Wróć do katalogu

Upadek - Ysteriny cz. 15

Khredańscy żołnierze za 3 dni dopłyną do wybrzeży Hamerni. Magowie muszą wyruszyć natychmiast, aby po tym czasie móc ich eskorotwać do miasta. W przeciwnym razie zrobi to ktoś inny...

Ignis, opublikowano , 22 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział 27

Masywne wrota prowadzące do Karmazynowej Sali otworzyły się z trzaskiem. Do środka wpadł Tharin ciężko dysząc. Oczy wszystkich zebranych zwróciły się właśnie w jego kierunku. - Są wieści od Ayrova! – wychrypiał z trudnością – On żyje! Ledwo słyszalne szepty wypełniły salę. W oczy stojącej nieco na uboczu Ellerin wstąpiły łzy. Pociągnęła nosem uśmiechając się lekko. Do końca nie straciła nadziei. Yna spojrzała na nią z ulgą. W końcu jakaś dobra wiadomość. Tharin podszedł bliżej. - Radość zachowajcie na później. – Magnus przywołał wszystkich do porządku – Niestety nie ma dobrych wieści z frontu. - Khredin upadło. – ciągnął dalej Innavar – Ci, którzy ocaleli zmierzają właśnie w kierunku wybrzeży Hamerni. - Darginowie zamknęli drogę do Inthassy wojskom nieprzyjaciela i pod Karenikiem wydali im regularną bitwę na wzgórzu kareńskim. – Magnus wskazał palcem punkt na mapie - Maimyrczycy ponieśli ogromne straty i wycofali się, lecz nie na długo. Przegrupowują oddziały i z posiłkami kalgirskimi na pewno ponowią atak. - Darginowie stanęli po naszej stronie? – Khabyrr zmarszczył brwi. - Widocznie nie chcieli czekać, aż Maimyrczycy sami po nich przyjdą. Stawili czoło wielkiej armii zdając sobie sprawę z ryzyka. Są niezbyt licznym ludem... lecz niesamowicie odważnym. Chwała ich poświęceniu! - Chwała! – krzyknęło kilka gardeł. - Co zamierzacie zrobić? – zapytał Faddin po chwili. - Należy zebrać wszystkie dostępne siły w rejon Inthassy! – rzekł stanowczo Magnus. - Nie! – Tharin niemal krzyknął – Nie możemy zostawić Khredańczyków. Sami nie zdołają odeprzeć połączonych sił Maimyru i Kalgiry, które właśnie zmierzają w kierunku Kaan. - Nie mamy wyjścia... - Psia twoja mać Magnus! – przerwał mu mag ognia – Chcesz opuścić naszych sojuszników, pozostawić ich na pastwę losu! - Uspokój się Tharin. – rzekł Innavar - Oni zginą! - Dosyć! – Magnus walnął pięścią w stół. Tharin nabrał głęboko powietrza. Euforia związana z odnalezieniem Ayrova prysnęła w jednej chwili. Był wzburzony i nie próbował nawet tego ukryć. Obaj z Magnusem uspokoili się nieco. - Jaki masz zatem plan? - Całość wojsk jakie stacjonują pod murami Inthassy musimy natychmiast wysłać na spotkanie nadchodzących Khredańczyków. – Tharin starał się mówić tak, aby nie zdenerwować swojego rozmówcy, lecz sam fakt zaproponowania takiego pomysłu wywołał kategoryczny sprzeciw. - Nic z tego! Chcesz zabrać z naszego miasta jedyną armię, która gotowa jest stawić czoła nadchodzącemu nieprzyjacielowi. Popadłeś w obłęd! – Magnus stuknął się pokazowo w czoło. - Darginowie odparli atak Maimyrczyków. Zajęli ufortyfikowane wzgórza w pobliżu Karenika. Tamci nie dadzą rady się przegrupować nim minie pełny tydzień. Nasze wojska muszą zabezpieczyć odwrót wojsk khredańskich. Bez nich nie mamy szans się obronić! Magnus spojrzał niepewnie na mapę. Tak jak mówił Tharin, droga do Inthassy, została w całości odblokowana przez Darginów. Raporty donosiły, iż nieprzyjaciel stracił ponad trzy czwarte żołnierzy podczas starcia na wzgórzu kareńskim. Nieprędko dojdą do siebie. - To ryzykowne posunięcie. Nie znamy liczebności armii Maimyru idącej właśnie na Kaan. Może ich być tylko kilka tysięcy. Wtedy nie będzie problemu. Co jednak, jeśli na stolicę Hamerni maszeruje teraz trzon ich wojsk? - Dlatego właśnie potrzebuję Górskich Łuczników. Bez nich nasza odsiecz nie będzie mieć sensu. - Nie wiesz, o co prosisz. – Magnus westchnął smutno – Łucznicy trafiają w cel z odległości kilkuset metrów z niesamowitą, chirurgiczną wręcz precyzją. Dlatego są tak ważni. Dlatego nie możemy ich stracić. - Nie stracimy. – zapewnił Tharin – Musimy wyruszyć natychmiast, aby móc dotrzeć na czas. Wojska Khredin dotrą do wybrzeży Hamerni za niespełna trzy dni. Do akcji zgłosili się tylko Innavar i Solvay. Zrezygnowany Magnus ukrył twarz w dłoniach. Nie wyruszyli jednak natychmiast. Zwlekali.

Rozdział 28

Szare żagle łopotały na wietrze. Słońce chyliło się już ku horyzontowi przybierając pomarańczową barwę. Zbliżał się wieczór. Minęły trzy dni od momentu wypłynięcia z półwyspu Thabor. Trzy dni strachu i domysłów, co będzie dalej. Uciekinierzy stanowili jedynie jedną z pobocznych armii królestwa Khredin. Jej trzon został okrążony kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Lithnaru. Nie został po nich nawet ślad. Nie zginęli jednak w bitwie. To nie była bitwa. To była rzeź. Wysoki mężczyzna z obrzydliwą raną na twarzy wyszedł ze swojej kajuty. Bruzda była świeża, na oko zadana kilka dni temu. Pomaszerował schodkami na podwyższenie, gdzie znajdował się kapitan spoglądający na krzątających się po pokładzie ludzi. Marynarz był schludnie ubrany i wbrew obiegowym opiniom wcale nie posiadał długiej i kosmatej brody. Wręcz przeciwnie, wyglądał na zadbanego i porządnego człowieka. - Od kilku godzin widać już ląd. – zagadnął. Jego rozmówca spojrzał we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, na horyzoncie, skryty za mgłą majaczył kraniec Północnego Kontynentu. - Niedługo czeka nas desant na plaży. Moi chłopcy mają już dość tej ucieczki. Chcieliby stawić czoła swojemu wrogowi. – kapitan spojrzał na niego uważnie. - Jeszcze będzie wiele okazji. Na miejsce dotrzemy po zachodzie słońca, później czeka nas długa przeprawa. Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. – pokręcił głową na znak bezradności. - Musimy się przygotować. – dowódca oddziału poprawił pas z mieczem, po czym znikł kapitanowi z oczu. Tuż za korwetą, w niemalże równym szyku płynęło kilkadziesiąt statków transportowych z khredańskimi żołnierzami na pokładach. Żołnierzami upokorzonej armii. Khredin było przekonane o swojej potędze, którą manifestowało na każdym kroku. Dumni ze swej siły nie potrafili wytłumaczyć przyczyny, dla jakiej tracili z każdym dniem inicjatywę na froncie. Wróg zdobywał kolejne twierdze, a żołnierze zmuszani byli do ciągłego wycofywania się. Ich odwaga została złamana, a oni sami tracili chęć do walki. Pobudek klęski doszukiwali się w złowieszczym fatum, które zapadło nad ich całą krainą. Zaczęło się ściemniać, gdy statki rzuciły kotwice w osłoniętej zatoce. W oddali majaczyła, bledniejąca z każdą chwilą, łuna. Okrętowanie żołnierzy na szalupach poszło dość sprawnie, dzięki czemu po niedługim czasie pierwsze oddziały postawiły nogę na stałym lądzie. Zwiad został wysłany niemalże natychmiast. Powrócił, gdy większość żołnierzy zdołała wyjść na okalającą plażę równinę. Podniesiono sztandary, ustawiono się w równych liniach. Dowódcy wyszli przed swoje oddziały zgłaszając gotowość do marszu. Dwoje jeźdźców pędziło na złamanie karku. Zatrzymali się tuż przed głównodowodzącym. Byli strwożeni, gdy opowiadali, jakiego dokonali odkrycia. W tym samym momencie jeden z nich zatoczył się w siodle i spadł z konia. Z jego piersi wystawał pokrwawiony grot. Koń drugiego ze zwiadowców zarżał przestraszony i stanął dęba zrzucając jeźdźca. Z oddali usłyszeli przerażające wrzaski zbliżającej się armii wroga. Na tle granatowego nieba ujrzeli niewyraźne zarysy mieczy i toporów. Dobiegające ich krzyki mroziły krew i odbierały odwagę. Pędząca w nieregularnym szyku grupa żołnierzy była tylko bocznym skrzydłem armii nieprzyjaciela. Jak się później okazało, właściwa bitwa rozgrywała się kilkaset metrów dalej na północ. Wycofujące się w kierunku morza wojsko hamerskie napotkało w tym miejscu na podążająca na wschód armię Maimyru. Zdesperowani żołnierze wchodzący w skład rozbitej I Armii Hamerni zdobyli się na ostatni gest heroizmu oskrzydlając nieprzygotowaną do walki kolumnę wroga. Przyświecał im jeden cel. Nie dopuścić do połączenia się wojska Maimyru z oblegającymi Kaan żołnierzami kalgirskimi. Pułki hamerskie wbiły się klinem w boczne skrzydło wroga miażdżąc wszelki opór, jaki napotkali na swej drodze. Straty u wroga były druzgocące. Jeźdźcy cięli bez opamiętania. Ich miecze, jakby prowadzone boską ręką, precyzyjnie zadawały śmiercionośne uderzenia. Zdezorientowani przeciwnicy padali pod gradem ciosów napierającej kawalerii. Z tysięcy gardeł wydarły się krzyki triumfu. Usłyszeli go również khredańscy piechurzy, którzy w tym samym momencie przygotowali się do walki. Ruszyli. Krótkie miecze Khredańczyków zwarły się z masywnymi ostrzami wroga. Wkrótce po tym okazało się, że siła to nie wszystko. Szybkość i zwinność obrońców dawała im kolosalną przewagę nad napierającym przeciwnikiem. Trup gęsto zaścielał ziemię. Wojownicy padali jeden za drugim. Oddziały Maimyru zostały odepchnięte od plaży i zmuszone do ucieczki. Z okrzykiem na ustach żołnierze khredańscy rzucili się za pierzchającym wrogiem. Na lekkim wietrze załopotały sztandary. Maimyrczycy wysłali przeciw konnicy doborowe oddziały pikinierów. Hamerscy kawalerzyści cofali się w popłochu uchodząc przed zmasowanym natarciem wrogich wojsk. Nie byli w stanie zatrzymać napierającej hordy wroga. Wycofali się na flankę walcząc już dużo bliżej kamratów z Południowego Kontynentu. Żołnierze usłyszeli świsty przelatujących strzał. Jedni umierali od razu, drudzy padali wrzeszcząc w niebogłosy. Armia Khredin zaczęła ponosić ogromne straty. Ich szyki zostały przełamane. W pewnym momencie mężczyzna niosący główny sztandar z godłem Khredin upadł ze strzałą wystającą z barku. Nie puścił jednak drzewca, mimo wielkiego bólu. Podtrzymywał tym samym ducha swoich towarzyszy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Musiał wytrzymać. Khredańczycy zaczęli wycofywać się jednak w kierunku plaży. Siła wrogich wojsk była przeogromna. Nawet połączone armie obrońców nie były w stanie zatrzymać triumfalnego pochodu żołnierzy Maimyru, którzy przełamywali kolejne linie obrony. Teraz do nich należała inicjatywa. Walczyli większością wojsk... i wygrywali. Dwa bataliony świeżo wyszkolonych halabardników czekały stojąc w odwodzie na tyłach walczącej armii Maimyru. Nie zostali włączeni do walki na samym początku rozkazem dowódcy kolumny. Czekali w napięciu obserwując rozgrywającą się nieopodal bitwę gotowi by na polecenie kapitana natychmiast ruszyć i zaatakować pozycje wroga. Nie było jednak takiej potrzeby. Khredańczycy ponosili ogromne straty. Ta potyczka zamieniała się powoli w maszynkę do mielenia mięsa, w której stanowili oni półprodukt gotowy do przetworzenia. Maimyrczycy cięli i tłukli swych wrogów z niesamowitą zaciętością. Bitwa zbliżała się ku końcowi. Wśród zgiełku bitwy i wszechogarniającego hałasu tylko nie biorący udziału w bezpośrednim starciu żołnierze byli w stanie wychwycić podejrzany dźwięk. Dźwięk, który wzięli początkowo za sygnał do ucieczki dany przez pokonanego nieprzyjaciela. Melodyjny odgłos rogu rozległ się po całej okolicy. Zawtórowały mu dwa inne. Maimyrczycy zwarli szyki gotowi do natychmiastowego ataku. Uważnie obserwowali tonącą w półmroku dolinę próbując ustalić skąd dochodziły owe dźwięki. Na szczycie przylegającego do wybrzeża wzniesienia ujrzeli niewyraźną postać jeźdźca. Koń rył kopytami ziemię i tańczył na tle brunatniejącego nieba.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych