Wróć do katalogu

TRZECI SEN

Jaką rzeczywistość przepracował trzeci sen? Sprawdźcie sami...

komoooopublikowano 24 stycznia 201020 min czytania 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

TRZECI SEN

Dlaczego śnimy o takich błahostkach? Zaciskamy mocno kciuki, chuchamy na szczęście, obgryzamy nerwowo paznokcie? Po co kupujemy czerwoną bieliznę, maskotki, by oszukać fortunę; alkohol, by ukoić strach? Po co odpukujemy w niemalowane jeśli na koniec to nam odpukają? Albo i nie. Czy nie lepiej nie myśleć? Czy nie lepiej wstać, iść, wrócić, położyć się i zasnąć? O czym wtedy śnić i w jakim celu? Takich, co wyśnili swój sen na jawie było przecież niewielu, a jeśli przyjąć, słusznie skądinąd, że połowa z nich zrodziła w głowie koszmar, tym mniej by tego zostało. Ja jednak zawsze w jakiejś części byłem masochistą. Od dziecka lubiłem skazywać się na niepowodzenie i mnożyć nierealne pomysły. Zostawiać za sobą niedokończone mosty. Wszystko to, by po całym dniu mocowania się z oporną rzeczywistością bez poczucia pustki skierować wzrok ku światu, który kreuje się sam; gdzie myśli z braku grawitacji dojrzewają szybciej. Bez udziału Boga. Tego wieczora po raz kolejny złożyłem zmęczoną, podobnymi do tych bzdurami, głowę na poduszkę. Włączyłem telewizor, żeby coś przyjemnie szumiało i zamknąłem oczy. Nie mogłem wiedzieć, że nie dane mi będzie przespać spokojnie tej nocy. Zresztą nawet gdybym wiedział to co? Naprawdę nie wiedziałem. Sen przyszedł bardzo szybko. Obraz zamiast zbliżać się do mnie, oddalał się na podobieństwo powiększonego zbytnio zdjęcia, które dopiero z odległości nabiera odpowiedniej ostrości, wyraźnych konturów i barw. Na horyzoncie coraz wyraźniej widziałem słońce. Stałem pośrodku ozdobionego wzorem z czarnej kostki deptaku, słysząc charakterystyczny szum. Kochałem go, choć nie znałem jego pochodzenia. Tym bardziej dziwiłem się, że ludzie wokół mnie zdają się nie zwracać na niego uwagi. Zajęci bieganiem, rozmową, paleniem papierosów, przesiadywaniem przy barze, czy grą w piłkę na plaży. Grą w piłkę na plaży? Powoli odwracając głowę dostrzegłem, że po mojej prawej stronie rozciąga się długa i szeroka, złocista plaża biegnąca wraz z horyzontem aż do wychodzących w morze niewysokich, wygładzonych wieloletnim działaniem spienionych fal, skał. Te z kolei dawały przyczynek do wzniesień rozciągających się po mojej stronie lewej. Wzniesień biegnących łukiem z powrotem ku tej samej plaży. Zatrzymałem na moment błądzący po okręgu wzrok. Na jednym ze wzgórz w oddali dostrzegłem figurę na kształt olbrzyma z rozpostartymi ramionami. Nie widziałem jednak jego twarzy i nie wiem czy on widział moją. Czyżbym się mylił? Czyżby i ta kraina miała swojego spiritus movens? Zapaliłem. Dlaczego nigdy nie palę papierosów? Ach tak. Straszą mnie rakiem, zawałem serca, udarem. Straszą, że zabiją całą moją rodzinę. Poza tym i tak palić wolno już tylko w prywatnym ukryciu pod nieprzenikalną osłoną ostracyzmu ludzkich oczu lub zupełnie swobodnie, ale we własnych marzeniach właśnie. Szedłem z papierosem w ustach zatem. Nie zwracałem uwagi na pokazujące się co rusz wśród pięknych śniadych kobiecych i męskich twarzy, sylwetki kolegów ze szkoły, rodziców, krewnych, pań z mięsnego, panów z ochrony i wszelkiej maści znajomych nieznajomych. To tylko sen w końcu. Zacząłem się więc nim cieszyć. Jeszcze tylko krótki rzut oka na tablicę z nazwą ulicy i ruszyłem wzdłuż Avenida Vieira Souto. Napawałem się przyjemnym ciepłem powietrza potęgowanym przez nagrzany bruk pod moimi stopami. Kupiłem piwo, kolejne piwo, kokosa i znowu piwo. Paliłem przy tym cały czas. Za skałami wkroczyłem na jeszcze tłoczniejszą Avenida Atlantica. Zmęczony spacerem zszedłem na gorący piach i ruszyłem w stronę wody. Przygotowanie do kąpieli nie zajęło mi wiele czasu. Zrzuciłem japonki, koszulkę pozostawiając na sobie jedynie luźne spodenki o bujnym kwiatowym wzorze. Ciekawe jak wyglądałem rzucając się po łóżku w moim małym pokoju naśladując pływanie, skoki przez fale i nurkowanie. Kiedy w objęciach pościeli napawałem się wyimaginowanym rajem. Skończyłem mokry od stóp do głów. Ubrałem się i opędzając od sprzedawców o spalonych słońcem twarzach wyruszyłem tam skąd przyszedłem. Odmówiwszy zakupu prażonych orzeszków, waty na patyku, biustonoszy rozwieszonych na starym parasolu, olejków, ręczników, okularów, krewetek i soku z guarany poległem przed mężczyzną ze sportowymi koszulkami. - Obrigado. - Flamengo. Quarenta reais. - Obrigado. Não falo Português. - Não. Obrigado. Obrigado. - Vinte. - Dez reais. - Dez. - Obrigado. - Obrigado. Tchau. - Tchau. Nie zrozumiałem nic, ani z tego co mówił sprzedawca, mężczyzna o pomarszczonej twarzy i chudych umięśnionych rękach, ani z tego co mówiłem ja sam. Pewnym jednak było, że nabyłem czarno-czerwoną koszulkę w pasy z numerem dziesięć na plecach. Podobała mi się. Założyłem ją i szedłem dalej ku znajomym skałom. Kiedy wracałem na Avenida Vieira Souto spostrzegłem, że szum fal przyjemnie kojący moje uszy i nie pozwalający mi się obudzić stawał się coraz cichszy. Jego miejsce zajmował też szum, ale odmienny. Bardziej chaotyczny. Albo moje uszy zaczynały się przyzwyczajać do bliskości oceanu, albo było to coś zupełnie innego. Nie zamierzałem się nad tym dłużej zastanawiać. Przysiadłem na plastikowym krześle tuż przy drewnianej budce z napojami i zamówiłem kolejne piwo. Dopiero teraz, siedząc wygodnie mogłem dostrzec jak wygląda miasto. Równolegle do plaży, na podobieństwo muru odgradzającego deptak od majaczących w tle wzgórz, stały ustawione rzędem wysokie budynki – banki, biurowce, hotele. Wpatrując się w okoliczną architekturę, podniósłszy nieco wzrok, dostrzegłem, że brunatno-ceglany kolor wzgórz to nie przypadek. Wszystkie co rusz obsiane były maleńkimi domkami sąsiadującymi ze sobą tak blisko, że nie sposób było dostrzec żadnych detali. Zupełnie jak jednobarwna mozaika. Przerwałem obserwacje. Szum stawał się coraz głośniejszy tak, że przestałem go lubić. Nie słyszałem już rozmów. Tym bardziej nie słyszałem wody. Przez moment myślałem, że może nadmiar alkoholu zawrócił mi w głowie. Do szumu dołączyły omamy wzrokowe. W oddali, pomiędzy małymi domkami pojawiły się ciemniejsze punkty. Jeden, drugi, setny, tysięczny. Łączyły się aż zlały się w jedną całość, a poprzednia mozaika przykryła się nową, bardziej czekoladowo-brązową. Oprzytomniałem natychmiast, gdy nowa barwa z prędkością lawiny ruszyła ku plaży. Zsuwała się po zboczach aż dotarła do równiny, gdzie na moment zniknęła mi z oczu, by zaraz wypełznąć z uliczek pomiędzy budynkami sąsiadującymi z deptakiem. Od hałasu pękała mi głowa. Odstawiłem piwo i wstałem. Mur został zdobyty. Mozaika była już blisko mnie, po drugiej stronie ulicy. Przyszła tu, przybiegła, przyjechała na starych motocyklach. Bez kasku. Kiedy ponownie zaczęła się dzielić spostrzegłem ludzkie istoty z kijami i pochodniami. Z bronią wsuniętą za spodnie. Mieszkańcy wzgórz wtargnęli do banków, biurowców, restauracji i hoteli i już po chwili wlekli po asfalcie ludzi w garniturach. Ludzi z aparatami na szyi i tych, którzy w panice przeżuwali kęsy niedojedzonych posiłków. Ruch uliczny stanął. Przez stłuczone okna wystrzeliły słupy ognia i dymu. Biegacze biegli jeszcze szybciej, uśmiechy zniknęły z twarzy a słońce skryło się za chmurą. Krzesła wokół mnie opustoszały. Nawet fale uchodziły z plaży coraz głębiej w ocean. Chciałem podejść bliżej i jednocześnie uciekać. Nawet nie drgnąłem. Niestety widziałem wszystko. Pałka, głowa, asfalt, mózg i krew. Skwierczenie przypalanej skóry. Piękne twarze wokół mnie zamieniły się w złowieszcze osmalone mordy, zlane potem gęby o wybałuszonych ślepiach. Pośród błagalnych łkań ludzie ze wzgórz rozpoczęli ucztę. Na obrusach z ubrań o wartości większej niż onegdaj ich życie zaczęli wgryzać się w ciała zabitych tak, że słyszałem chrupanie pękających kości. Przerażony rozejrzałem się dokoła. Dorośli łapczywie opróżniający czaszki, kobiety opychające się pulchną, gąbczastą macicą tej, którą przed chwilą zadusiły. Dzieci w obdartych spodenkach szarpiące między sobą jelita z ciepłego jeszcze ciała. Wszystko to w rytmie złowieszczej samby. Spojrzałem też w dal wypatrując golema. Stał tak jak wcześniej zwrócony twarzą ku innej części miasta. Nie mógł widzieć ani słyszeć tego co ja. Miałem więc rację. Drżały mi ręce. Drżałem cały. Nagle spostrzegli mnie. Odrzucili konsumowane kończyny i zaczęli głośno warczeć. Powolnymi krokami ruszyli w moją stronę. Chwyciłem się za koszulkę żeby pokazać, że jestem z nimi. Że im kibicuje. Palce ześlizgnęły mi się jednak po śliskim materiale. Miałem na sobie koszulę, garnitur, lśniące buty i krawat. Najwyraźniej sprzedawca musiał być z nimi. Wiedział jak wszystko się skończy. Byłem blondynem o gładkich dłoniach. Szli właśnie po mnie. Krzyknąłem najgłośniej jak mogłem, lecz z moich ust wydobyło się jedynie delikatne, bezgłośne chuchnięcie. Krzyknąłem po raz ostatni, gdy zamachnęli się kijem. Potem straciłem przytomność. Zbudziłem się na pustej kanapie. Pościel i prześcieradło leżały obok na podłodze doświadczone mocno realnymi następstwami koszmarnego snu. W pokoju nie było nikogo. Na szczęście. Tylko z telewizora dochodziły ciche głosy dyskusji bezsennych ekonomistów o definicje i rolę w życiu terminów, których w tej chwili nie byłbym w stanie nawet powtórzyć. Z początku niepewnie wstałem, by pójść napić się soku z lodówki. Moje kroki były powolne i wyważone zupełnie jakbym badał grunt pod nogami. Czy zbudziłem się na pewno? Czy to może tylko sen we śnie, a zbudzenie się będzie powrotem do koszmaru? Sok. Tak sok. Starałem się łapać rzeczywistości i nie zapętlić w milion nowych możliwości mojego obecnego położenia w potencjalnie równoległych światach. Orzeźwiający smak jabłka przepływający niczym balsam przez gardło dał mi juz pewność, że się zbudziłem. Że jestem w kraju normalnych owoców tak odmiennych wyglądem i smakiem od tych wiszących na drzewach ex-raju. Poprawiłem posłanie i jeszcze raz ułożyłem się do snu…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych