Wróć do katalogu

Upadek Św. Mikołaja

Opowiadanie świąteczne z lekką nutką dekadencji...

Kacper Szymon, opublikowano , 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Upadek Mikołaja

To nie był najlepszy dzień w życiu Świętego Mikołaja. Stał pochylony opierając ręce na zmrożonej masce samochu podczas gdy dłonie funkcjonariusza macały go po całym ciele przeszukując obszerną, czerwoną szatę. Jest czysty - powiedział młodszy z policjantów, a mróz wypełnił jego słowa miękką mgiełką. Przynajmniej tyle... - Starszy funkcjonariusz spojrzał na brodatą, ogorzałą twarz Świętego Mikołaja, z której wciąż nie znikał charakterystyczny, życzliwy uśmiech – Ale jakiś dowód tożsamości byłby na miejscu dziadku. Kim pan w ogóle jest?

Święty Mikołaj uniósł brwi w radosnym zaskoczeniu. Byli więc jeszcze ludzie którzy o nim nie słyszeli?

 Jak to kim? Jestem biskup Mikołaj, niektórzy nawet nazywają mnie świętym! Ho, ho, ho.

Policjanci wymienili tylko zdegustowane spojrzenia.

- Jasne i jechał pan o dwadzieścia kilometrów na godzinę za szybko, bo śpieszył się zawieźć dzieciakom prezenty. – starszy z policjantów westchnął znudzony. Te durne teksty powtarzał w święta każdy kierowca, z głupią nadzieją, że komuś jeszcze wydadzą się śmieszne. Oficer Roman Truski nie był dziś w najlepszym nastroju. Widok tej szczerej, niewinnej twarzy przywoływał na myśl Święta: przypominał o kolejkach w sklepach, rodzinnym sprzątaniu, niekupionych prezentach dla dzieci i cholernym obowiązku bycia akurat teraz na służbie, gdy cały świat cieszy się słodkim lenistwem. Niech to szlag. Mimo to nie mógł złościć się na tego niesfornego przebierańca. Było w nim coś niezwykłego. Ta broda, która wyglądała na prawdziwą, dziwny akcent, głos radosny jak świąteczne dzwonki, nie wspominając już o wielkich, zaprzężonych w renifery saniach, które sunęły ponad osiemdziesiąt kilometrów na godzinę! Nawet nie wiedział, że te zwierzaki tyle wyciągają. Choć z drugiej strony nigdy nie był dobry z biologii.

 Dlaczego tylko dzieciom? - odparł niewinnie staruszek - Przynoszę prezenty dla wszystkich! W końcu mamy Święta, ho, ho ho! Mam coś także i dla was kochani.

Stary przechodzi od razu do rzeczy. To lubię – pomyślał Roman. Jak każdy porządny policjant, był zaprzysięgłym wrogiem korupcji. W ciągu swojej piętnastoletniej służby ani razu nie przyjął pieniędzy od przestępców... A już na pewno nie od tych groźnych. Ale był równocześnie człowiekiem o dobrym sercu i potrafił wybaczyć ludziom ich drobne przewinienia, jeśli okazywali skruchę i żal za grzechy. A jeżeli jako pokutę zostawili mu conieco, to tylko dowód na to, że się co do nich nie mylił. Pytanie tylko czy Marek, jego nowy partner, to zrozumie? Roman zauważył jak na słowa starego gnojkowi powiększyły się oczy. Jest młody, kto wie co w jego naiwnej głowie siedzi? Jeśli odbierze skruchę dziadka za przekupstwo, może być nieciekawie. Ze swoimi wielkimi, niebieskimi oczami wygląda na idealistę, a tacy najczęściej donoszą. Roman nie chciał się wychylać.

 No, no, no – odparł dyplomatycznie. - Co o tym sądzisz Marek?

Wiedziałem, po prostu wiedziałem, że tak będzie! - pomyślał Marek. Człowiek haruje dzień w dzień na mrozie, nawet w Święta nie może liczyć na wolne, i to wszystko za jakąś głodową pensję! A gdy w końcu nadarzy się okazja, by coś dorobić na boku, żeby przynajmniej mieć na prezent dla żony, pojawia się taki stary formalista, ze swoimi podchwytliwymi pytaniami. Jakby nie wiedział, że te prezenty są częścią systemu. Że bez nich to państwo nie mogłoby normalnie funkcjonować. No, bo chyba lepiej, że oni wezmą jakiś symboliczny upominek, niż gdyby ten biedny dziadzio musiał płacić karę, którą zawinie później jakiś zdemoralizowany urzędas, prawda? Wszyscy wiemy, co się później z tymi pieniędzmi dzieje. No ale cóż, Roman z pewnością tego nie rozumie. Marek westchnął i badawczo spojrzał partnerowi w oczy. Spod policyjnej czapki sterczał tylko zachęcający uśmiech. To nie był dobry znak. Facet wyraźnie go podpuszczał. Tacy są najgorsi. Gotowi udupić ostatnich sprawiedliwych przez te swoje kompleksy i niespełnione ambicje. Bez zmrużenia oka wsadziłby kumpla do ciupy. Ale nie z Markiem te numery...

 No, nie wiem szefie... Co z nim zobimy? Ja tu nowy jestem.

Ha! Odezwał się Pan Niewinny, Pan JaTuNowyJestem! Niech go diabli wezmą, wszystko musiał zepsuć... Roman najwidoczniej nie mylił się co do swojego nowego partnera. Pewnie już układa w myśli donos...

Rozterkę moralno-etyczną przerwał sam Święty Mikołaj wyciągając ze swojego wielkiego wora prezenty i wręczając je funkcjonariuszom.

- To dla Romusia, to dla pani Bożenki i dla dzieciaków. A tu coś dla Mareczka i Evy. Za grzeczną postawę na służbie. Wesołych Świąt! Ho, ho, ho!

Jego ruchy były tak naturalne i wdzięczne, jaby robił to całe życie. Policjanci odruchowo wyciągnęli rączki i spojrzeli po sobie uśmiechnięci radośnie jak dzieci. W rękach ściskali zawiązane kolorowymi kokardami paczki, w oczach świeciło wzruszenie. Było w tym coś magicznego. Czuli się jakby mieli po pięć lat...

 No dobra, ale te sanie to my musimy zatrzymać. Pan nie ma uprawnień żeby je prowadzić. Naprawdę bardzo mi przykro. Naprawdę...

Roman czuł się podle. Sam nie mógł uwierzyć, że to powiedział. Teraz ten wesoły, dobrotliwy dziadzio po raz pierwszy szczerze się zasmucił. Ale cóż, takie prawo. Takie życie.

Święty Mikołaj wciąż starał się pertraktować. Jak teraz dostarczy ludziom prezenty? Policjanci pozostali niewzruszeni. To dla jego własnego dobra, tłumaczyli. Nie można dziś jeździć czymś takim po ulicy bez oświetlenia, czy choćby karty woźnicy. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Starzec westchnął i zarzucił wór na plecy. Nic to. Z odrobiną wiary wszystko musi się udać. Dawał sobie radę już w gorszych sytuacjach przez te tysiąc siedemset lat. Zdarzało się, że brano go za włamywacza, innym razem musiał dostawać się do domów przez komin! A palenisko nie zawsze było dogaszone.

Koniec końców liczą się dobre chęci, a nie wyposażenie, prawda? Święty Mikołaj pożegnał się więc z Rudolfem i resztą zaprzęgu, po czym ruszył brnąc przez głęboki śnieg z kolędą na ustach.

Był już późny wieczór, gdy dziarski staruszek dotarł na ruchliwe ulice miasta. Zimowa ciemność rozbłysła milionami lamp rozświetlających wieżowce i witryny sklepów. Z licznych stoisk rozbrzmiewała kakofonia ogranych świątecznych przebojów mieszająca się z klaksonami kierowców uwięzionych w ciągnących się godzinami korkach. Przechodnie obarczeni ciężkimi torbami kursowali w pośpiechu między sklepami. W powietrzu czuło się mdły zapach słodyczy zmieszanych ze spalinami i nerwową atmosferą wydawania dużych sum pieniędzy.

Nie zważając na zmęczenie Święty Mikołaj od razu przystąpił do działania. Zbliżył się do przechodzącej właśnie kobiety i ze swojego niezgłębionego wora wyciągnął, jak zawsze, odpowiedni prezent. Spytacie pewnie jak on to robił... ta nieskończona ilość prezentów, znajomość wszystkich imion, bycie w tym samym czasie we wszystkich miejscach naraz... Cóż dla laików takie rzeczy wydają się niemożliwe, dla Świętego Mikołaja to pestka.

 Proszę bardzo, to dla pani! Wesołych świąt!

Kobieta spojrzała na dziadka zaskoczona.

 Hmm, a może najpierw powie mi pan co jest w środku?  To jest niespodzianka.  Stary numer. Nie dziękuję. Nie lubię takich niespodzianek.

Kobieta odeszła pośpiesznie prychając zdegustowana. Święty Mikołaj odprowadzał ją wzrokiem czując bolesne ukłucie w swoim wielkim, miękkim sercu, które nigdy nie zdołało się zahartować.

Dla dodania sobie otuchy zakrzyknął trochę wymuszone tym razem ho, ho, ho i przywitał kolejnym upominkiem następnego przechodnia. Mężczyźnie wyraźnie się nie przelewało. Jego torby z zakupami mimo późnej pory wciąż nie zdążyły urosnąć do przyzwoitych, świątecznych rozmiarów. Rozbiegane oczy skanowały okolicę w poszukiwaniu zagrożenia, ostry nos węszył podstęp...

 Po ile ta paczuszka?  Ho, ho, ho, to dobre! Ho, ho, ho! To prezent dla pana!  Że prezent, to ja widzę, ale po ile?  Prezenty są przecież za darmo. Wesołych świąt!  Jasne, a ja jestem świętym Mikołajem!  Ho, ho, ho! To dobre! Przecież to ja jestem świętym Mikołajem, ho, ho... ho.

Ale przechodzień już się oddalał, starając za wszelką cenę ratować swój skromny portfel, przed zamaskowanym napastnikiem.

A staruszek, cóż... był trochę rozczarowany, ale przecież nie zamierzał się poddać. Zbliżała się właśnie kolejna osoba. Mikołaj znów wydobył z siebie te ogromne pokłady ciepła i z całą swoją legendarną życzliwością, szczerością, z radosnym zapałem wyciągnął z wora kolejny prezent i z otwartymi ramionami przywitał przechodzącą kobietę...

 Wesołych Świąt!  Nie mam czasu...  Ale to prezent dla pani Małgosiu! Była pani grzeczna w tym roku, prawda?  Już kupiłam preze... Nie wiem skąd zna pan moje imię...  Ho, ho, ho!  Ale to naprawdę jakiś podły numer. Już grubo przesadzacie z tym waszym agresywnym marketingiem. Niczego nie uszanujecie? Jak panu nie wstyd? Nie możecie zostawić ludziom choć trochę prywatności?

Święty Mikołaj nie wiedział co znaczy słowo marketing, choć chcąc niechcąc był dziś jego głównym elementem. Musiało być to coś strasznie złego, skoro kobieta tak się zbulwersowała. A on przecież zawsze chciał dobrze. Teraz Mikołajowi było przykro... Spuścił głowę czując, jak do oczu napływają mu łzy. Dlaczego tak się dzieje? Wtedy jakieś dziecko krzyknęło radośnie jego imię! Cały świat zatańczył, a złe myśli zniknęły bez śladu – Mikołaj patrzył jak biegnie do niego rozradowany, kilkuletni chłopiec. Rozłożył ręce w patriarchalnym geście i zaśmiał się wesoło. Tak bardzo kochał dzieci...

 Ho, ho, ho! Byłeś grzeczny w tym roku Marcinku? Święty Mikołaj ma dla ciebie prezent!

Mały Marcinek już opluł się cały ze szczęścia. Wielka paczka z kwiecistą kokardą zbiżała się do niego. Była już tuż tuż. Piękna, dojrzała, pełna marzeń... I wtedy wkroczyła jego matka.

 Marcinku wracaj natychmiast. Nie wolno rozmawiać z nieznajomymi!  Ale mamo, to jest...  Proszę pana, proszę zostawić moje dziecko w spokoju! Co tam jest w tej paczce i ile pan za to chce?  Ale to zwykły prezent jest... Jestem świętym Mikołajem, ho, ho, ho?  Chodź Jasiu ten pan mi się nie podoba.

I odeszła wlokąc rozczarowanego Marcinka za sobą. Święty Mikołaj westchnął odprowadzając malucha wzrokiem. Poczuł się stary i zmęczony. Mróz kłuł go w policzki, a w butach miał mokro. To zabawne, ale nigdy wcześniej nie zwracał na takie rzeczy uwagi. Przez te wszystkie lata odkąd przeniósł się z Miry do Laponii śnieg i mróz nieustannie mu towarzyszyły, odwiedzał najdalsze wioski syberyjskie i Eskimosów na Grendlandii, ale dopiero dziś, po raz pierwszy było mu zimno.

Staruszek stał na środku ulicy tonąc w strumieniu ludzi. Patrzył na szare twarze przechodniów i nikogo już więcej nie poznawał. Byli obcy, anonimowi. A świętemu Mikołajowi burczało w brzuchu. W nosie wiercił natrętny zapach smażonych hot-dogów i parzonej kawy. Dziadek zarzucił więc worek na plecy, który teraz wydawał się taki nieporęczny i ciężki, i ruszył ze spuszczoną głową w stronę jednego z ulicznych fast foodów.

Marian Kupiński schował…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych