Wróć do katalogu

Wąpierz

pierwsza, wprowadzająca do akcji część przygód książęcego namiestnika Sieciecha. Młodzieniec ten będzie musiał stawić czoła nieczystym siłom, chcącym opanować dwór młodego państwa pierwszych Piastów.

wojciechus, opublikowano , 54 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wampir – fantastyczna istota, żywiąca się ludzką krwią, prawie nieśmiertelna, o ludzkiej postaci i charakterystycznych wydłużonych kłach. Wampirom przypisywane są liczne zdolności paranormalne, m.in. regeneracja, hipnoza, wyczulony słuch, niezwykła prędkość oraz ogromna siła.

Według słowiańskich wierzeń, wampir (zwany także wąpierz, upiór, upir, martwiec, wiesczy, wupi, wuki – od prasłowiańskiego *ǫpirь, ǫpyrь/ѫпырь) powstawał z niepogrzebanych (niespalonych) zwłok, stąd jego silne związki z własną rodziną – jej dręczenie, jeśli nie dopełniła obowiązku wobec zmarłego, oraz stosunki mężczyzn-wampirów (zmarłych daleko od domu, zaginionych i powracających) z własnymi żonami. Wiara w wampiry musiała nasilić się po przyjęciu chrześcijaństwa i zarzuceniu ciałopalenia.

Wąpierz

Był rok 1055. Nie minęło jeszcze sto lat od chrztu Polski. Końcowy okres rządów księcia Kazimierza Odnowiciela. Po burzliwym początku panowania i problemach z rozbitym krajem, sytuacja wydaje się wracać do normalności. W czasie buntu ludności w Wielkopolsce nastąpił masowy powrót do wierzeń słowiańskich i odwrót od posłuszeństwa władzy i kościołowi. Po ustabilizowaniu sytuacji w kraju, odbiciu Śląska od Czech i powrotu Mazowsza do królestwa, wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku. Jednak od pewnego czasu na dwór księcia Kazimierza zaczęły napływać niepokojące wieści z wiosek Wielkopolski.

-Jaśnie panie, posłaniec biskupa wrocławskiego Hieronima, przybył z ważną wieścią.- rzekł marszałek dworu do Kazimierza, czekając na reakcję władcy. -Wpuścić, niech przekaże wieści.- odparł szybko książę.

Kazimierz był wysokim, szczupłym mężczyzną. Kędzierzawe, czarne włosy łagodnie przechodziły w bujny zarost okalający jego owal twarzy. Bystry i świdrujący wzrok w asyście wydatnego i garbatego nosa dawał wrażenie osoby przenikliwie oceniającej każdego napotkanego rozmówcę. Książęca korona nieśmiało wystawała z burzy włosów i nadawała powagi władcy. Jego szata łagodnie spływała z ramion po szczupłej sylwetce, jeszcze bardziej optycznie wydłużając jego ciało. Stojąc na podeście, na którym usytuowany był tron, wydawał się okalać wzrokiem wszystko i wszystkich. Od razu po swojej odpowiedzi na zapowiedź gościa, Kazimierz już wiedział, że takie poselstwa zwykle nie przynoszą nic dobrego. A nie miał teraz zupełnie czasu na nowe kłopoty. Dopiero co poradził sobie z Węgrami nad Rabanicą, kraj ledwo okrzepł po całej tej zawierusze, a teraz znowu może coś się wydarzyć. Papież jasno dawał do zrozumienia, że nie chce słyszeć już o żadnych pogańskich gusłach w Polsce. Jeżeli to znowu raporty o poganach, szykują się następne wydatki. Do komnaty władcy szybkim, ale niepewnym krokiem wszedł posłaniec. Widać było na nim trudy kilkudniowej podróży z Wrocławia. Pył szlaków polnych pokrywał jego szatę, a na czole świeciły kropelki potu. Posłaniec nie tracił czasu i od razu zaczął:

-Jaśnie panie, przybywam w imieniu biskupa Hieronima, aby przekazać wieści z opactwa kaliskiego. Chodzi o wieśniaków. -Buntują się?- poderwał się Kazimierz. -Nie panie, popłoch blady padł na nich. Boją się wychodzić w pole, siać, pracować. Siedzą w domach, pozamykani. Ci bardziej boży w kościele, ci mniej… -Ci mniej boży stracą łby jak zaraz ich ksiądz na mszy nie zobaczy- wrzasnął od razu książę nie czekając na to, co powie poseł. -Ci mniej boży modlą się do bogów naszych dziadów, panie. Stawiają posągi i głazy. -A biskup Hieronim co z tym zamierza począć?! Wszak to też jego sprawa i sprawa dziesięciny jego proboszczów. -Biskup Hieronim także się tym trapi, panie. Wzywa wciąż wszelakich mężów i łowców przygód aby pomogli wyjaśnić co się dzieje teraz po wioskach. Jest jedno szczególnie przeklęte miejsce, Ostrowa- mały gród w opactwie kaliskim. -Ale co się dzieję? Dlaczego rzekłeś „przeklęte”?!- zaczął już mocno denerwować się książę. -Już klaruję, jaśnie panie. W Ostrowie i okolicach co chwila giną bydlęta gospodarskie i chłopi. Jakby tego było mało, to ci dzielni mężowie spieszący na pomoc też często giną bez wieści. Nie raz rozszarpywane są całe krowy i świniaki, a i ludzie miewają straszne rany. A co najgorsze czasem po nich nic prócz kilku kropel krwi nie zostaje. Ludzie gadają że to wąpierze. -Co?!-wrzasnął Kaziemierz. -Wąpierze panie, albo upiry czy martwce, różnie ludzie nazywają… -Ja wiem co to wąpierze!-krzyknął mocno rozeźlony i zdenerwowany już książe- nie wiem tylko jak to możliwe, żeby gmin takie głupstwa opowiadał. Tutaj też ostatnio umarł z dworu jeden ze starszych mieczników, ze zbrojowni. I wyszła mu akurat w czas pogrzebu bruzda krasna wokół buzi i teraz tylko czekać, aż ludzie skojarzą to z plotkami z Ostrowy. To tedy w samym Gnieźnie będziemy mieli popłoch wśród prostaków. Co ja odpowiem papieżowi, jak goście ościenni mu przekażą, co za gusła się w Polsce wiarą darzy?! -No i właśnie dlatego panie, biskup Hieronim prosi jaśnie księcia o pomoc. Na razie kazał proboszczom na kazaniach do wieśniaków mówić, że to szatan ich bierze do siebie, za brak pracy w polu. Ale to powoli przestaje działać, bo od ucha do ucha i od ust do ust wieści się rozchodzą i w coraz większy popłoch ludzie wpadają. Kazimierz poprawił się na tronie wyraźnie zaaferowany całą tą sytuacją. Pot zaczął pomału spływać mu ze skroni i poczerwieniał cały na twarzy. Przetarł chusteczką czoło, odetchnął głęboko i rzekł, trochę zrezygnowany: -Skoro sami księża w duchowej sferze poradzić nie mogą, to czego biskup ode mnie jeszcze żąda? -Biskup wspominał, aby jaśnie pan wysłał kogoś z dworzan. Kogoś z wielkim nazwiskiem i nieustraszonego. Aby raz na zawsze złapał i ściął mordercę. -Szatana? Czy wąpierza? –odparł Kaziemierz ironicznie. -Jaśnie panie, biskup Hieronim wie, że to musi człek za tym stać. Bóg pokarze go odpowiednio, my go do niego wyślijmy.- powiedział poseł.

Książe Kazimierz wiedział, że zdecydowana reakcja władcy pomoże zwalczyć tę falę przesądów. Dodatkowo zdobędzie zaufanie prostych ludzi na prowincji, co umocni w tym terenie jego zwierzchnictwo, a przy okazji, wpływy z podatków. Bo, że to były tylko przesądy, był wręcz przekonany. Jedyny problem stanowiło to, kogo tam wysłać. Dwór był bardzo przetrzebiony po wszystkich tych zawieruchach z Węgrami. Do księstwa przyszło wiele nowych ziem, które trzeba było komuś nadać i uformować tam władzę. Na dworze zostali głównie młodzi i niedoświadczeni. „Hieronim prosił o kogoś ze znanym nazwiskiem”- myślał i analizował sprawę Kazimierz.- „A może Sieciech… Wój z niego młody. Żądny, więc sławy i pieśni o nim. Ojciec jego - wielki oddany mi wojownik, brat starszy też. Może i młody będzie w nich wrodzony? Uczony jest, sam go do Ratyzbonny wysłałem. Niech i w końcu z tej nauki pożytek będzie. Niech jedzie. Nie może ciągle tu grzać kości w Gnieźnie przy mnie i cieszyć się sławą przodków. Niech pracuje w końcu na swe imię.”

- - - - - - - - - - - -

Sieciech obudził się wraz z ujadaniem psów kręcących się pod bramą zamku. Latem wolał spać w komnatach z oknem, bo wilgoć i duchota była nie do zniesienia w głębi zamku. Był młodym, blisko 22 letnim mężczyzną średniego wzrostu. Łagodne rysy twarzy i doskonałe zdrowie już na pierwszy rzut oka potwierdzały szlachetne pochodzenie Sieciecha. Zadbana blond grzywa, lekko falująca z każdym jego krokiem, łagodnie opadała na kark. Widać wręcz po nim było, że ostatnie lata spędził na dworze, przyuczając się dyplomacji, matematyki i języków, a nie pracując w polu. Sieciech lubił się wysypiać i zaczynać dzień koło południa. Ale wtedy właśnie, dzień po wizycie posła z Wrocławia, orszak ruszył z samego rana, budząc wszystkie kundle w okolicy. Jazgot i ujadanie rozpoczęły na dobre dzień Sieciecha, gdyż nawet usilne próby przewrotów z boku na bok i naciągania koca na siebie, zdawały się na nic. Sieciech naprawdę nie chciał wstawać. Nie lubił każdego kolejnego dnia na dworze i czuł, że wszyscy patrzą tu na niego jak na intruza. Wiedział, że nie uniknie, nie zdoła powstrzymać porównań do ojca i brata. Chłonął to przez skórę przy najmniejszej rozmowie z kimkolwiek. Wyczekiwał prawie pytania „A kiedy wreszcie Ty coś osiągniesz, bo twój ojciec i brat…” -nigdy nie padało, ale czuł, że wisi w powietrzu. Parę tylko razy podczas większych i huczniejszych uczt, gdzieś, coś, komuś się wyrwało. I ryło dół w psychice Sieciecha. A dół ten coraz głębszy, wypełniał się stopniowo goryczą, która potem przechodziła w skostnienie, obojętność i wyrachowanie. Sieciech zaczął po prostu grać przed wszystkimi odważnego woja, który nie boi się niczego i podejmie każde wyzwanie. A że na razie wyzwań nie było, bo Śląsk już odzyskany, a Węgrzy pokonani, to Sieciech mógł bajdurzyć bez końca. Szczególnie wdzięcznie wyszło mu to po tłumieniu jednej z ostatnich węgierskich podjazdowych wypraw. Była to mała zaczepna wyprawa, być może miała poprzedzić jakąś ofensywę ostatniej szansy. Szczęśliwie skarbiec króla Węgier opustoszał, a madziarzy usiedli do rozmów pokojowych, kończąc wojnę. Ta potyczka to był chrzest bojowy Sieciecha. Jak się z okazało, czasem pierwsza bitwa bywa ostatnią. A przecież i na jednej bitwie można zbudować karierę. Oddziały Kazimierza w tamtej potyczce stanowiło kilka drużyn, łącznie może z 200 ludzi. Przeciwników nie było dużo więcej, prawdopodobnie tyle samo. Polacy wpadli w zasadzkę, ale przy ogromnych stratach, udało się odnieść zwycięstwo. Sieciech dowodził pomniejszym przybocznym oddziałem. Z lasu po obu stronach drogi na spokojnie drepczących wojów konnych, wyskoczyli spieszeni włócznicy i zaczęli rzeź. Ze względu na brak jakichkolwiek zbroi rywali prawie każdy cios Polaków okazywał się śmiertelny. Szybko poradzili sobie z Węgrami, jednak ci ostatni pobili długimi włóczniami mnóstwo naszych wojów. Po wszystkim, na pobojowisku zaczęli się szukać członkowie kompanii. Nagle spod jakichś desek wyskoczył Sieciech dysząc głośno i sapiąc, cały w szkarłatnej, połyskującej, świeżej i spienionej jeszcze krwi. Choć nie był ranny, cała kolczuga zmieniła kolor na głęboką czerwień. Kompani zaczęli gratulować, dopytywać „aleś czerwony! Ilu usiekłeś?” Sieciech początkowo zmieszany, szybko wychwycił nadarzającą się szansę i zaczął się ekscytować „siekłem i siekłem, padali mi jeden po drugim i bryzgali osoczem i krwią”. Tak naprawdę Sieciech wiedział, że nie usiekł nikogo. Jak tylko usłyszał ryk wrogów spiął konia i chciał pognać, lecz wóz przed nim szybko się przewrócił, a jego koń wpadł w leżący w poprzek dyszel. Sieciech stracił przytomność, a kolejni wrogowie zabici przez jego towarzyszy padali na jego nieprzytomne ciało, krwawiąc obficie. Tak oto narodziła się przygoda Sieciecha- na wielkiej bladze. Ale to kłamstwo pozwoliło mu wkraść się na dwór, jako odważny i sprawny wojownik. Potem przyszedł czas nauki w królewskim orszaku w Ratyzbonie, z polecenia Kazimierza. Kiedy Sieciech wrócił do Polski wiązano z nim ogromne nadzieje. Odważny, dobrze wojujący i wykształcony, mógł objąć czoło najbardziej doborowych drużyn wojów. Jednak nic nie szło po myśli Sieciecha. Coraz bardziej było widać jego nieporadność z mieczem i tarczą oraz braki w jeździe konnej. Owszem, był niezwykle inteligentny i wykształcony, ale to ciągle nie było to, czego od niego chciano na dworze księcia Kazimierza. W końcu zaczęto mu powierzać zadania związane z zarządzaniem włościami władcy. Miał talent do analizowania sytuacji, szukania kłamców i znajdowania nowych rozwiązań, szybko więc odnalazł się w nowej roli. Sieciech jednak szukał sławy. Chciał swojego imienia w pieśniach i swojego orszaku. Szukając ukrywających zboże młynarzy, nie dało się tego zdobyć. Sieciech wciąż czekał na swoją przygodę. Tym razem taką prawdziwą.

- - - - - -

Tuż po porannych obowiązkach Sieciech został wezwany przed obliczę samego księcia. Nie wiedział o jaką sprawę chodzi. Spodziewał się znów objazdu po wioskach w celu złapania jakichś koniokradów, albo rozwiązania sporu dwóch chłopów, o morgę ziemi. Dotychczas takie zadania zwykle wykonywał. Od progu książęcej komnaty szedł więc jak na ścięcie, a jego mina mówiła dosyć dużo o nastawieniu do nadchodzącego zadania. Okazało się jednak, że miał się bardzo pozytywnie rozczarować.

-Sieciechu, wezwałem cię do siebie, aby polecić ci misję, którą wykonasz w imieniu mej korony.-przeszedł od razu do rzeczy Kazimierz. -Słucham jaśnie panie.-odparł Sieciech, nie spodziewając się jeszcze zadania innego, niż dotychczasowe. -Skompletujesz sobie orszak, dostaniesz do dyspozycji jeden wóz dla ciebie i twojego giermka i jeden na ekwipunek. Możesz dobrać jeszcze dwóch pomocników. Najlepiej porozmawiaj z Podkomorzym, kto teraz jest bez zajęcia w kasztelu. Udasz się do Ostrowy. To jest mały gród z wioską przy boku. Położony na mokradłach niedaleko Kalisza. Chodzi o wieśniaków i ich wiarę w gusła. -Odwracają się znów od Pana Jezusa?- spytał Sieciech, już czując, że znów będzie użerać się z plebsem. -Nie o sam ich odwrót tu chodzi, ale raczej o przyczynę jego. Starsi wioski i proboszczowie meldują o coraz większej liczbie śmierci przedziwnych i dziwacznie padłych zwierząt. Ludzie giną bez wieści, albo z dziwnymi ranami. Czasem tylko trochę krwi po nich zostaje. Zwierzęta całkiem upuszczoną krew miewają, albo rozszarpane całe leżą i kruki je tylko dziobią. Wieśniacy w popłochu, nie chcą wychodzić w pole. Plotki niosą się coraz dalej i tylko patrzeć, aż papież wyśle nam tutaj jakąś misję, aby pogan do porządku doprowadzić. A nie potrzeba nam teraz nowych kłopotów- klarował całą sytuację książę. -Rozumiem panie. Czyli mam dowiedzieć się o przyczynę i zwalczyć taką, jeśli ją znajdę?- upewnił się co do sedna zadania Sieciech. -Tak. Musisz znaleźć sprawce tych zdarzeń i doprowadzić go przed sąd. Urządzi się wielki proces ze srogą karą, żeby już nikomu do głowy nie przychodziło bawić się w wąpierzy i wiarę dziadów naszych na światło dnia przywoływać.-rzekł Kazimierz. -Wąpierzy?- pytał zdziwiony Sieciech. -Młody jesteś,- odparł książę.- To i możesz o tych wszystkich demonach nie wiedzieć, w końcu w Pana naszego Jezusa wierzysz, ochrzczonyś. Ale przed wyjazdem porozmawiaj z naszym skrybą nadwornym, to staruszek, ale żwawy i światły. Wszystko ci wyklaruje. Starszego wioski i wieśniaków na miejscu też się rozpytaj. Po różnych wioskach różnie też ludzie kiedyś wierzyli. Musisz mieć uszy i oczy otwarte i gotowe. To może być niebezpieczne zadanie. Ci ludzie prawdziwie giną i truchła zwierząt też są prawdziwe. Wąpierze to chyba tylko klechdy i zabobony. Ale i to sprawdź. Co tylko jest przyczyną tej sprawy, niech będzie złapane.-rzekł książę i wyraźnie można było odczuć, że nie był przekonany do jedynie ziemskiego wyjaśnienia sprawy. Postawa Kazimierza trochę zdziwiła Sieciecha. Młody wojownik nie spodziewał się, że księciu może przejść przez myśl prawdziwość wampirów. Był wychowany po chrzcie Polski i od małego uczony wiary chrześcijańskiej. Jego rodzice też byli ochrzczeni. Było widać pewną różnicę w pojmowaniu świata między tymi pokoleniami. Ale zadanie do wykonania budziło w Sieciechu podniecenie. Wreszcie czuł, że nadszedł jego czas. Misja była ważna, ginęli ludzie, padały zwierzęta. Rozwiązanie takiej sprawy bardzo poprawiłoby jego pozycję. Pragnął sukcesu. Pragnął pieśni na swój temat i chciał niezliczonych par oczu wlepionych w niego, kiedy będzie wracał tryumfalnie na dwór. Tych wszystkich twarzyczek dam dworu wzdychających do młodego, odnoszącego sukcesy woja, który jest przybocznym samego księcia.

- - - - - - - - - - - -

Sieciech wyruszył z samego rana. Był lipiec i coraz szybszymi krokami zbliżały się żniwa. Poranne mgły dopiero leniwie wstawały znad łąk i pól, a stawy i jeziora wręcz buchały parą, nagrzane upalnym słońcem poprzedniego dnia. Na niebie ciągle jeszcze majaczył księżyc- z kształtu odcięty w połowie, jakby od linijki. Jednak coraz bardziej błękitne niebo wyraźnie pokonywało go z każdą minutą i jego blask przygasał wciąż bardziej i bardziej. Widać było, że dzień przejmował kontrolę nad przyrodą od odchodzącej na spoczynek nocy. Zwierzęta w zagrodach się budziły, a pierwsi rolnicy wychodzili je nakarmić. Kompania Sieciecha składała się z dwóch wozów. Jeden dla woja i jego giermka, drugi na ekwipunek. Ponadto Sieciechowi towarzyszyli też dwaj słudzy. Mieli dbać o stan sprzętu i konie. Dodatkowo jeden był uczniem u łowczego księcia. Znał się więc doskonale na polowaniu i w razie braków w prowiancie, łatwo mógł temu zaradzić. Przed kompanią młodziana były dwa dni drogi. Wyruszali spod Gniezna pełni nadziei. Wszyscy widzieli w tej wyprawie szansę. Zarówno Sieciech, jak i jego przyboczni. Dla wszystkich sukces tej misji mógł dać zaufanie księcia i rozgłos. Zielone polany i wyłaniające się coraz to nowe pagórki odmierzały drogę jak dziwnego rodzaju chronometr. Trudniej było oceniać odległości i czas, kiedy weszli w gęstszy bór. Pohukiwanie sów wyznaczało wtedy rytm stawiania stóp i kopyt. Sieciech siedząc wygodnie w powozie naprzeciw swojego giermka Dobrzyka, próbował sobie przypomnieć i powtórzyć wszystko czego nauczył go o słowiańskich wierzeniach skryba. Wiedział już skąd biorą się wampiry. To żywiące się ludzką krwią demony, powstające z przeklętych za życia ludzi, lub od osób zmarłych nagłą, tragiczną śmiercią. Duże znaczenie przy powstawaniu wampira miał pochówek zmarłego. Jeżeli spalono jego zwłoki, nie groziło przeistoczenie w wampira. Jeżeli nie znaleziono ciała, lub tylko zakopano je, zmarły mógł przeistoczyć się w upiora. To właśnie dlatego wiara chrześcijańska zwalczała przesądy o wampirach. Przecież papież zakazywał palenia zmarłych. Brak stężenia pośmiertnego i rumiana obwódka ust także były znakiem, że zmarły może zostać wampirem. Można było uchronić przed zwampirzeniem zmarłego, poprzez pochówek antywampiryczny. Do arsenału takich metod należał między innymi kołek osinowy wbity w serce, srebro i czosnek, głowa obcięta od korpusu i włożona między kolana trupa albo ułożenie zwłok twarzą do dołu. Sieciech wiedział również o całym poczcie innych słowiańskich demonów, o których mogą mówić mu mieszkańcy. Były to między innymi utopce- duchy topielców zamieszkujące jeziora i rzeki. O nowiu wychodzili oni na brzeg i wabili samotnie wędrujących ludzi. Zadawali zagadki. Za niewiedzę karali śmiercią przez utopienie. Były także południce, które polowały latem na tych, którzy przez nieuwagę, w samo południe zostawali w polu. Płanetnicy kierowali pogodą, ciągnąc chmury lub zsyłając burzę i były to duchy samobójców. Byli także wodnicy, władcy jezior i stawów którzy topili ludzi kąpiących się nieodpowiedzialnie nocą, bądź nieszanujących zamieszkiwanego przez nich akwenu. Wieśniacy raz do roku topili dla nich kurę, lub inne gospodarskie zwierzę. Mamuny dokuczały ciężarnym kobietom i potrafiły zamieniać miejscami noworodki i zsyłać na nie choroby. Natomiast piękne i niebezpieczne rusałki wabiły młodych mężczyzn w zarośla i zabijały ich przez pieszczoty i opętańczy taniec. Były to młode kobiety zmarłe tuż przed zamążpójściem. Sieciech miał nadzieję, że cała ta wiedza pomoże mu zjednać sobie mieszkańców. Ze wsparciem miejscowych, szybko powinien wyłowić z tłumu podejrzaną osobę, która terroryzowała wioskę. Ktoś musiał odgrywać wampiryczne morderstwa i działania słowiańskich demonów. Zastanawiał się jedynie nad motywem takich działań. Chęć wzbogacenia się? Ponura sława dla wioski? Zemsta nad złośliwymi sąsiadami? A może sięgnąć wyższych kręgów i zastanowić się nad relacjami z papiestwem. Może ktoś chciał zaszkodzić młodemu księstwu Polski i zdyskredytować je w oczach najwyższych władz?

- - - - - - - - - - - - - Bór gęstwiał coraz bardziej i zaczęli coraz częściej mijać kolejne, rozległe bagniska. Noc była wyjątkowo pochmurna i ciemna. Pochodnie przy pierwszym wozie ledwo już rozświetlały drogę. Zdecydowali się stanąć na kilka godzin, choćby do pierwszych brzasków nowego dnia. Sieciech spał źle, co chwila w czasie snu przypominał sobie wszystkie te świeżo poznane demony. Tak naprawdę istniał również demon od snu. Była to zmora męcząca koszmarami, siedząc na śpiących i pijąc ich krew. Sieciech pocił się niemiłosiernie i ciężko oddychał. Natomiast jego giermek Dobrzyk spał jak zabity. Dobrzyk był krępym, przysadzistym mężczyzną w średnim wieku. Miał prosto ścięte jasne włosy, które tworzyły praktycznie wspólną linię z jego hełmem, który nosił stanowczo za często. Lekko łysiał i wyraźnie się tego wstydził. Okrągła pyzata buzia dawała wrażenie wiecznego zziajania i zadyszki. Dobrzyk spał smacznie, od czasu do czasu pochrapując. Już nazajutrz mieli się stawić u starszego wioski i zameldować przybycie.

- - - - - - - - - - -

Wreszcie dotarli do Ostrowy. Mijając mały, warowny gród i zjeżdżając w dół niewielkiej doliny, wjeżdżało się do położonej pośród bagien osady. Kilka lichych domostw, trochę zagród ze zwierzętami, kościół na skraju lasu, obok niego plebania a za nimi spichlerz i magazyn. Oto cały dobytek Ostrowy. Sieciech czym prędzej udał się przed oblicze starszego wioski, aby poinformować z czyjego rozkazu przyjechał i w jakim celu. Starszy sprawiał wrażenie zadowolonego z jego przybycia.

- No wreszcie żeście przybyli, waszmościowie.- rzekł z nieskrywaną ulgą starszy wioski. -Witam w imieniu naszego oświeconego władcy Kazimierza! Przybyliśmy wam pomóc. Wiemy o pladze morderstw i rabunków na zwierzętach.- przywitał go Sieciech. -Oooj, nie powiedziałbym rabunków. One są poszarpane, wypatroszone jakby dla zabawy, a zabrane tylko płaty mięsa, albo krew. Nikt żywych nie kradnie. -Cokolwiek to nie jest, zostanie ukrócone.- pewnie odparł Sieciech. - Ja wiem, że to Pan Jezus tutaj nas karze. Szatan tą wioską się interesuje i ją podjudza i męczy. Opętał tu jednego z chłopów i go zmienia w wąpierzy i strzygi. I one tu zamęt sieją, a to taka piękna wioska była i taka spokojna. Myśmy najlepsze plony mieli, w całym opactwie nawet! A teraz?! Chłopi się boją w pole iść, co chwila namiestnicy z pretensjami zjeżdżają, żee podatek mały, że plony słabe, proboszcz na dziesięcinę narzeka. Ja już nie wiem, co mam począć…- zaczął się rozklejać starszy. -Ale jak to szatan z wąpierzami? Przecież wiara Panajezusowa nic nie mówi o wąpierzach i strzygach?- dopytywał się Sieciech. -Ale proboszcz mówili na kazaniu, że diabeł. A diabeł to już ma swoje sposoby. Ja z proboszczem rozmawiałem. A proboszcz to z biskupem nawet. - Z biskupem Hieronimem?- zdziwił się Sieciech. -Taaak, oni znają się od lat. Bardzo mądrzy obaj, prawdziwi jezusowi ludzie, Pan Bóg kocha takich. Oni wiedzą wszystko, kto za tym stoi, ale nie mogą nic począć, bo sługa Boga nie może tak działać wśród tych obłudnych pogańskich wierzeń.- emocjonował się wyraźnie starszy wioski. - Jak to nie może. Przecież to jego owieczki, on jest proboszczem. Co masz na myśli mówiąc, że oni wiedzą? Rozmawiałeś z nimi? -Taaak, ja rozmawiałem. I proboszcz to co ja myśli. Ten jeden z chłopów, Roch. On może być winien wszystkiemu. -Więc czemu go przed sądem nie postawicie?- zauważył słusznie Sieciech. -Bo strach! Jak do niego podjeść, jak on czarcie moce wąpierza posiada! Pan jesteś rycerz, pan potrafisz walczyć. Tutaj ludzie słabe z wioski. -Z tego co wiem, to z wąpierzem nawet rycerz może szans żadnych nie mieć.-odparł Sieciech. -No to jak sam się pan boisz, to co dopiero my tutaj. -Nie boję się! Bo nie ma takiego czegoś jak wąpierze! Dziwuję się tylko wam, że nic z tym chłopem nie czynicie.- zdenerwował się Sieciech.- powiedzcie mi coś o tym Rochu, co to za człek i co w nim wyjątkowego. -Och, to był kiedyś znakomity gospodarz. Plony miał ogromne zawsze. Największe w wiosce. I zawsze pracował w pocie czoła. I zawsze mu tej pracy mało było i więcej chciał. Ludziska mówili, że jak będzie tak robił, to go wnet południca złapie. I któregoś roku na żniwa przyszedł dzień, co od rana się na burzę nosiło. A Roch chciał koniecznie skończyć w ten dzień żniwa i młócenie rozpocząć i spieszył się bardzo. Zaczął jak tylko ranna rosa zeszła i pracował cały czas. A południe nadchodziło coraz prędzej. I złapała go ta południca i omamiła. I padł na pole. Żona go znalazła pod wieczór dopiero. Spocony cały i piana na buzi ciekła mu po bokach. Zwariował chłop podobno i całe gospodarstwo sobie podpalił. Żona się spaliła i dwójka dzieci. Teraz podobno zaprzedał duszę demonom i mści się. I mocą życiową innych się żywi, bo sam to już jakby dawno umarł w środku. -Ale jak to PODOBNO podpalił?-zaciekawił się Sieciech. -No podobno, bo jak ta burza przyszła to i pieruny poczęły bić niemiłosiernie. Na początek ludzie gadali, że od pieruna. Ale Roch zwariował całkiem, to i to gospodarstwo pewnikiem spalił. -A może zwariował właśnie po pożarze? -Nie, no to musiało być przed pożarem, bo przecież południca go złapała. Omamiła go za prace w południe.- gadał jak najęty o południcy starszy wioski. Sieciech już wiedział, że bardziej się ze starszym nie dogada. Był to prosty człowiek i bezgranicznie ufał proboszczowi. Zadziwiła go natomiast bliska znajomość biskupa Hieronima z tutejszym proboszczem. Czego tak wysoka persona szukała na takiej prowincji? Sieciech wiedział, że jego następne kroki powinien skierować właśnie do proboszcza, a potem do chłopa imieniem Roch.

- - - - - - - - - - - -

Plebania wyglądała na schudną i zadbaną. Wręcz nie pasowała do lichego obrazu całej wioski. Na ścianach wisiały trofea z polowań, a wewnątrz izby stał na biurku proboszcza piękny krzyż z postacią Jezusa. Ten krzyż bardzo przykuł uwagę Sieciecha. Znał taki wzór krzyża ze zbiorów w Ratyzbonie. Na samym dole wyryta była po łacinie maksyma: Ora et labora, a jeszcze pod spodem Pax. Sieciech doskonale znał te sentencje. To maksymy zakonu benedyktynów i widział je nie raz w Ratyzbonie, podczas pobierania nauk. Ten krzyż niechybnie pochodził spoza granic księstwa Polskiego. Za biurkiem siedział proboszcz. Był to mocno łysiejący mężczyzna, ze świecącym placem nagiej skóry wyróżniającej się spośród rzadkich, szpakowatych włosów. Miał duży, chyba złamany niegdyś nos, który wyraźnie przypominał dziób jakiegoś drapieżnego ptaka. W ogóle, jego urodę najłatwiej określić jako ptasią. Nawet czarny ornat miał w sobie coś z kruczych piór. Sieciech zagaił proboszcza:

-Piękne trofea z łowów! -Ach tak. No ja wybitnym łowczym nie jestem. Biskup Hieronim często przyjeżdża tu polować. Ponoć zwierzyny w borach i wokół bagnisk jest w bród. Czasem mu towarzyszę, ale to on jest świetnym łowcą. Ubił już nie jedną piękną łanie i byka. Łukiem posługuje się tak, że nie jeden wojak z książęcej drużyny bezpieczniej by się przy nim poczuł. Jutro wieczorem ma przybyć na kolejne łowy i zbadać, co dalej z tą pogańską zawieruchą u nas. -Łowy to zacne zajęcie. Nie wiedziałem, że tutejsze lasy tak bogate.-ciągnął rozmowę Sieciech.- Opowiedzcie mi proszę księdza, o tutejszym parafianinie Rochu. Ponoć zmysły postradał? -To był dobry i boży parafianin. Jednak w pewnym momencie jeden z głównych grzechów na Pana naszego Boga, go zgubił. Chciwość wielka go dopadła i jego szanse na zbawienie całkiem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych