy obsadzaniu stanowisk. Kult piękna powoli przeradzał się w kult współczynnika IQ. Dwa lata po narodzinach Marcina cybernetycy DSC stworzyli skanujące szkła kontaktowe. Odczytywały one iloraz inteligencji każdej osoby, jaką widział ich posiadacz, ale także odpowiednio przetwarzały obraz, ukazując osobę piękniejszą niż w rzeczywistości, zależnie od ilości punktów. Czym osoba była mądrzejsza, tym piękniejsza się wydawała. Z czasem większość ludzkości korzystała z tego wynalazku. W Europie, Azji, Australii, USA i Kanadzie soczewki były refundowane i pracownicy na wielu stanowiskach mieli wręcz nakaz ich noszenia. W rzeczywistości jednak w krajach rozwiniętych soczewki nosiło ponad 90% społeczeństwa. W takim świecie dorastał Marcin i ten świat miał się zmienić. - Słuchaj – Marcin zaczął po chwili milczenia. – Jak sobie wyobrażasz zakaz używania skanerów? UE i USA nie będą patrzeć na to przychylnie. Polska nie jest samotną wyspą. - Co robiłeś od rana? Odciąłeś się od sieci? Nie przeglądasz informacji? – zdziwił się Piotr. - Poprawiałem projekt na środę. Wiesz, że tego typu wiadomości mnie rozpraszają ... - No to wiedz, że dziś rano Australia wprowadziła taki zakaz i to samo jest planowane na Litwie. W Sydney motłoch tańczy na ulicach, wszyscy ci pseudoobrońcy praw człowieka. Podobno są ataki na wielu intelektualistów. Marcin stał w milczeniu. - To się nie może tak skończyć – odparł po chwili. – To jest nierealne, zbyt dużo dobrego dały skanery – uspokajał Piotra. - Mam nadzieję, że DSC użyje swoich wpływów i wszystko da się odwrócić – dotknęli się pięściami i Piotr odszedł bez słowa. Nie chcieli już dziś rozmawiać, obaj mieli wiele do przemyślenia. Perspektywa zmian była zbyt przerażająca. Odbył się tylko jeden wykład z mechaniki precyzyjnej i wszyscy studenci fizyki zostali zwolnieni do domów. Nikt z kadry Uniwersytetu nie miał głowy to tak błahych spraw jak zajęcia. Ważyły się losy kraju, a przynajmniej obecnego status quo. Marcin przez cały ten czas próbował połączyć się z Izabelą, ale jego partnerka nie włączyła komunikatora. Nie dziwiło go to specjalnie, pracowała w berlińskim oddziale DSC – w laboratorium mieli zakaz rozmów telefonicznych. Przez całą godzinną podróż do Szczecina rozmyślał o tym co się zmieni, jeśli ta okropna ustawa wejdzie w życie. Nie mogło być aż tak źle, przecież nadal będzie studentem, jego IQ się przez to nie zmniejszy. Gorzej sprawa wyglądała, jeśli chodzi o życie poza uczelnią. Od piętnastu lat oglądał ludzi wyłącznie za pomocą soczewek zresztą wszystkie osoby, z którymi miał kontakt także na stałe nosiły skanery. Nagle wygląd znajomych mógł ulec przemianie. Jak sobie z tym poradzi? A jego związek z Izabelą? Byli idealną parą. Piękna drobna blondynka i przystojny brunet, oboje bardzo inteligentni. Tylko czy nagle nie okaże się, że nie są aż tak piękni? Może on przestanie się jej podobać, albo ona jemu? Nie, to było niemożliwe. Miał tylko ją, nikogo innego. Poza tym, to co ich łączyło, było czymś więcej niż tylko pociągiem fizycznym, to była silna więź intelektualna i duchowa, coś czego tak łatwo nie da się zerwać. Z dworca w Szczecinie nie jechał taksówką, mieszkał niedaleko. Popołudniu o tej porze roku miasto było przepiękne. Ulice lśniły odbiciami promieni w setkach tysięcy szyb i baterii słonecznych pokrywających budynki. Kochał tę porę dnia. Cichy szum wiatru i mknących pojazdów uspokajał go, zapominał o wszystkim – krótka chwila relaksu, od nauki, którą żył. Wjechał windą na dziewiąte piętro wieżowca i wszedł do swojego apartamentu. Było go stać na takie mieszkanie, otrzymywał bardzo wysokie stypendium naukowe oraz jako sierota dodatek socjalny, poza tym Izabela zarabiała niemało. Pracownicy DSC nie mieli problemów finansowych, zwłaszcza działy naukowe. Zdawał sobie sprawę, że nim zakończy studia będzie zmuszony podjąć ważną decyzję. Stypendium się skończy, a on będzie musiał zacząć zarabiać. Wybór był nieskomplikowany, prestiżowa kariera naukowa, na którejś z uczelni lub praca w DSC, dużo lepiej opłacana, ale anonimowa i nudna, jak mu się zdawało. Bał się, że zaprzęgną go do wielkiej maszynerii przemysłowego giganta, gdzie będzie tylko trybikiem. Kiedy wszedł do mieszkania, światło zabłysło z czterdziestoprocentowym natężeniem, a klimatyzacja zaczęła wpuszczać do wnętrza chłodny strumień przefiltrowanego powietrza. Ekrany pokrywające ściany pomieszczenia wyświetlały kojący widok dwudziestowiecznej polskiej puszczy. Nigdy nie był w tak dzikim lesie, pozbawionym ścieżek, ogrodzeń i ławek. Usiadł wygodnie w głębokim zielonym fotelu i zmrużył oczy, wsłuchując się w emitowane głosy natury. W całym apartamencie były meble, które wyświetlały różne odcienie zieleni, zmieniając się zależnie od nastroju mieszkańców i innych skomplikowanych zmiennych. To był pomysł Izabeli, która twierdziła, że kolor ten jest najlepszy do pracy naukowej. Oczywiście była to moda żywcem przeniesiona z budynków DSC, ich gmachy tonęły w zieleni, wypełnione najprzeróżniejszą florą.

- Wiadomości telewizyjne, na żywo – wydał polecenie. Na ścianie wyświetlił się obraz. -… to co się teraz dzieje na Litwie, źle wróży naszemu państwu – mówił znany dziennikarz. Marcin patrzył jak demonstranci rozbijają witryny sklepowe, przewracają śmietniki, a przede wszystkim palą książki, setki książek. Ludzie pragnęli pokazać, że mają już dość dyktatury wiedzy, która ich tłumi, więzi, spycha na margines. - W sejmie Litewskim od dwunastu godzina trwa debata nad ustawą o całkowitym zakazie korzystania ze skanerów. Wynik głosowania wydaje się jednak przesądzony. Ulica żąda zmian – zakończył. - Proszę powiedzieć, czy u nas sytuacja będzie wyglądała podobnie. – Na ekranie pojawiło się studio, w którym piękny dziennikarz zadawał pytanie niezwykle przystojnemu ekspertowi. Profesor milczał przez chwilę, jak gdyby nie zauważał swojego współrozmówcy, po czym powoli zaczął monolog. - Szanowny panie redaktorze – sączył każde słowo, jakby się zastanawiał nad tym, co powiedzieć za chwilę, a jednocześnie czuło się, że naukowiec ma już gotową pełną wypowiedź. – Otrzymałem tytuł profesora, nim skanery były w powszechnym użyciu, nim stały się obowiązkowe. Oczywiście cieszy mnie obecna sytuacja i choć uważam, że służy naszemu społeczeństwu, to jednak muszę przyznać, że przed ich wprowadzeniem dawaliśmy sobie doskonale radę. Wszyscy znamy historię początków naszego stulecia, sytuacja była delikatnie mówiąc patologiczna, ale świat funkcjonował bez większych problemów. Przecież profesor Jaskovic w tym szalonym okresie zbudował tak wspaniałe i dobre urządzenie. Poza tym, należy zauważyć, że jesteśmy bogatsi o tamte doświadczenia, elity są zbudowane z ludzi inteligentnych i kompetentnych, nie grozi nam powrót to kultu piękna. Dziennikarz, który uważnie słuchał, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie, odczekał kilka sekund, aby się upewnić, że profesor skończył swoją wypowiedź i zapytał: - Oczywiście panie profesorze, nie sposób się z panem nie zgodzić, ale czy powtórzymy model litewski i australijski? - Niewykluczone, chociaż niekoniecznie. Jesteśmy innym narodem, innym społeczeństwem, trudno przewidzieć w stu procentach przyszłe wydarzenia w naszym kraju. Chciałbym natomiast zauważyć ... - Stop. Muzyka. Bach – Marcin wydał polecenia przerywając profesorowi na ekranie. Obraz teraz ukazywał zachód słońca na pustej plaży i spokojnie falujące morze. Z głośników popłynęły dźwięki Pasji wg św. Mateusza. Usłyszał niepokojące wieści, ale nie tak straszne, jak przypuszczał. Istniała szansa, że polskie władze opanują się i nie zmienią obecnego stanu prawnego, a jeśli nawet, to przecież nie będzie tak źle, jak się w pierwszej chwili wydawało. Mijający dzień odcisnął na nim piętno zmęczenia. Nim utwór dobiegł końca, bezwiednie ułożył się na kanapie i zasnął. W tym samym momencie komputer, mierząc jego tętno powoli ściszył muzykę, aż do całkowitego bezgłosu.

Otworzył leniwie oczy i ujrzał stojącą nad sobą drobną blondynkę o intensywnie zielonych oczach. - Kochanie długo tu jesteś? – zapytał. - Dosłownie chwilkę – odparła Izabela. Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. Przez moment siedzieli w milczeniu, gładząc swoje dłonie i twarze. - To co się teraz dzieje, jest niesamowite – podjął. – Wydarzenia w Australii, to co ma miejsce na Litwie; to, co grozi naszemu państwu. Nie odpowiedziała. Uśmiechała się ciepło, jej oczy wyrażały pełny spokój. - Nie jesteś bardzo zdziwiona. Czyżbyś podejrzewała, że coś takiego się zdarzy? - Kochanie, pracuję w głównym, europejskim, naukowym oddziale DSC, musimy być na bieżąco informowani o wszystkich ważnych zmianach. Nie możemy sobie pozwolić na spóźnienie z nowym patentem, ani tracić czasu na pracę nad urządzeniem, które się nie sprzeda. Liczy się tylko zadowolenie naszych klientów. I nauka oczywiście – zaśmiała się radośnie. - Wiedziałaś co się stanie? Wiedziałaś, że będą prace nad tą ustawą? Wiesz jak to wszystko się zakończy? Pocałowała go w policzek. - Najmilszy, nie przeceniaj mnie, ani firmy. Nie wiemy wszystkiego, a poza tym kierownictwo naukowcom mówi tylko to, co konieczne. Od kilku tygodni nie pracujemy nad udoskonalaniem skanerów. - Co?! I nic mi nie mówiłaś? Wiesz o tym od kilku tygodni? – Zirytował się. - Proszę nie złość się. – Objęła go mocno. – Nie wiedziałam co się stanie, zmienili nam dyrektywy, więc spodziewałam się jakichś zmian, poważnych zmian, ale to za mało aby dojść do wniosku, że ktoś wprowadzi zakaz stosowania skanerów. Nie jestem politologiem, ani socjologiem. Jestem genetykiem, nie zajmują mnie takie rzeczy, ale gdy usłyszałam o wydarzeniach w Australii, nie zdziwiłam się bardzo. Byłam gotowa na coś takiego. Rozumiesz mnie teraz? - Tak kochanie. Przepraszam, że się uniosłem. Miałem trudny dzień. – Przyciągnął ją mocno do siebie, ich usta zetknęły się, a po chwili utonęli w namiętnym pocałunku.

- Wiesz, Iza, martwię się – zaczął, kiedy wróciła spod prysznica. – Boję się zmian w naszym życiu. - Przestań głuptasie – uciszyła go, kładąc palec na jego ustach. Odwrócił głowę i usiadł sztywno prostując plecy. - Chodzi mi o to, że zobaczymy jak wyglądamy w rzeczywistości, wszyscy ludzie zmienią swój wygląd. A jeśli nie będę już dla ciebie atrakcyjny? – kontynuował. Na jej twarzy zagościł uśmiech. - Wierz mi, kotku, że twój wygląd nie jest dla mnie najważniejszy. Twoja wartość to coś więcej; wiedz, że jesteś dla mnie niezwykle wartościowy. – Położyła akcent na ostanie słowo. - Tym, że ja przestanę podobać się tobie, nie martwię się wcale. Zmierzył ją spojrzeniem pełnym zdziwienia. - Tak kochanie, widziałam swoje odbicie bez skanera. Wyglądam tak, jak mnie widzisz w tym momencie. Zakręciło mu się w głowie, ale mimo to zerwał się z łóżka. Chwiejąc się na nogach miękkich jak z waty, cofał się, wybałuszając oczy. - Jak to? Przecież to niemożliwe? - Mylisz się. Program modyfikujący działa według pewnego stałego algorytmu, identycznego dla wszystkich skanerów, dzięki temu każdy czytnik na ziemi wyświetla dla wszystkich ten sam obraz danej osoby. - Wiem o tym, nie musisz mnie uczyć tak prostych rzeczy. - To zdajesz sobie także sprawę, że zmienne na podstawie których jest tworzony wizerunek, danej osoby, to nie tylko współczynnik IQ, jest ich wiele i są bardziej skomplikowane. Kiwnął głową. - Dlatego też zdarzają się przypadki, dość rzadkie, jak mi się zdaję, w których wizerunek jest tożsamy z rzeczywistym wyglądem obiektu. - I w twoim przypadku tak jest? Uśmiechnęła się. Wyszedł do kuchni i po chwili wrócił z dwoma kubkami wypełnionymi mlecznokawowym napojem. W pokoju rozniósł się przyjemny zapach spotęgowany przez wentylatory, wpuszczające do mieszkania zaprogramowane aromaty. - Właściwe to masz rację, wygląd nie jest tak istotny, jak zdaje się na pierwszy rzut oka. Jednak to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane. - Kochanie, wytłumacz mi – poprosiła. - Właściwie chodzi mi o moją przyszłość, karierę. Zmierzyła go zdziwionym spojrzeniem, rzadko miał możliwość dostrzec tę minę. Izabela prawie zawsze wiedziała co myśleć, miała gotową odpowiedź na wszelkie pytania. - O karierę? Żartujesz? Ty? - Szykują się duże zmiany, mogą zajść także w szkolnictwie wyższym. Teraz nic nie wiadomo. Gotowi tworzyć parytety, dla ludzi bez wysokiego IQ, przeciwnicy skanerów muszą być szaleni, nic mnie nie zdziwi. Uśmiechnęła się nieznacznie. Z twarzy zniknęły wątpliwości, zastąpione absolutną pewnością i wiarą w siebie. - Przecież nie musisz pracować na uczelni – zauważyła. - Proponujesz mi pracę w DSC, bo gdzie indziej może pracować fizyk? – odparł ni to z ironią, ni z pogardą. Zmarszczyła czoło. - Sugerujesz, że praca w DSC to ujma, jesteś na to zbyt dobry? W takim razie, niby kim ja jestem pracując tam? – zapytała z rosnącym gniewem. W oczach miała ogniki, nie wiele brakowało do wybuchu i poważnej kłótni. Marcinowi przeszły ciarki po plecach. Nie kłócili się do tej pory, nie na poważnie. Była starsza, bardziej doświadczona, znała swoją wartość, bał się konfrontacji. Na każdym polu była silniejsza od niego, a raczej nie rozmawialiby o teoriach fizycznych. - Wybacz, to przez te wydarzenia, mam zbyt wiele na głowie. Oczywiście, patrząc zupełnie realnie, nie wykluczam pracy w DSC – ustąpił. - To świetnie. Jestem bardzo zadowolona – zakończyła dziwnym tonem. Takiej Izabeli jeszcze nie słyszał, była jakaś sztuczna, mechaniczna, jak robot.

Zgodnie z przewidywaniami Izabeli, ustawa weszła w życie. Nie było kompromisów, system oparty na skanerach IQ został rozmontowany. W pierwszej kolejności zrezygnowano z refundacji czytników, by z czasem wprowadzić całkowity zakaz stosowania ich w miejscach publicznych. Marcin zakończył kolejny rok studiów, a po wprowadzeniu zakazu, zamknął się całkowicie w swoim apartamencie. Całymi dniami siedział przed monitorem, słuchał muzyki lub oglądał stare filmy. Szkieł jeszcze nie zdjął, nie chciał wiedzieć jak wygląda, ani by ktokolwiek zobaczył jego prawdziwe oblicze, toteż umówili się z Izabelą, że w domu będzie nadal nosiła skanery. W telewizji widział prezenterów oraz polityków w nowych odsłonach. Takich, jakimi byli w rzeczywistości. Wiele osób różniło się nieznacznie od swoich wykreowanych wizerunków, zapewne miały na to wpływ zabiegi upiększające, którym zostali poddani. Lecz część osób zmieniła się diametralnie. Jeden z popularniejszych komentatorów politycznych Andreas Noskowski, uważany za najprzystojniejszą postać telewizji państwowej okazał się niskim, grubym, łysiejącym mężczyzną po czterdziestce. Marcin był zszokowany, a przecież w rzeczywistości ten człowiek musiał wyglądać znacznie gorzej, niż na ekranie. Zaskoczyło go jak łatwo osoby, które zbrzydły przystosowały się do nowych warunków, nie zauważył w ich zachowaniach żadnych większych zmian. Byli sobą. Z jednej strony odczuwał strach przed tym, że może się tak bardzo zmienić, z drugiej miał nadzieję, że jeśli do takich zmian dojdzie, wszystko pozostanie jak dotąd. Izabela nie nalegała, ale czuł, że czeka aż w końcu pozbędzie się skanerów. Wreszcie zdecydowali. Miał to zrobić, kiedy ona będzie w pracy. Chciał pobyć przez jakiś czas sam ze sobą, ze swoim nowym, prawdziwym obliczem. Izabela soczewki zniszczyła zaraz po wyjściu z domu, aby nie było dla nich odwrotu. Od rana czuł okropny ból brzucha. Żołądek ściskał mu się z nerwów i oczekiwania. Przygotowywał się na tę chwilę od tygodni, ale wiedział, że kiedy nadejdzie właściwy moment, będzie brakować mu sił. Przewidywania okazały się prawdą, wnętrzności wędrowały mu do gardła, miał dreszcze, ale decyzja została podjęta. Wyłączył wszystkie ekrany w domu, każdy przedmiot stał się matowy. Nic nie mogło odbijać jego twarzy. Usiadł zgarbiony na łóżku i zdjął soczewki. Patrzył przez moment na skanery, znajdujące się na jego dłoni, poczym upuścił je na podłogę i rozdeptał. Westchnął głęboko. Brakowało mu powietrza. Teraz był sobą, stuprocentowym Marcinem Podgórskim. Wyszedł do łazienki, nie wiedział dlaczego, ale czuł, że powinno się to stać w tym miejscu, przed lustrem. Stał z niewyobrażalnie szybko bijącym sercem przed wyłączonym zwierciadłem. Na dłoniach wystąpiły mu błękitne żyły. Wydał komendę „lustro” i padł przed muszlą klozetową. Zwymiotował. Deska była uniesiona, miał szczęście, zdążył. Nie był potworem, ale to, co zobaczył, przyprawiło go o mdłości. Nie rozpoznał się. W odbiciu dostrzegł całkowicie obcą osobę, brzydkiego chłopaka. Brzydota jednak nie była najgorsza, przeraził go absolutny brak podobieństwa. Gęste brwi, wąskie oczka na chudej twarzy, krzywe zęby, zbyt krótki nos. To wszystko było okropne, przecież przez tyle lat był taki przystojny. Miał cholerne sto dziewięćdziesiąt pięć punktów! A teraz zmienił się w jakiegoś beznadziejnego faceta, w dodatku miał zupełnie inne rysy twarzy, nawet szereg operacji plastycznych nie przywróciłby mu dawnego oblicza. Poza tym, gdzie dokonać takiej operacji? Powszechność skanerów doprowadziła do zniknięcia klinik zajmujących się upiększaniem. Zresztą w Europie najprawdopodobniej większość chirurgów plastycznych była na emeryturze, a reszta się przekwalifikowała. Co pomyśli Izabela? Po plecach przeszły mu ciarki. Kiedy weszła do mieszkania, Marcin usiadł nerwowo. Do tej pory leżał w łóżku wpatrując się w sufit. Starał się o niczym nie myśleć, uspokoić, przygotować na kolejną diabelnie stresującą sytuację tego dnia. Milczała. Czuł jej zdenerwowanie. Żeby tylko nie uciekła, zachowała spokój. Strach go paraliżował. Nie odzywali się, gdy ściągała wierzchnie ubranie w przedpokoju, nie wypowiedzieli żadnego słowa, gdy weszła do kuchni, by napić się wody. Dla Marcina te kilkaset sekund ciągnęło się w nieskończoność. - Kochanie? – W jej głosie było olbrzymie napięcie. – Jesteś? Jesteś gotowy? Mogę cię zobaczyć? – cedziła każde słowo, jakby wypowiedź sprawiała ból. Zawahał się przez moment, po czym zapalił światło. - Wejdź proszę, tylko się nie wystrasz – udał żart, ale nie potrafił ukryć zdenerwowania. Weszła do pokoju. Ledwie łapał oddech, gdy pięknymi zielonymi oczami wpatrywała się w jego przemienioną twarz. Poczuł, że mdleje. - Marcin, kocham cię. Pewność tego głosu sprawiła, że krew odpłynęła mu z kończyn, zrobił się lekki i nagle przed oczyma ujrzał ciemność. Ocknął się po chwili i ujrzał cudowną twarz Izabeli. Malował się na niej spokój i czułość. Rzeczywiście, tak jak mówiła, nie zmieniła się wcale. Poczuł kojącą miłość, ciepło rozgrzało jego wnętrze. Kochała go nadal, to było niesamowite. Uśmiechnął się, a ona odpowiedziała pocałunkiem. Chciał coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu w gardle. - Widzisz, wszystko jest dobrze – szeptała. – Obiecałam, że nic się nie zmieni. Myliłam się? Spojrzał badawczo. Wciąż czuł się niepewnie, mimo zachowania kochanki. - Będzie lepiej niż było. Będzie idealnie – uspakajała. Chciała się kochać, ale on nie miał siły. Stres mijającego dnia wymęczył go nie tylko psychicznie, poza tym nadal czuł się dziwnie w nowym ciele. Zrozumiała. Zasnęli objęci i zakochani.

Powoli przyzwyczajał się do swojej

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych