Wróć do katalogu

W dniu, w którym potłukliśmy…

Urządźmy sobie jasełka i przyprószmy śniegiem...

erazmus, opublikowano , 19 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}W dniu, w którym potłukliśmy…{/i}

A rzecz cała zaczęła się od cudu. Zwykłego cudu przemienia mąki w biały proszek i wody w bezbarwną ciecz. Upiekli sobie trzy euforie, lukrując roztopioną psychodelą. Na świecie tysiące tego typu rzeczy zdarza się codziennie. Pierwszy był Jezus w Kanie. Podobno.

Wyblakł więc cały ich świat. Nawet murzyn stracił odrobinę ze swej codziennej czerni, poszarzał i zsiniał, wyblakłym swym wzrokiem wodził wokół po wyblakłym asfalcie, od krawężnika do krawężnika, po wyblakłych, białych liniach.

A tak naprawdę dyskretnie obserwował Weronikę siedzącą na drodze. Ekstazy jednak w jej przypadku nigdy nie trwały zbyt długo i przypomniawszy sobie właśnie o Kanie i Jezusie, raptem wstała.

Za sprawą gwałtownego ruchu pomarańczowe jej włosy przez momenty wyglądały jak zabawkowa aureola, miedziana obręcz przymocowana gdzieś z tyłu, do pleców młodej dziewczyny. Szybko odgarnęła przygasłe płomienie, nie kosmyki, poprawiła jeszcze spódniczkę i wyprostowana postawiła pierwszy niepewny krok. Stuk-stuk jej obcasów echem rozszedł się po pustej wsi

A murzyn bielszymi niż zwykle oczami wciąż świdrował ją i oblepiał głodnym, pieskim spojrzeniem. Niby przypadkiem, nieumyślnie, kątem i ukrytym swym pragnieniem. Weronika jednak dostrzegłszy to wszystko, wyprostowała się tylko bardziej i uśmiechnęła rozbawiona. Była wysoka, nieprzyzwoicie szczupła, a pomiędzy piersiami na łańcuszku wisiał ciężki krzyż. Mleczna skóra zdawała się być bledsza niż zazwyczaj i wyraźnie kontrastowała się z murzyńską czernią Michaela.

Wtedy z domu wyszedł Michał. Gdy zobaczyła go Weronika, znów przypomniała sobie o cudzie i pełna należytej powagi przeżegnała się, po czym trzy razy ucałowała krzyżyk wśród piersi. W końcu usiadła przy stole postawionym przez chłopaków na ulicy i założywszy nogę na nogę, sięgnęła po papierosy leżące na stole. Pomysł z wieczerzą na świeżym powietrzu wydał się jej wówczas niezwykle zabawny. Szkoda, że mieli tylko wódkę, cudem zresztą przemienioną z wody mineralnej.

- Wyglądacie jak ze świętego obrazka w amerykańskim kościele w stylu Gospel – Michał doszedłszy w końcu do nich, wychichotał raczej niż powiedział.

- Nie bluźnij! – odkrzyknęła, siedząc do niego tyłem, zza pleców pokazując środkowy palec. W wyblakłym świecie zaświecił na moment niebieski jej paznokieć. – Też moglibyście się czasami pomodlić.

- Ale jak? – zdziwił się murzyn, rozlewając do kieliszków cudem przemienioną wódkę.

- Udając, na przykład.

- Jak aktorzy?

- Tak samo.

- Jak w teatrze?

- Tak samo.

- W porządku – możemy sobie tutaj odegrać jasełka – skonstatował Michał, wysunąwszy od stołu krzesło. Sięgnął jeszcze po kieliszek i usiadł. – Ja będę Jezuskiem, murzyn Judaszem, a ty tą zdzirą – Marią Magdaleną.

- Niezły trójkąt – powiedział Michael, wciąż się krzywiąc po ognistym łyku.

- Pitagorejski – zaśmiał się drugi z mężczyzn, odkładając na stół pusty kieliszek.

Michał zawsze był wygadany, szczególnie po cudach tego typu. Zresztą cała trójka czuła się wtedy prawdziwie wszechmogąca. Siedząc przy stole postawionym na ulicy, wyczekiwali niepojawiających się wciąż samochodów. W przerwie pomiędzy kolejkami wpatrywali się w dwa horyzonty drogi, szukając blasków reflektorów. Choć tak naprawdę wszyscy dobrze wiedzieli, że tamtędy i tak nic nigdy nie przejeżdża.

W pewnym momencie murzyn stwierdził, że bez talerzy to żadna wieczerza, a Weronika zawtórowawszy mu, stwierdziła, że nawet Jezus miał jakieś naczynia, a także poprosiła, żeby przyniósł wódkę, bo ta zdaje zaczynać sięgać dna.

Zadowolony Michał tępo wpatrywał się, jak potężne plecy czarnucha najpierw pomału oddalają się, by ostatecznie zniknąć za frontowymi drzwiami. Co z tego, że nie mieli tamtego dnia, co położyć na talerzach? Ważna była piękna, biała zastawa.

Mieli kota, ale Weronika zabraniała im nawet myśleć o możliwości zjedzenia go. Mówiła, że to wcielenie szatana i że diabelskie mięso jest trujące. No cóż, w końcu była religijna, więc pewnie znała się na rzeczy.

Zamiast chleba dzielili mąkę, a zamiast wina pili wódkę. Dobry cud, pomyślał i szczerze pokochał tę świętą kobietę siedzącą obok niego. Pokochał za wiarę. Wyblakła ciągła na jezdni zdawała się dzielić dziewczynę na dwie połówki. Niesymetrycznie obsypane nielicznymi piegami po dwóch stronach srebrnego krzyża.

Zauważyła, że ją obserwuje. Uśmiechnęła się i delikatnym ruchem naciągnęła spódniczkę na blade kolanko. Nie wytrzymała jednak długo napiętej ciszy, nagle wstała i podeszła do niego, by pocałować, gorąco zagryźć wargi wokół ust, języka, twardego mózgu w spodniach. Potem z powrotem usiadła i odpaliła sobie kolejnego papierosa. Wszystko trwało ulotną chwilę, mrugnięcie nieobecnego czarnucha.

- A kobiety przecież i tak wolą murzynów – Michał wyprostował nogi i odchylił się na krześle, zakładając ręce za głowę. Śmiał się przy tym długo i przeciągle.

- A bo co?

- Bo gabaryty.

- No pewnie – po czym, wciąż siedząc i paląc, wolna ręką przeżegnała się i trzy razy ucałowała krzyż.

Odwróciła głowę wypatrując nieistniejących samochodów. Nisko zawieszone słońce zdawało się robić jej na złość, milionem złotych igiełek kłując w siatkówki. Przymrużyła oczy i zaciągnęła się trującym dymem. Letnie wieczory zawsze przychodziły ukradkiem, niepostrzeżenie wydłużając cień, topiąc świat w wypłowiałej czerwieni, zlewając się z włosami Weroniki.

Urzeczony widokiem Michał, z trudem odwróciwszy od niej wzrok, skierował głowę w przeciwną stronę pustej drogi. Znów się zaśmiał i klasnął dwa razy. Po pustej wsi echem rozniósł się podwójny dźwięk. I przez moment faktycznie myślał, że słońce zgasło. Że wielka żarówka na suficie po prostu wyłączyła się. Zostawiła ich i ziemię w spokoju. Przestraszył się, bo przez niego nie wyrośnie już żadna roślina, że na zawsze zapanuje noc i zima. Ale także ucieszył się. W końcu przez chwilę – jak Bóg – sterował kosmosem.

Gdy jednak znów otworzył oczy, ujrzał już ten sam wyblakły, wieczorny świat. I Weronikę, i ich dom. Stół na drodze, pustą wieś skąpaną w miedzianym świetle zachodu. Zawiedziony zaczął się pomału bujać się na krześle, a ona wreszcie wstała. Nalała jeszcze po kieliszku, wypiła jednak sama i rozpoczęła samotny spacer po ciągłej na ich drodze. Jak akrobatka w cyrku szła po niewidzialnej linie. Ostrożnie, wciąż szukając równowagi. Kto to jednak zgadnie, czym groziłby upadek w czeluście asfaltu po lewej i prawej.

Zgrabnym swoim ciałem zasłoniła mu nisko powieszone słońce. Kroczek, za kroczkiem – stuk-stuk – coraz bardziej zatapiała się w tej wypłowiałej czerwieni gasnącej gwiazdy. Szeroko rozpostarte, długie ramiona, dłonie, palce tworzyły dla niego nowy horyzont, oddalając się i niknąc. Coraz bardziej tracąc kolory, coraz bardziej go oślepiając.

Wtedy z domu wyszedł Michael. Murzyn delikatnie i niepewnie zbliżał się, drepcząc w zabawny sposób po brukowanej ścieżce, w rękach niosąc wysoką stertę porcelanowych talerzy. Na samym szczycie postawiona zaś była plastykowa butelka wódki. Z daleka wyglądał jak karykaturalny dostawca pizzy.

- Potłuczmy je wszystkie na ulicy – w przypływie olśnienia powiedział Michał, wciąż bujając się na krześle, gdy tylko murzyn położył zastawę na blacie.

Czarnuch właściwie nie zdziwił się kolejnym pomysłem kolegi. Usiadł jednak ciężko i sięgnął po przyniesioną dopiero co butelkę. Nie interesował go w żadnym stopniu los owych talerzy. Kolejny z warunków wieczerzy został dopełniony. Są naczynia, jest wódka, jest biały proszek. Jeśli tylko chce tłuc talerze, niech się rozgości, czemu nie. Podobno na Krecie ludzie robią takie rzeczy…

Michał więc zdjął ze stołu pokaźną kupkę porcelanowej zastawy i począł po kolei rozbijać talerze na drodze przed ich domem. Kolejne trzaski wraz z echem wędrowały po pustej, cichej wsi. Świdrowały otoczenie, wielokrotniały i przybierały nienaturalnie wysokie częstotliwości, przedzierając się pod czaszkę, by wbijać się tam i drażnić płat skroniowy.

- Co to? – zawołała z daleka Weronika zaniepokojona hałasem.

- Latające spodki, łap – odkrzyknął Michał, po czym rzucił w jej stronę jeden z talerzy. Poszybował kilka metrów i rozbił się dokładnie pod nogami dziewczyny.

- Uczta w naszym skromnym trójkącie – poprawił przyjaciela czarnuch.

- Nasza mała libacja na czterech bogów bez dziadka.

- Boga wszechmogącego, w trójcy świętej jedynego – zamruczała nerwowo pod nosem Weronika i przeżegnawszy się, trzy razy ucałowała krzyżyk wśród piersi.

- Ty to jednak jesteś zboczona.

- Cicho siedź – zaśmiał się Michał. – Te talerze to pewnie dzieło szatana.

- Sam żeś jest szatan – wysyczała i lekko zaniepokojona zaczęła deptać porcelanową polanę, która wyrosła jej na drodze.

- A prawda.

- Ha, tańcz szatanie – zawołał zadowolony jak dziecko Michał, ciskając coraz mocniej kolejne talerze w kierunku murzyna. Czuł się niczym szeryf z amerykańskich westernów, strzelający pod nogi przestępcom i bandytom. Tszask-trach, wstawaj i tańcz, jak ci zagram.

- Spierdalaj – murzyn wyciągnął stary rewolwer i wymierzył w kierunku przyjaciela. Odgłos wystrzału zgubił się wśród zgrzytów obcasów Weroniki.

- Potłuczmy je wszystkie na ulicy! – nieporuszony Michał ostatni z talerzy z całej siły wyrzucił w górę, a cała trojka obserwowała, jak pomału, prawie leniwie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych