Wróć do katalogu

Ugryźć Pana Boga w łydkę

dzieciństwo i dorosłość, mistyka i codzienność, sacrum i profanum

wojtex, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ugryźć Pana Boga w łydkę

Najpierw zaczęły mnie boleć plecy. W tym miejscu gdzie kręgi są osadzone w miednicy, jak w swej podstawie. Z jakiś powodów ten obszar ciała ludzkiego nazwano krzyżem. Ten ból miał mi już zawsze towarzyszyć w przyszłości, gdy gdzieś za długo stałem, albo za długo chodziłem. Podważało to moją wiarę w aksjomat o człowieku jako zwierzęciu wyprostowanym. Domyślałem się, że gdybym pozostał w bardziej zwierzęcej pozie ów niesympatyczny ból, przemieniający się po godzinie w bolesne zesztywnienie mięśni, wcale by się nie pojawił. Stałem przed tatą, w ścisku czułem jego złożone do modlitwy dłonie tuż powyżej bolącego obszaru pleców. Sięgałem mu wtedy może do ramion i wszystkie ciocie mówiły jaki to jestem wysoki. Żadna nie mówiła, że jestem gruby - to mówili koledzy w szkole. Jakoś mało mnie obchodziło, co mówią koledzy w szkole. Stałem w ścisku i półmroku zalegającym kościół, który na pocztówkach dostępnych w kioskach Ruchu określano jako przykład nowoczesnej architektury. Dla mnie był to po prostu bardzo brzydki kościół, przypominający raczej spichlerz niż dom boży. Lata świetlne dzieliły ten obiekt od strzelistości gotyckich budowli, czy wspaniałej powagi romańskich kościołów. Ale również to mało mnie wówczas obchodziło. Zresztą nie znałem wtedy jeszcze pięknych kościołów i nie rozumiałem jaki związek może mieć architektura z wiarą. Ale budziło się już we mnie podejrzenie, że może z wiarą niewiele wspólnego ma wystawanie w kościele i znoszenie bólu pleców, oraz zaduchu i tłumu. Ale było to słabe przeczucie i raczej niewiele znaczące wobec całej atmosfery związanej ze zbliżającymi się świętami wielkanocnymi. W domu od rana do późnej nocy mama robiła coś w kuchni - kroiła, gotowała, dusiła, doprawiała, piekła. Wszystko lśniło czystością, a mój dziecięcy umysł wypełniało oczekiwanie. Nie bardzo wiedziałem na co, ale było to miłe odczucie i chętnie mu się poddawałem. Wielki Tydzień przynosił odpoczynek od kolegów ze szkoły, którzy dostrzegali - w przeciwieństwie do ciotek - że mam nadwagę. Przynosił też nowy porządek - świąteczny ład. Dzień płynął wówczas powoli ku wieczornym nabożeństwom. Oczywistością było, że szedłem na nie z ojcem. Tego dnia było ciemno i zimno. Święta wypadły w marcu, a w tym roku marzec był ciągle bardziej zimowy niż wiosenny. Kościół był pełen - władza była ludowa i materialistyczna, a lud po staremu pozostawał przy wierze dziadów z iście chłopskim uporem, acz chyba bezrefleksyjnie. Był piątek, dzień, w którym Rzymianie przybijają - jak co roku - Chrystusa do krzyża. Wcielonego Boga, człowieka tak dobrego że raz tylko wpadł w gniew, skazują na jedną z najbardziej okrutnych śmierci jakie w swej przemyślności wymyślił człowiek. Krzyż - narzędzie katowskie, które stało się symbolem religijnym. Ta potworna dwoistość - z pozoru ukryta - przetrwała gdzieś w podświadomości w postaci zabobonu, że dzieciom nie należy dawać krzyżyków na łańcuszkach a jedynie medaliki przedstawiające Matkę Boską. Jakby chciało się przedłużyć dzieciom wiek niewinności, odsunąć od nich okrutną prawdę o śmierci ich Boga. Ale nie takie były motywacje tego zachowania. Takie można by nazwać humanistycznymi, a rzeczywistość wyszczerzała się zabobonem. "Nie dawaj jej krzyżyka na komunię! Ma czas na dźwiganie krzyża, teraz za wcześnie!" - mówiła moja ciotka, starsza siostra taty do swej córki, której dziecko szło do komunii po raz pierwszy w życiu. A więc krzyżyk noszony na szyi przez dziecko miał być jakimś antyamuletem, wyzwaniem rzucanym przeznaczeniu, czy wręcz zachętą dla losu do bezceremonialnego obejścia się z delikwentem. Ciekawe co na ortodoksja? Tymczasem to było takie oczywiste: Chrystus umierał za ludzi. Źli żołnierze przybijali Go do krzyża. Pamiętam moją babcię oglądającą jakiś włoski film z serii: "Życie Jezusa". Pamiętam jak się wzruszała i pomstowała na tych, którzy przybijali jasnowłosego młodziana do krzyża. Na pewno moja babcia zachwyciłaby się "Pasją" Mela Gibsona. Dlaczego umierał? Nie wiem, nigdy o to nie pytałem. A potem na spotkaniu z ks. Józefem Tischnerem usłyszałem z ust filozofa: "Nie musiał umierać, nie musiało być męki...". Jakże rożne są oblicza wiary. Ale wtedy, w Wielki Piątek daleko było mi jeszcze do tych spostrzeżeń. Bolały mnie plecy i czułem ostry, zapach perfum rudej kobiety, która swą utapirowaną głowę miała tuż przed moim nosem. Gdyby nie miłość chrześcijańska, szczególnie obowiązująca w miejscu świętym, nienawidziłbym jej za tę fryzurę i za ten zapach, który wywoływał nieledwie mdłości. Wszystko to jednak: i ból pleców, i zaduch, i zapach jej tanich dezodorantów chciałem znieść mężnie, bo cóż to w końcu było wobec śmierci Niewinnego na krzyżu? Teraz gdy o tym myślę, to sądzę, że ks. Tischner nie miał do końca racji - Chrystus musiał umrzeć. Nie tylko po to, by odkupić nasze grzechy - nadal nie bardzo rozumiem dlaczego za moje głupoty i złe myśli zabito Boga-Człowieka. I trochę mnie to złości, że bez pytania, czy chcę tego całopalenia obciążono mnie ofiarą z życia, nie tylko człowieka, ale na dodatek bóstwa. Jakby mało tego - obciążenie jest przeszłe, a więc już nic na to nie poradzę - nawet jeśli będę żył przykładnie do końca moich dni, tego Galilejczyka będą co roku przybijać do krzyża. I będzie tak samo cierpiał jak wtedy pod słońcem Palestyny. Ale może On musiał umrzeć także z innego powodu? Może musiał umrzeć dlatego żeby wcielenie było pełne? Może tego właśnie nie brał pod uwagę ks. Tischner? Bo Bóg-Człowiek tak jak narodził się z kobiety, musiał umrzeć jak każdy człowiek - w cierpieniu i samotności. Może właśnie dlatego ta okropna gehenna z męką i potem krzyżowanie - po to, żeby pokazać Boga wcielonego w człowieka, umęczone ciało, które dominuje nad umysłem, które wypełnia umysł echem cierpienia? "Eli lama sabachtani?!" - wołanie człowieka porzuconego przez Boga... A jeśli musiał umrzeć tak jak człowiek, to może też żył jak człowiek? Może Scorsese miał rację przedstawiając Chrystusa jako podlegającego najbardziej ludzkim pożądaniom? Ale te kwestie wtedy również nie gościły w mojej głowie, choć zdaje się że kilka lat wcześniej władze dogadały się z Episkopatem w kwestii nierozpowszechniania "Ostatniego Kuszenia Chrystusa" w krajowych kinach. Ja stałem sobie w sochaczewskim kościele przypominającym spichlerz tuż przed moim tatą, słysząc jego śpiew, może niezbyt czysty, ale bardzo szczery i wdychając okropny zapach dezodorantu używanego przez wierną przede mną. Wszystko trwało zbyt długo. Było zbyt duszno, zbyt mroczno i zbyt niekomfortowo. Chciałem wracać do domu i chłonąć atmosferę przedświąteczną. Ale póki co musiałem przetrwać jeszcze adorację krzyża. To już miała być ostatnia część uroczystości. Chyba najbardziej przygnębiająca. Smutne tony organów i zawodzenie chóru złożonego z osób mających małe pojęcie o śpiewaniu dopełniały atmosfery żałoby. Do tego półmrok w kościele i tłum, który sprawnie uformował się w dwie kolejki ciągnące się wężykiem przez całą nawę główną i przemieniające się za ostatnimi ławkami w przepychający się gęsty od zapachu i ciepła ludzkich ciał tłum. Talent do ustawiania się w kolejkę był wówczas równie powszechny jak zdolność do przetrwania w tłumie prącym po jakieś dobro. Nie miało znaczenia czy dobrem tym miały być pomarańcze w osiedlowym sklepiku, czy kontakt z sacrum - całus złożony na stopach Ukrzyżowanego. Ciała wiernych zamieniały się w żywe tarany: szeroko rozstawione stopy zapewniały stabilność takiego tarana i jego mobilność, która dawała pewność szybkiego przedostania się ze stanu tłumku do stanu ogonka w nawie głównej. Wszystko po to, by jak najszybciej dotrzeć do jednego z dwóch…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych